Nie ma życia na parafii
Oferta specjalna -25%

Po co światu mnich?

0 opinie
Wyczyść

Całe szczęście, że potrafimy dostrzec negatywne strony szkolnej katechezy, bo możemy jakoś temu zaradzić. Najgorzej byłoby, gdybyśmy piali z zachwytu, że jest świetnie.

Kiedy 20 lat temu katecheza wracała do polskich szkół, mówiło się raczej o tym, co na tym zyskają uczeń, rodzina i Kościół. Biskupi podkreślali, że nauczanie religii w szkole to powrót do tradycji, wszak przez wiele lat katecheza w szkole była. Zlikwidowali ją komuniści, walcząc o państwo świeckie, w którym nie ma miejsca dla Boga. Powrót katechezy był więc niejako przypieczętowaniem tego, że żyjemy już w wolnym, demokratycznym kraju. Hierarchowie zaznaczali, że nie jest to decyzja arbitralna, że poprzedzona została sondażami przeprowadzonymi wśród rodziców i duchownych, którzy chcieli, aby dzieci obok matematyki, języka polskiego i przyrody mogły się uczyć w szkole również religii.

Blaski i cienie

Niewątpliwym atutem tego pomysłu była strona organizacyjna przedsięwzięcia: w parafiach brakowało salek katechetycznych – szkoła gwarantowała, że katecheza będzie się odbywała w przyzwoitych, a niejednokrotnie o wiele lepszych warunkach niż do tej pory. Zyskiwali też rodzice, z których zdejmowano obowiązek przyprowadzania czy dowożenia dzieci na katechezę. Niektórym wydawało się też, że obecność katechetów w szkole, zwłaszcza osób duchownych, wpłynie na morale grona pedagogicznego i – przede wszystkim – uczniów.

Nie bez znaczenia było to, że katecheci świeccy mieli być wynagradzania tak jak inni nauczyciele, co znowu było pewną ulgą dla parafii, szczególnie tych mniej zamożnych. Wzrastał też prestiż katechety, który stawał się w szkole takim samym nauczycielem, jak pozostała część grona pedagogicznego. Niektórzy byli nawet zdania, że nauczanie religii w szkole przyczyni się do tego, że od tej pory uczniowie traktować będą ten przedmiot bardzo poważnie.

Przeciwników nauczania religii w szkole oczywiście nie brakowało i, co ciekawe, nie były to tylko osoby wrogo czy mniej przychylnie nastawione do Kościoła. Swoje wątpliwości zgłaszali ludzie głęboko wierzący, zaangażowani w życie duszpasterskie czy parafialne, nie kryli ich też niektórzy duchowni, otwarcie mówiąc o tym w gorących dyskusjach, które niczym fala powodziowa zalewały media.

Przede wszystkim zwracano uwagę na to, że katecheza, oderwana od parafii, stanie się jeszcze jedną, zwykłą lekcją w tygodniowym planie nauczania. Że młodzież przymuszona do udziału w niej może się buntować, może ją traktować jak znienawidzoną matematykę czy fizykę. Pojawiały się głosy o dyskryminacji, której mieli doświadczać uczniowie nieuczęszczający na katechezę, o konfliktach, jakie będzie ona nieustannie rodziła wśród jej zwolenników i przeciwników. Przeglądając dziś teksty, które wówczas pojawiały się w prasie, nietrudno zauważyć, że mało kto mówił o tym, jak przeniesienie katechezy do szkoły wpłynie na życie parafii. I na życie duchowe młodych ludzi.

Przez 20 lat, które minęły od tamtego czasu, wiele się w polskiej szkole zmieniło: oświata i edukacja to dziedziny życia, przy których kolejne rządy niezwykle chętnie majstrują. Powstały gimnazja, skrócona został nauka w liceach ogólnokształcących, wprowadzono nowe programy nauczania. Za czasów ministra Romana Giertycha uczniowie ubrali się w szkolne mundurki, by zaraz po jego odejściu z nich się rozebrać. Inaczej wygląda dziś matura, jasne są kryteria awansu zawodowego nauczycieli. Katecheza została. A raczej lekcja religii. Ta, niby subtelna, różnica w nazwie ma kolosalne znaczenie. Bo lekcja religii to nie to samo co katecheza. Bo lekcja religii to wiedza, przekazywana przez nauczyciela lepiej lub gorzej. Za którą uczniowie dostają oceny i którą być może już niedługo będą mogli zdawać na maturze. Katecheza to zdecydowanie coś więcej niż przekazywanie wiedzy. To kształtowanie wiary młodego człowieka. To wychowywanie dojrzałych chrześcijan. Czy szkoła jest miejscem, w którym ten proces może się dokonywać?

Ogórki i pączki

Dobrze pamiętam czas, gdy chodziłam do swojej parafii na religię – osiem lat w szkole podstawowej i cztery w ogólniaku. Do kościoła nie miałam daleko – 15–20 minut spacerkiem.

Z 30-osobowej klasy w religii nie uczestniczyły może dwie, trzy osoby. Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek były przez nas dyskryminowane, wyśmiewane, byśmy ich nieobecność na katechezie w jakikolwiek sposób komentowali. Katecheza odbywała się rano, przed lekcjami, lub zaraz po ich zakończeniu. Salka nie była zbyt obszerna, ale jakoś się w niej mieściliśmy. Po każdej katechezie siostra, a w starszych klasach ksiądz, szli z nami na chwilę modlitwy do kościoła. Nikomu nie przychodziło do głowy, by uciec, by się z tego wymigać. I choć pewnie wiele z tego, o czym rozmawialiśmy na katechezie, szybko wywietrzało nam z głów, te krótkie modlitwy w kościele pamiętam do dziś.

Niezapomniane były również wspólne powroty do domów. Wracaliśmy małymi grupkami, ale dwa przystanki mieliśmy zazwyczaj wspólne: pierwszy w maleńkim sklepie warzywniczym, w którym kupowaliśmy sobie po kiszonym ogórku. Kolejny, kawałek dalej, gdzie za złotówkę kupowaliśmy gorącego, co dopiero usmażonego pączka. Pewnie nie było to najzdrowsze połączenie, ale jakże je lubiliśmy.

Nie przypominam sobie, by pójście na katechezę było jakimś szczególnie przykrym obowiązkiem, kamieniem uwiązanym nam u szyi przez rodziców, którego chcielibyśmy się pozbyć.

Po szkole podstawowej każdy poszedł w swoją stronę, ale raz w tygodniu znów spotykaliśmy się na katechezie. Już pewnie w mniejszym gronie, bo mieliśmy do wyboru kilka różnych terminów, być może też dlatego, że część z nas zrezygnowała z katechezy. I znów, jak kiedyś, wracaliśmy razem do domu. Z tą jedną różnicą, że warzywniak i pączkarnia były już zamknięte, bo katecheza odbywała się wieczorem.

Nie umiem dziś obiektywnie ocenić, czy parafialna katecheza kształtowała w jakiś sposób moją wiarę, czy czyniła ją bardziej świadomą czy dojrzałą. Bez wątpienia, po 12 latach religijnej edukacji znałam wszystkie przykazania, uczynki miłosierne co do ciała i ducha, zawiłe katechizmowe regułki, wiedziałam, że Biblia dzieli się na Stary i Nowy Testament, potrafiłam wymienić imiona czterech ewangelistów, wiedziałam, kim byli Abraham i Mojżesz, znałam treść biblijnych przypowieści. Ale czy bez tego wszystkiego moja wiara byłaby mniejsza, gorsza? Czy 12-letnia edukacja sprawiła, że moja świadomość religijna była większa niż zaprzyjaźnionej góralki, która nie potrafiła pisać, nie umiała przeczytać listu od swojego syna z Ameryki, ale wieczorem klęczała długo przed świętym obrazem zatopiona w modlitwie? Wiara nie jest przecież czymś wyuczonym, wyczytanym, nie jest posiadaną wiedzą. Wiara jest czymś, czym się nasiąka w domu, klimatem, w którym się wzrasta, powietrzem, którym się oddycha.

Trochę mi żal

O ile na początku lat 90. znalezienie dobrze wykształconego, przygotowanego do pracy z młodzieżą katechety nie było łatwe, o tyle dziś jest ich w nadmiarze. – Pod tym względem sytuacja zdecydowanie się poprawiła – mówi ks. Mateusz Misiak, proboszcz parafii św. Rocha w Poznaniu. – Wszyscy katecheci mają wyższe wykształcenie, zapisują się na dodatkowe kursy, podlegają hospitacjom. W szkole mają do dyspozycji dobrze wyposażone sale, sprzęt multimedialny, dzięki czemu lekcje religii mogą być lepiej i ciekawiej przygotowane – wylicza plusy takiej sytuacji.

– Dzięki szkolnej katechezie udaje nam się dotrzeć do zdecydowanie większego grona młodzieży, niż wówczas gdy nauczanie religii odbywało się w parafii. W lekcjach uczestniczy od 90 do 100 proc. uczniów – mówi ks. Mateusz. Jeśli więc spojrzeć na katechezę jako na jeden z przedmiotów wykładanych w szkole, niewątpliwie sytuacja zmieniła się na plus. Ale…

No właśnie. Nawet zwolennicy szkolnej katechezy, tacy jak ksiądz Misiak, potrafią zauważyć ciemne strony tej sytuacji. Ale o tym później.

Straty i zyski

Gdy katecheza przeprowadzała się z salki parafialnej do sali szkolnej, Kinga Kaczmarek była w III klasie liceum i do dziś wspomina te lekcje z dużym sentymentem. Z 25 uczniów jej klasy większość brała udział w lekcjach religii. – Nie mieliśmy zeszytów, nie było podręczników, nie pamiętam też, żeby był jakiś program, który musieliśmy zrealizować. Uczył nas ks. Rafał. Rozmawialiśmy o ważnych problemach dotyczących naszego, już dorosłego życia. Nie unikał nigdy trudnych tematów, zgłębiał je razem z nami. I dla mnie było to o wiele cenniejsze niż godziny spędzone na parafialnej katechezie, gdzie uczyliśmy się na pamięć formułek, przykazań, modlitw – mówi pani Kinga. – Szkolna katecheza pozbawiła nas w zasadzie tylko jednego: spotkań z koleżankami i kolegami z podstawówki, z którymi widywaliśmy się na katechezie w parafii – dodaje.

Czy to jedyna strata, którą za sprawą szkolnej katechezy poniosła młodzież?

Pani Małgorzata, mama czwórki dzieci, widzi ten problem z innej strony.

– Moi synowie chodzą do społecznej szkoły, daleko od miejsca naszego zamieszkania. W szkole mają oczywiście w planie zajęć lekcje religii. W niedzielę jeździmy na mszę świętą do parafii, w której mieszkaliśmy przez wiele lat, tam chłopcy są ministrantami. Na liturgię Wielkiego Tygodnia i na Pasterkę przyjeżdżamy do kościoła oo. dominikanów. Efekt jest taki, że chłopcy nie znają swojej parafii, nie czują się z nią w żaden sposób związani. I nie sądzę, by okres przygotowania do bierzmowania jakoś diametralnie to zmienił – tłumaczy.

Do listy strat można dopisać jeszcze kilka ważnych spraw, które wraz z przeniesieniem katechezy do szkół bezpowrotnie minęły.

– Na przykład to, że katecheza nie różni się niczym od religioznawstwa, a przecież powinna też pomóc w odkrywaniu Boga – mówi ks. Mateusz Misiak. – Dlatego nie można ograniczyć życia religijnego tylko do terenu szkoły, trzeba je koniecznie prowadzić także w parafiach podczas przygotowywania młodzieży do przyjęcia sakramentów – mówi. Żal mu też parafialnych rekolekcji, klimatu dni maturalnych, kiedy to młodzież wyjątkowo tłumnie gromadziła się w swoim parafialnym kościele.

Choć księża są zgodni co do tego, że dzięki szkolnej katechezie uczestniczy w niej większa grupa młodzieży, to i tu pojawiają się wątpliwości. – Mam wrażenie, że nie spowodowało to ożywienia życia religijnego młodych ludzi. Przeciwnie. Poczuli się zwolnieni z innych obowiązków religijnych – mówi ks. Ignacy Czader z niewielkiej parafii na południu Polski. – Uczniowie uważają, że skoro mają dwie godziny katechezy tygodniowo, to zupełnie wystarczy. I tylko pojedyncze osoby są gotowe zaangażować się w jakieś działania parafialne – tłumaczy ks. Ignacy. – Mobilizuję ich, jak umiem. Tym, którzy przygotowują się do bierzmowania, przypominam, że jest przykazanie kościelne mówiące o tym, by troszczyć się o potrzeby wspólnoty Kościoła. I zachęcam, by przychodzili na dyżury do parafialnej biblioteki, by pomagali w sprzątaniu domu rekolekcyjnego, w przystrajaniu kościoła – wymienia.

Z nostalgią wspomina czasy, gdy domy parafialne tętniły życiem. – A teraz stoją puste – mówi ze smutkiem. Nie ukrywa, że zdecydowanie wolałby parafialną katechezę. – Parafia powinna być otoczona dziećmi, młodzieżą. Bliskość kościoła sprawiała, że wchodziło się z dzieciakami na modlitwę, na adorację, nadając tej katechezie dodatkową treść. Sala szkolna temu nie sprzyja – mówi ks. Czader.

Katecheza dla rodziców i błogosławieństwo dla dzieci

Na szkolną katechezę z niepokojem spogląda też ksiądz Marcin Węcławski, proboszcz dużej poznańskiej parafii. – Katecheza szkolna bardzo zubożyła duszpasterstwo parafialne dzieci i młodzieży – uważa. Nim podzieli się własnymi wątpliwościami, przytacza słowa kameduły o. Piotra Rostworowskiego, który o katechezie pisał tak: „Nauczanie wszystkich prawd katechizmowych nie jest warte tego jednego: rozbudzenia żywej wiary i modlitwy. Jeżeli się to osiągnie, iż się podprowadzi ludzi do życia tym życiem Bożym, które w nich jest, to choćby programy katechizmowe zostały ograniczone do minimum, będziemy mieli autentycznych, żywych chrześcijan (…). Napychanie głów wiadomościami bez rozbudzenia życia jest pracą bezcelową, bo niezgodną z zasadniczą intencją samego Twórcy Ewangelii. Dzieci, które miały same piątki z religii, po niewielu latach mało co pamiętają i na egzaminie przedmałżeńskim wykazują przerażającą ignorancję rzeczy Bożych i zupełny brak chrześcijańskiej postawy. Inaczej być nie może. Gałązki przywiązane sznurkiem do pnia muszą odpaść. Pozostaną tylko gałązki wszczepione – chrześcijanie, którzy wierzą i modlą się”. Cytat długi. Ale księdzu Węcławskiemu myśl o. Rostworowskiego jest bardzo bliska. – Katecheza pojawiła się w szkole dopiero w 1803 roku, wcześniej jej nie było, a chrześcijaństwo jakoś trwało – mówi ks. Marcin. – Pan Jezus katechizował rodziców i błogosławił dzieci, a my katechizujemy dzieci i błogosławimy rodziców. I efekt jest taki, jaki jest. To znaczy jest coraz gorzej – mówi ks. Marcin. Dlatego uważa, że Kościół powinien przede wszystkim zająć się katechizowaniem dorosłych.

Pomysł dobry. Pod warunkiem, że dorośli na taką katechezę chcieliby przyjść. A z tym może być raczej trudno. Wystarczy, że przypomnę sobie spotkania dla rodziców dzieci przygotowujących się do I Komunii Świętej, w których miałam okazję uczestniczyć. Prowadzący je kapłan mówił ciekawie i do ludzi. Nie wyszukiwał problemów z księżyca: przeciwnie. Prosto, bez pouczania, moralizowania czy jakiejś kaznodziejskiej natarczywości starał się pokazać, jak ważny dla dziecka jest przykład rodziców. Mówił o modlitwie, spowiedzi, niedzielnej eucharystii. Spotkania nie były częste, a mimo to frekwencja pozostawiała wiele do życzenia. Niektórzy zamiast pojawić się w kościele osobiście przysyłali w zastępstwie babcię lub dziadka. Sam więc pomysł przywrócenia odwróconych ról i skierowania wysiłków duszpasterskich w stronę dorosłych wydaje się bardzo słuszny. Ale jak to zrobić, skoro jak zauważył kilkadziesiąt lat temu ks. Franciszek Blachnicki: „Największym problemem współczesnego chrześcijaństwa w Polsce i na całym świecie jest to, że większość wiernych nigdy nie przeżyła owego fundamentalnego wydarzenia, jakim jest odrodzenie z Boga, które by uczyniło z nich prawdziwych chrześcijan”. Ale wróćmy do szkolnej katechezy.

Obserwacje czynione przez ks. Marcina Węcławskiego podczas kolędy nie napawają optymizmem. – Gdy katecheza odbywała się w parafiach ze szkół średnich na religię przychodziła mniej niż połowa uczniów, w szkołach zawodowych ten procent był jeszcze mniejszy. Dziś 80 proc. młodzieży ponadgimnazjalnej uczęszcza na katechezę, ale czy tym możemy mierzyć sukces, skoro drogi młodzieży z drogami prowadzącymi do parafii krzyżują się coraz rzadziej?

Sukces czy porażka

Ksiądz Edmund Jaworski jest proboszczem niewielkiej parafii w diecezji poznańskiej. Ma 1300 wiernych. W zespole szkół, do którego należą podstawówka i gimnazjum, uczy się 200 dzieci – niemal wszystkie (z wyjątkiem kilku) chodzą na katechezę. Ale już do kościoła na niedzielną mszę świętą przychodzi regularnie jedna dziesiąta. – Ja nie chcę ich do niczego zmuszać, bo do miłości nikogo zmusić nie można – tłumaczy ks. Jaworski. Dlatego zrezygnował z popularnych w innych parafiach indeksów, w których młodzież przygotowująca się do sakramentu bierzmowania zbiera pieczątki potwierdzające udział w niedzielnej eucharystii, w nabożeństwach, spotkaniach. – Zapraszam ich w pierwsze piątki miesiąca. Mają wówczas okazję, by się wyspowiadać, uczestniczą w mszy świętej, potem jest pogadanka. Angażuję ich, na ile to możliwe, do współtworzenia niedzielnej liturgii. Siedzą razem ze mną w prezbiterium, służą do mszy, przygotowują czytania – wymienia proboszcz. Ale to jest właściwie wszystko, co jest w stanie z nich wykrzesać.

Oczywiście jest trochę ministrantów, są Pomocnicy Matki Kościoła i schola, która jest dumą proboszcza. Bo proboszcz, oglądając przed laty film Misja, zamarzył, by kiedyś tak śpiewały dzieci w jego parafii. I śpiewają. Koncertują, wyjeżdżają za granicę. Mógłby więc być zadowolony. Ale do zadowolenia mu daleko. – Całe szczęście, że potrafimy dostrzec negatywne strony szkolnej katechezy, bo możemy coś na to zaradzić. Najgorzej byłoby, gdybyśmy piali z zachwytu, że jest świetnie. To byłby koniec.

Parafialny marazm to nie tylko problem wiejskich proboszczów. W dużych miastach jest podobnie albo jeszcze gorzej, bo możliwości spędzenia wolnego czasu po południu czy wieczorem jest o wiele więcej. Zdecydowanie więcej niż 20 lat temu, kiedy to niejednokrotnie salka parafialna była jedynym miejscem, w którym można było zagrać w ping-ponga, zobaczyć dobry film, spotkać się z ciekawym człowiekiem. Co więc zrobić, by młodzież chciała się gromadzić przy swoich parafiach, by były to miejsca tętniące życiem?

Wydawało się 20 lat temu, że szkolna katecheza będzie dobrodziejstwem. Dziś trzeba odważnie zapytać, czy faktycznie tak jest? Czy Kościół nie zrobił sobie tym posunięciem niedźwiedziej przysługi? Jak wygląda bilans zysków i strat? I czy faktycznie brak młodzieży w parafii to wyłącznie efekt nauczania religii w szkole? – Nie wykluczam, że gdyby katecheza pozostała w parafiach, proces laicyzacji byłby taki sam – przyznaje ks. Marcin Węcławski. – Ale skoro tak potężny sztab ludzi jest zaangażowany w prowadzenie katechezy szkolnej, może warto zadać sobie trud i przeprowadzić badania, by sprawdzić, czy ten wysiłek przynosi jakiś efekt – mówi. Trudno nie przyznać mu racji. Ale rację ma też ks. Mateusz Misiak, który mówi: – Nie możemy rezygnować z młodzieży, nie możemy załamywać rąk, tylko trzeba działać.

Łatwo mu tak mówić – mógłby ktoś rzec – bo w parafii księdza Misiaka życie kwitnie: jest przedszkole, poradnia rodzinna, poradnia naprotechnologii (metoda określania płodności), szkoła rodzenia, klub seniora. Działa sześć kręgów biblijnych, Stowarzyszenie Rodzin Katolickich, grupy AA, jest katecheza dla dzieci przygotowujących się do wczesnej Komunii Świętej. Długo można by jeszcze wymieniać… Jest też prężne duszpasterstwo akademickie, bo kościół znajduje się kilkadziesiąt metrów od politechniki. Tyle, że to nie jest średnia krajowa. To mercedes wśród parafii. Co więc zrobić, by takich jak ona było jak najwięcej, by młodzież chciała tu przyjść – nie tylko na niedzielną mszę świętą, nie tylko z indeksem po pieczątkę, która jest przepustką do sakramentu bierzmowania? Jak prowadzić duszpasterstwo, by braku dzieci i młodzieży w działaniach parafii nie tłumaczyć wyłącznie szkolną katechezą? – Musimy się starać, reszta to Boża łaska – mówi ks. Jaworski.
 

Nie ma życia na parafii
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”.Napisała dziesiątki reportaży i tekstów publicystyc...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszykKontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze