Kryzys pod kołdrą

Kryzys pod kołdrą

W listopadowym numerze „W drodze” pani Małgorzata Mazur, omawiając podłoża kryzysów małżeńskich, podjęła sprawę seksu ze zbyt wielką powściągliwością, poświęcając mu niecałą stronę. Jest to za mało jak na główny powód zawierania małżeństwa. Pobieramy się przecież po to, aby ze sobą współżyć. Wzajemne przyciąganie małżonków ulega okresowym zmianom: jest najsilniejsze wtedy, gdy organizm żony jest gotowy do poczęcia dziecka. Współżyciu w tym czasie towarzyszą największe przeżycia, które najsilniej wzmacniają więzi małżeńskie.

Tu niecierpliwy czytelnik zapyta, co to ma wspólnego z kryzysem? Otóż zalążki kryzysu tkwią w tym, że nastawiony przez Stwórcę biologiczny zegar wybija swoje miesięczne godziny przez około 30 lat, a przeciętny współczesny człowiek pozwala mu wybić godziny narodzin tylko jedno–, dwu–, a wyjątkowo trzykrotnie i więcej. Jak to się dzieje, pozostaje gorzką tajemnicą naszych rodzin.

Załóżmy, że odbywa się to w drodze wzajemnego porozumienia między małżonkami przez powściągnięcie popędu. Czy jednakże powstrzymywanie od współżycia wtedy, gdy zgodnie z naturą ma się na to największą ochotę, jest łatwe? Czy nie osłabia więzi małżeńskiej? Czy to nie jest czasami trudniejsze niż zachowanie celibatu?

Niewątpliwie postawa taka wymaga heroizmu z obu stron. Nasuwają się tu pytania, czy każdego na to stać i jak długo można się na to zdobywać. Jeśli jedna ze stron tego nie potrafi, powstaje zarzewie konfliktu w bardzo istotnym dla małżeństwa punkcie. Zważywszy na dużą częstotliwość sytuacji, można mówić o groźbie postępującego poważnego kryzysu, tym niebezpieczniejszego, że ukrywanego głęboko pod małżeńską kołdrą. Jeśli więc chcemy mówić pełnym głosem o małżeńskich kryzysach, to trzeba jednak tej kołdry trochę więcej uchylić.

Kryzys pod kołdrą
Janusz Gołaski

czytelnik....