Jeśli Bóg z nami, któż przeciwko nam?

Jeśli Bóg z nami, któż przeciwko nam?

Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Jana

0 opinie
Wyczyść

11 września byliśmy świadkami wyrachowanego aktu terroru, który do głębi wstrząsnął naszym narodem i całym cywilizowanym światem. Tragiczną śmierć niewinnych i kruchych istnień ludzkich odczuły społeczeństwa całego świata, mieszkańcy wielkich i małych miast, każda rodzina. To, co się wydarzyło, jest istotnie tragedią ogólnonarodową, ale jest to też tragedia ogólnoludzka, wydarzenie, które nigdy nie może się powtórzyć. Doświadczamy straty poruszającej nas do głębi naszego jestestwa. Prowokuje nas ona do zadania sobie fundamentalnych i palących pytań o nasz naród, o nas samych, a także o nasz stosunek do Boga.

Pytania wypływające z głębi serc dotyczą bezpośrednio nie tylko naszego własnego życia i relacji z Bogiem, ale także życia wszystkich wierzących w Boga. Wiemy, że choć ten akt terroru mógł zostać popełniony w imię Boże czy w zbożnych intencjach, nie był on bynajmniej aktem religijnym. Bóg Abrahama, Bóg Mahometa i Bóg Jezusa Chrystusa nie jest Bogiem zniszczenia. Jest stwórcą życia i w Nim ma źródło wszystko, co dobre, prawdziwe i piękne. To, czego byliśmy świadkami owego wrześniowego dnia, nie było aktem oddania czci Bogu, lecz manifestacją zła.

Czyny popełnione przeciwko naszemu narodowi i przeciwko całej ludzkości mają swój początek w nieładzie serca, który jest odzwierciedleniem rzeczywistości zła. Nam, chrześcijanom katolikom, wiara w Boga i Jego Syna Jezusa Chrystusa daje odpowiedź na pytania stawiane w związku z aktami nienawiści, które miały miejsce w Nowym Jorku, Waszyngtonie i Pensylwanii. Jako pasterz, którego owczarnia została tak bezpośrednio i dogłębnie dotknięta tą tragedią, chciałbym odnieść się do pytań, które zadaje sobie wielu moich rodaków i ludzi na całym świecie. Wiem, iż udzielone przeze mnie odpowiedzi nie wyczerpią złożoności tajemnicy ludzkiego grzechu i cierpienia, ale też nie taki jest mój zamiar. Nie jest również moją intencją uśmierzenie bólu i wyciszenie uczuć, które są obecnie udziałem nas wszystkich. Pytania i odpowiedzi zawarte w niniejszym liście pasterskim mają na celu posianie ziarna pociechy, które pozwoli zranionym sercom odnowić w sobie przekonanie o Bożej miłości i Jego trosce o swój lud.

Jak Bóg mógł na to pozwolić?

Ludzkości od samego początku nie przestaje trapić tajemnica zła, która podaje w wątpliwość tak opatrzność Boską, jak i osobistą wolność każdego człowieka. Księga Rodzaju ukazuje ten odwieczny problem z perspektywy stwórczej działalności Boga. Jak czytamy w Piśmie Świętym, Bóg stworzył ludzkość, każdego z osobna, mężczyznę i kobietę, na swój obraz i podobieństwo (Rdz 1,24). Będąc emanacją boskości, posiadamy nie tylko intelekt uzdalniający nas do poznania prawdy, ale także wolę, umożliwiającą nam jej wybór. Zdolność poznania i możność wyboru pozwala nam na wejście w autentyczne relacje z Bogiem i innymi ludźmi. Ludzkość jest więc zwieńczeniem stwórczej działalności Boga, jesteśmy bowiem jedynymi mieszkańcami tego świata, którzy podobnie jak nasz Bóg–Stwórca, są zdolni do poznania i wolni do miłości. O tej naszej godności przypomina psalmista: „Czym jest człowiek, że o nim pamiętasz, i czym syn człowieczy, że się nim zajmujesz? Uczyniłeś go niewiele mniejszym od istot niebieskich, chwałą i czcią go uwieńczyłeś” (Ps 8,5–6).

Wolność, w której zostaliśmy stworzeni, pozwala nam dokonać wyboru między dobrem, czyli tym, co przyczynia się do wzrostu życia, a złem, czyli wszystkim, co je niszczy. Bóg zaprasza i zachęca ludzkość do wolnego wyboru dobra, po to, abyśmy „mieszkali w kraju bezpiecznie” (Pwt 25,18). Mojżesz uczył tego Izraelitów, kiedy zwoławszy mężczyzn, kobiety i dzieci zdolne zrozumieć, prosił ich o zawarcie w swoim życiu przymierza z Bogiem: „Kładę dziś przed wami życie i śmierć” (30,15nn).

Jezus potwierdza, że przymierze, które zawiera z nami Bóg, jest przymierzem przynoszącym życie. Stanowi ono bowiem komunię miłości, dzięki której nie jesteśmy niewolnikami swoich namiętności i instynktów czy więźniami fatum, ale jesteśmy przyjaciółmi Boga (J 15,15). Jezus ukazuje także, iż ta relacja przyjaźni z Bogiem musi zrodzić się z naszego wolnego wyboru. „Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał” (Ap 3,20).

To, co uzdatnia nas do wolnego wyboru życia i miłości, czyni nas jednocześnie zdolnymi do wyboru zła. Ci, którzy 11 września skierowali przeciw nam swoją nienawiść, dokonali wolnego wyboru drogi życiowej zdominowanej przez to uczucie. Bóg nie pragnie, abyśmy źle korzystali ze swej wolności, ponieważ jednak kocha to, co sam powołał do życia, respektuje dokonywane przez nas wybory i powstrzymuje się od interwencji wtedy, gdy wybór nasz nie obdarza życiem. Jedną z najsmutniejszych prawd związanych ze złym korzystaniem z wolności przez człowieka jest cierpienie zadawane innym. Działania ludzkie mają swoje konsekwencje, a skoro żaden człowiek nie żyje w izolacji, jego czyny mają bezpośredni wpływ na inne osoby. Grzech zawsze dotyka najpierw samego grzesznika, ale wpływa również na życie innych; także terrorysta, sam popełniający samobójstwo, odbiera życie wielu.

Musimy jednakże pamiętać, że także wybory dobra mają swoje bezpośrednie konsekwencje w życiu innych ludzi.

Akty miłości odczuwalne są w całej wspólnocie ludzkiej. Na dobre i na złe tworzymy moralne środowisko, w którym żyjemy. Bóg uobecnia się poprzez dar swojej łaski, udzielając nam nadprzyrodzonej pomocy do wyboru dobra nawet w trudnych chwilach, kiedy targają nami sprzeczne uczucia. Miłość jest możliwa zawsze, jednakże będąc wolnymi, możemy odrzucić ścieżki dobra i pójść drogą gwałtu, sprowadzając na innych nieszczęście i siejąc zniszczenie (zob. Hbr 2,17).

Gdzie był wtedy Bóg?

Nasze rozważania nad tajemnicą wolności człowieka w naturalny sposób przywodzą nas do pytania o to, gdzie w chwili cierpienia tak wielu był Bóg? Ludzie słabej wiary, jak również osoby niewierzące, mogliby odczytać w wydarzeniach z 11 września dowód na nieistnienie Boga lub też dojść do wniosku, iż nawet jeżeli On istnieje, jest Bogiem odległym, nieczułym i doskonale obojętnym.

Jako chrześcijanie, jesteśmy głęboko przekonani, tak zresztą jak i żydzi, muzułmanie i wszyscy wierzący, że Bóg nie jest Bogiem dalekim, nieczułym i obojętnym. Dla nas Bóg jest Bogiem współczującym, który kocha, ochrania i prowadzi ludzkość w każdym momencie historii i w całym jej ciągu. W chrześcijaństwie nauczanie Jezusa z Nazaretu, wcielonego Słowa Bożego, potwierdza fakt, że Bóg jest Emanuelem, Bogiem z nami. Z Nim jesteśmy złączeni świętą więzią, która nigdy nie może zostać zerwana.

Zatem gdzie był Bóg? Oczami wiary widzimy, że Bóg był obecny nawet w chwili tak wielkiej tragedii. Jeśli Go szukamy, odnajdziemy Go nawet teraz w naszym życiu. Wiara nasza zapewnia nas, że Bóg jest obecny dla tych, którzy mają „oczy do patrzenia i uszy do słuchania” (Mk 8,18).

Możemy więc być pewni, że Bóg był z tymi, którzy ginęli i odnosili rany. Wszystkich nas głęboko poruszyły słowa tych, którzy wiedzieli już, że niebawem umrą, kierowane w rozmowach telefonicznych do ukochanych osób. Zapisy tych rozmów dają świadectwo fundamentalnej prawdzie mówiącej o tym, że Bóg oferuje swą przyjaźń całej ludzkości. Wierząc niezachwianie w zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa, jesteśmy pewni tego, że Bóg był przy każdej z ofiar, przygarniając ją do siebie z miłością. Choć nie możemy wydawać sądów o wierze innych ludzi, wiara danego człowieka znana jest bowiem jedynie samemu Bogu, modlimy się o to, aby wszystkie ofiary zamachów doświadczyły przygarnięcia z miłością przez naszego Ojca niebieskiego.

Wiara nasza poucza nas również, że Jezus jest obecny w szczególny sposób w życiu osób cierpiących: „Biedak zawołał, a Pan go wysłuchał” (Ps 34,7). Wiemy, że Jezus był z ofiarami zamachów, ale wiemy też, że nie zapomina o tych, którzy pozostają na tym świecie. Jezus utożsamia się z cierpiącymi; powiedział nam bowiem, że wszystko, co czynimy jednemu z najmniejszych naszych braci, Jemu czynimy (zob. Mt 25,40). Przez swój krzyż Jezus objawia namiętną miłość ludzkości. Jego rany są ranami miłości. Nasz naród również okrył się ranami wywołanymi niezrozumieniem i przebity został agresją i nienawiścią, które pozostawiły po sobie w Nowym Jorku i Waszyngtonie dymiące zgliszcza. Nasz współczujący Bóg płacze nad nami tak, jak Syn Jego płakał nad Jeruzalem.

Wiara uczy nas również, że Jezus obecny jest w tych, którzy służą. Ciało i krew tych, którzy życie swoje oddali dla ratowania innych, na zawsze będą pamiątką miłości Jezusa: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15,13). Już nigdy więcej nie wolno nam lekceważyć niezliczonych aktów miłości, których doświadczamy na co dzień ze strony tych, którzy pełnią służbę w straży pożarnej, policji, służbie zdrowia czy tysięcy innych ludzi służących dobru wspólnemu z gotową do poświęceń miłością.

Terroryści chcieli rzucić Amerykę na kolana i dokonali tego, ale bynajmniej nie w sposób zamierzony przez siebie. Zamiast sparaliżować nas i osłabić, nieświadomie spotęgowali naszą siłę, gdyż padliśmy na kolana do modlitwy, od której wstaliśmy z odnowionym postanowieniem miłości. W szkołach, domach, zakładach pracy, wszędzie tam, gdzie przebywamy, odnowiliśmy przez modlitwę serce naszego narodu. Kościoły, synagogi i meczety nie mogły pomieścić wiernych tego tragicznego wtorkowego wieczoru. Byliśmy narodem modlitwy i tak musi pozostać.

Odpowiedzią naszego wielkiego narodu i naszej archidiecezji na tragedię było natychmiastowe podjęcie działania. Czerwony Krzyż otrzymał olbrzymie ilości krwi; zaoferowano miliony dolarów i setki godzin ochotniczej pracy. Bożą obecność możemy wyczuć w niezliczonych nawróceniach serca i umysłu. Wstrząśnięci i przytłoczeni bezmiarem zniszczenia, kobiety i mężczyźni, młodzież i ludzie starsi, dokonywali przewartościowania swojego życia i uznawali potrzebę reorientacji priorytetów rodzinnych, społecznych czy finansowych. Sam słyszałem wiele opowieści o prawdziwych nawróceniach; mówili mi o takich przypadkach również kapłani mojej archidiecezji. Jakkolwiek nawrócenia zawsze są wynikiem tchnienia Ducha Świętego, jednakże takie działanie Boga w duszy tak wielu dowodzi tego, że Bóg może wyprowadzić dobro z największej nawet tragedii, o ile tylko pozwolimy Mu działać.

Bóg nigdy nie jest nieobecny; Pan Bóg stworzyciel historii był, jest i będzie obecny przy nas w każdej chwili, szczególnie zaś wtedy, gdy Go potrzebujemy. Był z tymi, którzy cierpieli i ginęli, z tymi, którzy modlili się i nawrócili, a teraz wciąż jest obecny wśród nas, wzywając do głębszej relacji ze sobą samym i z innymi.

Muszę jednakże dodać, że kiedy ludzie zadają pytanie o to, gdzie był Bóg w chwili tragedii, zauważyć można brak w ich punkcie widzenia pewnej duchowej perspektywy. Musimy pamiętać, że nie mamy na ziemi stałego miejsca, lecz jesteśmy ludem pielgrzymującym, którego ojczyzną jest niebo. Dla wierzących śmierć nie jest więc kresem życia, lecz początkiem, rozpoczęciem wieczystej komunii miłości. Modlimy się, by Bóg przygarnął z miłością wszystkich, którzy zginęli w Nowym Jorku, Waszyngtonie i Pensylwanii. Żywimy nadzieję, że są oni obecni dla Boga tak samo, jak Bóg obecny jest dla wszystkich, którzy Go wzywają.

Dlaczego trudno jest mi się modlić?

Często zdarza się, iż w momentach wielkiego cierpienia nie jesteśmy w stanie modlić się tak, jak czynimy to zawsze. Bóg nie oczekuje tego od nas. Kiedy doświadczamy cierpienia, Bóg prosi nas jedynie o to, byśmy pozwolili Mu być z nami, ofiarowując nasz ból, oburzenie, a niekiedy całkowitą niemożność działania. Jak zapewnia nas Pismo Święte, to, co czujemy, a czego nie potrafimy wypowiedzieć, przekazane jest Ojcu przez działanie Ducha Świętego: „sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami” (Rz 8,26). Jezus także modlił się bez słów jako małe dziecko, w chwili, gdy stał naprzeciw swoich oskarżycieli, czy wisząc na krzyżu. Św. Jan mówi nam, że Jezus jest Słowem Bożym, które poprzez przyjście na świat w postaci człowieka, przyjmuje na siebie całą naszą kondycję. Tak więc, zanim Jezus nauczył się mówić, On, odwieczne Słowo Boże, sam obywał się bez słów.

Powinniśmy więc przychodzić do Niego z naszym bólem i cierpieniem, nie martwiąc się o słowa czy zachowanie protokołu, za to pełni szczerości i uczciwości, które rodzi miłość. Dzieci nie zawsze umieją znaleźć odpowiednie słowa, zwracając się do swoich rodziców, a przecież ci ostatni doskonale wiedzą, czego się od nich oczekuje. Tysiące ludzi, którzy wylegli na ulice naszego kraju ze świecami, wstążeczkami i flagami, w pewnym sensie się modliło. Poprzez wymowną ciszę gestów i symboli pozbawionych słów nasz naród wyraża szacunek dla tych, którzy zginęli. Nawet położenie ręki na sercu podczas odśpiewywania hymnu narodowego może być gestem kierującym umysł w stronę Boga. O ileż bardziej więc pozwalają się rozlać łasce Boga nasze łzy przed Jego ołtarzem? Słowo Ukrzyżowane zaprasza nas do połączenia naszego bólu z Jego cierpieniem: „Teraz raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół” (Kol 1,24). Podobnie jak Maryja i Jan stojący w milczeniu u przebitych gwoździami stóp Chrystusa, częstokroć jesteśmy bezsilni w obliczu tak ogromnego cierpienia. Jednakże nawet milcząca obecność Matki Bożej i umiłowanego Apostoła Jezusa stanowi część komunii, której Bóg pragnie dla swojego ludu. Nasza obecność przy Nim ją wyraża.

Jako katolicy, łączymy nasze łzy, nasz ból i nasze cierpienie i ofiarujemy je wszystkie Jezusowi we Mszy świętej. Choć może nie zawsze jesteśmy świadomi łaski, którą taka ofiara z naszej strony zlewa na świat, w łączności z ofiarą Chrystusa, nie pozostaje ona bez wpływu na innych. Tradycja uczy nas, że łaska nawrócenia św. Pawła związana była z ofiarą św. Szczepana, pierwszego męczennika, który złączył swoje cierpienie i śmierć z ukrzyżowanym Jezusem i umarł, przebaczywszy swoim mordercom.

Co mam zrobić z odczuwanym przez siebie gniewem?

Musimy po pierwsze pamiętać o tym, że gniew niekoniecznie jest niewłaściwą reakcją na niesprawiedliwość. Jezus uczył nas, że Bóg błogosławi tym, którzy łakną i pragną sprawiedliwości. Z pełnej dramatyzmu sceny ukazującej Jezusa w świątyni wiemy, że słuszny gniew może zachęcić nas do pokonywania niesprawiedliwości modlitwą i uczynkami miłosierdzia.

Jednakże gniew może być niesłuszny i skierowany w niewłaściwym kierunku. Wówczas, gdy wywołuje w nas nienawiść, kiedy pod jego wpływem uderzamy na oślep, kiedy rodzi uprzedzenia wobec innych, jest sprawcą działań, które nas umniejszają. Jak wszystkie emocje, gniew musi być zintegrowany z życiem, którego podstawowym wyborem jest wybór miłości. Kierując swój gniew na walkę z niesprawiedliwością świata, wprowadzamy w życie to, co wyraża modlitwa św. Franciszka: „Uczyń mnie, Panie, narzędziem Twojego pokoju; tam, gdzie panuje nienawiść, pozwól mi przynieść Twą miłość”. Takie słowa przypominają nam, że poprzez modlitwę jesteśmy w stanie przezwyciężyć silne emocje i uczynić je częścią prawdziwie Chrystusowego życia. Jako zdrowy objaw reakcji na niesprawiedliwość, gniew musi motywować nas do działań na rzecz dobra tych, którzy ponieśli cierpienia, ale także tych, którzy dopuścili się niesprawiedliwości.

Czy Bóg może ode mnie wymagać miłości nieprzyjaciół?

W obliczu ogromnego zła przebaczenie winowajcom i pokochanie ich wydaje się często niemożliwe. Jeśli weźmiemy pod uwagę wyłącznie uczucia, byłoby to w istocie trudne. Jednak Bóg nie żąda od nas, byśmy odczuwali w stosunku do naszych nieprzyjaciół miłość i chęć przebaczenia, ale abyśmy w wolności wybrali miłość i przebaczenie. Nasze wybory zawsze pozostają pod naszą kontrolą.

Cóż oznacza jednak przebaczenie z głębi serca, czy też „umiłowanie nieprzyjaciół swoich jak siebie samego”? Oznacza to, iż musimy pragnąć dla naszych nieprzyjaciół tego, co dla nich najlepsze i starać się nad osiągnięciem tego pracować. Takie jest znaczenie miłości — to pragnienie tego, co najlepsze dla drugiej osoby. Co w tym konkretnym przypadku jest najlepsze dla naszych wrogów? Najkrótsza odpowiedź to: odejście od nienawiści i zniszczenia. Miłość wobec naszego winowajcy oznacza pragnienie jego nawrócenia się i zadośćuczynienia. Biorąc pod uwagę ułomności naszej ludzkiej natury, niewielu z nas schodzi z drogi czynienia zła, jeśli nie zmusi nas do tego stanięcie twarzą w twarz z konsekwencjami naszych złych uczynków. Obecnie możemy słusznie się domagać, aby odpowiedzialni za zaplanowanie i wykonanie ataków terrorystycznych postawieni zostali przed sądem. Pragniemy tego dla ich własnego dobra. Być może, zdawszy sobie sprawę ze swoich złych czynów, nawrócą się i odpokutują wyrządzone zło. Nawet gdyby się tak nie stało, przynajmniej po zatrzymaniu przestaną zagrażać niewinnym ludziom.

Postawa taka w żadnej mierze ani nie pomniejsza, ani nie usprawiedliwia zła, do którego się przyczynili. Częścią każdego prawdziwego nawrócenia są wyrzuty sumienia z powodu wyrządzonego przez siebie czynu. Autentycznym wyrzutom sumienia towarzyszy zaś pragnienie zadośćuczynienia. W tym wypadku odpowiednim zadośćuczynieniem mógłby być dożywotni pobyt w więzieniu bez prawa warunkowego zwolnienia.

Zmuszeni przez tragedię, której doświadczyliśmy, do zmierzenia się z wielkimi wymaganiami stawianymi nam przez miłość ewangeliczną, powinniśmy obudzić w sobie jeszcze większy zachwyt nad Bożym miłosierdziem i respekt wobec niego. Jeszcze kiedy byliśmy grzesznikami, Chrystus poniósł za nas śmierć, nie czekając na naszą miłość względem siebie. Zawsze był i będzie tym, który kocha pierwszy. Taką miłość powinniśmy okazywać innym. Aż nazbyt często zniechęcamy do siebie ludzi i pozwalamy im oddalić się od nas z bardzo błahych powodów. Wydarzenia takie jak te uzmysławiają nam, że nasze życie tu i teraz jest krótkie i że nasz czas spędzany wspólnie z innymi jest drogocenny. Teraz właśnie dany nam jest czas na pojednanie się z Bogiem i ludźmi.

Czy kiedykolwiek jeszcze będę się czuć bezpiecznie?

Nasze pragnienie bezpieczeństwa jest czymś jak najbardziej naturalnym. Doceniamy dobro, którym jest nasze życie i zdrowie, i słusznie staramy się je chronić. Tęsknimy za wolnością, która pozwoli nam kochać i być kochanymi. Jednakże widzimy też, że w tym doczesnym życiu nie ma doskonałego pokoju czy wolności. Ostatecznie nasza tęsknota za bezpieczeństwem jest tęsknotą za doskonałą jednością z Bogiem, a ta ma miejsce jedynie w niebie.

W obecnym życiu zawsze więc doświadczać będziemy poczucia kruchości i tymczasowości. Jezus uczy nas, jak żyć z tym poczuciem, pokazując nam, że tak naprawdę miłość łączy się nierozerwalnie z wystawieniem się na zranienie. W swoim wcieleniu Chrystus wkracza w historię człowieka, przyjmując na siebie całą kondycję ludzką. Wyniszczył samego siebie aż do śmierci, i to do śmierci na krzyżu. Przez swój krzyż objawił nam, że kierowanie się w doczesnym życiu miłością wiąże się z cierpieniem. Jednakże cierpienie to, przyjęte w duchu miłości, przydaje nam godności i jest zbawienne.

Nasz kraj wierzy w wolność, która pozwala nam, osobom wyposażonym w niezbywalne prawa, na swobodę wypowiedzi, przekonań religijnych, podróżowania i rozwoju. Dzięki tej wolności jesteśmy w stanie wybierać prawdziwy heroizm i szczerą miłość. Trwając mężnie przy takiej wolności, naród nasz świadomie wystawia się na razy, co nie oznacza jednakże, że mamy poddawać się bezwolnie atakom na siebie. Wręcz przeciwnie, mamy obowiązek ochrony niewinnych istnień ludzkich i obrony pokoju, który uzdatnia do miłości.

Jezus bardzo dobrze wiedział, jak wielkiej ofiary z samego siebie wymaga Jego miłość do Ojca i do ludzi. Uczył nas, że miłość innych oznacza otwarcie się na możliwość bycia odrzuconym. Wolność naszego wspaniałego narodu polega nie tyle na samowystarczalności i autonomii jednostek, ile na oparciu się na Bogu, na innych narodach i na sobie nawzajem.

Nie oznacza to bynajmniej, że wolno nam działać nierozważnie. Kochające serce nie słucha podszeptów namiętności, lecz rozumu. Rząd i naród amerykański podejmują niezbędne środki służące zapewnieniu nam wszystkim bezpieczeństwa po to, aby nie zaginęła wolność, która była rozpoznawalnym atrybutem powstania i rozwoju naszego narodu. Właściwie wykorzystana, wolność ta pozwoli nam wzrastać i rozkwitać przez miłość.

Nasze bezpieczeństwo wymaga również wyeliminowania zarówno w naszym państwie, jak i poza jego granicami wszystkiego, co mogłoby stanowić zachętę do posłużenia się przemocą, której źródłem jest desperacja. Powinniśmy więc eliminować ubóstwo, wszelkiego typu dyskryminacje i nienawiść. Papież Paweł VI wyraził tę głęboką prawdę i naglącą odpowiedzialność, wypowiadając słowa: „Jeśli pragniecie pokoju, dążcie do sprawiedliwości”. Im silniejsza nasza solidarność z wszystkimi represjonowanymi na świecie, tym bezpieczniejszy będzie nasz naród i kraj.

U stóp krzyża Maryja nie tyle traci Syna, ile zyskuje dzieci na całym świecie. Jan cierpiący z Nią w milczeniu pozyskał dla wszystkich dzieci Bożych Matkę Bożego Syna. Wyniszczając samego siebie, Chrystus wyjednał dla nas życie wieczne, które jest wypełnieniem komunii miłości. Tu i teraz jesteśmy wezwani także do jej urzeczywistnienia. Pośród jęku stali, wobec ogromu straconych istnień, w ciszy, niepozwalającej nam zasnąć w nocy, ożywiamy naszą nadzieję na to, iż dym unoszący się nadal nad zgliszczami wież World Trade Center jest symbolem modlitw, w których ponawiamy obietnicę wytrwania w Bożej miłości. Odpowiedź Jezusa na nasze pytania o bezpieczeństwo jest nieodmiennie pozytywna, o ile powierzymy Mu się bez reszty.

Czy chrześcijaninowi wolno uczestniczyć w pomszczeniu aktów terroru?

Sposób, w jaki Bóg sprawuje opiekę nad naszym życiem i życiem innych ludzi, wymaga od nas zachowania rozwagi przy wyborze sposobu pociągania złoczyńców do odpowiedzialności. Przez wieki chrześcijanie wielokrotnie podważali zasadność użycia siły, szczególnie zaś użycia zbrojnej armii jako narzędzia przywrócenia sprawiedliwości. Jakże mamy jednak wypełnić wymóg obrony niewinnych ludzi, kochając jednocześnie naszych nieprzyjaciół? Wieki pogłębionej refleksji doprowadziły do ukształtowania się tradycji wojny sprawiedliwej, której atrybuty musimy rozpoznać w swoim sumieniu. Te normy etyczne zostały przyjęte w całym cywilizowanym świecie jako właściwy wzorzec postępowania moralnego, za którego pomocą możemy dokonywać oceny tego, czy użycie sił militarnych powinno mieć miejsce. Zasady te uczą nas, że wojna może być uznana za sprawiedliwą tylko wtedy, gdy przeprowadza się ją w słusznej sprawie (np. w obronie zagrożonych niewinnych istnień ludzkich) oraz gdy podjęta jest w dobrych zamiarach, wyłącznie jako środek ostateczny, uznana za taki przez prawomocną władzę. Musi istnieć nie tylko słuszne domniemanie powodzenia przeprowadzanych działań, ale także rozmiar akceptowanych zniszczeń musi pozostawać w proporcji do chronionego dobra. Obok tych wymogów natury ogólnej każde działanie z osobna musi podlegać podobnym rygorystycznym uwarunkowaniom. Innymi słowy, każde bez wyjątku działanie wojenne winno być motywowane poszukiwaniem sprawiedliwości, podjęte w dobrej intencji, niezbędne z punktu widzenia zakładanych celów, usankcjonowane przez prawowitą władzę, odznaczać się dużym prawdopodobieństwem sukcesu, zachowywać odpowiednie proporcje i wreszcie powinno odróżniać cele niewojskowe od wojskowych.

Wydaje się, że w sytuacji, w której się obecnie znajdujemy, działania militarne podjęte w obronie niewinnych istot ludzkich na całym świecie można by usprawiedliwić. Trzeba jednocześnie zauważyć, iż pragnienie odwetu nigdy nie stanowi odpowiedniego powodu do użycia siły. Na pewno nie jest owo pragnienie godne narodu wolnego, a już z całą pewnością nie jest ono godne narodu chrześcijańskiego. Obrona niewinnych i pociągnięcie do odpowiedzialności szerzących zło są szczytnymi celami, lecz nawet one nigdy nie będą usprawiedliwieniem użycia nieproporcjonalnie dużych środków masowego rażenia. Jako że proporcjonalność i zasięg działania nigdy nie dają się łatwo ocenić, nasi przywódcy powinni określić je za pomocą złotej reguły: czy rozmiar zniszczeń, powstałych jako efekt uboczny pożądanego przez nas dobra, byłby do zaakceptowania, gdyby to nasi obywatele i ci, których sami kochamy, ginęli i odnosili rany? Jeśli odpowiedź na to pytanie byłaby twierdząca, wówczas działania można uznać za adekwatne. Jeżeli natomiast odpowiedź na powyższe pytanie jest negatywna, nie wolno nam takich działań podejmować.

Ci, na których spoczywa obrona wspólnego dobra, są do niej zobowiązani moralnie. Kontruderzenie, które rodzi się z żądzy zemsty, nigdy dobru wspólnemu nie służy. Jednakże sprawiedliwość domaga się podjęcia proporcjonalnych działań w celu obrony istot niewinnych. Chrześcijanie i wszyscy ludzie dobrej woli mogą popierać takie działania podejmowane przez przywódców politycznych i wojskowych, które spełniają powyższe kryteria.

* * *

11 września 2001 roku świat był świadkiem zaplanowanej akcji terrorystycznej, która wstrząsnęła nami do głębi. Mimo to pozostaję przekonany razem ze św. Pawłem, że „Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra” (Rz 8,26). Już do tej pory mieliśmy możność zaobserwowania i doświadczenia obecności Boga w czynach tak wielu mężczyzn i kobiet z naszego narodu i z całego świata. To ciche świadectwo potwierdza, że dla chrześcijan życie uległo zmianie, ale się nie skończyło. Czyż możemy wyobrazić sobie, aby Ten, który nie oszczędził swojego Syna, nie przydał wszystkiego nam, opłakującym swoich bliskich, pogrążonym w cierpieniu i łaknącym sprawiedliwości? Z całą pewnością odczuwane przez nas silne emocje mogą popychać nas ku rozpaczy, być może nawet ku pragnieniu zemsty, której urzeczywistnienie uczyniłoby z nas jednak ludzi niewiele lepszych od wrześniowych agresorów. Zamiast takich pragnień, Kalwaria, której doświadcza nasz naród, powinna nakłonić nas do przyjrzenia się Tej, która stała pod krzyżem na Kalwarii, Maryi, Matce Syna Bożego. W swojej najczarniejszej godzinie wybrała zjednoczenie swojego bólu i cierpienia z Bożym planem swojego życia. Ta prorocka wizja, w której złożyła swoją nadzieję, powinna być także naszą wizją. Musimy złożyć naszą nadzieję w planie, który Bóg ma dla naszego życia, wierząc ze św. Janem, że wszystka łza zostanie otarta, że Baranek będzie naszym światłem i że na świętej górze Boga zapanuje pokój. W obecnej chwili ciemności, która spowija nasze widzenie i popycha ku rozpaczy, zaufajmy wstawienniczej modlitwie Maryi. Rozmawia Ona ze swoim Oblubieńcem, Duchem Świętym, a Jej słowa znajdują oddźwięk w sercu Boga. Ona pomaga nam wyrazić niewyrażalne dla nas myśli i uczucia. Dzięki wstawiennictwu Maryi, Pocieszycielki strapionych, nabieramy pewności, że nic nigdy nie będzie w stanie odłączyć nas od Bożej miłości.

tłum. Marcin Turski

Pragnę potwierdzić szacunek Kościoła katolickiego wobec islamu, wobec autentycznego islamu: islamu, który modli się, który troszczy się o potrzebujących. Przypominając sobie błędy przeszłości, łącznie z najświeższymi, wszyscy wierzący powinni zjednoczyć się w wysiłkach zapewnienia, by z Boga nigdy nie czynić zakładnika ludzkich ambicji. Nienawiść, fanatyzm i terroryzm profanują imię Boga i zniekształcają prawdziwy obraz człowieka.

Jan Paweł II

Astana, 24 września 2001 roku.

Jeśli Bóg z nami, któż przeciwko nam?
John Joseph Myers

(ur. 26 lipca 1941 r. w Earlville w Illinois, Stany Zjednoczone – zm. 24 września 2020 r. w Ottawa w Illinois) – amerykański duchowny katolicki, arcybiskup Newark w latach 2001-2016....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze