Młot na czarownice
fot. gregory hayes / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%
Wyczyść

Badania wykazały, że podczas sabatów spożywano potrawy przyrządzone z roślin o działaniu halucynogennym. Dlatego kobiety bez tortur były potem skłonne przyznawać, że latały na miotłach i widziały diabła.

Maciej Müller: Magia i polowania na czarownice to chyba niełatwe wyzwania dla historyka?

Tomasz Gałuszka OP: To prawda. Badacz musi zmierzyć się z faktami, a nie wie, co z nimi począć. Na przykład w XVII wieku przed sądem w Monachium stanęła grupa rolników, którzy zgodnie zeznawali, że nie mogą pracować w polu, ponieważ codziennie, punktualnie o godzinie 12, przelatuje nad nimi kilka nagich kobiet na miotłach. Zbiorowa halucynacja? Prawdziwe wydarzenie? Źródło niby z epoki, ale jak to zinterpretować?

Okres, o którym ojciec wspomina, to apogeum polowań na czarownice. Ale problem uprawiania magii był obecny w Kościele właściwie od początku.

Ba, widzimy go już w Starym Testamencie! Choćby w Księdze Wyjścia (22,17) wprost czytamy: „Czarownicy żyć nie pozwolisz”. Teologowie chrześcijańscy przez długi czas opracowywali temat pod względem teoretycznym, szukając odpowiedzi na pytanie: Czy mamy do czynienia z przywidzeniami, czy też z realnym wpływem czarów na rzeczywistość. Podwaliny pod rozwój wiedzy o magii i demonologii – bo te sprawy szybko ze sobą powiązano – położył św. Augustyn (V wiek). W swoich dziełach opisał, czym są czary, i podzielił je na kategorie – ukazując w ten sposób całą złożoność problemu. Według biskupa Hippony istniało co najmniej 13 typów osób uprawiających magię.

Na przykład?

Divini, czyli osoby, przez które przemawiały bóstwa. Incantatores, którzy rzucali uroki. Augures, którzy odczytywali przyszłość z głosu ptaków i auspices, obserwujący lot ptaków. Byli też astrologowie czytający z gwiazd oraz horoscopi, którzy na podstawie kluczowych w życiu człowieka dat spekulowali o jego przeznaczeniu. I wreszcie nekromanci, wzywający duchy zmarłych w celu odkrycia przyszłości, ale i szkodzenia innym, oraz maleficii, czyli osoby, które za pomocą zaklęć potrafiły zabijać.

Oto „personel magiczny”, przyszli klienci procesów o czary. Na swój użytek uprawianą przez nich magię podzieliłem na kilka kategorii. Pierwsza to magia szkodliwa, czyli czary, które miały czynić krzywdę drugiej osobie poprzez zadanie śmierci albo pozbawienie jakieś funkcji życiowej (najczęściej chodziło o spowodowanie impotencji). Dalej – magia miłosna, czyli ingerencja w relacje damsko-męskie. Następnie magia lecznicza, uprawiana przez znachorów sporządzających lekarstwa z tego, co złapali, zebrali lub wyskubali. Kolejna kategoria to odczytywanie przyszłości, wróżbiarstwo. Jeszcze ciekawsza była magia „schrystianizowana”. W XV i XVI wieku zdarzały się przypadki wykradania hostii i używania ich jako talizmanu przynoszącego szczęście; bywało też, że umieszczano je w oborze, żeby krowy dawały więcej mleka. W przemienionych postaciach sakramentalnych widziano przedmioty kryjące moc, którą można wykorzystać do własnych celów.

Ostatnia kategoria to magia naukowa, do której zaliczam alchemię, astrologię i nekromancję.

Kiedy już dochodziło do procesów o czary, podział na magię białą (np. leczniczą lub miłosną) i czarną nie miał znaczenia. Każde czary oceniano jednoznacznie, łącząc je z działaniem demona.

Skąd się wzięło to skojarzenie?

Uznawano, że tylko demon mógł umożliwić ludziom przewidywanie przyszłych zdarzeń – nie na zasadzie jasnowidzenia, ale posługując się swoją hiperinteligencją, pozwalającą dostrzec czynniki dla człowieka niedostrzegalne.

Człowiek średniowiecza pojmował rzeczywistość prosto, ale nader poprawnie. Jest Stwórca i stworzenia, do których należeli zarówno ludzie, jak i aniołowie – w tym też demony. Między stworzeniami zachodzą relacje. A skoro głównym zamiarem upadłego anioła, Szatana, jest odwodzenie człowieka od dobra i celu ostatecznego, należy się spodziewać, że zrobi on wszystko, aby mu zaszkodzić i sprowadzić go na manowce. I czynił to, zatruwając jego wyobraźnię i utwierdzając go w kłamstwie.

W średniowieczu wierzono jednak przede wszystkim w moc Chrystusa i zmartwychwstania; ufano, że sakramenty dają wystarczająca ochronę przed demonem. Diabeł nie był mocniejszy od Boga. W ogóle nie mógł się z Nim równać. I o tym człowiek średniowiecza doskonale wiedział.

W średniowieczu nie ścigano czarownic?

Czarami nie interesował się zbytnio ani Kościół, ani świecki system prawny. Zmieniło się to dopiero w nowożytności.

Średniowieczne myślenie o czarach ustanowił zredagowany w X wieku, prawdopodobnie ok. 900 roku, tzw. Canon Episcopi. Jego autor, benedyktyn Reginon z Prüm, zajął się osobami, które twierdziły, że potrafią latać. Uznał, że kłamią i że dały się oszukać diabelskim sztuczkom. Nie są jednak wspólnikami diabła (to znacznie późniejszy pogląd, związany z XV-wiecznym Młotem na czarownice), ale ofiarami demonicznego uwiedzenia. Demon sprawia, że człowiek doznaje wizji, w których np. lata na miotle czy dokonuje cudów. Czary i ich skutki nie są czymś realnym, lecz dzieją się w chorej wyobraźni oszukanego przez diabła człowieka – twierdził Reginon. Człowiekowi takiemu – podkreślał – należało pomóc, a nie go potępiać.

Canon Episcopi wyznaczył sposób patrzenia na czary na kilkaset lat, ponieważ w 1140 roku Gracjan włączył go do swojego Dekretu – najważniejszego zbioru prawa kanonicznego.

Do XIV wieku Kościół uznawał szkodliwość magii z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że człowiek uprawiający czary nie szukał pomocy u Boga, ale u innych sił, szkodził więc wierze swojej i innych (przypomnijmy, że w średniowieczu lepiej niż dzisiaj rozumiano, że Kościół to wspólnota i działa na zasadzie naczyń połączonych). Po drugie, magia była superstitio, zabobonem, głupotą, poniżeniem człowieka, ponieważ obrażała jego rozum.

Czy inkwizycja nie interesowała się magią?

Nie, ponieważ czary uznawano za błąd, a nie za herezję. Inkwizytorzy mieli poważniejszych przeciwników – waldensów, begardów czy katarów. Mało kto myślał wtedy, że można na serio, świadomie i dobrowolnie wierzyć w skuteczność czarów i je uprawiać – uznawano to po prostu za przejaw bałwochwalstwa i skrajnie szkodliwą głupotę. Inkwizycja do XV wieku nie zajmowała się czarami – a jeśli już, jak w przypadku procesu templariuszy, były to przypadki nadzwyczajne, związane z wielką polityką. W średniowieczu oskarżenia o czary dotykały osób z elit społecznych – biskupów, wysokich urzędników kościelnych i królewskich. Nowożytne polowania na czarownice będą tego odwrotnością – to był problem prostego ludu, mieszkańców wsi i marginesu społecznego. W Polsce ani jeden szlachcic nie został skazany za czary.

Początek zmiany myślenia o czarach łączy się z papieżem Janem XXII (początek XIV wieku), cierpiącym na osobliwą obsesję…

…że zostanie uśmiercony za sprawą magii. Tę obsesję przypłacił procesem i śmiercią biskup Hugo Géraud, oskarżony o próbę zamordowania papieża przy użyciu woskowej figurki (zaklęcie miało zadziałać po przekłuciu jej igłą).

Jan XXII wbrew Episcopi żywił przekonanie, że czary mogą mieć realny wpływ na rzeczywistość. O opinię na ten temat poprosił dziesięciu wybitnych teologów. Po lekturze ich odpowiedzi sporządził bullę Super illuis specula, w której napisał, że ludzie stosujący czary „czynią pakty z piekłem”, nakazał inkwizycji zajęcie się kwestią magii.

Ten krok poczyniony przez Jana XXII w kierunku nowej interpretacji czarów wynikał z jego osobistej historii i problemów. Papież był stary, schorowany i miał śmiertelnych wrogów w osobach cesarza Ludwika Bawarskiego, antypapieża Mikołaja V oraz franciszkańskich spirytuałów. Otaczały go spiski. W prosty sposób wytłumaczył sobie, dlaczego dotykało go tyle nieszczęść.

Jego bulla jest bardzo interesująca, ale głównie dla historyków. W średniowieczu pozostała niezauważona. Trudno mówić o jej recepcji. Badacze nie wykluczają, że pozostała w stadium brudnopisu. W XIV wieku nadal więc patrzono na magię przez pryzmat Episcopi. Jednak przypadek Jana XXII wskazuje, że w społeczeństwie zachodziły już pewne przemiany w myśleniu.

Kto postawił kolejne kroki?

Ponad sto lat później, w latach 50. XV wieku, pojawiły się pierwsze głosy podważające nauczanie o braku realnych skutków czarów. Mnożyły się przedziwne opowieści o sabatach czarownic i lataniu na miotle, mające dowieść, że czary nie są problemem schorowanej wyobraźni, ale dotykają rzeczywistości.

Dominikanin Mikołaj Jacquier napisał poczytne dzieło Bicz na heretyków i opisał w nim przypadek benedyktyna Wilhelma Adelinea. Zakonnik ów opowiadał o swoich kontaktach z sektą satanistyczną, „synagogą waldeńską”, która organizowała sabaty czarownic. W czasie tych sabatów, jak zeznawał benedyktyn, ukazywał się demon pod postacią kozła. Wilhelm miał usłyszeć od niego, że Canon Episcopi zamyka usta osobom usiłującym naprawdę walczyć z czarami.

Od tego czasu o Canonie coraz częściej myślano jako o dokumencie nie tyle nieodpowiadającym potrzebom, ile szkodliwym, używanym przez samego demona do zaciemniania umysłów. Bicz na heretyków był pierwszym dziełem otwarcie sugerującym realność czarów i kontaktów ludzi z demonami. Szczególnie chodziło tu o kobiety.

No właśnie, dlaczego się słyszy o polowaniu na czarownice, a nie na czarowników?

Jacquier mocno akcentował rolę kobiety w kontaktach z diabłem z tego względu, że miał on być mężczyzną – jego partnerką musiała więc być kobieta (liczne są opowieści o spółkowaniu z demonem). Potem pojawiły się kolejne argumenty. Badano etymologię słowa femina (łac. kobieta). Słowo to składa się z dwóch członów: fe, skrót od fides (wiara) i mina od słowa minus (mniej). Kobiety miały zatem „mniejszą wiarę” i dlatego też były bardziej podatne na kłamstwa diabła. Do tego dochodził jeszcze jeden czynnik: oskarżenie kobiety o czary łączyło się z widowiskiem. Należało sprawdzić, czy ma ona znamię diabelskie na lewej łopatce, a więc musiała się rozebrać na oczach tłuszczy.

Trzeba zaznaczyć, że dzieło Mikołaja Jacquiera nie tyle zmieniało pogląd społeczeństwa, ile raczej wyrażało (i utrwalało) to, co powszechnie uważano. Osoby duchowne zaczęły wierzyć tak, jak lud, i mówić to, co mówił lud. Pospólstwo wierzy w sabaty czarownic i latanie na miotle – a księża zaczynają pisać o tym traktaty…

Kilka książek, nawet popularnych i przekonujących, to chyba jeszcze za mało, by zmienić kościelne nauczanie o czarach.

Zgadza się, odwrócenie perspektywy w patrzeniu na czary miało znacznie szersze tło. W 1453 roku upada Konstantynopol. Wiele dzieł bizantyjskiej kultury razem z tamtejszymi uczonymi trafia do Italii. Rozpoczyna się renesans myśli starożytnej, przede wszystkim neoplatonizmu. Uczeni czytają tzw. Corpus Hermeticum, czyli teksty z II i III wieku, które propagują teorię emanacji, hermetyzmu – powiązania wszystkiego ze sobą. Każda rzecz we wszechświecie jest nie tylko stworzona przez bóstwo, ale z nim połączona – a zatem można poprzez dotknięcie małej rzeczy wpłynąć na bieg innych. Na tym opiera się fenomen czarów.

Renesans przynosi takie traktaty jak De Occulta Philosophia Heinricha Corneliusa Agrippy (początek XVI wieku). W dziełach tych mieszają się ludowe przesądy, hermetyzm i kabała żydowska, mowa w nich o uprawianiu magii jako o sposobie wpływania na rzeczywistość.

W tym czasie można rozróżnić w Europie dwa nurty uprawiania magii – ludowy i uczony. Magią uczoną zajmują się największe ówczesne umysły.

Czy ślady takich zainteresowań widać w Polsce?

O tak! Żeby nie szukać daleko, choćby w naszym krakowskim archiwum klasztornym można znaleźć dowód na powszechność uprawiania magii uczonej. To rękopiśmienne tłumaczenie dzieła Agrippy z początku XVIII wieku. Na stronie tytułowej ostrzeżono czytelnika: „Po przeczytaniu przycisnąć kamieniem i obwiązać stułą”. Podczas lektury tego dzieła można poznać zaklęcia: jak być bogatym, jak zdobyć garnek złota… Jak widać, zainteresowanie magią nie było obce krakowskim dominikanom. Notabene w krakowskiej pracowni alchemicznej dominikanów doszło w 1462 roku do wybuchu, który doprowadził do pożaru części miasta – najbardziej ucierpieli nasi sąsiedzi, czyli franciszkanie.

Powiedział ojciec, że w czasach nowożytnych nie ścigano jednak elit, tylko ludzi z gminu. Najsłynniejsze chyba dzieło o czarach, Młot na czarownice, było szczegółowym opisem nie magii uczonej, tylko tej ludowej.

Malleus maleficarum (Młot na czarownice) to kompendium wiedzy na temat magii, zebrane przez dominikanina Heinricha Kramera i wydane w 1487 roku. Kramer, chcąc najprawdopodobniej podnieść w oczach czytelników wartość traktatu, dopisał jako drugiego autora swojego współbrata Jacoba Sprengera, mistrza świętej teologii. Sprenger przez wiele lat ścigał go za to sądownie.

Jak wspomniałem, Canon Episcopi z X wieku głosił, że osoba uprawiająca czary jest ofiarą demona. Młot na czarownice to odwrotność tego nauczania: Kramer pisze wprost o zawieraniu przez czarownice paktu z diabłem, a co więcej – o istnieniu zorganizowanego na wzór Kościoła satanistycznego kultu, z rytuałami, ofiarami, obrzędami i hierarchią. Episcopi kwituje latanie czarownicy jako wymysł chorego umysłu, tymczasem już pierwsze rozdziały Młota szczegółowo opisują, jak to kobiety latają na miotłach. Trzeba podkreślić, że tej książki nikt rozsądny nie traktował poważnie – dzieło to nie znajdowało się w trybunałach inkwizycyjnych. Było natomiast w wielu miejscach, gdzie dochodziło do samosądów.

Grunt dla opublikowania Młota przygotował papież Innocenty VIII, który w 1484 roku wydał bullę Summis desiderantes affectibus, zrównującą magię z herezją, nakazując inkwizytorom jej ściganie. Papież uznał, że organizacja satanistyczna stanowi takie samo zagrożenie, jak herezje katarów czy waldensów. Trudno powiedzieć, czy Innocenty rzeczywiście wierzył w istnienie podobnej organizacji – niemniej zareagował tak samo, jak papieże XIII wieku na wieść o pojawieniu się herezji.

Czyli organizacja taka niekoniecznie istniała, ale ją opisano, potępiono i nakazano jej ściganie?

Często się zdarza, że najpierw powstaje jakiś twór teoretyczny, który staje się wzorem dla rzeczywistości. Nie da się wykluczyć, że „organizacja satanistyczna” powstała najpierw w wyobraźni duchownych. Tak było np. z wykoncypowaną w XIV wieku przez sobór w Vienne sektą Wolnego Ducha. Ale różne mniej lub bardziej tajemnicze grupy rzeczywiście się mnożyły w czasach nowożytnych. W latach 50. XV wieku działała np. Akademia Rzymska Platońska – była to grupa uczonych i artystów spotykających się w rzymskich katakumbach, którzy zmieniali sobie imiona na starożytne i kultywowali wiele pogańskich obyczajów. Należał do niej np. Filip Buonaccorsi, przyszły nauczyciel synów Kazimierza Jagiellończyka. On sam przyjął nowe imię Kallimach, na cześć starożytnego poety. W 1468 roku Filip musiał uchodzić z Rzymu, ponieważ uczestniczył w nieudanym spisku na życie papieża Pawła II, który zamierzał m.in. rozwiązać akademię i rozpędzić zwariowanych artystów literatów.

Czy sabaty czarownic odbywały się naprawdę?

Tak, dowodzą tego protokoły procesów z XVII wieku, ale wzmianki o sabatach znajdujemy już w bardzo wczesnych źródłach.

Te kobiety rzeczywiście wierzyły, że potrafią czarować i obcują z demonem?

Owszem. Badania historyczne wykazały, że podczas sabatów spożywano potrawy przyrządzone z roślin o działaniu halucynogennym. Dlatego te kobiety bez tortur były potem skłonne przyznawać, że latały na miotłach i widziały diabła. Wizji narkotycznych nie wynaleźli hipisi…

Czy to Młot na czarownice spowodował falę polowań na kobiety zajmujące się czarami?

Wydanie tego dzieła stanowiło podsumowanie zmian w podejściu do czarów – ale polowania zaczęły się kilkadziesiąt lat później. Apogeum prześladowań trwało od połowy XVI do połowy XVII wieku. Czarami zajmowały się sądy kościelne i świeckie. W najważniejszym europejskim zbiorze prawa karnego, tzw. Carolina, pochodzącym z połowy XVI wieku, za czary przewidziano karę śmierci przez spalenie na stosie. Co więcej, była to jedyna zbrodnia, przy której nie było konieczne okazanie corpus delicti (dowodu rzeczowego). Samo uznanie przez sąd czyichś gestów albo słów za czarnoksięskie wystarczało, żeby wydać wyrok skazujący. Otworzyło to drzwi ogromnym nadużyciom.

Inkwizycja nadal, nawet w tym okresie, ostrożnie i niechętnie podchodziła do czarów. Większość procesów prowadziły sądy świeckie – od Hiszpanii po Polskę. Do tego dochodziła masa samosądów, którym przewodził np. niepiśmienny proboszcz wspierany przez sołtysa.

Czy ofiary tych prześladowań można policzyć?

Obecnie się przyjmuje, że do 1750 roku odbyło się ok. 80 tysięcy procesów, a 35 tysięcy osób spalono na stosie. W Polsce skazano na śmierć 2 tysiące czarownic. Najwięcej procesów odbyło się w krajach niemieckich, ogarniętych wojnami religijnymi – tam spłonęło ok. 30 tysięcy osób. Te liczby odnoszą się do oficjalnych procesów, samosądów nie jesteśmy w stanie policzyć.

Skąd się wzięło to szaleństwo?

Historycy długo się nad tym zastanawiali. Niektórzy wskazują, że w XVI i XVII wieku dochodziło do wielu katastrof naturalnych i wojen. Ludzie szukali prostej odpowiedzi na pytanie: skąd się bierze zło. Oskarżenie drugiej osoby o uprawianie czarów zawsze było najprostszym wyjaśnieniem. Szukano kozła ofiarnego – kogoś, na kim będzie można się wyżyć. Z kolei władza dostrzegała, że po spaleniu czarownicy na pewien czas milkły niepokoje społeczne.

Trzeci czynnik związany jest z reformacją. W średniowieczu ludzie wierzyli, że życie w łasce i przyjmowanie sakramentów chroni ich przed diabłem. Tymczasem reformacja wymiotła ważny element tego poczucia bezpieczeństwa – czyli pośrednictwo świętych, korzystanie z sakramentów i sakramentaliów (nie było już mowy o posiadaniu soli egzorcyzmowanej lub wody święconej). Człowiek nie miał już czym odgrodzić się od zła. Dlatego zaczynał na własną rękę walczyć z demonem.

Szaleństwo polowań ogarnęło zarówno kraje katolickie, jak i protestanckie. Choć jak wykazały badania wybitnego francuskiego historyka Jeana Delumeau, protestanci byli bardziej gorliwi w walce z czarami. Badacz ten przytacza znamienny fragment listu Marcina Lutra, w którym czytamy: „Nie można pobłażać magikom i czarownicom, które psują jaja w kurnikach, które kradną masło i mleko; sam chciałbym podpalać pod nimi stosy – w Starym Prawie widzimy kapłanów kamienujących złoczyńców”.

Trzeba jednak jasno powiedzieć, że licytowanie się, kto spalił więcej czarownic – katolicy czy protestanci – nie ma większego sensu. Wszyscy uczestniczyliśmy w tym szaleństwie.

Kiedy nadeszło opamiętanie?

Pod koniec XVII wieku obserwujemy zanik polowań na czarownice. Kościół zakazał trybunałom inkwizycyjnym zajmowania się czarami. Równolegle ze świeckiego prawa karnego coraz częściej wycofywano kwestie czarów (w Polsce w 1776 roku). Ostatni proces o czary w Europie odbył się w latach 1807–1811 w Reszlu na Warmii; na stosie spłonęła wtedy Barbara Zdunk. Trzeba jednak zaznaczyć, że skazano ją najprawdopodobniej za podpalenia, a nie za czary.

O ile jestem skłonny zrozumieć, że prosta wieśniaczka po spożyciu halucynogenów mogła wierzyć, że lata na miotle, to trudno przyjąć, że uznawali to za pewnik uczeni autorzy traktatów teologicznych.

Oni naprawdę byli święcie przekonani, że demon aktywnie działa w ich czasach. Wspomniany już Jean Delumeau mówił wprost, że w XVI i XVII wieku wrócił manicheizm. Ludzie wierzyli, że świat jest we władaniu boga złego, który ma taką samą moc, jak bóg dobry. W XVI-wiecznych katechizmach, np. autorstwa jezuity św. Piotra Kanizjusza, imię Chrystusa jest rzadziej wspominane niż imię demona…

W walkę z diabłem można się tak zaangażować, że w pewnym momencie zapomnimy, że on jest tylko stworzeniem. On nie jest żadnym półbogiem, choć rzeczywiście stara się Boga małpować. Powrót do manicheizmu zawsze nam grozi, jeśli zapomnimy o tym, że Chrystus zmartwychwstał i przekazał Kościołowi cały arsenał sakramentów, który skutecznie unieszkodliwia wszelkie demony, te rzeczywiste i wymyślone.

Młot na czarownice
Tomasz Gałuszka OP

urodzony 4 czerwca 1978 roku w Jarosławiu – dominikanin, historyk, mediewista, doktor habilitowany historii Uniwersytetu Jagiellońskiego, doktor teologii, profesor Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie, dyrektor Dominikańskiego Instytutu Historycznego, nauczyciel...

Młot na czarownice
Maciej Müller

urodzony w 1982 r. – studiował historię na Uniwersytecie Jagiellońskim i dziennikarstwo w Wyższej Szkole Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera. W „Tygodniku Powszechnym” odpowiedzialny za dział „Wiara”. Współpracuje r...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze