Chrystus nikogo siłą nie nawracał

Jako biblista miałem podstawy teoretyczne, natomiast nie miałem żadnych kontaktów z żywym judaizmem. Pierwsze moje doświadczenia w tym zakresie były dość trudne dla jednej i drugiej strony. Było to po prostu zderzenie. Po latach jeden z moich żydowskich przyjaciół wyznał szczerze, że tak twardego rozmówcy jeszcze nie miał. Dziś przyznaję, że pod wieloma względami byłem wtedy bardzo jednostronny, ale i pozbawiony kompleksów.

Włodzimierz Braniecki, Tomasz Dostatni OP: Opowiadał Ksiądz Arcybiskup o radości wspólnego odkrywania sensów Pisma świętego wraz z protestantami w czasie pobytu w Rzymie na „Biblicum”. Czy podobne doświadczenie wyniósł Ksiądz z kontaktów z biblistami żydowskimi w trakcie pobytu w Jerozolimie?

abp Henryk Muszyński: Uczestniczyłem oczywiście w różnych spotkaniach chrześcijańsko–żydowskich. Najczęściej były to spotkania na płaszczyźnie naukowej, badawczej. Z uczonymi żydowskimi spotykałem się jako wykładowca Pisma świętego. Biblistyka żydowska znalazła własne drogi. Podążając nimi — dzięki bogatej literaturze porównawczej — za punkt wyjścia przyjmuje pisma semickie, hebrajskie. Bada ich struktury językowe. Z dużą rezerwą odnosi się natomiast do tradycyjnych wyników krytyki form czy krytyki literackiej, przyjmowanych prawie powszechnie w świecie chrześcijańskim. Dla mnie była to pewna nowość. Natomiast gdy chodzi o interpretację Starego Testamentu, radosne odkrycie polegało na tym, że na płaszczyźnie ściśle historycznej, naukowej, nie ma zbyt wielkich różnic. Bywało nawet, że prosiłem uczonych żydowskich, aby mi podali jakiś tekst. Oni z kolei pytali mnie o inne sprawy. Uzupełnialiśmy się. Wyjątkiem są oczywiście mesjanistyczne teksty Starego Testamentu, które my odnosimy do Jezusa. Tu drogi prawie natychmiast się rozchodzą. Doświadczamy, że Chrystus jest wielkim bratem, który nas łączy, ale jednocześnie dzieli. W każdym niemal wypadku. Przedtem nie uświadamiałem sobie tego w takim stopniu. Wydawało mi się, że teksty Starego Testamentu są tak klarowne, że jeśli człowiek je konsekwentnie interpretuje, musi dojść do Chrystusa. Dzisiaj widzę to inaczej. Wielka łaska wyraża się w tym, że spotkanie ze zmartwychwstałym Chrystusem rzeczywiście rzuca nowe światło na świat Starego Testamentu. I to, co było ciemnością, staje się naprawdę światłem. Na przykład teksty o słudze Jahwe. Jako chrześcijanie interpretujemy je w sensie indywidualnym, mesjańskim, bo one są tak interpretowane w Nowym Testamencie. Natomiast gdybyśmy chcieli metodą indukcyjną dochodzić do tego i udowadniać, że to jest Chrystus, i tylko Chrystus… Jest to bardzo trudne lub wręcz niemożliwe. Wspomniane teksty niekiedy wskazują na postać zbiorową, innym razem na postać indywidualną, więc jest to sprawa niesłychanie złożona. Są jednak ludzie, którzy taką właśnie drogą dochodzą do Chrystusa jako Mesjasza. Na przykład rabin Eugenio Zolli doszedł do Chrystusa poprzez lekturę tekstów mesjanistycznych Starego Testamentu. Znalazł w nich postać bardzo szczególną, wybitną, która nie znajdowała wypełnienia w całych dziejach Starego Testamentu. Dopiero kiedy tak jak Paweł spotkał się z Chrystusem zmartwychwstałym, powiedział: „To jest On…”. Dla mnie pewne teksty, bez Nowego Testamentu, są jak „Rapsodia niedokończona”… Ofiary Izaaka nie zinterpretujemy teologicznie w pełni, jeśli nie dostrzeżemy w niej przygotowania ofiary Chrystusa. Jakkolwiek tego byśmy nie odczytali, nie mógłbym się pozbyć przeświadczenia, że jednak jest to okrutny Bóg, który prowadzi ojca do tak wielkiej próby, iż każe mu zabijać własne dziecko. Tymczasem jest to przygotowanie jeszcze trudniejszej i bardziej paradoksalnej tajemnicy, wyrażającej się w tym, że Bóg Ojciec z miłości wydaje swojego Syna na śmierć, żeby zbawić ludzi od śmierci.

 Ofiara Izaaka składana przez Abrahama dokonała się właśnie na górze Moria, którą tradycja żydowska łączy z górą w Jerozolimie, na niej później stanęła świątynia Salomona. To wydarzenie ostateczne wypełnienie znajduje właśnie w ofierze krzyżowej Chrystusa na Kalwarii, stąd obok miejsca ukrzyżowania na Kalwarii znajduje się mozaika przedstawiająca ofiarę Izaaka. Chyba nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, co to znaczy: ojciec wydaje swojego syna z miłości na śmierć, żeby zbawić nas od śmierci.

Te myśli towarzyszyły mi, kiedy stałem na Kalwarii. W każdy piątek szedłem na Drogę Krzyżową, mając świadomość, że pokonuję drogę Chrystusa. Muszę powiedzieć, że początkowo byłem bardzo niezadowolony. Raziła mnie atmosfera tego miejsca. Harmider, hałas, osły, krzyki, radio. Ale potem tę drogę bardzo pokochałem, bo miała coś z atmosfery prawdziwej drogi. To nie była ta hieratyczna via crucis, w kościele, w ciszy, w spokoju. Byli tam gapie, byli tacy, których to nie interesowało, ale byli także i tacy, którzy usiłowali iść za Chrystusem do końca.

W filmie Wajdy „Piłat i inni” Chrystus idzie z krzyżem, a za Nim cały pochód. Dzieje się to w Monachium. W zwyczajnym mieście niemieckim. Wokół idą ludzie, przystają.

Oglądałem ten film. Wajda niewątpliwie chciał oddać coś z rzeczywistości Drogi Krzyżowej. Jest tam wiele głębokich symboli. Na przykład ten Chrystus, który idzie — to utkwiło mi w pamięci — po autostradzie. Samochody mkną. Chrystus idzie z krzyżem w przeciwnym kierunku, jakby pod prąd. Piękny symbol. Albo inny: baranek, który jest prowadzony na śmierć. To daje bardzo dużo do myślenia. „Przecież wszyscy tak robią. Gdyby nie ja, to przecież inni by zaprowadzili”. Wajda znakomicie, po mistrzowsku, poetycko wyraził te — niewątpliwie biblijne — treści. Natomiast dla mnie to była droga, mozolne odkrywanie. Tę prawdę zrozumiałem właśnie na Kalwarii. Ofiarę Abrahama i każdy najgłębszy sens Biblii zawsze odkrywa się, interpretując Biblię w kontekście całego planu Bożego.

A jaki był główny cel wyjazdu do Palestyny?

Związany był z cyklem studiów. Każdy student, który odbywa studia biblijne, ma przewidziany przynajmniej jeden semestr studiów w Palestynie, żeby Biblia stała się dla niego konkretem. Jest czas przeznaczony na topografię biblijną, na geografię biblijną, na archeologię. W takim celu pojechałem do Palestyny. Dokładnie mówiąc, do Jordanii. Już po pół roku pobytu w Rzymie składałem podanie w polskiej ambasadzie. Nie udzielono mi pozwolenia na wyjazd, dlatego wyjechałem na paszport watykański. I jak długo istniał PRL, tak długo wymawiano mi ten mój jakby „grzech pierworodny”. Zawsze miałem świadomość, że paszport nie jest nagrodą za dobre sprawowanie. A tu była sprawa bardzo jasna — jadę, by kontynuować studia. To było dopełnieniem koniecznym.

Jakie były pierwsze wrażenia ze spotkania z Ziemią Świętą?

Pierwsze wrażenia… Płynęliśmy statkiem do Bejrutu. Jechałem do Jordanii, nie do Izraela, dlatego że wtedy nie można było nigdy zmienić kolejności. Jeżeli ktoś pojechał do Izraela, to nie mógł udać się do krajów arabskich. Dopiero po zakończeniu studiów można było ewentualnie pojechać na kurs języka neohebrajskiego do Izraela. Kto raz przekroczył Bramę Mandelbauma w kierunku Izraela, nie mógł już wrócić do żadnego z krajów arabskich. Świat orientalny… Liban — w tamtym czasie Szwajcaria Arabska, kraj bardzo zamożny, zachodni, a z drugiej strony kuszący powabem orientalnym. Pierwsze spotkanie z Jordanią było dosyć zabawne. Oczywiście trzeba było mieć wizę jordańską. Na granicy oficer wziął mój paszport. Właściwie to nie był paszport, tylko taki rozkładany dokument. I tam było napisane: Passaporto di Sua Santitŕ — czyli paszport Jego Świątobliwości. Oczywiście odnalazł wizę jordańską napisaną po arabsku. Odczytał wszystko, wiza była w porządku. Chciał mnie przywitać, ale nie bardzo wiedział jak. Nie śmiał pytać, skąd ja jestem. W końcu zasalutował i powiedział słowa: Sua Santitŕ. You are welcome. Potem Jerozolima. Był to inny świat. Zamieszkałem u Ojców Franciszkanów w Konwencie Biczowania (Flagellation Convent), chociaż wyjechałem z zamiarem, żeby studiować na École Biblique, ale potem się zorientowałem, że u Ojców Franciszkanów są dogodniejsze warunki. Można się było utrzymywać za same intencje mszalne, które odprawialiśmy na rzecz zakonu. Za zgodą biskupa przedłużyłem ten pobyt. Okazało się, że można tam zrobić doktorat, korzystaliśmy również z gościnnych wykładów na École Biblique u Dominikanów. Wielkie nazwiska. Ojciec De Vaux, ojciec Benoit. I muszę powiedzieć, że korzystałem i z jednego, i z drugiego. Oczywiście u Dominikanów byłem na prawach gościa. Na École Biblique studiowali wówczas dwaj inni Polacy, mianowicie ksiądz Michał Czajkowski — obecnie profesor ATK i ojciec Gołębiewski, dominikanin. Było więc nas trzech Polaków.

Jak Ksiądz Arcybiskup odkrywał ten świat współczesnego Izraela, współczesnego świata arabskiego, ziemi Żydów?

Kontakty z Żydami były wówczas bardzo ograniczone. Był to po prostu świat orientalny. Świat wielu różnych religii i wyznań. Po raz pierwszy spotkałem się także z najstarszymi wyznaniami chrześcijańskimi, jak ormianie czy kopci. Nowością dla mnie w szkole franciszkańskiej było to, że zajmowali się teologią judeochrześcijańską, z którą przedtem się nie spotkałem.

Co jest istotą tej nowości?

Istotą nowości jest to, że cały Nowy Testament otrzymaliśmy w dużym stopniu za pośrednictwem świętego Pawła i chrześcijan pochodzenia pogańskiego, którzy tak zdominowali chrześcijaństwo, iż w gruncie rzeczy teologia judeochrześcijańska została albo zdławiona, albo zapomniana. A w szkole franciszkańskiej, w sposób bardzo mozolny, w oparciu o wykopaliska oraz inskrypcje — głównie na ossuariach, odtwarzano kategorie teologii judeochrześcijańskiej. Jest ona obecna szczególnie w Liście do Hebrajczyków, jest też w Ewangelii. I to było dla mnie nowe, ponieważ nigdy nie istniało dla mnie przeciwstawienie: Kościół z Żydów i Kościół z pogan. Wtedy zacząłem poznawać ten Kościół z Żydów, co było dla mnie ogromnie ubogacające. Dla przykładu, święty Paweł mówi: „Został porwany do siódmego nieba”. Dlaczego siódme, a nie piąte? Na ossuariach znaleziono właśnie siedem szczebli nieba. Na każdym szczeblu był kompetentny jeden z Archaniołów, który przeprowadzał zmarłych na wyższy stopień. Ta teologia znajduje swoje odbicie również w tekstach qumrańskich. Odkrywałem coraz pełniej świat, w którym powstawała Biblia. On stawał się rzeczywistością. Przestawał być teorią, a wraz ze światem biblijnym odkrywałem także coraz pełniej prawdę biblijną, jaka została wyrażona, utrwalona i zapisana na kartach Biblii. I jeszcze coś zrozumiałem dopiero w Jerozolimie. Promotorem mojego doktoratu był ojciec Elpidiusz Pax. Nawrócony protestant i później franciszkanin. Ci ludzie na ogół serio traktują Królestwo Boże. On najpierw był klasykiem — z doktoratem — a potem biblistą. Można by go porównać z ojcem Augustynem Jankowskim. To wielkie bogactwo, jeśli ktoś umie porównać grecki język klasyczny i język Koine. Od ojca Paxa przejąłem też metodę egzegezy biblijnej. Ograniczała się ona do podania realiów historycznych koniecznych do zrozumienia tekstu, następnie do określenia bezpośredniego, a jeśli potrzeba także dalszego kontekstu literackiego i do podania właściwego sensu, wyraźnie zamierzonego przez autora biblijnego. Korzystałem z tego tak długo, jak długo wykładałem Biblię. Jestem mu za to ogromnie wdzięczny. Tak wchodziłem w świat Biblii pełniej, głębiej. Dużo uwagi poświęcałem również studium archeologii, prowadzonej wówczas przez ojca Sallera, Amerykanina. I to była archeologia z pierwszej ręki, gdyż Ojcowie Franciszkanie prowadzili własne wykopaliska. Dostaliśmy fragmenty stłuczonych dzbanów, tzw. ostraka. Trzeba było odróżnić, co należy do jednej epoki, a co do drugiej i właściwie określić czas ich powstania. Bardzo mnie to pasjonowało. Było to jakby dotknięcie ręką tej ziemi, w której powstała Biblia. Dotknięcie ziemi Chrystusa. Z dużym zapałem oddałem się także topografii. Wszystko stawało się konkretem. Biblia zaczynała żyć.

W tym czasie kształtował się przyszły arcybiskup Henryk Muszyński, w polskim Kościele uważany za symbol dialogu między światem chrześcijańskim a żydowskim. Czy to właśnie w Palestynie zakiełkowało zrozumienie tych spraw?

W czasie studiów nie miałem żadnych kontaktów z Żydami, ponieważ mieszkałem po stronie arabskiej i świat ten był hermetycznie zamknięty. Było tylko jedno przejście. Brama Mandelbauma. Byłem w Izraelu dwukrotnie, w ciągu tych dwóch lat, ale dopiero po otrzymaniu karty stałego pobytu w Jordanii. To się nazywało — dla celów religijnych. Innego powodu nie było. Ale i tak byłem uprzywilejowany, że mogłem pójść i wrócić. Chciałem po doktoracie wykorzystać wakacje na kurs języka neohebrajskiego w Izraelu. Tymczasem wybuchła wojna sześciodniowa i tego kursu nie odbyłem, czego do dziś żałuję.

Kiedy w takim razie sprawa dialogu chrześcijańsko–żydowskiego pojawiła się w przeżyciach i działaniach Księdza Arcybiskupa? Czy te studia w Palestynie jakoś na tym zaważyły?

Ta sprawa pojawiła się u mnie stosunkowo późno, kiedy już jako biskupowi zlecono mi sprawy dialogu polsko–żydowskiego w ramach Konferencji Episkopatu. Zlecając mi tę funkcję, brano — jak sądzę — w jakimś stopniu pod uwagę moje przygotowanie biblijne. Jako biblista miałem podstawy teoretyczne, natomiast nie miałem żadnych kontaktów z żywym judaizmem. Pierwsze moje doświadczenia w tym zakresie były dość trudne dla jednej i drugiej strony. Było to po prostu zderzenie. Po latach jeden z moich żydowskich przyjaciół wyznał szczerze, że tak twardego rozmówcy jeszcze nie miał. Dziś przyznaję, że pod wieloma względami byłem wtedy bardzo jednostronny, ale i pozbawiony kompleksów. Myślę jednak, że to wyszło na dobre i jednym, i drugim, co wcale nie oznacza, że w istotnych sprawach zmieniłem swój stosunek do chrześcijaństwa czy do judaizmu. To było pierwsze, głębsze i pełniejsze poznanie mozaizmu, a także judaizmu poprzez kontakt z żywymi ludźmi. Na przykład wydawało mi się, że krzyż, jako zgorszenie dla Żydów, jest sprawą przeszłości, sprawą z czasów Chrystusa. Tymczasem wszyscy mogliśmy się niedawno przekonać, że to nie historia, ale rzeczywistość. Myślę, że dla wielu ludzi jest to bolesne odkrycie. Nie jest więc to sprawa już dawno załatwiona. Żyjemy w środowisku kultury chrześcijańskiej lub nawet katolickiej, gdzie krzyż jest symbolem tego wszystkiego, co najpiękniejsze, natomiast u Żydów wygląda to niestety inaczej, stąd tak trudno o zrozumienie.

Jestem po lekturze numeru „Więzi”, w którym Jan Turnau wspomina ojca Daniela Ruffeisena. Zwraca tam uwagę na to, że właśnie dla chrześcijan, którzy bardzo mocno przeszli przez kategorie myślenia greckiego, bardzo ważne czy też nawet najważniejsze jest pytanie: „Czy Bóg istnieje?”. A dla Żydów — według — ojca Ruffeisena, najistotniejsze jest pytanie: „Kim Bóg jest dla mnie?”, pytanie egzystencjalne.

Postawione pytanie bardzo trafnie ujmuje najgłębszą istotę Boga Biblii. On nie jest ani pojęciem filozoficznym, ani też dalekim bogiem z Olimpu. Bóg Objawienia jest Bogiem, który wszedł w bardzo bliskie relacje z człowiekiem, Bogiem Emmanuelem, który zamieszkał pośród swego ludu i razem z nim wędrował. Jego radością jest „być razem z synami ludzkimi”. Bóg Jahwe jest Bogiem z człowiekiem i dla człowieka. W rozumieniu chrześcijańskim prawda ta znalazła swoją pełnię w Chrystusie, który stał się jednocześnie Bogiem i Człowiekiem. Dla Żydów jest to paradoks niemożliwy do przyjęcia.

Ojcu Ruffeisenowi zawdzięczam osobiście bardzo dużo. Spotkałem się z nim, będąc w Palestynie. Szukałem tego kontaktu. Ojciec Ruffeisen przyjął mnie bardzo serdecznie, jeszcze w czasie moich studiów. Rozmowy nasze były bardzo głębokie. Z jednej strony łączyły nas podobne uwarunkowania historyczne — obydwaj pochodziliśmy z Polski. Z drugiej strony mieliśmy zupełnie odmienne doświadczenia… Jego historię znałem. Był Żydem. W czasie wojny ukrywał się u sióstr. Czytając Nowy Testament, nawrócił się. Spotkałem się z nim w klasztorze Ojców Karmelitów na Karmelu, celebrowałem tam Mszę św. w sanktuarium zwanym Stella Maris, czyli sanktuarium Gwiazdy Morza. Pojechaliśmy również razem na miejsce zwane al — Muhraqa, w którym — zgodnie z tradycją — Eliasz odniósł zwycięstwo nad prorokami Baala. To było dla mnie niesłychane przeżycie. Według klasycznego myślenia Ziemia Święta to piąta ewangelia. I rzeczywiście, przesłanie biblijne jest tak mocno wpisane w tę ziemię, że w gruncie rzeczy, nie oglądając jej, nie można go w pełni zrozumieć. Niedawno czytano przypowieść o siewcy. Jak człowiek widzi, że tam każdy skrawek ziemi jest uprawiany, że to ziarno pada, gdzie są ciernie i droga, i chwasty, i na każdym skrawku ziemi coś rośnie, zaczyna rozumieć, że to jest wzięte właśnie z tego konkretnego otoczenia. Cokolwiek byśmy wzięli z Ewangelii, to ona zaczyna żyć z odległości… Czytając dzisiaj Ewangelię, widzę te sceny. Morze Galilejskie, odwróconą „misę Moabu”, krętą i niebezpieczną drogę prowadzącą do Jerycha, razem z pielgrzymami wstępuję na szczyt Góry Syjon itp. Tu przybliżam się też do mentalności żydowskiej, dla której słowo było wydarzeniem historiozbawczym. Można było je nie tylko słyszeć, ale także oglądać. Tak, oglądać! Hebrajski rdzeń dăbar może oznaczać zarówno wydarzenie, jak i słowo. I bibliści mają niekiedy wielki kłopot, żeby to właściwie przetłumaczyć. Dawne tłumaczenia mówiły: „Maryja rozważała wszystkie te słowa w swoim sercu”. Obecnie mówię: „Wszystkie te wydarzenia Maryja rozważała w sercu”. A co Maryja rozważała? Maryja faktycznie rozważała historiozbawczy sens wydarzeń w świetle tego, co jej zostało powiedziane przez anioła. I to wszystko zostało wyrażone trzema literami: dbr jakby jednym znakiem. Kiedy człowiek jest w Ziemi Świętej, to widzi, jak w tę ziemię wpisane są wszystkie słowa i wydarzenia… albo nawet wydarzenia–słowa łącznie, zawarte w Ewangelii. Judaizm z religii ofiary stał się w ciągu ostatnich dwóch tysięcy lat religią ziemi. Przez to ziemia też staje się księgą. Trzeba jednak nauczyć się z niej czytać.

Czy dzisiejszy judaizm nie jest już religią ofiary, w sensie biblijnym, lecz religią Księgi?

Z maleńkim zastrzeżeniem. Judaizm od początku był religią Księgi. Bóg Izraela od wszystkich innych bogów różni się tym, że on jest Bogiem mówiącym. Proszę zwrócić uwagę — wszystkie inne bóstwa to są te, które nie mówią. Bóg żywy jest Bogiem mówiącym.

Ludzie się modlą. Modlą się do bóstw, które tam stoją, ale one milczą…

Istotnym elementem Boga Biblii i Objawienia jest to, że jest on Bogiem żywym. A istotnym przejawem życia jest mowa. Tym się wyróżnia spośród innych bogów. Od momentu, kiedy mały skrawek „mowy Bożej” został spisany, jest to religia Księgi. Chrześcijaństwo w tym względzie jest pochodną i przedłużeniem judaizmu. W tym sensie miałbym pewną trudność, żeby nazwać i odróżnić te dwa momenty: religię ofiary i religię Księgi. Ale jest w tym dużo prawdy. Mianowicie od czasów niewoli babilońskiej, kiedy zburzono świątynię jerozolimską, słowo pisane, Księga nabierała coraz większego znaczenia. I od momentu kiedy pojawiają się synagogi, punkt ciężkości przesuwał się rzeczywiście bardzo wyraźnie na nabożeństwo słowa, na czytanie, na słuchanie. Po zburzeniu drugiej świątyni jerozolimskiej przez Tytusa w r. 70, ustały ofiary krwawe, a wraz z upadkiem świątyni nastąpił proces uduchowienia ofiar. Podobnie jest zresztą w chrześcijaństwie — prawdziwe ofiarą miłą Bogu jest „duch skruszony”, ofiarą jest modlitwa.

Czy ten pobyt w Palestynie nie był źródłem tego, z czym Ksiądz Arcybiskup zetknął się w pracy episkopalnej?

Niewątpliwie tak. To było pierwsze zetknięcie się z żywym judaizmem. Judaizm przez długi czas, aż do spotkania się z żywymi ludźmi, był dla mnie teorią. Odkąd poznałem żywą formę wiary Żydów stał się rzeczywistością. Ona mnie przede wszystkim interesuje. Na początku było to dla mnie bolesnym zderzeniem. Wspominam pewien fakt. Po uzyskaniu stałego prawa pobytu w Jordanii udałem się do Izraela w Wielki Czwartek. Historyczny Wieczernik znajdował się wówczas w izraelskiej części Jerozolimy. Był to mój drugi pobyt w Izraelu podczas studiów. Wyprawiłem się tam w celach religijnych. Mieszkałem u sióstr. Nie nawiązywałem kontaktów z uniwersytetem, prowadziłem rekolekcje. Był Wielki Czwartek roku Pańskiego 1966, poszedłem do Wieczernika. Dzień ten zbiegał się wtedy z wielkim świętem żydowskim. Wokół odbywały się różne świąteczne imprezy. Pamiętam, że mnie wylegitymowano, pytano, dlaczego idę do Wieczernika. Powiedziałem: „Jestem studentem, jestem Polakiem”. Pytano, czy jestem chrześcijaninem. „Tak”. Oni: „Proszę pójść”. Nikt mi tego nie bronił. Byłem w Wieczerniku kilka godzin zupełnie sam, kiedy w moim odczuciu cały świat powinien koncentrować się na tym miejscu. Wielka radość, że pierwszy i być może ostatni raz w życiu jestem fizycznie w tym miejscu, ale i równocześnie cierpienie dlatego, że w tym dniu i w tym miejscu jestem zupełnie sam. Wydłużające się godziny coraz bardziej uświadamiały mi tę bolesną prawdę, rodzącą ból prawie nie do zniesienia. Nie mogłem się z tą rzeczywistością uporać. Nagle doznałem jakiegoś olśnienia. Zrozumiałem, że Wieczernik dzisiaj, to nie topografia, to nie miejsce, to jest rzeczywistość. To obecność Chrystusa Eucharystycznego we wszystkich kościołach. I odtąd w sposób niewspółmiernie bardziej radosny przeżywam każdy Wielki Czwartek niż wtedy, kiedy będąc w kościele, tęskniłem za miejscem, w którym Chrystus sprawował obrzędy wielkoczwartkowe. Było to dla mnie jedno z najgłębszych, ale i najbardziej radosnych odkryć. Trzeba tęsknić za Chrystusem, który jest w każdym miejscu kuli ziemskiej, a nie za miejscem, gdzie się wszystko rozpoczęło.

Historia narodu żydowskiego na przestrzeni dwóch tysięcy lat jest historią czasami dramatyczną wraz z całą interpretacją, że to Żydzi zabili Chrystusa. Czy na progu nowego tysiąclecia są znaki nadziei? Ksiądz Arcybiskup powiedział, że moment wcielenia jest nie do przyjęcia dla Żydów. Czy moment pojednania, przebaczenia poza sferą wspólnej modlitwy jest realny?

Bardzo trudne pytanie. W czasie jednego z moich pierwszych spotkań żydowsko–chrześcijańskich wskazałem na teksty o pojednaniu w Starym Testamencie. Wydawało mi się, że na tej płaszczyźnie powinniśmy dojść do jakiegoś konsensusu. Nie uwzględniłem jednak nauki rabinistycznej na temat pojednania i dlatego nie bardzo mogliśmy się dogadać. Dla Żyda nie ma bowiem bezpośredniego przeniesienia Biblii do życia, wszystko przechodzi przez teologię rabinistyczną. Zaskoczyłem ich tym, że posługuję się Starym Testamentem. I byłem zdziwiony, że nie podejmują tych kategorii, bo mi się wydawało, co jest starotestamentalne, to jest także żydowskie. Ale, niestety, tak nie jest. Problem jest rzeczywiście bardzo trudny dlatego, że w naszym przekonaniu żyjemy w świecie zbawionym. Wierzymy, że w Jezusie Chrystusie dokonało się pojednanie ludzkości z Bogiem. W rozumieniu żydowskim świat nie jest światem zbawionym. Ich doświadczenie potwierdza, że żyjemy w świecie grzesznym. W gruncie rzeczy przebaczać może tylko ten, kto został pokrzywdzony. A tych nie ma. U nas jest pojęcie wspólnoty Kościoła. Nie tylko wspólnoty Kościoła, ale i wspólnoty świętych, te kategorie nawzajem się przenikają. U nich tej możliwości nie ma. Myślę, że trzeba nauczyć się wzajemnie respektu dla swojej odmienności. Oczekujemy od nich dokładnie tego samego. Nie ma chrześcijaństwa bez krzyża. Ciągle to powtarzam. Musimy jednak uszanować spojrzenie Żydów. Zresztą warto wskazać na przykład samego Chrystusa. Chrystus głosił Ewangelię i świadczył przekonująco o swojej jedności z Ojcem, ale nikogo siłą nie nawracał. Także i w tym względzie powinniśmy naśladować Chrystusa. Musimy podjąć ogromny wysiłek świadczenia, że jesteśmy ludźmi pojednanymi, zbawionymi, że promieniujemy przebaczeniem, pokojem, tym wszystkim, co jest znamieniem człowieka zbawionego.

Dziękujemy za rozmowę.

Są to fragmenty książki Sługa Słowa, która wkrótce ukaże się nakładem wydawnictwa „W drodze”.

Chrystus nikogo siłą nie nawracał
abp Henryk Muszyński

urodzony 20 marca 1933 r. w Kościerzynie – arcybiskup gnieźnieński, prof. dr hab. nauk biblijnych, przewodniczący Komisji Episkopatu ds. Nauki Wiary oraz Komisji Episkopatu ds. Dialogu z Judaizmem, autor książek i około 200 artykułów....

Chrystus nikogo siłą nie nawracał
Włodzimierz Braniecki

(ur. 20 sierpnia 1934 r. – zm. 15 grudnia 2015 r. w Poznaniu) – polski dziennikarz i działacz kulturalny, pseud. lit. BRAN, związany przede wszystkim z „Głosem Wielkopolskim”, w 1973 r. założył Galerię Nową przy poznańskim Teatrze Nowym....

Chrystus nikogo siłą nie nawracał
Tomasz Dostatni OP

urodzony 17 września 1964 r. w Poznaniu – dominikanin, publicysta, duszpasterz inteligencji, rekolekcjonista, tłumacz języka czeskiego, zaangażowany w dialog ekumeniczny, międzyreligijny i społeczny. Ukończył studia filozo...