Kreska na świadectwie
Oferta specjalna -25%

Pierwszy i Drugi List do Tesaloniczan

0 opinie
Wyczyść

Na religię nie pójdę, a jeśli mam chodzić na coś, co jest świecką kopią reli, to dziękuję bardzo.

Wybór „religia – etyka” jest wyborem skażonym chorobą. Można ją zdiagnozować następująco: nie ma żadnego wyboru, bo w szkołach nie ma etyki. A nie ma jej, bo nie ma etyków. Ani podręczników. Ani chętnych do studiowania etyki z zamysłem, aby w przyszłości uczyć w szkole. Uczniowie są więc bez szans, a ich rodzice chwytają się ostatecznych rozwiązań.

Czy nie jest to jednak głębszy problem? Katecheza w wielu polskich szkołach jest na ogół nijaka. Jeśli ktoś się wyróżnia, robi to dużym kosztem i najczęściej szybko rezygnuje. Etyka, gdyby była, mogłaby uzdrowić sytuację na zasadzie konkurencyjności. Ale jej z kolei nie ma. Zatem katecheci – nie ponaglani do wysiłku – nie muszą się wysilać. Koło się zamyka.

Katecheta popularny…

– Jezus jest zajebisty – powiedział trzy lata temu na religii dominikanin ojciec Marek Kosacz. I młodzi oszaleli: okazało się, że takiego katechety właśnie chcą. Dlaczego? I co ma to wspólnego z etyką w szkole i wyrokiem Trybunału w Strasburgu? Otóż ma, i to sporo.

Ojciec Kosacz był katechetą niekonwencjonalnym. Potrafił na przykład wejść na katechezę i rzucić od drzwi: – Wyglądacie mi dzisiaj na totalnie zjeb…ych. Dajmy spokój z programem. Pogadajmy o życiu1.

I gadali – nieraz do późnego wieczora, a potem parzyli sobie herbatę w czajniku kupionym specjalnie na takie okazje, zasiadali z kubkami w dłoniach, gdzie kto mógł – i gadali dalej.

Dość oryginalnie ojciec Marek patrzył też na lekcje religii: – Łaziłem cały dzień po Krynicy Morskiej z młodymi. Szukaliśmy porównania: do czego można przyrównać katechezę? Odpowiedź przyniosło oberwanie chmury. Katecheza jest podobna do parasola. Jest kręgosłup, czyli prawda do przekazania, to rączka w parasolu. Od tej głównej tyczki rozchodzą się w różne strony delikatne pręty: to ludzie. Niektórzy czegoś szukają, nie wierzą, ale przychodzą, inni są szczerze wierzący, ale wciąż nie umieją. Ulotność wiary to materiał pokrywający parasol. Pytanie, jak ten materiał zamocować na drutach, żeby go nie przedziurawić?

Za słowa o zajebistym Jezusie dostał karę od prowincjała, ale nie zmienił zdania: – Jezus JEST zajebisty. Tylko nie do każdego mogę powiedzieć to tymi prostymi słowami – mówił „Gazecie Wyborczej”. I jeszcze: – Rela to przede wszystkim dużo rozmów. Ale to nie wszystko: oprócz tego wycieczki, wypady wspólne nad morze na wariackich papierach, nocne posiadówy, kawa, windsurfing robiony razem z uczniami. Ale i warknąć trzeba na wyjątkowo wkurzających. Takich zdarza mi się osadzić krótkim „spier…aj, jak ci się nie podoba”.

Młodzi pokochali go za to wszystko: za język, którym do nich mówił, za rozmowy o życiu i wyprawy w góry. Gorzej z katechetami – ci uważali, że ojciec Kosacz zniżał się do poziomu uczniów, że niepotrzebnie szedł z nimi na skróty. Nie wszyscy tak sądzili – ale wielu. – Jakże można o Jezusie mówić takim językiem? – jeszcze dziś ze zgorszeniem wspomina te słowa ksiądz katecheta ze Szczecina. Uczył w jednym z liceów w tym samym czasie, co ojciec Marek. (Z sobie znanych powodów chce pozostać anonimowy). Już wtedy – jak mówi – patrzył na niego lekko zdumiony. Dziś jest pewien, że miał rację: – Był zbyt wyluzowany. Te jego „elo” do uczniów, ten język z wulgaryzmami… Jaki kapłan, zakonnik, może powiedzieć do ucznia „Jezus jest…”? No właśnie, pan wie, jaki. To nie licuje z zakonną szatą, a przede wszystkim nie oddaje majestatu Boga. Ja nie oceniam go, na pewno chciał dobrze. I miał rezultaty, to fakt. Ojciec Marek chciał być bliżej ucznia i mówić jego językiem o Bożym dziele. Ale nie tędy droga. Trzeba zadać sobie pytanie, czy takiej katechezy chcemy w szkole? Łatwej, kumplowskiej, podanej językiem ucznia? W swoim imieniu takiej katechezie mówię „nie”.

O działalności katechetycznej ojca Marka od trzech lat można pisać w czasie przeszłym: przełożeni przenieśli go do klasztoru w Monachium. Nie sposób się do niego dodzwonić.

…czy wymagający?

Ksiądz Marcin Kwiatkowski, katecheta z Kruszwicy, uczy w szkołach ponadgimnazjalnych. Uważa, że młodzi to młodzi: mają swój język, zainteresowania i kwita. Nie ma możliwości, żeby do tego ich świata się „włamać”. Nie ma więc sensu próbować i chadzać na skróty. Światy te mogą się zbliżyć, nawet przecinają się często, ale się nie pokrywają. Zatem on osobiście nie chadza z młodymi niepewnymi ścieżkami. – Ja nie próbuję być superfajny. Jestem księdzem, tego się trzymam.

Czasem warknie, częściej zaprosi ich na zieloną herbatę z opuncją. Ale to po zajęciach. A i tak młodzi go uwielbiają. Siedzą do późnej nocy na probostwie; założyli zespół muzyczny i rozkręcają kilka inicjatyw modlitewnych. Wszystko to ma początek w normalnej, wyważonej rozmowie, jaką prowadzą z księdzem na religii. – Jeśli miałabym do wyboru: lekcja u księdza Marcina czy etyka, wybrałabym religię – mówi bez wahania Ola, jedna z jego uczennic, deklarując jednocześnie, że nie jest specjalnie wierząca.

Na razie jednak Ola mówi o niemożliwym wyborze. Bo wyboru nie ma – w całej kilkudziesięciotysięcznej gminie Kruszwica nie ma ani jednego nauczyciela etyki. Jakiś wyjątek? Nie. W powiecie można ich policzyć na palcach jednej ręki. W województwie kujawsko-pomorskim na palcach dwóch rąk.

Ksiądz Kwiatkowski: – Religia z księdzem, który jest równiachą i mówi „elo” albo etyka, której i tak nie ma w szkole (więc jesteśmy zwolnieni z lekcji) to jedno i to samo zagadnienie. Młodzi lubią ułatwiać sobie życie, ale nie cierpią wymagań. Jeśli mają iść na religię z wymagającym księdzem albo mieć „okienko”, wybierają to drugie. Albo etykę. A potem nie chcą ponosić konsekwencji.

Skąd brać etyków?

Konsekwencje, o których mówi ksiądz Marcin? To na przykład owa nieszczęsna kreska na świadectwie, której postawienie napiętnował Trybunał w Strasburgu. Ale po kolei.

W 2002 roku rodzina Grzelaków z Wielkopolski złożyła skargę w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu. Poszło o to, że dwukrotnie musieli zmieniać synowi szkołę. Syn nie chodził na religię, na świadectwie zamiast oceny miał w stosownym miejscu kreskę – a ta, zdaniem rodziców, powodowała, że wszyscy wiedzieli, iż dziecko ma z katechetą nie po drodze. W związku z tym dyskryminowali go, jak twierdzili rodzice. Latem tego roku Trybunał wydał postanowienie: w polskich szkołach musi być wybór między etyką a religią, bo jego brak narusza prawa człowieka. A kreska na świadectwie rzeczywiście dyskryminuje.

– Kreska owa nie jest niczym innym, jak tylko stwierdzeniem, że uczeń istotnie nie uczestniczył w zajęciach, do czego ma prawo. To przecież prosta konsekwencja wyboru, jakiego dokonał na początku roku szkolnego – dziwi się ksiądz Marcin Kwiatkowski. – Powiedział, że nie chce chodzić, nie chodził, i co? Mamy udawać, że tego nie było? Przecież i tak wszyscy w szkole wiedzą, kto chodzi na religię, a kto nie.

Kruszwica z brakiem etyki to żaden wyjątek. MEN podaje, że etyka istnieje realnie i jest nauczana w 2,4 proc. polskich szkół. Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu w tym roku otworzył trzysemestralne studia podyplomowe, po których można uczyć etyki w szkołach. Do pierwszych dni sierpnia chęć studiowania wyraziły tylko trzy osoby. – Ale nabór kończymy we wrześniu – pocieszała (siebie? mnie?) pani przyjmująca zgłoszenia.

Dyrektorzy szkół mówią, że z drżeniem liczą, ilu uczniów zadeklaruje nieprzychodzenie na katechezy. Jeśli jest ich więcej niż piętnastu w szkole – trzeba szukać etyka, który poprowadziłby lekcję. A o takiego trudno. – Na szczęście – mówią – młodym się nie chce. Liczy się wolna godzina lekcyjna, podczas której rówieśnicy mają religię, a nie wiedza, którą przyswoją lub nie.

W 2009 roku profesorowie UW i UJ napisali list do ministra edukacji w tej sprawie: „W Polsce kadra do nauczania etyki w szkole jest szczupła, jednak i ona nie jest wykorzystywana. Absolwenci podyplomowych studiów etycznych żalą się, że nie mogą znaleźć zatrudnienia, bo albo nie ma etatu, albo etyki uczy ktoś, kto nie miał pensum”. A w październiku tegoż roku prasa donosiła, że nie ma też podręczników do etyki.

Na religię nie chodzą. Etyki nie ma. Więc potem dostają kreskę na świadectwie – w miejscu, gdzie napisano „Religia/Etyka”.

Orzeczenie Trybunału brzmi: „Brak możliwości wyboru w polskich szkołach etyki zamiast religii narusza Europejską Konwencję Praw Człowieka i Podstawowych Wolności”. – Ja naprawdę nie widzę możliwości, jak ten wybór dać – łapie się za głowę jeden z dyrektorów bydgoskiej szkoły ponadgimnazjalnej. – Nie mam etyka u siebie, nikt się nie zgłasza do pracy na takim stanowisku. Co ja mogę? Mógłbym poprosić księdza katechetę, żeby poprowadził etykę. Ostatecznie jest po filozofii i nawet deklarował, że chciałby… No, ale jak to niby miałoby się odbywać: religia z tym samym księdzem, co etyka? Paranoja. Nikt nie uwierzy, że ksiądz na takich zajęciach trzyma się wyłącznie etyki. Gdy go o to spytałem, powiedział, że różnica byłaby taka, że na religii mówiłby o Bogu, a na etyce o bycie transcendentalnym.

Etyka, czyli co?

Spytajcie wasze nastoletnie dzieci, ilu spośród ich kolegów i koleżanek chodzi na etykę. Ja zapytałem swojego syna – ucznia drugiej klasy gimnazjalnej w małej miejscowości. Jaka padła odpowiedź? – Na co chodzą? – Na etykę. – A co to takiego jest?

To, że niektóre dzieci nawet nie słyszały o etyce w szkole, świadczy z jednej strony o słabości systemu, o czym pisałem powyżej, z drugiej o totalnym braku zainteresowania samych młodych. Ci, którzy nie chodzą na religię – z różnych powodów; w gimnazjum mojego syna rzecz dotyczy akurat świadków Jehowy – nie mają w sobie tyle determinacji, by choćby zapytać dyrektora szkoły o możliwość uczestniczenia w zajęciach z etyki. – Gdyby była jakaś alternatywa, może bym z niej skorzystał – mówi Marek, uczeń gimnazjum w dużym mieście. No, ale on nawet nie wie, że może ubiegać się o tę alternatywę…

Z drugiej strony pozostaje kwestia jakości lekcji etyki. Młodzi, którzy chodzą na takie lekcje, mówią mi anonimowo (zawsze anonimowo!), że – delikatnie sprawy ujmując – lekcje nie stoją na najwyższym poziomie, a nauczyciele sprawiają wrażenie, jakby czuli się gorszymi od katechetów: – Moja nauczycielka na początku roku powiedziała, że nie mamy szansy konkurować z religią, bo tak naprawdę etyka to religia, tylko po wykorzenieniu z niej Boga – opowiada mi Milena, gimnazjalistka z Bydgoszczy. „Wszystkiego, co mam wam do powiedzenia w ciągu tego roku, i tak dowiedzielibyście się na religii. To jaki był sens niepójścia do księdza katechety?” – powiedziała. I wie pan co? Kiedy tak nam powiedziała, a było nas razem z siedemnaście osób, to wszyscy zaczęli się nad tym zastanawiać. Inna sprawa, że to była katechetka po specjalnym kursie. To może dlatego nam tak powiedziała? Do końca roku chodziliśmy w kratkę: częściej nie było nas, niż byliśmy. A w tym roku nie wiem, czy się zapiszę. Na religię nie pójdę, a jak mam chodzić na coś, co jest świecką kopią reli, to ja dziękuję bardzo – mówi Milena.

Sami etycy nie chcą się wypowiadać o swoim fachu. Mówią tylko z goryczą, że czują się spychani na margines, że nikt nie traktuje ich poważnie. – Pan by traktował poważnie kogoś, do kogo MOŻNA, ale NIE TRZEBA się zapisywać i chodzić na lekcje? Kogoś, kto jest alternatywą? Bo ja w mojej szkole czuję się jak alternatywa, i to w dodatku słaba: chodzić na religię – nie chodzić na nic – w ostateczności pójść na jakąś tam etykę – mówi jeden z etyków z województwa mazowieckiego.

Kto zna reguły?

W jednej z poznańskich szkół na zebraniach klasowych w ubiegłym roku we wrześniu poproszono rodziców, by zdeklarowali się, czy dziecko będzie chodziło na religię czy na etykę. Wobec takiego wyboru niektórzy zaczęli dopytywać, czy można chodzić i na religię, i na etykę. Gdy się okazało, że uczeń może uczestniczyć tylko w nauce jednego przedmiotu, część wybrała etykę. A na zebraniu zrobiło się gorąco: dopiero co cała klasa, jak jeden mąż, przystępowała razem do I Komunii Świętej – skąd więc nagle pomysł, by dziecko przestało chodzić na religię? Jedna z matek nie wytrzymała. – Zachowujemy się nieodpowiedzialnie, robimy dzieciom wodę z mózgów. Jak ja wytłumaczę mojemu synowi, że jego kolega, z którym do tej pory chodził na katechezę i z którym razem przystępował do I Komunii, rezygnuje z religii? To po co posyłaliśmy dzieci do tego sakramentu? Dla zabawy? Dla prezentów? Bo wszyscy szli? – mówiła coraz bardziej podekscytowana i zdenerwowana. Zrobiła wrażenie. Nawet ci, którzy na zebraniach nieszczególnie uważają, podnieśli głowy i zaczęli słuchać. Wywiązała się dyskusja. Ostatecznie na etykę nie zapisał się nikt.

Jednak nie we wszystkich szkołach głos mają rodzice. W jednym z warszawskich gimnazjów decyzję zostawiono uczniom. Co więcej, nie był to wybór między religią a etyką. W tej szkole zaproponowano fakultet z filozofii. Pani Ewa, matka jednej z uczennic, jest niezadowolona z tego, że to uczniów pytano o zdanie. – Wydaje mi się, że w gimnazjum takiego wyboru powinni dokonać rodzice. Ale na zebraniu w szkole nikt z nami na ten temat nie rozmawiał. Córka postawiła nas przed faktem dokonanym, oświadczając, że już wybrała i że na religię nie będzie chodziła. Było to dla mnie bardzo trudne – nie kryje pani Ewa.

To słabość: brak jednolitej formy deklarowania się co do chęci bądź niechęci uczestnictwa w lekcjach, nieprzestrzeganie tych reguł prowadzą do chaosu. Koniec końców nikt dziś w polskiej szkole nie wie, jak to jest z tą etyką: ani uczniowie, ani nauczyciele, ani katecheci, ani rodzice. Wydaje się, że mgliste pojęcie o tym ma nawet Ministerstwo Edukacji, skoro w wypowiedzi dla „Gazety Pomorskiej” jego rzeczniczka stwierdziła: – Nie wiemy, ilu uczniów chodzi na etykę. Prosiliśmy GUS, żeby nam to policzył, ale odmówił.

Kto na tym przegrywa? Na tym chaosie? Paradoksalnie: religia i katecheci, obciążani całym złem.

Co pozostaje?

Czy wprowadzenie etyki do szkół – wprowadzenie naprawdę, nie na niby – mogłoby wpłynąć na jakość lekcji religii? Na ich poziom? Na liczbę uczniów deklarujących chęć uczestniczenia w katechezie? Sądzę, że tak.

Idzie przecież o to, że w tej chwili uczeń ma wybór zupełnie nieistniejący. Katecheta, nie czując na plecach oddechu konkurencji (mówiąc obrazowo), mało kiedy się wysila. Lekcje są schematyczne, nudne. Oczywiście to uogólnienie – wszak wielu katechetów jest mistrzami w tym, co robią. Jeśli jednak potraktować sprawę en bloc – wygląda to nieciekawie.

Przy czym zupełnie nie chodzi o to, aby się ścigać: etyka – religia, kto jest fajniejszy, kto lepiej mówi, kto ma lepsze pomysły i przyciąga nimi młodych, a kto nie. Wiara to wiara – ścigać się nie musi i nie powinna. Ale bój idzie przecież o uczniów niezdecydowanych, którzy nie wiedzą jeszcze, czy bardziej są wierzący, czy wolą iść na świecką etykę. Jeśli w szkole będzie dobra etyka, religia też będzie musiała być niezła.

Zatem: im więcej etyki w szkole, tym lepiej dla religii. Taka teza, choć niektórym może wydać się karkołomna, jest – moim zdaniem – jedyną, jaka w naturalny sposób wynika ze stanu rzeczy w polskich szkołach AD 2010.

Inaczej uczeń zostanie bez szans. Na wybór, na zastanowienie, wreszcie na porządnie ugruntowaną wiarę.

1  Wszystkie wypowiedzi o. Marka Kosacza pochodzą z reportażu mojego autorstwa pt. Pała z wiary, który ukazał się w 2007 roku w „Dużym Formacie”.
 

Kreska na świadectwie
Jacek Kowalski

urodzony w 1972 r. – absolwent polonistyki na UAM w Poznaniu, dziennikarz „Gazety Wyborczej” w Bydgoszczy.Mieszka w Kruszwicy. Jest żonaty, ma trzech synów....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszykKontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze