Powrót do Bizancjum
Oferta specjalna -25%
Wyczyść

Bizancjum. Tak naprawdę tereny te należały do Pierwszego Rzymu, co łatwo sprawdzić, wyprawiając się do Tipasa lub Cherchel, gdzie znajomy Berber wpuści cię za darmo do parku archeologicznego. Pozwoli ci nawet zostać pod oliwką w porze obiadowej, kiedy tłum młodzieńców w czarnych kaszkietach i skórzanych kurtkach dźwiganych mimo upału oraz studentek w białych i czarnych chustach i powłóczystych dżelabach z nieodłącznymi aktówkami ŕ la bizneswoman będzie musiał szukać schronienia przed słońcem na ciasnych skwerkach i w jeszcze ciaśniejszych kafejkach. Berberyjski dozorca puści do ciebie oko, bo ty — choć chrześcijanin — jesteś swój na tych ruinach, a studencka młodzież szukająca tu nie arytmetyki kolumn, tryglifów czy metop, ale wygodnego zakątka w parku do obłapki — to najeźdźcy, choć od najazdu Arabów upłynęło dobrych kilka setek lat.

Możesz to sprawdzić, jeśli oczywiście po drodze nie wpadniesz w ręce żandarmów — przebierańców z Islamskiej Grupy Zbrojnej lub innej Falangi lub Frontu Ocalenia. Właśnie Ocalenia… I słaba to pociecha, że w formule są oni mimo wszystko bardzo kartezjańscy: „masakruję, więc jestem”.

Już sam tytuł tekstu dla badaczy i koneserów jest chybiony. Poważny i ceniący się skryba powinien to uznać za sygnał do odwrotu i naciśnięcia na komputerze klawisz backspace, który spełnia dziś rolę gumki.

Ściągnąłem ten tytuł z Brodskiego. Z tym, że wielki poeta w jednym ze swoich esejów uciekał, a ja w tym tekście będę powoli powracał. Podpatrywanie i ściąga z wielkich służy nam za usprawiedliwienie, nieudolne naśladowanie stylu ma osłabić jednoznaczność sądów i wprowadzić zdrowy dystans do samego siebie. Również u czytelnika. Ma też obudzić w nas to, co wstydliwie skrywamy, bojąc się jak ognia prostactwa i zbyt szybkich ocen, pożądliwości gnającej nas do kolorów i smaków, choć konstrukcja naszego ciała i duszy nie pozostawia w tym względzie wątpliwości: „jesteśmy ulepieni w połowie z kontemplacji, w połowie z apetytu”. Podpatrywanie i ściąga jest jak fachowe podniesienie kołnierza i pomacanie kieszeni po wyjściu z kina, gdzie oglądaliśmy klasykę — czyli Ojca chrzestnego: zostanie nam i szarym zdarzeniom, w których uczestniczymy bez większej refleksji, narzucona dyscyplina, staniemy się bardziej uważni i czujni, bo wszystko może się zdarzyć. Możemy też kołnierz nagle opuścić i powiedzieć: „No nie, przecież to było i jest całkiem inaczej, mylę się, nie jestem przecież fachowcem”.

1.

Nawet jeśli teraz próbuję uśmiechnąć się przed komputerem tak jak on, układając usta w jego koci grymas, to mój przypadek w podróży jest inny. Nie mogę przecież powiedzieć, że przyjechałem tu, żeby nazywano mnie effendi, żeby usłyszeć „zamorskie skrzypienie tureckiego materaca” lub dowiedzieć się czegoś więcej o politycznych przodkach, bo przecież urodziłem się w jednej z prowincji Trzeciego Rzymu. Nie byłem też skłonny podzielać jego idei co do krzyża ujrzanego przez Konstantyna we śnie przed bitwą z Maksencjuszem — że niby to nie drzewo zbawienia, lecz znak urbanistyczny i podstawowy element wszelkiego osadnictwa rzymskiego. Choć rzeczywiście przyjazd był związany z krzyżem. Potem ze śmiercią. I może nawet z próbą osadnictwa.

Do Algierii przyjechałem na ochotnika. I już tym samym niechcący wpisałem się w zadawniony idealizm kilku francuskich oficerów i kolonów, którzy ziemie te chcieli potraktować jako tereny pod Utopię. Ich obecność w tej części Afryki Północnej w podręcznikach historii jest ściśle ograniczona: liczy się od zbombardowania Algieru w lipcu 1830 roku do pokoju w Evian w marcu 1962 roku. 132 lata. Jednak to nieprawda. Pozostali — choćby w długich paryskich bułkach, które dla Algierii są chlebem powszednim, czy w języku — Arab jest raczej skłonny nazwać w rozmowie z tobą swój ramadan chrześcijańskim postem niż twój post ramadanem. Pozostał też Kościół katolicki. I choć jako ekipa bardzo powszechny, to w reakcjach bardzo francuski.

Morze było czyste, bo ostatnich piratów powywieszano ponad dwieście lat temu. Jednak przyleciałem samolotem, żeby standard i banał laminatów i wykładzin przytłumił wzruszenie serca, a krótkość podróży zahamowała egzystencjalno–religijne kalkulacje. Jak już mówiłem — niechcący wpisałem się w historię. Historia ta zaczęła się nie tak dawno. Kiedy to Bej na posłuchaniu zerwał się z poduszek i uderzył francuskiego konsula wachlarzem w twarz. Jakikolwiek był tego powód, a każdy powód do wojny jest dobry, zastanawia nas raczej fakt, że zrobił to wachlarzem. W Europie usłyszano by raczej plaśnięcie wypieszczonej dłoni spadającej na dokładnie wygolony policzek.

Może był to wyraz pewnej elegancji mimo wszystko, strach przed zaciągnięciem nieczystości czy może szacunek podminowany kompleksem. Tak czy owak Algierczyk dotknął przeciwnika przez szmatkę, przeciwnik odpowiedział ognistymi kulami wysłanymi z okrętowych dział. I jeśli nawet później dochodziło do walki wręcz, było już za późno. Zamienianie potem meczetów na kościoły czy jeszcze później kościołów na meczety było już tylko skutkiem.

2.

Zraniona miłość własna po obu stronach? Niech będzie. Choć to zbyt proste. Miłość. Bo jedni wpatrzeni w drugich. Miłość. I choć wzrok się krzyżuje, jednak bez wzajemności. Jedni przebrani za drugich. Może obie strony mają kompleks najeźdźcy? Być może. W takim razie trzeba postawić pytanie: „Kim ja jestem?”. Tu, w Algierii odpowiedź na to pytanie jest dla dwóch stron problemem, choć wielość kolejnych warstw cywilizacyjnych zwykło się uważać za szczęście. Religia może więc przydać tożsamości.

Siedzę w poczekalni u lekarza. Cisi i zrezygnowani oczekujący wachlują się rentgenowskimi zdjęciami płuc i żołądka. Drzwi otwierają się i wchodzi dama. Wypimpiszona, jakby powiedział Miłosz. Za nią jak cień nieco uboższa koleżanka. Mówi głośno, przed siebie, do nikogo — po francusku. Zniecierpliwiona i wielkopańska napada na pielęgniarkę — po francusku. Potem już szeptem do koleżanki, jakby się wstydziła — po arabsku. Godzina czekania.

Inny przykład. Przyjeżdża F. francuski kapłan. Jak mówi — marzył przez całe życie o Algierii. Wreszcie biskup zezwolił. Przychodzi do nas na 4 avenu Ali Ourak (zauważ, Czytelniku, tę nazwę i bądź pewien, że list wysłany pod tym adresem dojdzie z pewnością mimo arabizacji) w pasiastej ciężkiej dżelabie. Pedantycznie rozsznurowuje swoje adidasy przed wejściem do naszej kaplicy. Wchodzi jak do meczetu. Zapomina, że nogi mężczyzn śmierdzą.

Zresztą F. składał się z gestów. Z gestów i opowieści budujących. Chwilami zastanawiałem się, co by zrobił, przyjeżdżając do Polski. Odziałby się w pasiaste portki, włożyłby buty z cholewami? Pawie pióro? Pił dużo wódki? Nosiłby w procesji najwyższe palmy świata? Zostałby antysemitą? I opowiadałby potem o nas we Francji. Tak jak teraz.

Niech będzie, że poszedł w pustynię, na długą wędrówkę pod Gardaja. Nie miał już wody (publika przysiada ze zgrozy!), ale spotkał (publika głęboko oddycha!) nomadę (publika drży z podniecenia!), młodego chłopca (publice zaostrza się apetyt!). Usiedli. Nomada wyciąga kęs chleba. F. kładzie obok cztery zielone oliwki. Patrzą sobie długo w oczy. Nie zna języka przyjaciela z pustyni, ale wzrok mówi więcej. Kubek wody wędruje nad kęsem chleba i czterema oliwkami. F. jest ocalony. Duch Camusa czerwony z zazdrości, Exupéry dopisuje ukradkiem tę historię do Małego Księcia. Publika francuska trwa skamieniała, szepcąc: superbe. Publika polska nie daje się nabrać. Poprawia swój amerykański kaszkiet na okrągłej jak polski kartofel głowie i mówi: „Wiesz, F., ja jednak jestem lepiej zakorzeniony, noszę taką czapkę jak wszyscy tu i czekam aż przeor kupi mi kurtkę z napisem »Byki z Chicago«, bo wszyscy tu…”. F. kamienieje. Pociesza się, że podczas pierwszych wakacji w Prowansji udzieli wywiadu z tą historią w tle.

Choć nie wszyscy chodzą tu tak ubrani. Starzy trzymają się turbanów i sękatych lasek obłożonych czerwonym rzemieniem. Kobiety w centrum Algieru noszą mini jupe i fantastyczne buty. Im dalej od centrum, tym więcej dżelab i fulardów. Można też zobaczyć czarne rękawiczki i otwór w czarczafie na jedno oko. Terroryści zaś noszą się jak Afgańczycy. Od głowy i tylko do stóp. Stopy obute są w drogie buty nike dające skoczność gazeli i miękkość lwich łap. Doradzano nam kiedyś, żeby nigdy nie patrzeć policjantowi w oczy, ale na buty. Jeśli jest w adidasach, należy bez namysłu nacisnął pedał gazu. Oczywiście, o ile głowa trzyma się nam jeszcze jako tako na karku.

3.

Wojny tu oczywiście nie ma. Oficjalnie. Za to jest socjalizm. Nieoficjalnie. Socjalizm, czyli państwo idealne — według powiedzenia Urbana: „Rząd się i tak wyżywi”. Kolory też i zapach. Wchodzisz do biura i wyrywa ci się ciche: „O, kurczę”, podróżujesz w czasie, ale nie podróżujesz w przestrzeni, bo przestrzeń ta sama, co w Polsce twojej młodości: obleczona w urzędowe szarości, przełamane zielenie i czerwienie. Dotkliwy brak paprotek, ale jest portret ojca — na każdej ścianie. Pod ścianą urzędnicy — kiedy patrzysz, stają się pilni jak u Czechowa, odwracasz wzrok — pogrążają się w absurdzie Kafki. Koślawe stoły z dyżurnym papierem i kwaśny zapach przetrawionego tytoniu. Ktoś gdzieś idzie kogoś szukać, ktoś wchodzi, trzaskając drzwiami z plikiem zielonych kartoników do podstemplowania, rzuca ważne–nieuważne spojrzenie, ucina pogawędkę. Siada na stole, używa wykałaczki. Staje się na moment ekspertem od twoich dokumentów, lustruje cię, mówi o tobie do tego drugiego. Ma brudny kołnierzyk, zmęczone czerwone oczy, jaskrawy krawat, poklepuje tego drugiego, żebyś widział braterstwo i żebyś wiedział, że jeśli masz chęć dać łapówkę, to podwójnie, bo oni są bracia. Słyszysz, że nie ma problemu. Uważaj, zaczynają się problemy. Masz przyjść jutro i kiedyś. Raczej wybierz kiedyś. Jesteś zdziwiony? Nie. Oburzony? Nie. Dobrze ci tu. Jesteś u siebie.

Przychodzisz do sklepu. Skąd jesteś? Bolonia — mówisz, bo nazwa tego pięknego miasta, w którym studiował Kopernik, oznacza w ich języku Polskę. I słyszysz: Waleza, Pape — czyli papież. — Czego potrzebujesz, BRACIE? — Chcę dwa kilo ogórków. — Są, są, na samochodzie, właśnie podjeżdża, trzeba tylko rozładować. Czekasz pół godziny. Nieufny Polak jesteś. Zachodzisz od tyłu. Nie ma żadnego samochodu, nie ma ogórków. Nie chciał ci zrobić przykrości. Naprawdę. Jesteś u siebie. Postarasz się trochę i kupisz najbardziej nieosiągalną rzecz na świecie. Puść tylko informację, dobierz doradców. Zechciej się zaprzyjaźnić.

Albo muzeum, muzeum broni i wyzwolenia. Widziałeś to w Warszawie, na Ukrainie i Białorusi. Nie na darmo pod szkłem pysznie prezentują się rosyjskie papachy z karakułów — dar przodującego narodu specjalistów. Zegarek złoty od Kennedy’ego dla Bumediena. Kusy garniturek tego ostatniego. Zabity embrion miejscowego kultu jednostki.

Państwo jest nowoczesne. Pod pomnikiem męczenników poległych w walce z francuskimi spadochroniarzami sklepy. Nikiel i przydymione szkło. Na ulicach wyzywająco ubrane policjantki. Nawet w Medei, świętym mieście leżącym w Trójkącie Śmierci. Po każdej masakrze znikają na chwilę. I znów się pojawiają, dyrygują ruchem nowoczesnych toyot i codziennie galwanizowanych trupów z fabryki Renault. W algierskim porcie rzuciła kotwicę amerykańska korweta. Na pokładzie helikoptery — cud! I powiewająca pasiasta bandera. Znudziło ci się tęskne spoglądanie na drugi brzeg Morza Śródziemnego? Możesz iść do jednej z cyber–café i za niewielką opłatą nadać list, oplątać się siecią Internetu, sprawdzić, jak jest tam, po drugiej stronie, co cię czeka już za chwilę, bo odstałeś swoje, czekając na wizę do Lionu (Lyonu). Jeszcze kilka dni i będziesz wśród swoich, w podłej dość dzielnicy, ale na drugim, spokojnym brzegu. Zakupisz na prezent etui z trzema butelkami z winnic Medei, karton królewskich daktyli z Laguath, spryskany wodą kolońską, wsiądziesz do El–Kalifa. Nie, najpierw podniesiesz ręce wysoko do góry, a żołnierz sprawnie przeszuka twój garnitur w poszukiwaniu pistoletu, bomby lub noża do rozcinania listów. I kątem oka będziesz widział innych żołnierzy stojących niedbale na płycie lotniska, ćmiących papierosy z ręką opartą na pistolecie maszynowym ojca globalizacji Kałasznikowa.

Państwo jest nowoczesne. Bezpieczne. Najbezpieczniej jest pod bramami fabryk i rafinerii, w których pracują Włosi, Kanadyjczycy i Amerykanie. Nigdy nie zdarzyły się tam masakry. Są też Rosjanie, ale ich gubi miłość do przestrzeni i przyrody. Właśnie skończył się im kontrakt, dzwonią do żony, że przylecą za tydzień. Ostatni tydzień, bilet na samolot w kieszeni. Trzeba odpocząć. Wyjeżdżają na grzyby do lasu. Jeszcze słońce nie zaszło, a już znajdują ich z poderżniętymi gardłami. Państwo jest nowoczesne. Sympatyczna obsługa promu Tarik wda się z tobą w przyjazną rozmowę. Dowiesz się, że Morze Śródziemne jest wewnętrznym jeziorem w kulturze słodkiej i ciału przyjaznej, która przez swoje błogie lenistwo nie jest zdolna do żadnych fundamentalizmów. Terroryści?! Dlaczego pytasz o terrorystów, czy ja wyglądam na terrorystę, kłamliwa propaganda i slogany! Łatwo się zapalają Algierczycy. Tłumaczą swoją historię, operują liczbami: że tylko 700 indywidualistów można uważać za terrorystów, z tych 700 tylko 300 posiada broń; że są miejsca spokojne i mniej spokojne, w pewne miejsca się chodzi, innych się nie odwiedza. Zaciągają się prawdziwymi gauloises blondes, to jest największy i najbogatszy kraj Afryki, trzeba tylko poczekać, wszystko się ułoży. Jak Bóg pozwoli. Widziałeś naszą młodzież?! Jesteśmy najbardziej wysportowanym narodem świata.

4.

Jednak Bizancjum. Przez Medeę ma przejechać prezydent. Bramy powitalne obwieszone sośniną, wstęgi, proporczyki. Wielkie sprzątanie. Bataliony z łopatami oczyszczają zastrupione jezdnie, malują w biało–czerwone pasy krawężniki, portrety, białe pasy na jezdni, bramy. Dzieci stoją na deszczu z proporczykami do pomachiwania. Zimno, blado, łyso, bo góry wokół wypalone ogniem, który miał wykurzyć z kryjówek „brodatych”. Wreszcie przyjeżdża, otwiera teatr z 2000 miejsc, w darze miejscowi notable podprowadzają białego konia. Odjechał. Oddech. Dzieci chore, matki krzyczą, że podadzą do sądu.

I jeszcze taka liczba: 7 milionów 700 tysięcy uczniów w wieku od 6 do 7 lat — jaka będzie ich przyszłość? Jaka jest ich teraźniejszość? Brak własnego kąta, niski poziom nauczania, na uniwersytetach brak dobrych bibliotek, wykwalifikowanej kadry. Marzenie chłopców — być jak starszy brat: przemytnikiem.

Algier młodymi stoi. Wszędzie stoją. Palą papierosy, w ręce maluteńka szklanka mocnej kawy. Przełożenie ciężaru na drugą nogę, poprawienie przeciwsłonecznych okularów, mijają godziny. Stoją. Może to przemytnicy, bo wszyscy dobrze ubrani? Niekoniecznie. Inni znów z małymi straganikami orzeszków ziemnych i papierosów. Lub łóżko polowe z damską bielizną i podrobionymi na rasowe ciuchami. Sygnał. Nadjeżdża policja, zwijanie kramów, odejście na kilka kroków od krawężnika, bo policjantom i tak się nie chce wychodzić z samochodu.

Koty. Dużo ich. Zżerane przez skórne choroby. Najbardziej fantastyczne skrzyżowanie kolorów, ras, charakterów. Rozrywają czarne plastikowe worki czekające na śmieciarzy, biją się o resztki. Jutro też będą stać.

Sprawdzi się, niestety, to, co powiedział Auden:

Lecz ja znam — i ogół zna — zwykłą
Prawdę, jasną nawet dla dzieci:
Ci, którym wyrządza się zło,
Sami zło wyrządzają w odwecie

1 września 1939

Ci, co nie stoją, siedzą. Jak mój znajomy szewc — pielęgniarz z ulicy Ali Ourak za swoim przenośnym warsztatem. Zdarzyło się, że przy zmywaniu garów pękła w moich rękach zabytkowa salaterka kardynała Duvala, w którego mieszkaniu zagnieździliśmy się w 1998 roku. Porcelanowe ostrze weszło głęboko w dłoń. I była to jedyna krew, którą przelałem w Algierii. Trzeba było szyć. Brać zastrzyki. Szewc przychodził rano, pstrykał w ampułkę, zagadywał. Nic nie czułem. Chciałem wystąpić dla niego o Nagrodę Nobla z medycyny. Śmiał się, powracał do swojego przenośnego warsztatu. Po południu szedł pracować do pobliskiego szpitala. Miał tam pół etatu, a w domu rodzinę na utrzymaniu. Zakładał na usmarowane dziegciem dłonie gumowe rękawiczki, przewijał, opatrywał, dokonywał pomniejszych zabiegów. Przed pierwszym zastrzykiem sprowadził nawet lekarza — rasowego fundamentalistę. — Chłopie — powiedział brodaty lekarz w szydełkowej mycce — ja ci radzę, idź, zrób najpierw test, czy możesz je przyjmować, bo potem powiesz, że cię fundamentaliści otruli. Poszedłem, doznałem od nich wszystkich ogromnych dobroci. Za darmo. Nic nie chcieli wziąć w nagrodę.

5.

Wojny oficjalnie nie ma. Życie ma się toczyć dalej. Nawet jeśli wystrzelają i spalą cały autobus w wąwozie Szifa, nawet jeśli wtargną do internatu dla chłopców i otworzą ogień w sypialni. Wojny nie ma, nie ma więc narodowej żałoby. Skoro nie ma wojny, a ludzie idą pod nóż — poczucie własnej godności spada poniżej zera. Nawet używane obrazy w prywatnej rozmowie są mało heroiczne: wymęczeni, zmięci na twarzy mówią o szlachtowaniu barana. Najbardziej tragicznie zabrzmiało zdanie: „Boże, dlaczego stworzyłeś mnie Algierczykiem?!”.

Podpisano „zgodę narodową”. Grupy AIS zeszły z gór. Lustracja, przepytywanie, do domu. Okazało się, że wszyscy zajmowali się w oddziałach praniem i gotowaniem, niańczyli dzieci, podlewali lewkonie. Lud szepce, że dostali zaraz mieszkania, na które się tu czeka jak w naszym „pyrlu”, dostali pracę.

Wojny oficjalnie nie ma. Jednak my mamy eskortę. W sumie 5 ubogich mnichów pilnuje na całej trasie 150 policjantów i żandarmów. Na nic zdało się przybieranie przeze mnie postawy antybohaterskiej. W algierskiej wspólnocie trapistów byłem kucharzem, a kucharz z definicji należy do obozowych ciurów, w carskim wojennym pochodzie kwalifikowany był do ostatniej, najpodlejszej grupy ciągnącej za wojskiem: „popy, wraczi, baby i wsjakaja swołocz”. W Algierii zaś byłem zaraz za „infanteriją i kawaleriją”, bo tak stało w rozpisce: dwie potężne toyoty z przodu, dwie z tyłu, a my za pierwszą parą. Przed nami jeszcze samochód zbanalizowany — czyli tajniacy. I tak raz na tydzień jeździliśmy w góry do naszego klasztoru w Tibhirine. Historia Tibhirine jest znana. GIA porwała i zamordowała w 1996 roku 7 mnichów trapistów. Zakon po pogrzebie ich głów — bo tyle znaleziono — zdecydował, że powstanie nowa wspólnota. Stąd i Saul — jak mówi Pismo — między prorokami.

Tibhirine — klasztor stał opuszczony. Tibhirine — wioska żyła. Wierzyła, że nowi bracia przyjadą. Przyjechali, ale do Algieru, zamieszkali w apartamencie kardynała Duvala w budynku sióstr franciszkanek. Było to przy ulicy Ali Ourak. Ali był męczennikiem z Frontu Wyzwolenia Narodowego. Wdowy po męczennikach posiadają na przykład koncesje na transport publiczny, same nie prowadzą taksówek, ale mogą puścić w dzierżawę swoją legitymację kierowcy. Mnisi wiedzą takie rzeczy, bo chcieli pomóc mieszkańcom Tibhirine. Pomysłów było dużo. Goście z Francji, których wcale dużo przyjeżdżało w tym czasie do Algieru, pragnęli pomodlić się na grobach siedmiu Braci. Bili nam brawo, pisali potem w gazetach, że ludność Tibhirine jest z nami emocjonalnie związana, że kontynuujemy dialog interreligijny, że jesteśmy następcami, że się nie boimy, że ta mała międzynarodowa grupa to znak dla świata, bo i Francuz, Hiszpan i Chilijczyk, Polak, Francuz z obywatelstwem algierskim (wymieniam w porządku zamożności).

Na początku nie było eskorty. Jeździliśmy po dwóch na dwa dni. Potem wiosną 1999 roku udało nam się (Polak i Chilijczyk — wymieniam w porządku starszeństwa) zainstalować w górach na dwa miesiące. Orka w ogrodzie, pszczoły, duże obiady dla ludzi ze wsi. Dwóch braci siedziało w tym czasie w Algierze. Podobno mamy prowadzić życie cenobitów. W górach siedzieli wciąż oni, ale było spokojnie. Odwiedził nas nawet miejscowy wojewoda, przysłał wieniec na grób braci, przyjechał ambasador Francji i USA. Chilijczyk miał już walizki w celi ojca Krzysztofa, którego duchowość zamierzał kontynuować i pogłębiać. Na Wielkanoc uderzyliśmy po raz pierwszy w dzwony milczące od 27 marca 1996 roku. Żegnaj Algierze, żegnajcie nasi przyjaciele, witajcie góry, witam Salim, Mahomet i Józef.

Należało ogarnąć kuchnię. Ona jest w klasztorze najważniejsza. W kuchni zrobiły sobie gniazdo szczury. Kuchnię należy pomalować. Malowałem kuchnię. Prawie skończyłem. Gdzie wtedy byli inni? Może w ogrodzie, może przy komputerze. Przez okno dochodziły głosy bawiących się na dworze dzieci. Porykiwały krowy. Przyjechał samochód. Przyjechali żandarmi. Pakować się. Zwinęliśmy manatki. Nie miałem tego dużo, bo Polak jest nieufny, jak jest za pięknie, to rozgląda się bacznie wokoło. Załadowali nas do samochodu, odwieźli na sygnale do Algieru. Koniec. Tylko zostały ręce upaprane białą farbą. I długo za paznokciami biała obwódka.

6.

Mój przyjaciel Ben Ali. Przeor Christian nazywał go Maradona. Ben Ali pracował wtedy w klasztornym ogrodzie. Maradona, bo pod bawełnianą koszulką na brzuchu schował chyba futbolową piłkę. Kręcone czarne włosy, aktywny, zawsze w biegu na grządkach. Mimo ciężaru, mimo otyłości. Zwód, i już w burakach; drybluje, drybluje i przerzuca się w groszek zielony. Siadamy sobie w słoneczku. Maradona rozgląda się bacznie, czy przeor nie idzie. Potem wyciąga bibułkę, biorę, szczyptę tytoniu do żucia, zawijam w bibułkę i kulkę tę — tak jak uczył mnie Ben Ali — wsadzam pod górną wargę. Gaworzymy. Opowiadam mu, jakie zwierzęta żyją w Polsce. Mamy rozległe plany — odwiedzić Kraków, rodzinę, zjeść dobrego barana, przywieźć coś dla dzieci. Ben Ali jest amatorem anteny satelitarnej, ogląda migawki z Hiszpanii, widział Papieża, martwi się Czeczenią i Palestyną. Antena satelitarna jest zakazana przez GIA. Blisko anteny satelitarnej na dachu swojego domu Ben Ali założył stanowisko bojowe: worki z piaskiem na wysokość piersi. Nie ma karabinu, ale jakby co, to zawoła. Komanda GIA przechodzą nocą przez wioskę. Karawany mułów. Inni mają strzelby, ale okazało się później, że naboje są do niczego. Ben Ali zaprasza mnie na konfitury z winogron. Dużo chleba, konfitury powoli skapują na moje spodnie. Zbyt mocna kawa i czuję, jak moje prawe oko powoli wychodzi z czaszki. Powrót do klasztoru. M. napalił w domu, więc jest ciepło w kaplicy i celach braci. Przeniosłem się na chwilę do celi Celestyna, bo u mnie dach dziurawy. Przygotowałem obiad i resztę czasu spędziłem na czytaniu. Wróciłem do Jüngera. Staram się pojąć to życie estety, choć jest w nim coś wstrętnego, nie wiem co. Może jedynym hołdem oddanym tym mordowanym ludziom jest zachowanie indywidualności, protest przeciw wielkim liczbom, przeciw temu, co Camus nazywa „koranem”? Podjąć ogromny wysiłek życia wspólnego, chociaż każdy ma swoje recepty na życie w Tibhirine. Jedni chodzą w butach braci, naśladują ich, powoli stając się kustoszami grobów i pamiątek. Cytują, choć nie słyszeli, robią tajemnicze miny, choć są zaledwie etnografami tej historii. Inni protestują przeciw tak ogromnej tradycji i chcą zaczynać wszystko od nowa, ale tradycja ich przygniata, więc próbują wszystko odbrązowić. Nie jest łatwo spotkać się z misterium tej męczeńskiej śmierci, zwłaszcza że tak naprawdę nie pozwolono temu ziarnu obumrzeć do końca. Nic było chwili ciszy nad grobami, ale święty zgiełk. Ostatecznie powstał cały specyficzny język wyjaśniania tej historii, język — cokolwiek by mówić — precyzyjny, bo dla dziennikarzy, język świętego sloganu, składający się z kilku modułów, świetnie pasujący do potrzeb elektroniczego mózgu wyciąganego raz po raz z teczki korespondenta. To prawda, co powiedział Auden, że „czas czci język”, ale tu potrzeba było czasu, czas powinien uszlachetnić język, który nieubłaganie przecież tworzy przestrzeń i to, co ci pozostaje, to ją przyjąć, wpisać się, zwłaszcza że jest to przestrzeń bardzo święta. Nawet pytania z zewnątrz nie są świeże i odkrywcze, bo wraca jak bumerang to, co zostało powiedziane dziennikarzom: że solidarność z ludem, „modlący się wśród modlących”, Kościół bez wiernych, ale Kościół narodu, że przyjaźń, „mała obecność” (zwłaszcza latem, kiedy tutejszy Kościół rusza falą na wakacje do Europy). Próbowałem zrozumieć, co się tu tak naprawdę stało. Wpadłem w sieci języka. Spotkanie religii? Dialog? Duch Asyżu? To wszystko prawda, ale mnie wydawało się od początku, że zostało wypowiedziane pewne proroctwo i to najpierw do mojego zakonu.

Królik złapał się w potrzask zastawiony w ogrodzie. Żył jeszcze. Oprawili go sprawnie i przynieśli zakonnemu kucharzowi, wiano na drogę do Algieru. Nie mamy prawa przebywać w Tibhirine dłużej niż od późnego rana do bardzo wczesnego popołudnia. Raz dostałem też gęsie jajo. To już jest bogactwo. Ferma liczy 4 gęsi, w tym jedną nioskę. Obok fermy dwie izby dla 11 osób. W izbach nie ma nic. Klasztor, chociaż w nim nie mieszkamy, został otoczony pięcioma wartowniczymi wieżami. W czerwcu 2000 roku 60 metrów od klasztoru zostaje zabita czteroosobowa rodzina: tata, mama, i dwójka ich dzieci — chłopiec i dziewczynka. Dom z podkładów kolejowych zostaje podpalony. Przyjeżdżamy w kilka godzin po ataku. Na zgliszczach stopiona łyżka, garnek, w dziwny sposób ocalony dziecięcy bucik. Jestem przekonany, że to my, że to ja ściągnąłem to nieszczęście na rodzinę. Mamy się stąd po prostu wynieść.

7.

11 września 2001 roku. Teraz naprawdę skończył się wiek XX.

On. Christian, który napisał testament. Chciałbym się nad nim pochylić i odszukać drogę, zapytać, co on tak naprawdę chciał nam powiedzieć, bez pośpiesznych i zaklinających rzeczywistość odpowiedzi. I raz jeszcze. Czego on od nas chciał, dlaczego zginął. Nie, nie chcę odszukać metody postępowania z islamem, nie chcę spotkań i analiz. Po raz pierwszy ten tekst przejmuje mnie niewyobrażalną trwogą.

Gdybym pewnego dnia — choćby i dzisiaj — stał się ofiarą terroryzmu, który — jak sądzę — jednakowo traktuje wszystkich żyjących w Algierii obcokrajowców, chciałbym, aby moja wspólnota, mój Kościół, moja rodzina, pamiętali, że moje życie było dane Bogu i temu krajowi. Chciałbym, aby zrozumieli, że jedyny Władca wszelkiego życia miał udział w tym odejściu, nawet brutalnym. Niech modlą się za mnie. Jakże mógłbym być tego godzien. Niech umieją połączyć tę śmierć z tyloma innymi, równie gwałtownymi, które dla wielu pozostają obojętne i anonimowe. Moje życie nie jest ani więcej, ani mniej warte niż jakiekolwiek inne. W każdym razie daleki jestem od dziecięcej niewinności. Żyłem wystarczająco długo, by dostrzec, że i ja współdziałałem ze złem, które wydaje się, że — niestety — w świecie zwycięża. Czuję się wspólnikiem nawet tego zła, które ślepo we mnie uderzy.

Gdy przyjdzie ten moment, chciałbym mieć chwilę jasności widzenia, aby móc przeprosić Boga i innych braci w człowieczeństwie, a także przebaczyć z całego serca tym, którzy mnie zasmucili.

Nie pragnę śmierci. Myślę, że ważne jest, bym to powiedział. Jakże bym mógł tego chcieć, skoro odpowiedzialność za zabójstwo spadłaby na cały naród, który tak kocham. Zbyt drogo kosztowałoby to, co będzie, być może, nazwane łaską męczeństwa, gdyby miało być spowodowane przez Algierczyka, zwłaszcza przekonanego, że działa zgodnie z islamem. Wiem, jaką pogardą otaczano całą Algierię, znam także karykatury islamu wynikające z pewnej formy idealizmu. Utożsamiając islam z integryzmem, ludzie zbyt łatwo uspokajają swoje sumienie.

Widzę to inaczej. Dla mnie Algieria i islam są jak ciało i dusza.

Myślę, że najlepiej jak umiałem, głosiłem wszystkim prawdę, odnajdując w niej prostą ścieżkę Ewangelii, otrzymanej na kolanach matki — mojego pierwszego Kościoła — i to właśnie w Algierii, od początku w szacunku dla wierzących muzułmanów.

Oczywiście, po mojej śmierci zatriumfują ci, którzy mnie uważali za naiwnego idealistę. „Teraz niech powie, kto miał rację”. Chcę im powiedzieć, że — jeśli Bóg tak zechce — zdołam zaspokoić moją nieposkromioną ciekawość. Będę mógł zanurzyć moje spojrzenie w spojrzeniu Ojca i zarazem z Nim widzieć Jego dzieci wyznające islam, widzieć je takimi, jakimi On je widzi. Jaśniejące chwałą Chrystusa, będące owocem Jego męki. Obdarzone darem Ducha, którego tajemniczą radością pozostanie budowanie więzi, przywracanie podobieństwa, godzenie różnic.

Dziękuję Bogu, że chyba zechciał przeznaczyć całe moje życie — to życie stracone, życie moje i życie ich — na tę właśnie radość, wbrew wszystkiemu i mimo wszystko.

W tym „dziękuję”, w którym zawarte jest wszystko, zamykam oczywiście was, przyjaciele z wczoraj i dzisiaj, a także was — tam, przy mojej matce i ojcu, moich siostrach, braciach i ich bliskich — stokrotnie pomnożonych według Jego obietnicy!

I ciebie także, przyjacielu z ostatniej minuty, który nie będziesz wiedział, co czynisz. Tak, tobie także chcę powiedzieć „dziękuję i do zobaczenia”. Oby nam było dane, jak dobrym łotrom, spotkanie w raju, jeśli zechce Bóg, Ojciec obu.

Amen. Inch Allach!
   

Algier, 1 grudnia 1993 roku — Tibhirine, 1 stycznia 1994 roku
Christian

8.

Powrócić do Boga. Przez Jezusa. W Duchu Świętym. Dotrzeć do Niego. Dotrzeć do Jego światła, które jest we mnie, nie na zewnątrz.

Bóg jest światłem niebios i ziemi.
Jego światło jest podobne do niszy,
w której jest lampa;
lampa jest we szkle, a szkło jest jak gwiazda świecąca.
Zapala się ona od drzewa błogosławionego
— drzewa oliwnego ani ze Wschodu, ani z Zachodu,
którego oliwa prawie by świeciła,
nawet gdyby nie dotknął jej ogień.
Światło na świetle.
Bóg prowadzi drogą prostą ku światłu,
kogo zechce.

Sura XXIV, Światło

Powrócić do żaru miłości, ale nade wszystko do światła prawdy.

Czytałem Wściekłość i dumę Oriany Fallaci. Tygrysica. Niektórzy mówili, że wzywa do mordowania Arabów, że wyszydza ich biedę, że nienawidzi ich za obsikiwanie katedr i kościołów. Gdyby tak było, i ja poczułbym się nieswojo, bo jestem Polakiem, a w Rzymie tuż pod oknami Papieża śpi duża grupa polskich pijaczków, wieczorem pobierają ciepły posiłek z charytatywnej kamionetki. Też obsikują place i kościoły, oni–my: Arabowie Unii Europejskiej. Tekst ten jednak mówił o zakłamaniu Europy. O jej śnie i egoizmie, o podlizywaniu się polityków, o rozsuwaniu się fundamentów hierarchii wartości. Krótko — nie chodziło o oręż do walki z islamem, chodziło o obudzenie tych, którzy rozprawiają o europejskiej kulturze, o zwyczajną mądrość, jasność sądów i zrezygnowanie z intelektualnych komedii na rzecz pokornego poszukiwania prawdy i odwagi jej głoszenia, bo rzeczywistość nie znosi pustki. Zaraz zapełnia ją znijaczanie, zło, złowroga przeciętność, bezguście. Ryba psuje się od głowy.

Od dłuższego czasu obserwujemy — pisał Ryszard Legutko — zadziwiającą sprzeczność między obyczajowością intelektualistów a ich ideologią. Obyczajowość opiera się na grupowym konformizmie i ciągłości politycznych preferencji, podczas gdy ideologia głosi pochwałę rewolucji, buntu i kontestacji. Ta sprzeczność nie bywa dostrzegana i nadzwyczaj rzadko staje się przedmiotem refleksji.

Na osobisty użytek nazywam to skrzyżowaniem dozorczyni paryskiej kamienicy z liońskim adwokatem. Stroszenie się, gdy zbiera się widownia, proklamacje i wizyta w pałacu potępianego dyktatora, bo skoro wszyscy potępiają — rewolucyjną opcją i nonkonformizmem intelektualnym będzie złożenie mu wizyty. Napisanie o nim książki podkreślającej jego związki z Sartrem i winnicami Burgundii. Słodki skandal. Hektyczne wypieki na twarzy i oracja — rzekłbyś, że mówca jest Piotrem Eremitą. Nie, potem idzie na kieliszek calvadosu i chce mieć święty spokój. Teologowie nie są lepsi — nikt dla nich nie ustanowił Oskara, ustanowiono więc powoli „Listę Ratzingera”. Nie, nie ocalonych — skazanych.

Na fali umasowienia edukacji grupa intelektualna przybrała charakter prawie masowy, daleko wykraczający poza proporcje, które racjonalnie można przyznać elicie, czyli pewnej arystokracji umysłu i wyobraźni. Stąd jej zachowania nie tylko polegają na imitowaniu poglądów ludzi wybitnych, a więc elity rzeczywistej (nawet jeśli ta głosi idee błędne), lecz często przypominają zwykłe zachowanie masowe z reakcjami stadnymi, uleganiem dominującym nastrojom itd., tyle tylko, że opatrzone ideologicznym uzasadnieniem. Obyczajowość klasy intelektualnej da się zatem lepiej wyjaśnić kategoriami socjologicznymi opisującymi zachowania dużych zbiorowości niż kategoriami ściśle intelektualnymi opisującymi związki między ideami. Jej rozmiar jest w każdym razie na tyle wielki, by wykluczyć zjawisko masowych transformacji światopoglądowych pod wpływem presji rzeczywistości lub siły argumentacji.

To ostatnie zdanie prof. Legutki brzmi złowrogo. Jest ono zapisem obserwacji, że świat dzieli się złowrogo na Wschód i Zachód, Północ i Południe, że wojna w Afganistanie została powoli uznana przez publicystów za kolejną lokalną wojnę imperialistycznej Ameryki, że możliwa jest postawa francuskiego mera, który odmówił złożenia hołdu ofiarom Dwóch Wież, bo jak się wyraził: „Kto sieje Hiroszimę, zbiera Nowy Jork”. To nic, że to nieprawda, ważne, że zabrzmiało bardzo rewolucyjnie i pozwoliło zająć się tragedią firmy Moulinex. Być może gdzieś już się urodził przyszły dezynfektor kultury i rasy.

W lutym postanowiliśmy zamknąć nasz dom w Algierze. Nie ma szans na zamieszkanie w Tibhirine. Prawdziwie owocne życie dla innych wiąże się z naszym powołaniem i regułą. Poświęcenie Siedmiu było możliwe właśnie za przyczyną cysterskiego charyzmatu. Takie jest najprostsze wyjaśnienie naszego odwrotu. Taki jest smak i ciężar posłuszeństwa. Kiedy samolot położył się na skrzydło, zobaczyłem małe pudełka domów i wieże bazyliki. Tam mieszkałem. I już w samolocie byłem zmuszony dorzucić: kiedyś…

W opactwie Notre Dame d’Aiguebelle zaraz do pracy. Napełniam butelki eliksirem z 52 egzotycznych ziół. Ben Ali mógłby spokojnie sięgnąć po butelkę. Nie ma w niej alkoholu. Bóg jest światłem nieba i ziemi. Jego światło jest podobne do niszy, w której stoi lampa. D z i ę k u j ę  w a m  i   d o  z o b a c z e n i a. Inch Allach.

Doświadczenia pozytywne muszą wzmacniać nasze wspólnoty w nadziei pokoju i nie wolno pozwalać, by doświadczenia negatywne podkopywały tę nadzieję. Za wszystkie przypadki, w których muzułmanie i chrześcijanie wykraczali przeciwko sobie nawzajem, musimy prosić o przebaczenie u Wszechmogącego i nawzajem sobie udzielić przebaczenia. Jezus naucza nas, że musimy wybaczyć innym ich wykroczenia, jeśli Bóg ma nam przebaczyć nasze winy (por. Mt 6,14).

Jan Paweł II

Meczet Ommajadów, 6 maja 2001 roku.

Powrót do Bizancjum
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze