Kupą mości Panowie
Oferta specjalna -25%

Pierwszy List do Koryntian

0 votes
Wyczyść

Dłużej już nie mogłem zwlekać. Ledniczanie i Jamneńczycy domagali się Rzymu. Żądali, bym podzielił się z nimi Ojcem Świętym. Po długich namowach uległem. Oczywiście łatwiej dotrzeć do Papieża w pojedynkę. Jednak, cóż ja znaczę bez nich, bez młodzieży znad Lednicy i Jamnej?

Zatem jedziemy. Dawno nie odbywałem tak długiej drogi autokarem. Boję się, jak to zniosę. Obok mnie siedzi Jaś Grzegorczyk. Tuż po wyruszeniu z Poznania dowiadujemy się o śmierci biskupa Chrapka. Lubiliśmy go. Posmutnieliśmy. Zmówiliśmy modlitwę za niego — tak już było do końca drogi, w każdym miejscu, do którego przybyliśmy.

Natychmiast zakładamy radio autokarowe, czerpiąc obficie ze standardów Radia Maryja. Są audycje poważne i krotochwilne, żartobliwe i modlitewne. Każdy znajduje dla siebie odpowiednią długość fali. Jest modlitwa brewiarzowa, ale i żarty, i śmiechy. Brat Marcin o znaczącym nazwisku Pokusa uwodzi autobus swoim śpiewem. Podajemy numery dla Polski południowej i północnej. Każda z pań i każdy z panów może podejść i włączyć się w żywy program. Dzień upływa nadzwyczaj szybko. Autokar, który miał być narzędziem naszego pielgrzymkowego umartwienia, stał się najwspanialszą przygodą. Po południu dojeżdżamy do Wenecji.

Jestem zdenerwowany, wściekły. Ta nasza młodzież taka beztroska. Nic nie przygotowane, nikt nic nie wie. Dokąd idziemy? Co robimy? Powiedzieli, że nie mam się o nich troszczyć, że wszystko jest załatwione. Wyskrobuję z pamięci dawne pobyty w tym mieście. Porównuję, wspominam, denerwuję się. Jedziemy tramwajem wodnym na plac św. Marka i do katedry. „Szybciej, szybciej…” — poganiają nas zamykający. W małych grupach idziemy na spacer. Teresa funduje piwo. Idziemy na wyczucie. Wąskie uliczki, kanały. I oto nagle pod naszym mostkiem gondole. Na jednej para zakochanych, a na drugiej śpiewak. Stary człowiek z rozłożonymi rękami cały przepełniony jest pieśnią miłosną. Utrzymuje równowagę i tonację. On nie śpiewa, melodia płynie, jak on, gondolą po kanale. Uśmiecha się do świata i młodych zatopionych w sobie w drugiej gondoli. Czas się zatrzymał. Jakiś inny świat. Przestaję się denerwować i śpieszyć. Pieśń koi nerwy. Warto było jechać do Wenecji tylko po to, aby zobaczyć taki obraz. Przechodzi mi gniew na młodzież.

W Asyżu nasze przewodniczki, najmądrzejsze z mądrych, wszystko załatwiły i przewidziały. Idziemy zatem do bazyliki, one rwą do jakiegoś ojca franciszkanina, Polaka. Dziewczyna w recepcji spławia je z uśmiechem: Impossibile amici, impossibile. Litania imposibile zaczęła się mnożyć. Po chwili przychodzi polski franciszkanin. Sam się wziąłem do roboty:

— Ojcze, Msza święta przy grobie św. Franciszka.
— Ojcze, to rzecz niemożliwa.
— Przecież po to jesteśmy, ażeby załatwiać rzeczy niemożliwe.
Ojciec udaje się do kolejnej instancji. Wraca.
— Macie 30 minut.

Wzruszające, przy samym grobie Biedaczyny. Jakaś osoba niezrównoważona i nic niewiedząca o naszym limicie czasowym, zaczyna śpiewać Ave Maria. Przystępujemy do komunii, jesteśmy szczęśliwi. Nasza pielgrzymka zaczyna się na dobre. Włóczymy się po Asyżu, na moment wpadamy do bazyliki Porcjunkuli i dalej ku Rzymowi.

Wjeżdżamy wieczorem do Wiecznego Miasta. Miasta męczenników i kolebki chrześcijaństwa. Młodzież lednicka musi dotknąć tej ziemi, katakumb, relikwii świętych. Rzym i Lednica to pełnia dla Polaka.

Kluczem do Rzymu są dla nas Jan Paweł II i ojciec Konrad. Ojciec Święty jest moją wielką miłością. On sam jest wystarczającym powodem przyjazdu do Rzymu. Ojciec Konrad, dawny duszpasterz akademicki w Poznaniu, teraz opiekun pielgrzymów polskich w Rzymie. Przyjmuje nas w zaimprowizowanym nowym domu. Kochany Ojciec Konrad ma teraz sporo kłopotów z jego dawnymi użytkownikami. Podziwiam jego wiarę. Walczy ze wszystkim: policją, przepisami, brakiem pieniędzy. Nie ustaje.

Śpiwory i prowiant mamy. Śledzie w oliwie, w śmietanie i w occie. Jednak garnek zupy ugotowany przez siostrę Dorotę, antoninkę, dobrze nam robi i koi wszystkie dolegliwości.

Celem numer jeden jest jak zawsze spotkanie z Ojcem Świętym. Może biskup Stanisław coś wymyśli, a ojciec Konrad podstawi nas Ojcu Świętemu pod błogosławiącą rękę.

W Rzymie wylądowaliśmy w sobotę wieczorem, w niedzielę z samego rana udajemy się na plac św. Piotra na Mszę beatyfikacyjną pary małżeńskiej. Niespodziewanie rano zaczyna lać. Próbujemy się zabezpieczyć parasolami i kurtkami, torebkami foliowymi. Nasze lednickie koszulki szybko przemieniają się w ścierki. Jesteśmy zlani do suchej nitki. To nic. Stoimy w najlepszym sektorze, zobaczy nas Ojciec Święty. Będziemy żywym obrazem tegorocznej Lednicy, na której lało jak z cebra. I nagle, ze względu na pogodę, zapada odgórna decyzja przeniesienia uroczystości do bazyliki. Cały plac ruszył z krzesłami w kierunku świątyni. Wyglądało to jak atak na Bastylię. Coś niewyobrażalnego! My, wychowani na malarstwie Matejki mamy takie obrazy we krwi. Podczas nabożeństwa parujemy, schniemy. Mszę z Papieżem koncelebruje dwóch kapłanów, synów owych błogosławionych małżonków. Niestety, niewiele do nas o błogosławionych żywotach dociera z powodu bariery językowej. Po Mszy podchodzi do nas arcybiskup Henryk Muszyński, który przebywa w Rzymie z racji odbywającego się synodu.

Kiedy wychodzimy z bazyliki wspaniała pogoda i ciepłe słońce. W Polsce zaczyna być już zimno. Tutaj pełnia lata.

Następnego dnia spotkanie z biskupem Stanisławem Ryłką, przewodniczącym Papieskiej Rady do spraw Świeckich. To on odpowiada za Światowe Dni Młodzieży z Papieżem. Mówi o Duchu Świętym, który prowadzi i inspiruje. Młodzież idzie do przodu, byle za Nim zdążyć. Byle nie zamknąć się w starych dekoracjach.

W Rzymie byłem już około 100 razy — może lekko przesadziłem — a nogi mam niezbyt sprawne, dlatego umówiłem się z młodzieżą, że ona pójdzie poznawać miasto, a ja będę dokonywał desantów na przeróżne osobistości i dykasterie watykańskie w celu zdobycia dla Lednicy poparcia oraz paru precjozów.

Oddałem młodzież pod najlepszą opiekę ojca Jana Piekarskiego, redemptorysty. Ludzie byli zachwyceni jego przewodnictwem. Opowiadał historię Rzymu z takimi detalami i czułością, jakby mówił o własnym domu i rodzinie. Co za wiedza, ale przede wszystkim serce! — wzdychali wszyscy. Ojciec na pożegnanie podarował książkę Bożeny Fabiani Muszę i Rzym zobaczyć dedykowaną właśnie jemu. Ale co za dedykacja: „Książkę tę z miłości i wdzięczności dedykuję Janowi Piekarskiemu, niezmordowanemu przewodnikowi po Wiecznym Mieście, który posiadł rzadki dar przekazywania swej wiedzy za pośrednictwem serca”.

— Ojcze, to są dokładnie nasze odczucia! — krzyknęła młodzież.
— A, nie wiedziała, co napisać, to tak napisała — skwitował ojciec Jan.

Podprowadził nas jeszcze pod Sabinę i zniknął w swej skromności. Święta Sabina to nasze dominikańskie miejsce. Tutaj, w kapitularzu święty Jacek wraz z błogosławionym Czesławem i bratem Hermanem Niemcem otrzymali habit od św. Dominika. Stąd wyruszył do Polski. Wszyscy na miejscu przekonują się, że to nie lipa. Na każdym kroku polskie ślady. Ojciec Wojciech Giertych mówi o mądrości nauczania dominikanów. Nie głoszą negatywnie, według grzechów, ale według cnót. Pozytywnie. Ku Bogu i ku ludziom, bo za każdym razem jest to zwycięstwo Boga w człowieku.

Piękny jest Awentyn z widokiem na Bazylikę św. Piotra. Brat Jan, odwieczny zakrystianin, częstuje nas winem i pomarańczami. Pomarańcze zbieramy, bo leżą wokoło na trawniku. To te najlepsze pomarańcze, z których św. Katarzyna robiła dżem dla Papieża w Awinionie, aby zatęsknił i wrócił do Rzymu. Brat Jan donosi kolejny bukłak wina. Jest wesoło. Śpiewamy i tańczymy. Poczuliśmy się tak swobodnie, jak u siebie w domu, aż nasz entuzjazm ściągnął jakiegoś przestraszonego Włocha, który krzyknął: Invazione! Kochany brat Jan niepewny, czy posady przez nas nie straci, zabiera nas jeszcze do celi św. Piusa V, wielkiego papieża dominikanina. To od jego czasów papieże noszą strój dominikański. To ten papież asceta przywrócił odpowiedni wymiar urzędowi następcy św. Piotra po latach sprawowania go przez papieży, którzy bardziej zajmowali się sztuką i polowaniami.

Młodzi biegają, gdzie się da. Ja już nie nadążam. Zresztą myśli moje i wszystko inne kieruje się w wiadomym kierunku. Wtorek wieczór, gdy inni konsumują zabytki i lody, siedzę z moją gwardią przyboczną i wpatruję się w dwa okna na Watykanie. W ostatniej sekundzie dostrzegam spieszącego przez plac arcybiskupa Józefa Życińskiego. Serdeczna rozmowa, zdjęcia. Co za miejsce, wystarczy trochę przysiąść i dojrzy się wszystkich dostojników.

 Środowa audiencja to cała strategia. Gdzie stanąć zawczasu, aby potem wyjść i zbliżyć się do Ojca Świętego. Stajemy na końcu sektora, aby być najbliżej, gdy Papież przejeżdża, potem, aby wyskoczyć zaopatrzeni w karteczki i przedostać się do podium. Jak dobrze, że przećwiczyliśmy to sobie wcześniej w domu. Głupio ustawiać starych koni w szyku bojowym, ale myśmy tak zrobili. Paweł wziął nas pod komendę i poradził sobie. Trzy godziny, do północy trenowaliśmy ustawianie szeregów. Nazajutrz, znalazłszy się na placu, w mgnieniu oka byliśmy ustawieni, co czyniło bezrobotnymi papieskich dworzan. Staliśmy grzecznie, a że przeznaczono nas na sam koniec, było tylko z korzyścią dla nas. Byliśmy najdłużej na podium, potem śpiewaliśmy, a Papież razem z nami.

Chór dziewcząt, który był przed nami, odwróciwszy się ku nam, śpiewał razem z nami naszą pieśń o orłach do słów zapożyczonych z przemówienia Prymasa Wyszyńskiego:

Tylko orły szybują nad granią
Tylko orłom nie straszna jest przepaść
Wolne ptaki wysoko latają
Już za chwilkę wylecimy z gniazda!

Kiedy podeszliśmy do Ojca Świętego i usiłowałem przedstawić grupę, kluchy pojawiły mi się w gardle i własne łzy mnie zalały. Nie wiem, dlaczego tak się stało, ale emocje, miłość do Ojca Świętego i ta błogosławiona bliskość odebrały mi mowę. Papież patrzył miłościwie na nas i powiedział tylko: „Nie wolno się wam zatrzymać, nie wolno wam się cofać, musicie iść do przodu…”. Potem biskup Stanisław pożyczył mi pisak i Ojciec Święty podpisał koncepcję ośrodka nad Lednicą. Odchodziliśmy, śpiewając.

Po wizycie u Ojca Świętego możemy skoncentrować się na przeżywaniu Rzymu. Już spokój. Idziemy do katakumb, gdzie Monika pakuje do woreczka ziemię z grobów pierwszych chrześcijan.

W czwartek zwiedzamy ogrody watykańskie, a potem udajemy się na spotkanie z kardynałem Josephem Ratzingerem. Wita nas wcześniej prałat Zimowski i opowiada o pracy Kongregacji Nauki Wiary, dawnej Świętej Inkwizycji, która wedle powszechnych wyobrażeń zajmowała się głównie torturowaniem i paleniem heretyków. Powiada, że niejako pamiątką po tamtych czasach jest wywieszka na korytarzach: „Tutaj się nie pali!”.

Czekamy w napięciu na pancernego kardynała. Zamiast butnego Niemca, pojawia się delikatny starszy pan, który cieszy się ze spotkania szczególnie, kiedy mu opowiadamy o Lednicy jako ciągu dalszym Zjazdu Gnieźnieńskiego z roku 1000. Śpiewamy pieśni lednickie. Kardynał się żegna i wsiada do małego fiata uno z początku lat 80. Z lamusa Świętej Inkwizycji dostajemy stary fotel i nastawę do ekspozycji Najświętszego Sakramentu. Prałat Zimowski wie, co robi. To przecież pójdzie na Jamną jako rzymskie i watykańskie pamiątki.

Powrót do zimnej północnej Polski. Pozostawiamy gorący Rzym. Przed nami wieczór w Pradze. Dlaczego nie ma z nami ojca Tomasza Dostatniego, który przez kilka lat mieszkał w tym mieście? Bez niego Praga nie jest w pełni skonsumowana. Lokujemy się gdzieś na przedmieściach miasta w socjalistycznym hotelu o wdzięcznej nazwie i szlachetnej wymowie „Kupa”. Myśli kierują się ku wspólnocie. Msza święta w kościele dominikanów okazuje się niemożliwa, bo trwa tam aktualnie koncert. Dzwonię i wychodzi o. Jan. Organizuje Mszę świętą w kaplicy bł. Zdzisławy. I wtedy zza ściany dobiega do nas śpiew Ave Maria. To koncert, tłumaczy ojciec Jan, mieszkaniec klasztoru…

Wracamy do Poznania. Zimno. Nieważne, jest pełno słońca w nas. Rozpoczynamy nasze rozmowy niedokończone. Powracamy do Mszy za pierwszych beatyfikowanych małżonków. Ludzie coraz bardziej się otwierają i opowiadają o swoich domach. O świętych rodzicach. Sam już nie wiem, co było piękniejsze. Rzym czy podróż autokarem, której tak się bałem.

Kupą mości Panowie
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze