Malarz

Pragnął być artystą, zajmować się malarstwem i grafiką. Wierzył, że przyszłość należeć będzie do niego. Terminował u kilku mistrzów, do niektórych wyjeżdżał za granicę kraju. Oni nauczyli go techniki i cierpliwości, natura zaś, jej nieustanne podpatrywanie, ćwiczenia, aby szybko uchwycić jej zmienność — całej reszty, najniezbędniejszej cząstki, bez której wszystkie lata spędzone w pracowniach mistrzów, wszystkie cenne rady, okazałyby się bezużyteczne. Tą cząstką było własne spojrzenie na świat. Nie na próżno powtarzał malarz Ghirlandaio, nauczyciel Michała Anioła, swoim uczniom — Najdoskonalszym przewodnikiem jest natura. Rysuj stale — zalecał — nie zaniedbuj ani jednego dnia.

Mateusz, bo tak dali mu na imię zacni rodzice, czuł, że ma talent i chciał koniecznie coś nowego wnieść w świat, który zastał. Odnosił też z latami pewne sukcesy, ale nigdy takie, o jakich skrycie marzył. Chciał żyć mocno, prawdziwie, tymczasem, będąc raczej ubogim, wciąż musiał gonić za nowymi zleceniami i choć pracował dużo, miał poczucie marnotrawienia czasu oraz swoich umiejętności. Prace, na które otrzymywał zamówienia, były błahe, mało inspirujące, słowem — nie cieszyły go. Życie zaczęło mu ciążyć. Wreszcie nie wytrzymał. Pokłóciwszy się z zamożnym klientem, niezadowolonym ze swojego portretu, bo mroczny, mało dostojny i śmieszny zarazem, postanowił zrzucić jarzmo ciągłej gotowości podejmowania kolejnych zadań choćby wbrew sobie. Powiedział „koniec”. Poczuł się wolny i zaczął hulać. Wiry życia, którego dotychczas prawie nie kosztował, wciągnęły go aż na samo dno. Zamiast, jak to robił wcześniej, spędzać bezsenne godziny w pracowni na poddaszu, wdychać powietrze przesycone wonią farb, rozpuszczalników, mieszać, nakładać, rozprowadzać i utrwalać, zaglądał do karczmy „Pod trzema wiedźmami”, gdzie spotykali się miejscowi rzemieślnicy i marynarze, których okręty, uszkodzone sztormem, poddawano drobnym remontom w pobliskiej stoczni. Grał w karty, opróżniał kufle piwa, a czasami zabierał do siebie na noc dziewczynę. Jedna z nich podarowała mu chorobę, którą prawie przypłacił życiem. Minęło kilka miesięcy, długich jak lata, zanim powrócił do zdrowia. Kiedy, po tym wszystkim co przeszedł, spojrzał w lustro — przestraszył się, nie poznał siebie — przybyło mu piętnaście lat. Posiwiał, wychudł straszliwie, stracił kilka zębów. Podziałało to na niego niczym kubeł zimnej wody. Przestał szaleć, powoli doprowadził się do porządku, jednak zleceniodawcy nie zachodzili już do jego pracowni. Przedstawiciele Kościoła katolickiego, dla którego w poprzednich latach wykonał wiele „świętych” obrazów, teraz zdecydowanie unikali spotkań z nim. Wydawało się, że Mateusz, wstąpiwszy z powrotem na drogę cnoty, zdechnie z głodu lub przyjdzie mu się powiesić.

Ratunek pojawił się niespodziewanie. Można by powiedzieć — spadł z nieba. Właśnie teraz odnalazł go kolega, Romuald Adalbertus, z którym terminował przez rok w warsztacie dość znanego i cenionego w mieście malarza, Hermana Hanna. Mateusz, co prawda, nie bardzo go sobie przypominał, w końcu minęło trochę lat, a poza tym Romuald był od niego znacznie młodszy i w warsztacie Hanna mógł być ledwie chłopcem do mieszania farb i wycierania podłogi, na którego nikt ze starszych nie zwracał uwagi.

Teraz prowadził małą oficynę wydawniczą, kilka takich od paru lat konkurowało ze sobą w mieście. Razem z żoną i bratem zajmowali się przygotowaniem i drukiem okazjonalnych ulotek, plakatów, kart powinszowań, zawiadomień, zaproszeń, a przede wszystkim kilkustronicowych książeczek i zbiorów wierszy nikomu nieznanych, a możnych autorów, dziwacznych modlitewników nawiedzonych pastorów i astrologicznych kalendarzy. Szczególnie jednak oficyna Adalbertusa specjalizowała się w drukach weselnych i pogrzebowych, przy czym tych ostatnich było znacznie, znacznie więcej. Pieniędzy na druk dostarczali bogaci donatorzy, rodziny patrycjuszowskie traktowały to jako konieczne przedsięwzięcie przy okazji rodzinnych uroczystości czy to wesołych, czy smutnych. Wzorując się na wydawnictwach głównie niemieckich, stale też zwiększali swoje wymagania co do czcionki, jakości wolut, finezyjności emblematów, wyklejek, rodzaju okładek, a nade wszystko wierności portretów.

Mnożyły się zastrzeżenia. — Zatrudnij pan, panie Adalbertusie, porządnego grafika. Portret mojego dziadka w pana książeczce przypomina wszystkich, tylko nie jego. Jak się to panu udało? Zamienił pan pogrzeb w śmiechowisko — powiedział jeden z klientów, bynajmniej nie żartując. Skromny talent pana Romualda, który oszlifował kilkuletnim terminowaniem tu i tam, okazywał się niewystarczający. Wtedy to właśnie przypomniał sobie zdolnego kolegę z warsztatu Hermana Hanna.

Boll, Bell, Boll — powtarzał w kilku miejscach, nie będąc pewien nazwiska, aż trafił. Nie było to aż tak trudne zadanie. Przy okazji usłyszał od życzliwych ludzi całą niewesołą historię życia Mateusza Bolla i to, że ostatnio nie najlepiej mu się wiedzie. Był jednak uczciwy i nie zamierzał tego wykorzystać. Zaproponował godziwe warunki.

— Zobaczysz, będziemy wydawać najlepsze druki pogrzebowe w mieście. Czeka nas sława — cieszył się — wszyscy pękną z zazdrości — mówił z pewnością o konkurencji, nie o umarłych.

Mateusz przystał na jego propozycję. Nie miał zresztą wyboru i odtąd przygotowywał małe grafiki portretowe zmarłych nobilów na podstawie powierzanych mu portretów olejnych, które kazali sobie zrobić za życia.

Grafiki portretowe, akwaforty lub mezzotinty umieszczano na karcie przedtytułowej, zaraz na początku książeczki, format ich zazwyczaj był nie-duży, oprawa zaś, w zależności od wymagań rodziny, kartonowa, z pergaminu albo nawet ze skóry z tłoczeniami. Zamiast tytułu umieszczano początek życiorysu, który rozwijał się na kilku następnych kartkach. Podawano nazwisko, imiona i tytuły zmarłego, rok urodzenia i śmierci. Często tekst redagowano po łacinie, wierszem lub wzniośle brzmiącą prozą, której nadawano rytm i wyszukaną formę. Czasami, zamiast życiorysu, od razu po karcie tytułowej następowały dwie, trzy, a nawet cztery mowy, które nad trumną wygłaszali pastor, ktoś znamienity i przedstawiciel rodziny — na ogół syn — główny spadkobierca. Jeżeli starczało miejsca, na końcu dodawano króciutką modlitwę, wiersz o przemijaniu, znikomości ludzkich trudów, o śmierci, co zabiera ze świata, gasi świeczki, o rodzinie w nieutulonym żalu, o sieroctwie i królestwie Bożym. Portrety wedle życzenia obejmowała ramka, wieniec lauru, wawrzynu, niekiedy poplątana finezyjnie szarfa.

Mateusz szybko przyzwyczaił się do swojego nowego zajęcia. Nie był już tak wybredny jak jeszcze kilka miesięcy temu. Jeżeli tylko powierzony mu portret prezentował znośny poziom, wystarczał dzień lub dwa na przygotowanie matrycy. Czas naglił, więc trzeba się było śpieszyć. Pracował bez wytchnienia, pomagał także przy druku, a przynajmniej na gorąco kontrolował pierwsze odbitki. Nie zdarzyło mu się poprawiać prac.

Po robocie, z pieniędzmi w kieszeni i nieboszczykiem, wyprawionym na tamten świat, z przyzwoitym — autorstwa Mateusza Bolla — dowodem tożsamości w postaci portretu, życiorysu, mów pogrzebowych i wierszyka, można było wypić kufel najlepszego piwa i spać, ile wlezie.

— Dzięki zmarłym mogę kontynuować swoje marne życie — żartował malarz, już nie artysta, lecz rzemieślnik, Mateusz Boll.

Było to gdzieś w połowie lata 1711 lub 1712 roku, tydzień lub dwa po śmierci znanego w mieście, okolicy, a nawet kraju pastora Joannesa Strauba. Jego odejście do wieczności odbiło się potężnym echem, ponieważ za życia miał odwagę stawać na przekór wszechpotężnej miejskiej radzie, często publicznie podczas swoich kazań piętnując jej nadużycia, zbytek i arogancję. „Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne niż wy, łajdacy, wejdziecie do nieba” — parafrazował Chrystusowe groźby. Mateusz przygotowywał jego portret do druku pogrzebowego z prawdziwą przyjemnością. Pastor miał bowiem twarz wymarzoną dla portrecisty. Na portrecie olejnym krzaczaste brwi, zmarszczone groźnie razem z herkulesowym czołem, stanowiły kurtynę, spod której wyglądały spokojne, sinoniebieskie oczy. Spokojne — owszem, tyle że spokojem oceanu. Rzadko kto był w stanie dłużej wytrzymać spojrzenie pastora, łagodne dla biednych, choćby i byli grzesznikami, bogatych przygważdżało do ściany lub częściej zmuszało do ucieczki. Dalej, a właściwie niżej, był nos jak kartofel, najważniejszy w całej twarzy, czerwono–siny, chłopski. Za ten nos właśnie i uśmiech pod nim ukryty kochali go parafianie, mówili o nim „pastor kartofel”, a on, wiedząc o tym, wcale się nie obrażał. Pochodził z biedoty i chlubił się tym bezustannie. Raczej gruby, choć nieprzesadnie, uwielbiał za życia łazikować po ulicach, zaczepiał przechodniów i opowiadał im zabawne historyjki z morałem. Niejeden raz, zaszedłszy do karczmy, przysiadał się do któregoś z opojów i gadał mu, i gadał, a jak nie pomogły słowa, potrafił przyłożyć. Wysoki był jak jego ojciec i dziad.

„Ten przyszedł do Boga prosto od pługa”, żartowali sobie z niego na początku koledzy z uniwersytetu. Zabiło go serce, to, z którego słynął. Była wielka żałoba, wielu ludzi płakało.

Zarobiwszy na jego portrecie parę groszy, malarz–rzemieślnik Mateusz Boll, wybrał się właśnie na zasłużony kufel piwa. Robił tak zawsze, biorąc przykład niemal z wszystkich robotników świata. Nie zachodził już teraz do karczmy „Pod trzema wiedźmami”, gdzie pozostawił zbyt wiele nadziei, lecz wędrował po mieście bez specjalnego celu, niczym okręt targany po morzu zmiennym wiatrem, aby zacumować, gdzie trafi. Nigdy też już Mateusz nie przesadzał z piciem, wystarczały mu dwa kufle piwa i samotność. Z dawnych lat pozostało mu tylko to jedyne w swoim rodzaju zainteresowanie — podglądanie z ukrycia ludzi. Kiedyś szkicował ich, teraz tylko patrzył, przyglądał się.

Tego dnia zawitał na Siedlce, jedno z przedmieść Gdańska, na wysoczyźnie. Było dość wczesne popołudnie, słońce świeciło wciąż jasno, choć w swojej całodziennej wędrówce dochodziło właśnie do miejsca, gdzie być może i na nie czekała jakaś karczma i kufel piwa. W niskiej salce zajazdu poza Mateuszem i karczmarzem siedziało kilku gospodarzy powracających z miasta do domu, których furmanki stały na poboczu drogi i przy studni, i jeden gość z daleka, szlachcic, sądząc z odzienia i szabli przypiętej do boku. Jego konia, ładnego gniadosza, Mateusz dostrzegł, wchodząc do środka. Stajenny chłopiec szczotkował mu grzbiet. Malarz usiadł w kącie, ale przy oknie. Gliniany kufel postawił przed sobą. Z tego miejsca mógł spokojnie obserwować wnętrze karczmy i to, co za oknem. Cieszył się dniem i perspektywą wypicia w spokoju piwa. Jego leniwa egzystencja dostarczała mu teraz, po tych straszliwych przeżyciach, wiele radości. Trwałby tak dalej w błogostanie, niczym kot wygrzewający stare kości na wyściełanym słońcem niskim parapecie, gdyby nie człowiek, który pojawił się na podwórzu. Wyszedł z czarnej kolasy, widać było, że za potrzebą. Śpieszył się, trzymając się za brzuch, przebiegł przed oknami zajazdu i już wtedy wydał się Mateuszowi znajomy. Zagadnął po holendersku do chłopca przy stajni, machnął ręką i zniknął za zabudowaniami. Po kilku minutach wrócił, szedł powoli, był zadowolony. Mateusz nie mógł oderwać od niego spojrzenia. Wysoki, zwalisty, o szerokim czole, zanim zajął miejsce w kolasie, odwrócił się w stronę zajazdu i zawołał. Przynieśli mu piwo. Zdmuchnął pianę i przytknął gliniany brzeg do roześmianych ust. Wielki jak kartofel nos zanurzył w kuflu. Nie było wątpliwości, przed Mateuszem stał żywy, nieodżałowanej pamięci pastor Joannes Straub, którego w południe na cmentarzu powierzono matce ziemi.

— O Chryste! — wyrwało się z ust malarzowi, wstał i wybiegł na podwórze. Przypadł do nieznajomego Holendra — zaczął mu się przyglądać z odległości pół metra. Wyglądało to dziwacznie.
— Kim pan jest? — spytał. — Na Boga!— znał trochę holenderski, choć mówił raczej słabo. Jego matka pochodziła z menonickiej rodziny, która, prześladowana za przekonania religijne, musiała niegdyś opuścić rodzinne Malines.

Mocno zdziwiony jegomość przyszpilił go do ziemi ostrym jak cios szpady spojrzeniem. Przez moment wyglądał jak ktoś, kto zaraz rozgniewa się nie na żarty, w końcu jednak roześmiał się głośno.

— Hę, hę, kim jestem? — powtarzał — to dopiero. A ty, bracie?
— Jestem malarzem, nazywam się Mateusz Boll — mamrotał przejęty autor portretu pogrzebowego pastora Joannesa Strauba.
— Aha, no to i ja się tobie przedstawię. Rick Permeke, kapitan fregaty „Rezolutna”. Jesteś pan zadowolony? — zarechotał, po czym drugim haustem opróżnił garniec do dna. Rękawem zamaszyście wytarł usta, spojrzał z rozbawieniem na malarza i podał puste naczynie stajennemu.
— A teraz w drogę, jeżeli to wszystko, w czym mógłbym pomóc — to powiedziawszy, klepnął poufale malarza po ramieniu, wszedł do kolasy, która stęknęła żałośnie pod jego ciężarem i odjechał. Tak było.

Mateusz długo stał na podjeździe przed karczmą i myślał, nie mogąc dociec istoty i znaczenia tego, czego doświadczył. Nasuwały mu się trzy rodzaje wyjaśnienia tajemniczego spotkania: po pierwsze — natknął się na sobowtóra pastora, po drugie — ujrzał ducha Joannesa Strauba, a po trzecie — oszalał.

Minęło parę miesięcy i niemal zapomniał o dziwnym wydarzeniu. Do dnia, gdy na ulicy w deszczu natknął się na śp. Doroteę z Bonnersów. Kobieta, starowinka, zamiatając spódnicą oślizgły niczym rybia łuska bruk, dreptała w stronę kościoła Najświętszej Marii Panny. Wyglądała na niezmiernie biedną, a przecież jej, rzec by można, portretowy pierwowzór z książeczki pogrzebowej należał do jednej z najbogatszych rodzin w mieście. Oko malarza nie mogło się mylić, lecz kiedy zawołał za kobietą — Pani Bonners! — i ruszył jej śladem, nie odwróciła się. Podbiegł, zastąpił jej drogę, powtórzył zawołanie.

— Pan kogo innego szuka. Jestem Gertruda Miotk — wyjaśniła oburzona jego grubiańskim zachowaniem. Malarz przeprosił i odszedł, ale do końca dnia był zaniepokojony.

Niepokój wzrósł, gdy po tygodniu wpadł na handlarza drewnem, Martensa. Żebrał pod kościołem, nieogolony, brudny i w lichym odzieniu, był to jednak ten sam Martens, do którego należało kilka składów w porcie i spichlerz zbożowy. Jego rodzina wystawiła mu po śmierci tak piękne epitafium w kalwińskim kościele, że jeszcze miesiąc po pogrzebie ciekawscy schodzili się tam tylko po to, aby je obejrzeć.

— Oszalałem — przeraził się malarz. Zmarli zaczęli się pojawiać w jego życiu co krok. Choć nieco odmienieni, byli jednak tymi samymi ludźmi, których grafiki przygotowywał z powierzonych mu portretów. Mieli się dobrze, wędrowali po mieście i nikt prócz malarza tego nie dostrzegał, nie dziwił się.

To kara za grzechy mojej młodości — uznał Mateusz i przestał wychodzić ze swego domu. Nieufnie zaczął przyglądać się sąsiadom i nawet swego kolegę z warsztatu Hermana Hanna, a obecnie chlebodawcę, podejrzewał o to, że także on, jak tylu innych, jest kimś z tamtego świata. Wciąż wykonywał zamówienia, ale gotowe matryce dostarczał do drukarni przez umyślnego. Trwało to ponad rok. Zamknięty w swojej pracowni jak w więzieniu Mateusz dużo spał i odmawiał dziwaczne modlitwy, których sensu chyba żaden duchowny świata nie potrafiłby wyłowić. Zaczynał zawsze od Ojcze nasz…, ale potem przypominały mu się jakieś fragmenty liturgii, dziesiątki różańca, gorzkie żale, formuły egzorcyzmów, a nawet kolędy. Przestał pić z obawy, że to piwo zatruło mu umysł, zaczął czytać, ba, studiować życiorysy wszystkich zmarłych, których do tej pory „pochował”. Po każdym bowiem pozostawała mu mała książeczka, na ogół bez oprawy, bo ta nie była mu potrzebna, ale z początkiem, środkiem i końcem. Stawała przed nim galeria szanowanych postaci babć, dziadków, rodziców, dzieci. Wszelkie rodzaje pokrewieństwa, bez względu na płeć, a nawet wiek schodziły z tego padołu łez, a ponieważ na luksus śmiertelnej laurki mogli sobie pozwolić tylko bogaci, w biblioteczce malarza Mateusza reprezentowani byli zacni burmistrzowie i rajcy, odważni kapitanowie, wysocy wojskowi, bogobojni pastorzy, przedsiębiorcy, właściciele majątków, naukowcy, profesorowie gimnazjum, okoliczna szlachta, ich matki, żony oraz dzieci — a więc szlachetny kwiat ludzkości. Wierszyki nie kłamały, śmierć nie omijała nikogo, trudy medyków, aptekarzy, uzdrawiaczy i pastorów okazywały się daremne.

Wreszcie którejś listopadowej nocy odwiedził Mateusza sam Romuald Adalberus. Przyszedł w przemoczonym płaszczu, wyglądał na bardzo zaniepokojonego. Wprowadzony do pracowni poruszał się niepewnie, przypatrywał wszystkiemu bacznie. Czujnym okiem zbadał Mateusza i usiadł za stołem.

— Dobrze się czujesz? — spytał. — Mówią, że nie wychodzisz z domu od miesięcy.
— Byłem zaziębiony — skłamał Mateusz — potem przyplątały się rozmaite choróbska, na szczęście niegroźne. Powoli wszystko mija.
— To dobrze — odparł Adalbertus, ale nie wydawał się być przekonany — mam dwa zamówienia, jedno przyniosłem już dziś.

Spod pazuchy wyciągnął, szczelnie zawinięty w kilka warstw płótna i starannie obwiązany sznurkiem, portret.

— Handlarz soli ze Słupska — wskazał palcem na pakunek — zmarł wczoraj. Tu jest karta, na której wypisałem imiona i nazwisko oraz daty.

Położył ją na stole.

Mateusz przeczytał — Fabricius Stefani. — Na kiedy ma być gotowe?

— Najlepiej na jutro, ale wiem, że to raczej niemożliwe, przyjdę pojutrze, o świcie. Postarasz się? — czekał na zapewnienie.
— Obiecuję — malarz spojrzał w zaniepokojone oczy właściciela drukarni — nie jest ze mną tak źle.

Pożegnali się. Adalbertus, wychodząc na ulicę, gdzie deszcz, wiatr i ciemność, zarzucił płaszcz na głowę.

— Do widzenia — powiedział — uważaj na siebie.

Mateusz pokiwał głową i po stromych schodkach, zbudowanych chyba tylko po to, aby ktoś, wchodząc lub schodząc, skręcił sobie kark, wrócił do siebie. W pracowni było mrocznie, więc zapalił kilka świec. Zatarł ręce. Lubił, gdy pojawiało się nowe zadanie. Pracą mógł wypełnić dłużące się godziny, musiał wtedy myśleć o konkretach, rodzaju rylca, kreski, cieniach i świetle, kroju czcionki. Demony wypełniające jego umysł ulatywały przestraszone, niczym spłoszone światłem nietoperze z głębin jaskini. Nadzieja wstępowała w stygnące ciało malarza.

Pakunek postawił na krześle, pionowo, przy oparciu, z kuchni przyniósł nóż, ten sam, który służył do krojenia chleba i ostrzenia ołówków. Rozciął sznury, odwinął płótno, jedną warstwę, drugą, potem papier i zbladł.

Na portrecie ujrzał samego siebie. Płótno było jak lustro. Fabricius Stefani, handlarz soli z miasta Słupska podobny był do niego niczym brat bliźniak, którego przecież nie miał. Ten sam wiek, kolor oczu, kształt ust, podbródek, nos, mała brodawka z kępką włosów przy lewym uchu. Nie nosił co prawda wąsów i włosy miał podstrzyżone krótko, lecz ani to, ani strój paradny, nie mogło zmylić malarza. Zimny pot wystąpił Mateuszowi na czoło, zimny pot zmoczył koszulę pod pachami i na plecach. Malarz usiadł ciężko, jakby nogi w kolanach załamały się pod ciężarem ciała, na zydelku o jakieś pół metra niżej od obrazu. Tak zastała go noc, podczas której nie miał zasnąć.

Malarz
Waldemar Borzestowski

urodzony w 1964 r. – artysta, prozaik, malarz, dziennikarz. Był m.in. szefem działu prenumeraty w dużym koncernie prasowym oraz robotnikiem torowym, kupował stare książki na aukcjach i oprowadzał konie po parkurze....