Josef
Oferta specjalna -25%

Po co światu mnich?

0 opinie
Wyczyść

Bóg dał Brodskiemu jak Dawidowi ognistą czuprynę i zagęszczone talentem istnienie, ale kazał mu mieszkać w Leningradzie, jakby zawstydził się własnej szczodrości. I predylekcji do rytmicznej mowy z podziałem na strofy. Półtora pokoju w komunalce miało mu wystarczyć. Świątyni też nie musiał budować, bo stało ich tu na kopy, tyle tylko że pozamykanych, a kościół Greków właśnie wyburzano. Na północy był lód, na południu step z kilkoma prorokami (tak przynajmniej utrzymywał Herbert), na zachodzie bez zmian, o wschodzie przezornie nie wspominano. Szkół nie pokończył, bo pewnego dnia wstał po prostu, wyszedł z klasy i więcej nie wrócił.

Tamten jego żywot leży teraz przed nami bezradnie jak zrzucony w gorące rosyjskie lato pulower, tkany ciasno na drutach przez troskliwą matkę lub kochankę – entuzjastkę jego wierszy odwirowanych wcześnie z mnogiej leningradzkiej produkcji przez samą carycę Achmatową. Wyskubywać możemy z niego różnobarwne nitki (uniwersalny bieda pulower inteligencki dla całego Układu Warszawskiego, ten pancerz cherlawych pasożytów i białoruczków, nigdy przecież nie miał jednego koloru) i ciągnąć, pruć i zwijać w kłębek, a potem szydełkować te ubranka dla lalek zwane rozprawami i doktoratami na temat. Starczy dla każdego. I nie można inaczej, żeby cokolwiek z tego ogromnego życia zrozumieć.

Do dzieła więc. Przepocona wełniana nić spod pachy? Proszę bardzo – konfekcjonujemy coś, co od biedy jego przyjaciel Miłosz, o którym Brodski nie wyrażał się inaczej jak „Pan Czesław”, nazwał moralitetem: „Woził nawóz pod Archangielskiem, a po dwudziestu latach odbierał Nagrodę Nobla w Sztokholmie”. Natrafimy również na nić z części plecowej pulowera, która opowie nam o tym, jak nasze spojrzenie na nas samych różni się od spojrzenia rzucanego na nas przez ludzi z najbliższego otoczenia. Taki Aleksander Kuźmicz Burow, traktorzysta, któremu pod opiekę przydzielono zesłańca Brodskiego – zakałę. Miał wyrabiać normę 10 hektarów obsianych zbożem ozimym: „A z Brodskim więcej jak sześć nijak się nie dało. No to i pensji połowę dostawałem, tyle wychodziło z wyliczeń. A wszystko przez tego obiboka. Zanim przyczłapał te trzy kilometry z Noreńskiej, zawsze się spóźniał. Zaklinuje się siewnik na polu – żadnego z niego pożytku. I nic, tylko by przerwę na papierosa robił. Jak to mówią – gotów zmarznąć, byle się nie spocić”.

Zapewne Josif zapomniał poinformować Burowa, kim jest, ale Maria Iwanowna Żdanowa miała więcej szczęścia: „Nigdzie się nie uczyłem pisać – mówił do niej – jestem poetą z woli Bożej. Przyjdą czasy, że będzie o mnie głośno na całym świecie”. A Maria Iwanowna na to ani słowa: „Pomyślałam sobie wtedy – zesłaniec, a taki nieskromny”.

Świat usłyszał – Josifa wyrzucono z Rosji na Zachód. To dobra metoda, żeby zabić poetę – odciąć go od żywego języka i czytelników. Nitka wysnuta z okolic, gdzie niegdyś kołatało się niezbyt mocne serce poety, to materiał na rozprawę o pomieszaniu języków. Zasiadając do pracy, nie należy wyłamywać otwartych już drzwi, ale posłuchać, co mają w tym względzie do powiedzenia poeci – emigranci. Sięgnijmy po Barańczaka: „Kiedy przenosi się za granicę tę prywatną firmę, jaką jest własne życie, jednym z głównych kosztów operacyjnych staje się w większości wypadków kolosalny wydatek wysiłku potrzebnego do opanowania nowego języka – to wydaje się dość oczywiste. Trudniej pojąć, że wysiłek bynajmniej nie ustaje w momencie, gdy emigrant osiągnął podstawową biegłość, czy nawet płynność, w języku kraju swego osiedlenia. Przeciwnie: również wtedy, a może nawet właśnie wtedy okazuje się – ku nieustającej udręce przybysza – jak niezliczone są okoliczności, w których język ten rozmija się z naszym wcześniejszym systemem nazywania świata czy wyrażania siebie, i jak nieustannie ów system ugniata i odkształca jego dawno uformowaną świadomość”. Dalej jest równie optymistycznie: „Gdyby chociaż za cenę tej udręki można było nabyć doskonałą dwujęzyczność! Ale do takiej transakcji dochodzi niezmiernie rzadko (…). Jednakowa biegłość w dwóch lub więcej językach czyniłaby z poligloty schizofrenika, którego umysł mieści kilka różnych osobowości naraz. Mózg emigranta na ogół działa jak homeostat i sam oddala to niebezpieczeństwo, zachowując stałą różnicę między dwoma językami: jedno z dwojga, albo język przyswojony nigdy nie osiąga pełni rozwoju, albo język rodzinny podlega atrofii. Czasami, oczywiście, zdarza się i najgorsza możliwość: imigrant traci bezpowrotnie naturalną kontrolę nad pierwszym z języków, a zarazem nie udaje mu się uzyskać pełnej kontroli nad drugim”. W tym właśnie momencie pociągnijmy za nitkę z tej samej strefy o nazwie Wystan Auden – to on pomagał poecie stawiać pierwsze kroki w innym świecie.

Był to czas – jak przyznaje sam Brodski – gdy jego angielski nie był szczególnie mocny, ale wystarczał do zadania inteligentnego a podtrzymującego rozmowę pytania: „Mister Auden, a co pan sądzi o…”. Chodziło oczywiście o kolegów po piórze. Wystana jednak bardziej interesowało, dlaczego Rosjanie kradną wycieraczki z szyb zaparkowanych samochodów – dopatrywał się w tym geście jakichś głębszych sensów i tłumaczenie przez Brodskiego tej słowiańskiej skazy niewydolnością rosyjskiego rynku uważał za grubo uproszczone. Nić Wystana ważna jest z dwóch powodów w naszym pruciu życiowego pulowera. Najpierw dlatego, że choć Brodski podlegał w całej oczywistości bolesnym ciśnieniom opisanym przez Barańczaka, to dowiódł swoim uczuciowym i filozoficznym przywiązaniem do Audena, że istnieją sprawy absolutnie uniwersalne i niezmienne, które można zakomunikować drugiemu i całej reszcie świata nawet w sposób ułomny – trzeba tylko chcieć i być przekonanym. Ale to jeszcze za mało – trzeba żyć tym. Filozofia Audena? A choćby taki jego dwuwiersz: „Jeżeli miłość nigdy nie jest jednakowa / Niech to ja będę zawsze tym, kto bardziej kocha”. Kilka słów z Audenowskiej Tarczy Achillesa uznał Brodski za dobre epitafium dla paru narodów Europy Wschodniej i nie tylko: „…skonała / Ich męska duma, zanim skonały ich ciała”. Nie był „diagnostą społecznym”, ale potrafił napisać: „Lecz ja znam – i ogół zna zwykłą / Prawdę, jasną nawet dla dzieci: / Ci, którym wyrządza się zło, / Sami zło wyrządzają w odwecie”. Brodski uważał go za pielęgniarza, który stawia na nogi chorych nie skalpelem, ale intonacją głosu, głosu miłości. W eseju Sprawić przyjemność cieniowi zebrał te pociągające cechy Audena i ułożył w zawstydzający nas orszak: autonomia, zdrowie umysłowe, równowaga, ironia, dystans. „Na czymkolwiek to polega – mówił – czytanie go jest jedną z nielicznych dostępnych metod (jeśli nie jedyną), aby poczuć się przyzwoitym człowiekiem”. Powód drugi ważności Audenowskiej nici kłóci się ze współczesnym ikonoklazmem opisanym swego czasu przez Alaina Besançona, według którego współczesna kultura uznaje za prawdziwe jedynie to, co posiada znak jakości w postaci oryginalności absolutnej. Tymczasem Brodski, kupując latem 1977 roku przenośną maszynę do pisania Lettera 22, znów wyrwał się modzie i intelektualnej poprawności. Na tej maszynie miał zamiar pisać eseje i wiersze po angielsku. W duchu Audena. „Wiedziałem zresztą od samego początku, że czeka mnie nieuchronne niepowodzenie; czy tego rodzaju trzeźwość jest moją własną cechą, czy zapożyczeniem z jego dzieła, tego nie potrafię rozróżnić. Pisząc w jego języku, mogę mieć tylko nadzieję, że nie obniżę jego operacji myślowych, jego płaszczyzny odniesienia. Dla tego, kto jest lepszy od nas, możemy uczynić co najwyżej tyle: kontynuować w jego duchu; na tym zapewne polega istota cywilizacji”. W tym czasie Brodski chodził już w miękkiej, zawsze lekko pomiętej marynarce. I możemy domyślać się dlaczego.

Josef
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...

Produkt dodany do koszyka

Polecane przez W drodze