Jedność, pamięć i cebula

Jedność, pamięć i cebula

W starej cerkwi kipiała garkuchnia, ale miejscowi pamiętali: tu było sanktuarium Tychwińskiej Matki Bożej. Legenda głosi, że przed ponad dwustu laty przypłynęła rzeką cudowna Ikona. Swoją wiedzę, wraz z kawałkiem chleba i cebuli, co chroniła przed cyngą, przekazywali nieszczęśnikom z obozu. Ilu z nich, dzięki tej cebuli i pamięci o Matce Bożej, przetrwało?

Droga z Sankt Petersburga do Moskwy wiedzie starym szlakiem wytyczonym jeszcze przez Piotra Wielkiego. Prosta, jak z knuta strzelił, omija wszystkie większe miejscowości: Wieliki Nowgorod, historyczny Twer. Zanim dojedziesz do Wałdaju, trafisz do niemałej wsi — Krestcy. Urodził się tam mój rosyjski przyjaciel, a do dziś mieszka jego ojciec — żołnierz drugiej wojny. W Krestcach, za mostem od głównej drogi odchodzi boczna, biegnie ona obrzeżem Wałdajskich Wzgórz, wśród zdrowych, sosnowych lasów. Po 90 kilometrach docieramy do celu. Borowicze są ponad dwustuletnim miastem, wyglądają tak, jakby czas się w nich zatrzymał. To jednak pozory, byli tam przecież bolszewicy, wódz Stalin i burzyciel cerkwi — Chruszczow. Zrujnowali klasztor, który przez dwa stulecia stał w środku miasta, cerkwie, odbudowywane teraz z ogromnym wysiłkiem. To oni obok cegielni, której sława zawojowała nie tylko Rosję, postawili fabrykę zbrojeniową. Jej robotnicy cierpią dziś autentyczną nędzę. Nie nauczyliśmy się jeszcze przekuwać mieczy na lemiesze… Przez centrum tego osiemdziesięciotysięcznego miasta, którego infrastruktura przypomina nasze pięciotysięczne miasteczka, płynie Msta. Imponujący most na Mście jest prawdziwym symbolem Borowicz.

Polacy dotarli do tego miasta na początku jego istnienia, byli to dobrzy rzemieślnicy, którzy uciekli przed nadwiślańską konkurencją. Później przyszli zesłańcy z powstania Kościuszki, potem kolejni… W Borowiczach osiedlono rodzinę Zygmunta Sierakowskiego. Tu na zsyłkach bywali polscy biskupi katoliccy. Polacy wrośli w tę piękną, trudną, niepojętą ziemię.

Tuż obok Borowicz rozciągały się historyczne dobra grafa i marszałka Suworowa, który w polskiej historii na zawsze pozostanie znany jako kat Pragi, a w rosyjskiej jako budowniczy kościołów, niezwykle skromny, prawy, rozmodlony człowiek. Ten prawosławny żołnierz, według rosyjskiej tradycji, kiedy wędrował z armią przez Alpy, nie przeszedł obojętnie obok najmniejszego kościółka. Modlił się w kościołach katolickich.

Borowickich Polaków wymordowano w końcu lat trzydziestych. Po nich przyszli następni zesłańcy… Przybyli na przełomie 1944 i 1945 roku, kiedy to Stalin i jego polscy janczarzy rozpoczęli proces budowania PRL–owskiego „raju” na ziemi. Młodzi chłopcy z lubelskiego zamku i 27 Brygady Wołyńskiej, z lasów Zamojszczyzny i z Puszczy Kampinoskiej, przez długie, wojenne lata bez domów, w chłodzie i w głodzie, bijący Niemca, ufający, że kiedy się ta przeklęta wojna skończy — oni, zwycięscy, pójdą orać pola swych ojców, powrócą do szkół, założą rodziny, będą kochać i będą kochani… Zamiast tego rozbroili ich, zapakowali w wagony bydlęce i powieźli hen, w nieobjętą, ruską ziemię. Chłopcy z Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich, którym nocami śniła się wolna Polska…

Ponad pięć tysięcy osób umieszczono w obozach w Borowiczach, w pobliskiej Jogle, w Szybotowie, w Ustiu i w Opocznie. Dowieziono niemieckich jeńców, potem Węgrów i Słowaków, Francuzów i Holendrów, Austriaków i Włochów, Litwinów i Finów… To oni mieli zbudować borowicką elektrownię. Głodnych, chorych, niedożywionych pędzono na budowę, do kopalń torfu i na wyrąb lasu. Słabsi umierali. W 1946 roku pierwsi zaczęli wracać do kraju, do domów. Innych — tych bardziej krnąbrnych — zesłano do Swierdłowska, na Ural. Było ich coraz mniej i tylko mogił wciąż przybywało. Dziwna jest ludzka pamięć: czy ktokolwiek z nich mógł wtedy przypuszczać, że jeszcze kiedyś tu wróci? Jednak ze wszystkich sił starali się zapamiętać miejsca pochówku swoich kolegów. Najwięcej z nich pochowano na pobliskim cmentarzu, przy obozie w Jogle. Był to dziwny obóz, umieszczono go przy starej, zrujnowanej cerkwi. Ci, którzy przybyli jako pierwsi, łatwo zauważyli, że już przed nimi kogoś tam więziono, że wysoko, na pięknym hełmie, co góruje nad doliną Msty, kogoś już chowano — nie sposób przed partyzantem ukryć świeżą mogiłę. W dole szumiała rzeka, przybywało mogił: polskich, niemieckich, austriackich, słowackich i węgierskich, bezimiennych mogił… W starej cerkwi kipiała garkuchnia, ale miejscowi pamiętali: tu było sanktuarium Tychwińskiej Matki Bożej.

Legenda głosi, że przed ponad dwustu laty przypłynęła rzeką cudowna Ikona. Swoją wiedzę, wraz z kawałkiem chleba i cebuli, co chroniła przed cyngą (szkorbutem), przekazywali nieszczęśnikom z obozu. Ilu z nich, dzięki tej cebuli i pamięci o Matce Bożej, przetrwało? Dowiedzieli się polscy więźniowie, kto był tam przed nimi… Cerkiew zamknięto w 1937 roku, batiuszkę aresztowano. Przepadł bez wieści, jak miliony innych w tamten straszny czas. Niedługo potem urządzono w cerkwi obóz, łagier dla prawosławnych kapłanów. Kiedy kończyła się wojna i trzeba było w obozach umieścić niepokornych Polaków — księży rozstrzelano. To ich kości spoczywają w najwyższej części jogielskiego cmentarza. Proboszcz odnowionej w 1990 roku parafii Matki Bożej Tychwińskiej w Jogle, ksiądz Nikołaj Siergijewski, z pomocą przewodniczącego Nowgorodzkiej Dumy — Anatolia Bojcewa, a także doktora Borysa Fiszmana oraz miejscowych działaczy Asocjacji Ofiar Totalitarnych Represji, odnalazł akta osobowe ponad dziewięćdziesięciu z nich. Nie wszystkich. Akt swojego dziadka–popa, zamęczonego w końcu lat trzydziestych, nie odnalazł…

W sierpniu 1993 roku zjechali do Borowicz ludzie, którzy, wyjeżdżając stąd, mieli nadzieję, że już nigdy tu nie wrócą. Powrócili. Powrócili z własnej woli, przymuszeni we własnych sumieniach, z potrzeby serc. Wcześniej, z inicjatywy Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, środowiska borowiczan, polskiej Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, miejscowej wspólnoty prawosławnej oraz nowgorodzkich i borowickich władz, uporządkowano tzw. polski kwartał na jogielskim cmentarzu i miejsce pochówku kapłanów. Postawiono krzyże i kamienne pomniki. To miał być początek Memoriału Wspólnej Pamięci i Wspólnej Modlitwy. W samych Borowiczach odbyła się konferencja więźniów stalinowskich obozów. Ci, co ocaleli, Polacy i Rosjanie, podkreślali: przeżyliśmy dzięki współczującej miłości zwykłych ludzi, którzy żyli obok nas. Na cmentarzu w Jogle prawosławni i katolicy spotkali się na modlitwie. Panichidzie przewodniczył nowgorodzki władyka Lew. Mszę świętą z jego udziałem koncelebrowali księża z Rosji i z Polski. Na koniec uroczystości poświęcono tablicę pamiątkową w ruinach Sanktuarium. Ikona Matki Bożej Tychwińskiej — na razie — korzysta z gościny maleńkiej kaplicy we wsi.

We wrześniu następnego roku przywrócono porządek na niemieckim kwartale cmentarza, poświęcono kamień węgielny pod ekumeniczną kaplicę, a w modlitwach uczestniczyli również protestanci, z ojcem Frankiem Lotichiusem — proboszczem odnowionej wspólnoty luterańskiej z Sankt Petersburga. I tylko nikt nie zauważył, że była to rocznica śmierci ojca Aleksandra Mienia. Zauważył Ten, który sprawił, że właśnie w tym dniu katolicy, prawosławni i protestanci, razem modliliśmy się za ofiary naszej ludzkiej pychy, razem prosiliśmy Jego — naszego Ojca — o Pokój, o Miłość i Wiarę.

Ojciec Aleksander powtarzał zawsze: „Boże dzieło — jednoczyć, szatańskie — rozdzielać…”.

I tylko Matka Boża Tychwińska wciąż czeka na powrót do swego historycznego domu. Wspólnota prawosławna w Jogle jest zbyt uboga, żeby własnym wysiłkiem rozwiązać wszystkie problemy budowlane. Dzieci z Jogły opiekują się pierwszym cmentarzem żołnierzy Armii Krajowej na rosyjskiej ziemi… Matka Boża Tychwińska wciąż czeka.

Jedność, pamięć i cebula
Zdzisław Nowicki

(ur. 17 grudnia 1951 r. w Pile – zm. 6 czerwca 2006 r.) – polski dyplomata, ekonomista, senator I kadencji, ambasador RP, w latach 1992-1998 oraz 2000-2004 przebywał na placówkach dyplomatycznych w Sankt Petersburgu, Charkowie i Astanie, publikował po polsku, rosyjsku, ukrai...