Ksiądz i jego oprawca

Ksiądz i jego oprawca

Piotrowski uświadamiał sobie swoją ogromną siłę fizyczną. Piotrowski był zdrowy jak tur, ks. Jerzy chory, chorowity, zagrożony ciągle śmiercią. Wszystko, co było księdzem Jerzym, w oczach Piotrowskiego było słabością, cherlawością, gdyż mylił on pojęcie siły z pojęciem przemocy.

Dla Piotrowskiego „sprawą życia”, niezwykłą szansą, nadzieją na oszałamiającą karierę, okazało się nie szpiegowanie Episkopatu, kardynałów i biskupów, purpuratów, ale sprawa szeregowego księdza, w zwykłej czarnej sutannie. Okazał się w końcu kimś na miarę ambicji Piotrowskiego, kapitana, który dowodził pułkownikami, zarazem człowieka wychowanego w kulcie władzy, stopni służbowych – sam widział siebie w mundurze generalskim – ks. Jerzy był kimś, kto miał rzekomo niewspółmiernie małe znaczenie w stosunku do Piotrowskiego. W szczególnym hierarchicznym widzeniu świata, w manii administracyjnej, kto zajmuje jakieś stanowisko, nawet w Kościele, jest lepszy i ważniejszy od tego, który nie piastuje żadnego. Ale w tym wypadku zainteresowanie ks. Jerzym było prawie równe temu, jakie okazywano Janowi Pawłowi II.

W wyszkoleniu Piotrowskiego, w jego aparacie pojęciowym, Kościół był instytucją świecką, czymś w rodzaju międzynarodowego biura szpiegowskoterrorystycznego, a ks. Jerzy nie był księdzem, ba, jako kapłan był czymś mniej niż „obywatelem Popiełuszką”, czy „panem Popiełuszką”, był „Popiełuszką”, chłopaczyną ze wsi, który cierpi na rodzaj manii wielkości, chcąc zrobić karierę (inaczej, jak swojego odpowiednika w Kościele, nie umiał sobie Piotrowski go wyobrazić) na zwalczaniu najwyższego tworu, jaki wydała ludzkość – socjalizmu realnego. Ks. Jerzy wydawał się zbyt mały, by Piotrowski tylko nienawidził go, on go drażnił. Dotychczasową nieugiętą postawę w śledztwach toczonych przeciw niemu, uważał Piotrowski za przejaw pewnego rodzaju bezkarności, buty księdza, za którymi stoi potęga znienawidzonego przez Piotrowskiego Kościoła i papieża.

Wśród miliardów ludzi trudno by wybrać i postawić przed sobą dwie osoby, tak bardzo się różniące. Wrażliwy, delikatny, uduchowiony ksiądz, modlący się za innych, za swój kraj – dla Piotrowskiego granica między ZSRR a PRL nie istniała – naprzeciw oficer policji, brutalny i wyzuty z uczuć ludzkich, wyszkolony w szkodzeniu innym, dręczeniu, prześladowaniu. Sądzę, że w chwili porwania ks. Jerzego, Piotrowski był dumny z tej różnicy, jednak dawała mu za wiele wiary w siebie. W slangu przestępczym (kminie) istnieje pojęcie „masy”. Jeden z groźnych bandytów miał taki pseudonim (ksywkę). Piotrowski był masą, potężny, ciężki, do tego wykształcony i przeszkolony do granic możliwości we wszystkim, co może być dla innych niebezpieczne, przeszedł wiele szkół policyjnych. Do jego masy należy dodać wagę dwóch innych porywaczy, wysportowanych i szkolonych. Piotrowski uważał się nie tylko za siłacza, ale i za kogoś wyżej wykształconego niż ks. Jerzy, gdyż jako matematyk, dyplomowany oficer policji, a przede wszystkim marksista, uważał, że ma wielokrotną przewagę intelektualną nad ofiarą. Teolog w jego oczach nie miał żadnego wykształcenia. Wierzący głęboko, że Boga nie ma, Piotrowski uważał nauczanie o Bogu za kłamstwo, w dodatku odciągające od budowania socjalizmu.

Rodowód kata i ofiary

Funkcjonariusze SB byli nieodrodnymi i najlepszymi synami Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, przyjmując dogmat o „socjalistycznym charakterze narodu polskiego”, a tym samym o standaryzacji, ujednoliceniu, zrównaniu, w którym między poszczególnymi jednostkami ludzkimi nie ma różnic, a jeśliby ktoś się wyróżniał, należy przystosować go do ogólnej przeciętnej lub w razie oporu uwięzić lub zgładzić. Towarzyszyło temu gwałtowne zacieranie różnic między Polską a ZSRR, niszczenie odrębności regionalnych, wypędzanie społeczności mówiących własną gwarą (Ślązacy, Kaszubi, Mazurzy i Warmiacy), burzenie zabytków, wzmożony wyrąb lasów. Ujednolicenie to najmniej odbiło się na Łodzi o nieokreślonym obliczu, gdzie w sposób naturalny dobudowano do Bałut z czerwonej nieotynkowanej cegły, blokowiska z wielkich płyt.

Wychowany w izolowanym środowisku UBSBMBPMSW, obracając się wśród zapiekłych i pewnych siebie komunistów „czerwonej Łodzi”, Piotrowski nie był przygotowany do kontaktu z osobami takimi, jak ks. Jerzy. Przesłuchiwani przez niego księża byli zdawkowo uprzejmi i chcieli jak najszybciej zniknąć z oczu wszechmocnego Piotrowskiego. Piotrowski miał meldunki na ich temat, nagrania z ich homilii, powoływał się na obowiązki nauczania moralnego, wszczepiania postaw najcenniejszych etycznie dla PRL – nie kraść własności państwowej – to dla Piotrowskiego było do przyswojenia.

Natomiast ks. Jerzy mówił o rzeczach niedozwolonych w sposób niedopuszczalny i niedozwolony. Sprawa niepodległości Polski była bowiem raz na zawsze przesądzona. W dodatku w wypadku ks. Jerzego przerastanie się wzajemnie polskości i rzymskiego katolicyzmu miało prawdopodobnie nieznane Piotrowskiemu podłoże, w pochodzeniu ze szczególnej krainy, obszaru Polski różniącego się od Łodzi z jej wielonarodową, wielokapitalistyczną przeszłością, tradycjami zarówno patriotycznego, jak i komunistycznego ruchu, pamięcią o wyzysku, wszechwładzy bogatych Niemców i niemieckich Żydów za czasów carskich, a potem w czasie II RP z chaotyczną zabudową, brakiem historii.

Ksiądz Jerzy ukształtował się w innym świecie, na wschodnim kresie Polski rozbitym przez Rosjan, a także Ukraińców i Białorusinów, dosłownie jako kres, koniec. Tu długo trwał najuporczywszy opór, tu terror był najbrutalniejszy i najkrwawszy. Ta ziemia przeżyła trzy najazdy bolszewików: w 1919–1920,1939–1941 i w 1944–1945 roku, poznawszy niepewność, czy nie zostaną wcieleni do ZSRR. Mała kraina wśród najmniejszych, ale odrębna, o wzmocnionym życiu duchowym. W czasie, gdy ksiądz Popiełuszko był jeszcze dzieckiem, pierwszy sekretarz KW PZPR w Białymstoku Arkadiusz Łaszewicz zaproponował Breżniewowi włączenie białostocczyzny do Białoruskiej ZSRR, mało więc brakowało, by ks. Jerzy stał się obywatelem ZSRR i Białorusinem z mianowania.

Świat ks. Jerzego, jego ojcowizna, to obszar wokół Suchowoli, gdzie się urodził i który wydał następnego księdza męczennika – Suchowolca. Jej granice wyznaczały i wyznaczają krzyże. W 1911 roku rząd carski zinwentaryzował krzyże, nie zdążył ich zniszczyć. Za każdym płotem, na każdej posesji, na każdym skrzyżowaniu dróg – krzyż. Ostatnia enklawa dawnych kresów Polski. Obszar święty, rodzaj maleńkiej Ziemi Świętej istnieje, a jego znaczenie umocniło męczeństwo księży Popiełuszki i Suchowolca.

Dla ludzi niewierzących, czy niePolaków niezrozumiały jest związek pomiędzy wiarą a Ojczyzną, między katolicyzmem a polskością. Ofiara ks. Skorupki, ojca Maksymiliana Kolbego i ks. Jerzego wydaje się im zbędna, nieupoważnieni, odrzucają ją. Występuje tu ukryty motyw: obawa przed wykluczeniem od decyzji w sprawach polskich. Tu podobne zdanie mają zarówno wrogowie Polski, jak ongi cesarze Rosji i Niemiec, ale i ich kontynuatorzy, naziści, komuniści i obywatele polscy, którzy obawiają się, że Kościół zagraża ich pozycji.

Portret psychologiczny figuranta

Tworząc portret psychologiczny „osoby zainteresowania”, „figuranta”, oficerowie SB bezkrytycznie przykładali własne miary do ks. Jerzego. Łagodność, wyrozumiałość, ustępliwość, a przede wszystkim dobroć ks. Jerzego brano za słabość. Wynoszenie gorącej kawy funkcjonariuszom, którzy śledzili ks. Jerzego, było rozumiane zarówno jako bezczelność, policzek wobec tajnych służb, która miała im unaoczniać, jak ciężka jest ich służba, jak ich traktują zwierzchnicy, lub próbę złagodzenia ich nastawienia, udobruchania ich. W zestawieniu z ostrością, a nawet gwałtownością jego kazań, huraganem, który uderzał z kazalnicy nad tłum, jego cierpliwe i uprzejme znoszenie prześladowań brano za fakt wskazujący, że ks. Jerzy tylko woła głośno, a w rzeczywistości jest słaby i bojaźliwy. Mylili bowiem, u Piotra Skargi naszych czasów – trwożliwość z ostrożnością męczennika, który nie chce prowokować oprawców. Sam będąc tchórzem i dążąc do nieustannego zapewnienia sobie przewagi we wszystkich dziedzinach, Piotrowski uświadamiał sobie z dumą (do czego się przyznawał) swoją ogromną siłę fizyczną. Piotrowski był zdrowy jak tur (choć późniejsze zdjęcia wykazują tendencję do choroby Basedowa), ks. Jerzy chory, chorowity, zagrożony ciągle śmiercią. Wszystko, co było księdzem Jerzym, w oczach Piotrowskiego było słabością, cherlawością, gdyż mylił on pojęcie siły z pojęciem przemocy.

Gdy stanął na szosie toruńskiej naprzeciw ks. Jerzego, niskiego, chudego i słabowitego, chorego, bezbronnego – miał to być czynnik psychologiczny, na który liczył Piotrowski – on, olbrzym, wyćwiczony w walkach wręcz, w zadawaniu ciosów, uzbrojony w broń palną – a był dobrym strzelcem – pałki, skarpety z piachem, mający pod swoimi rozkazami dwóch ludzi absolutnie mu oddanych, posłusznych jak psy, gotowych, patrząc mu wiernie w oczy, dokonać każdej zbrodni, każdego okrucieństwa – stał jak uosobienie materialnej, ziemskiej potęgi, naprzeciw samotnego ks. Jerzego.

Dobro i zło, skontrastowane jest jak w filmie science fiction, westernie czy baśni: św. Maksymilian przeciw Fritschowi, papież przeciw Agcy i ks. Jerzy przeciw smokowi (Piotrowski). To wszystko jest żywą, trwającą Ewangelią, ich krew leży na nowych kartach Pisma Świętego. Bez ryzyka wpadania w przesadę czy literackiego ujęcia sprawy możemy powiedzieć, że wysłannik Szatana spotkał się ze sługą Bożym.

Jak w I wieku, tak w XX święci chodzą po ulicach i wielu ich, tak wielu, znało się osobiście. Pierwszy raz piszący te słowa doświadczył bezpośrednio kontaktu ze świętością, gdy z bratem Arnoldem Wędrowskim, sekretarzem św. Maksymiliana, komentowaliśmy jego kanonizację: „Jak brat czuje się, mając w niebie kogoś tak bliskiego i znajomego?”. Bo czyż nie jest pewne, że po najdłuższym życiu siostra Łucja, która uczyniła tyle dla świata, będzie kanonizowana, tak jak beatyfikowane jest już jej rodzeństwo. Ci, z którymi biegała, trzymając się za ręce, w niebieskiej konfiguracji będą występować razem i siostry Łucji nie może zabraknąć. W tym sensie rozważamy sprawę ks. Jerzego.

Prześladowania religii chrześcijańskich, największe od III wieku, czynią słowiańskich, litewskich i węgierskich katolików bliskimi czasów katakumb. W liście apostolskim Tertio millennio adveniente Jan Paweł II pisał: „Kościół pierwszego tysiąclecia zrodził się z krwi męczenników. U kresu drugiego tysiąclecia Kościół znowu stał się Kościołem męczenników. Prześladowania ludzi wierzących – kapłanów, zakonników i świeckich – zaowocowały wielkim posiewem męczenników w różnych częściach świata. (…) W naszym stuleciu wrócili męczennicy”.

Piotrowski nie zdawał sobie sprawy z tego, że stoi wobec ucieleśnienia siły ducha. Stopień bezbronności, bezradności, samotności ks. Jerzego (Chrostowski zniknął) był trudny do wyobrażenia w kontraście z rozmodlonymi tłumami, które właśnie opuścił. Piotrowski wiedział, jak ludzie odcięci od świata, od bliskich, pod wpływem bicia i tortur zmieniają się, jak pokornieją. Piotrowski był przeszkolony w zadawaniu bólu. Kto wierzy w oficjalnie podawany przebieg wydarzeń w procesie toruńskim i procesie generałów, sądzi, że ks. Jerzy, będąc w bagażniku, musiał usłyszeć, że Chrostowski uciekł, że sprowadzi pomoc, ratunek. To według moich badań nie było mu dane. Przeciwnie: trzej napastnicy po pozbyciu się Chrostowskiego przybyli tam, gdzie trzymali ks. Jerzego do dziś nieznani sprawcy, pomocnicy niżej lub wyżej stojący od Piotrowskiego. Ks. Jerzy musiał brać pod uwagę, że Chrostowski został zabity. Jeśli pytał oprawców, co z Chrostowskim, mogli dać odpowiedź dowolną, ale taką, która miała przygnębić ks. Jerzego, przerazić. Może przedstawili tak sprawę, że Chrostowski nic żyje z winy księdza lub jest ich zakładnikiem i od postaw ks. Jerzego zależy jego życie.

Oddziały kleryckie

Przesłanki do traktowania ks. Jerzego jako kogoś słabego – choćby fizycznie – wynikały z materiałów, jakie zebrał wywiad wojskowy (podległy sowieckiemu GRU) w czasie jego służby w jednostce wojskowej, stworzonej specjalnie w celu prześladowania rekrutów z seminariów duchownych. Jednostki karne tworzono na wzór Armii Czerwonej dla elementów podejrzanych politycznie, przestępców czy dezerterów. Ks. Jerzy skarżył się wielokroć na okrucieństwo, pozorną bezmyślność, z jaką traktowano przyszłych księży. Na uczucie osamotnienia: „gdy człowiekowi wydaje się, że został sam, opuszczony przez wszystkich”. „Dowódcy starają się nas wykończyć fizycznie i psychicznie, żebyśmy byli niezdolni do pracy w swoim kierunku” – czyli w kapłaństwie, „…to nie jest normalne wojsko… Do wojska wzięto nas też nic dlatego, żeby zrobić z nas żołnierzy, ale żeby tylko przeszkadzać w studiach”.

Na szkolenia polityczne – jak wspomina jeden z towarzyszy niedoli ks. Jerzego – poświęcano o 50% więcej czasu, niż na szkolenia i ćwiczenia wojskowe i bojowe. Jest to zrozumiałe, bo przekazanie wiedzy wojskowej mogło doprowadzić do wykształcenia przyszłego przeora Kordeckiego czy ks. Skorupki. Ks. Jerzy trafnie odczytał tajne przyczyny, dla których powoływano kleryków do wojska, co w drugiej połowie XX wieku było barbarzyństwem. Wtedy ks. Jerzy, nieświadomie zetknął się z generałem Wojciechem Jaruzelskim, za którego namiestnictwa, z ramienia Rosji, przyszło mu zginąć.

„Praca politycznowychowawcza, prowadzona z żołnierzami, alumnami z seminariów duchownych – nakazywał Jaruzelski – musi być nacechowana (tak w oryginale) na zmianę ideologicznej osobowości alumna, a jej wynikiem winna być jego rezygnacja z kontynuowania studiów w seminarium duchownym i przejścia na świecki styl życia. Mając na uwadze ten cel, jego ogromną wagę polityczną, pracę z alumnami należy rozpoczynać już od pierwszej chwili ich pobytu w wojsku i kontynuować przez cały pobyt w jednostce” (z wytycznych gen. Jaruzelskiego, Archiwum Ministerstwa Obrony Narodowej 266/91/223, s. 3–4).

Oddziały kleryckie („czarnych”, jak je nazywano) nie składały się z samych przyszłych duchownych. Nasycano je elementem zdemoralizowanym pod każdym względem, przede wszystkim używanym do celów wywiadowczych i inwigilacji współżołnierzy podejrzanych politycznie. Był bowiem jeszcze jeden, tajniejszy niż pierwszy, cel stworzenia tego typu jednostek. Chodziło o jak najdalej posunięte rozpoznanie spraw rodzinnych, charakteru, psychiki, nawyków, wad, słabości, a także zalet osób dla reżimu niebezpiecznych. Podsłuchując rozmowy, wyciągając kleryków na zwierzenia w warunkach skrajnej izolacji i przemocy, zdobywali materiał wywiadowczy. Był to kapitał na przyszłość, gdy alumni staną się duchownymi, a może biskupami i kardynałami. Wtedy też typowano słabsze wśród nich jednostki, podatne na terror panujący w jednostce – do pozyskania na tajnych współpracowników już w wojsku lub w przyszłości.

Jednocześnie jednak występował efekt uboczny, którego prześladowcy seminarzystów nie przewidzieli, a występuje on szczególnie silnie w wypadku ks. Jerzego Popiełuszki. Przyniosło mu to bowiem bezcenne doświadczenie. Przebywał pod nadzorem agresywnych, uzbrojonych mężczyzn, bez możliwości ucieczki, gdyż naraziłby tylko siebie i Kościół na gorsze kłopoty, ani samobójstwa, gdyż byłoby to grzechem. Ks. Jerzy zdawał sobie sprawę z tego, że jest inwigilowany i kontrolowany przez wywiad i kontrwywiad LWP i wręcz daje to swoim prześladowcom do zrozumienia w liście, o którym wie, że będzie cenzurowany, a może umieszczony w jego aktach: „O sprawach wojska porozmawiamy kiedyś, bo nie wszystko można pisać… tajemnica korespondencji w naszej kochanej Ojczyźnie nie jest zachowana, o czym świadczą listy, które… w czasie drogi zmieniają adresata i trafiają do niewłaściwych rąk”.

Wojsko było jego pierwszym więzieniem, pierwszym etapem męczeństwa, który przygotował go do następnych – rewizji, aresztowań i wreszcie do porwania i męczeńskiej śmierci. Skompletowaną przez służby wywiadu i kontrwywiadu LWP teczkę zachowywano, ale jej odpis przekazywano Służbie Bezpieczeństwa do „dalszego urzędowania”.

Wywiad wojskowy analizował dane o zdrowiu alumnów, ciesząc się wręcz z ich bezskutecznych skarg na komisje wojskowe, odwołań od decyzji wcielenia do LWP. Był to cenny materiał – karty zdrowia. Dzięki temu można było skuteczniej ich dręczyć, a w przyszłości, jako już uformowanym kapłanom, dawać im do zrozumienia, że więzienia mogą nie przetrzymać.

Jest to tradycja rosyjskich a potem radzieckich służb inwigilacyjnych. Spis chorób ks. Jerzego, operacji, słabości – wśród nich choroba tarczycy, przebyta operacja, w czasie której był w klinicznej śmierci z powodu krwotoku, jaki wywołała niska krzepliwość krwi na pograniczu hemofilii, musiała nasuwać myśl, że ks. Jerzy będzie bał się nawet lekkiego uderzenia, które mogłoby go zranić.

W rachubach na złamanie ks. Jerzego przyjmowano, że szczególnie boi się o swoje kruche zdrowe, im bardziej jest chory, tym mocniej pragnie żyć. Tymczasem choroba przyzwyczaiła zarówno św. Maksymiliana, jak i ks. Jerzego do cierpień, poświęcenia, ofiarowania jej Bogu. Przyzwyczaiła ich do właściwego rozumienia nicości życia, do przenikania tajemnic wieczności.

Takie tajemnice były dla policyjnych służb nazistowskich i komunistycznych, mimo ogromnych wysiłków, by być informowanym, niedostępne.

Gordijewski, wysoko postawiony pracownik tajnych służb sowieckich, zbiegły na Zachód z licznymi dokumentami, opiera się także na swojej wiedzy i pamięci. Już na 43 stronie polskiego wdania jego książki KGB podane jest w przypisie, jako źródło: „Gordijewski”, ale nie jest cytowane tam żadne opracowanie tegoż autora, a w bibliografii nie wymieniono żadnej jego książki. Powołanie się na siebie samego przez Gordijewskiego występuje dwukrotnie.

Jan Paweł II i ksiądz Jerzy

Sprawa usiłowania zamordowania Jana Pawła II i – ku zaskoczeniu czytelnika – zabójstwa na ks. Jerzym Popiełuszce, występuje pod sam koniec książki. W tym jednym przypadku Gordijewski łamie chronologię, umieszczając wzmiankę na ten temat, liczącą zaledwie szesnaście wierszy, a powinna znajdować się o pięćdziesiąt cztery strony wcześniej – w kontekście historii zbrodni i zamachów. Oba te wydarzenia rozdzielało trzy i pół roku, jednak opisane są w połączeniu ze sobą.

Czy Gordijewski dawał nam w ten sposób do myślenia, obawiając się powiedzieć wprost, że ten sam wydział czy te same osoby podjęły decyzję w obu sprawach, czy też było to dla niego oczywiste, że czytelnik musi też to wiedzieć. Gordijewski zbywa więc być może najważniejsze akcje w historii sowieckich tajnych służb, może i dlatego, że w głębi duszy pozostaje ich zdyscyplinowanym oficerem, a te akcje nie udały się i pośrednio przyczyniły do częściowego rozpadu imperium sowieckiego.

Jeszcze silniejszym akcentem wiążącym te dwa przestępstwa na księżach katolickich – najwyższym kapłanie i skromnym wikarym – jest ujawnienie przez Gordijewskiego, że „bezpośrednio po śmierci (ks. Jerzego – przyp. KK) został wydany przez Centralę okólnik nakazujący podjęcie w 1985 r. serii »działań aktywnych«, obliczonych na zdyskredytowanie »reakcyjnego« Jana Pawła II”. Czy między śmiercią ks. Jerzego a tym okólnikiem, w którym jego autorzy przyznają się do porażki, nie ma związku?

Gordijewski w sprawie zamachu na Papieża posuwa się do takiej ostrożności, że twierdzi, iż „opinie w Centrali KGB były podzielone”. Jedni twierdzili, że KGB „nie odważyłaby się na taką mokrą robotę”, jednakże druga połowa podejrzewała, że Wydział VIII Zarządu S odpowiedzialnego za „operacje specjalne” był w to w jakiś sposób zaangażowany. Niektórzy wyrażali żal, że „zamach się nie powiódł”.

Wyłącznie sprawy: zamachu na Papieża i morderstwa na ks. Jerzym, pozbawione są w książce jakiejkolwiek analizy, czy dokładniejszego opisu, jak w przypadku innych relacji ze spisków i zbrodni tajnych służb sowieckich.

Męczeństwo ks. Jerzego powiązane jest wszystkimi elementami z zamachem na życie Jana Pawła II. Gdyby był udany, ks. Jerzego tylko zamordowano by, podobnie jak innych księży należących do tej serii, a nie byłby torturowany. Jego śmierć zaś nastąpiłaby wcześniej, zaraz po ogłoszeniu stanu wojennego, gdy rozpoczął swoje kazania w obronie Ojczyzny.

W maju 1984 roku sytuacja raz jeszcze zmieniła się zasadniczo. Spotkały się ofiary dwu zamachów z 1981 r.: Jan Paweł II i Ronald Reagan. W romantycznej scenerii lotniska prawie na szczycie świata, na Alasce doszło do niego, gdy papież leciał do Korei, a prezydent USA wracał z Chin. Musiało to wywołać dreszcz zgrozy na Kremlu. Dla Rosji Sowieckiej było to sygnałem potwierdzającym jej wszystkie obawy i sygnałem, że papież mimo zamachu na siebie nie dostosowuje się do wymagań sowieckich, kim ma być przywódca katolików, by liczyć na neutralność Moskwy. Jak zawsze komuniści obawiali się tajnej umowy między dwoma potęgami, wielkiego spisku przeciw ZSRR, zapowiedzi czegoś groźnego, ale czego? To chcieli wiedzieć za wszelką cenę.

Ks. Jerzy chodził na procesy hutników z Huty Warszawa, siadając w pierwszej ławce dla publiczności, której przeważającą liczbę stanowili funkcjonariusze służb przemocy.

Pewne myśli księdza zapamiętali hutnicy jako skarb i wskazówkę na całe życie, tym silniej oddziałujące na nich, że wyrosłe, wypływające z sytuacji księdza, którą obserwowali. „Kierując się przemocą, nie można mówić o sprawiedliwości”. „Mniejsze zło nie może zapobiec większemu, które i tak nastąpi”. „Wyrwano nam serce, lecz nie oddamy duszy”. „Wielkość prawdy przeraża”.

Wstrząs, jaki przeżył ks. Jerzy z powodu zamachu na Jana Pawła II, poczucie winy, że to nie on był celem pocisków, zrodziło, jak domyślają się niektórzy, myśl o przyjęciu jego cierpień na siebie. Czekał na wyrok Opatrzności, gdy papież zmagał się ze śmiercią, ten czas wpłynął na niezłomność jego gotowości do męczeństwa.

Był to ten sam odruch co potem u stu księży, którzy ofiarowali się po zabiciu ks. Jerzego, iść, gdy zajdzie potrzeba na ofiarę, co miało precedens odleglejszy w czasie, gdy sekretarz św. Maksymiliana brat Arnold Wędrowski chciał, by go aresztowano wraz z nim, a zaraz potem ten zamiar wyraziła grupa zakonników Niepokalanowa i ofiarowała się na zakładników za Ojca Kolbego.

Usiłowanie zabójstwa Papieża i zamordowanie ks. Jerzego powiązane są nie tylko osobami sprawców, którzy – mimo iż różnili się narodowością, przynależnością społeczną – otrzymali rozkazy z jednego ośrodka i przyświecał im nie tylko bezpośredni cel, lecz także dalekoplanowy, ale i stosunkiem ks. Jerzego do męczeństwa Papieża, gotowością wzięcia na siebie męczeństwa za niego, zastąpienia go. Przeżywając z niesłychaną silą zamach na najwyższego kapłana, nie przypuścił, że jego wrogowie będą usiłowali wplątać go w zbrodniczy zamiar przeciw Papieżowi, a potem Papież będzie cierpiał nad jego śmiercią tak samo, jak on cierpiał nad wiszącą nad Papieżem groźbą zgonu.

Ostatnie słowa księdza Jerzego

W tragicznej księdze Losy duchowieństwa katolickiego w ZSRR 1917– –1939. Martygologium znajdujemy, szczególnie w trzech wypadkach precedensy, powtórzonego w działaniach przeciw ks. Jerzemu modus operandi. Jedną z najtrudniejszych spraw w tamtych latach dla władz sowieckich było otoczenie opieką policyjną Jean Felixa Amoudru, Francuza, księdza, potem biskupa, potajemnie konsekrowanego przez papieża Piusa XI. Działał w PetersburguLeningradzie: „…był nieustannie inwigilowany, zniesławiany na tle obyczajowym, zastraszany przez rewizje, podrzucanie mu kompromitujących papierów. W kazaniach mówił wiernym, że prawie co tydzień jest wzywany na przesłuchania, a w mieszkaniu i kościołach pozostających pod jego opieką przeprowadzane są rewizje. W końcu, ze względu na obawę przed pogorszeniem stosunków z Francją, komisarz spraw zagranicznych ZSRR Maksim H. Litwinów zażądał od ministra spraw zagranicznych Francji Pierre’a Lavala odwołania księdza do Francji. Jest to żądanie bliźniaczo podobne do żądań, by „zabrano ks. Jerzego”, z tym że Paryż został zastąpiony przez Rzym.

Ksiądz Piotr Awgiłło, jak ks. Jerzy, któremu przez telefon zapowiadano śmierć, usłyszał od funkcjonariusza GPU zawiadomienie o postanowieniu władz: „Zdecydowaliśmy, że was zlikwidujemy i bądźcie pewni, że tak się stanie. Żeby nam zaoszczędzić uciekania się do przemocy, zlikwidujcie się sami”. Samobójstwo księdza mogłoby być wykorzystane propagandowo. W świetle tej spraw możemy wcześniejsze nieustanne nękanie ks. Jerzego, na wielu poziomach i płaszczyznach, uznać za usiłowanie wymuszenia na nim samobójstwa.

Wreszcie sama śmierć. Dotąd nic wiemy nic pewnego o chwili zgonu ks. Jerzego. Ks. Konstanty Romuald Budkiewicz był całkowicie spokojny (rok 1923), zwrócił się do oprawcy ze słowami: „proszę przekazać ks. Cieplakowi (przełożonemu – przyp. KK) moje ostatnie pozdrowienie i oświadczyć mu, że do ostatniej chwili pozostałem wierny Stolicy Apostolskiej. Ks. Budkiewicz przeżegnał się, pobłogosławił kata i jego dwu pomocników i odwrócił się do ściany, modląc się. Strzał w tył głowy przerwał jego modlitwę”.

Sprawa ks. Budkiewicza potwierdza, jak wysoko w hierarchii partyjnowojskowej stali ci, którzy wydawali wyroki na ważniejsze osobistości. Ks. Budkiewicza kazał zamordować komitet czterech osobistości: Trocki, Dzierżyński, Bucharin i Stalin. Mordercy włączyli ostatnie słowa ks. Budkiewicza do akt. Tak słowa te ocalały. Możliwe, że ks. Jerzy tak samo pobłogosławił Piotrowskiego, Chmielewskiego, Pękałę i innych. Może wypowiedział ostatnie słowa, prosząc oprawców o ich powtórzenie prymasowi? Jakie były to słowa? To najcenniejsze, czego możemy się dowiedzieć od Piotrowskiego. Ale on tego nie powie. Przekazanie ich bowiem pogorszyłoby jego szansę na tzw. powrót do normalnego życia, choć nigdy takiego nie prowadził.

Zwłoki Budkiewicza były poniewierane podobnie jak zwłoki ks. Jerzego, wrzucane do wody i wyjmowane z niej.

Po co porwano księdza

Piotrowski w rozmowie z Tadeuszem FredroBonieckim jedyny raz zbliża się niebezpiecznie do prawdy, dając zaszyfrowany, tajemny znak, który nie został odczytany.

Bezpośrednio po wyborze Karola Wojtyły na papieża: „Podjęto gwałtowne poszukiwania wszystkich, którzy mieli lub mogą mieć kontakt z kardynałem Wojtyłą – Papieżem. Szukano też wśród ludzi, którzy byli, są, lub może będą w kontakcie z otoczeniem Papieża. Obowiązywało hasło: rzucić wszystko i rozpracować tylko te osoby. Wiadomo było, że rozpocznie się ruch księży między Polską a Watykanem, szukano więc i na tej drodze. Prowadzono szczegółowe analizy ewentualnych kandydatów na wyjazd do pracy w Watykanie” (podkr. – KK).

W tym momencie zbliżamy się do najmniej znanego i w tej chwili niemożliwego do pełnego wyjaśnienia elementu, który jest jednak ważny dla oświetlenia działań przedsiębranych przeciw ks. Jerzemu. Naszą intencją jest naświetlenie sytuacji, w jakiej znalazł się ks. Jerzy.

Karol Wojtyła wybrany na papieża dał prawem paradoksu największe możliwości kariery tym, którzy temu Kościołowi szkodzą, zarówno w tajnych służbach, jak i w propagandzie, dziś tzw. mediach. W Polsce ten wydział zawsze był ważną częścią systemu przemocy, od października 1978 r. jego znaczenie wzrosło w dwójnasób. Papież uczynił ich potęgą, tak byli potrzebni w nowej sytuacji. Wydawało im się, że możliwości stojące przed nimi są nieograniczone.

Papież żył i powstała konieczność, by w bezpośrednim jego kręgu umieścić agenta najwyższej wagi.

Rozmówcy Kościoła (gen. Kiszczak) zaczęli sugerować polubowne załatwienie sprawy ks. Jerzego, przez wysłanie go na studia do Rzymu.

Właśnie gen. Kiszczak najmocniej ukazuje nam bezsens wersji procesu toruńskiego: „porwania dla porwania”, zamierzonego z góry zabójstwa ks. Jerzego, gdy wyraża zdumienie: „Na około dwa tygodnie przed uprowadzeniem, zostałem poinformowany przez arcybiskupa Bronisława Dąbrowskiego, że Popiełuszko (tak w stenopisie – przyp. KK) w najbliższym czasie wyjedzie na studia do Watykanu. O fakcie tym poinformowałem zainteresowanych podwładnych, uznając, że ten kłopot mamy z głowy, dlatego szczególnie byłem zaskoczony jego uprowadzeniem 19 października 1984 r. i początkowo przez myśl mi nie przeszło, że sprawcami mogą być funkcjonariusze MSW, bo i po co, kiedy sprawa jest już nieaktualna!”.

Po co porwano księdza Jerzego, skoro już był nieszkodliwy i do tego ukarany de facto kościelnym nakazem opuszczenia parafii św. St. Kostki w Warszawie, co można było przedstawić jako dezaprobatę dla jego działalności, a co powinno w pełni usatysfakcjonować władze? Mnie nie dziwi zdziwienie najlepiej – po rezydencie KGB w Polsce, gen. Pawłowie – poinformowanego człowieka w Polsce. Musiał je okazywać w nadmiarze. Przed komunistami, których perfekcyjnym zamierzeniem było i jest osiąganie dwóch i więcej celów za jednym posunięciem, otworzyła się bajeczna perspektywa pozbycia się ks. Jerzego z Polski, a także wykonania sekretnego planu.

Piotrowski w rozmowie z FredroBonieckim mówi: „Moim celem było uprowadzenie, przestraszenie i zaszantażowanie ks. Popiełuszki”. Broniąc swoich mocodawców, przypomina: „Mówiłem na procesie i nadal to podtrzymuję – ani Pietruszka, ani nikt inny nie wydał mi rozkazu zabicia księdza Popiełuszki”. Brak tak sformułowanego rozkazu wyjaśnia metodami działań stosowanymi przez służby specjalne: „Przy tego typu operacjach – przecież to nie była jedna akcja – ewentualność zabójstwa zawsze musiała być brana pod uwagę”. To jednak nie wyjaśnia, jaki rozkaz otrzymał. Później, w jednym z wywiadów udzielonych podczas przerw w odbywaniu kary, powiedział w niewyraźnym odniesieniu do ks. Jerzego: „Nie takich ludzi werbowałem”.

Cierpienia ks. Jerzego trwały o wiele dłużej i rozłożone były na wiele godzin, a raczej dni, niż wynikałoby to z oficjalnego obliczenia ich czasu, a męka zadawana mu łączyła się z inną męką: lękiem przed załamaniem się, gdyż tortury miały cel – a nie były rozrywką oficerów SB.

Morderstwo, o ile okazało się im niepotrzebne lub nieudane, przez komunistów nazywane jest „błędem”. „Mniejsze zło” – tak mówi neomarksista Jaruzelski, „wypadek przy pracy” – według Piotrowskiego.

Należy domniemywać, że stopień decyzyjny w wypadku usiłowania zgładzenia Jana Pawła II, jak i przy planowej grze operacyjnej z ks. Jerzym, był ten sam, gdyż chodziło o Rzym, Watykan, Papieża. Pomysł z ks. Jerzym miał choć częściowo wyrównać niepowodzenia zamachu i niejako był też tegoż zamachu przedłużeniem.

Gdyby ks. Jerzy w jakimś momencie tortur zgodził się podpisać zobowiązanie do współpracy, to skoro już by dla nich pracował, musiałby potwierdzić każdą wersję. Np. że porwało go podziemie Solidarności z Toruńskiego – tych już mieli aresztowanych – lub inna „niezidentyfikowana grupa”, która dopiero miała się okazać tym podziemiem, która dokonała na nim masakry, w dodatku stwarzając pozory (podrzucenie milicyjnego orzełka), że został zatrzymany i torturowany przez władze. Z rąk oprawców, pobitego, wyswobodzili go oficerowie SB, Piotrowski i inni.

Ks. Jerzy Popiełuszko, przybywszy do Watykanu, nie musiałby ani widywać się co dzień z Janem Pawiem II, ani otrzymać wysokiego urzędu kościelnego, by dowiadywać się wielu rzeczy, nawet bez wkładania w to wysiłku, wypytywania kogokolwiek czy starań o odpowiednie kontakty. Sama obecność ks. Jerzego, bohaterskiego kaznodziei, w Watykanie i Rzymie pozwalałaby mu osiągnąć wielką wiedzę na temat spraw polskich pod władzą sowiecką, ruchu oporu, informacje o duchowieństwie polskim niedostępne SB inaczej, jak poprzez dane, które zawierzano Watykanowi, oraz działań Watykanu i samego Jana Pawła II. Strategiczny wywiadowca nie musi zadawać pytań, odpowiedzi powinny przyjść do niego same. By wydobywać dokumenty wystarczy pretekst np. w postaci pisanej pracy doktorskiej czy dysertacji na tematy społeczne czy teologiczne. Czasem, im bardziej nieformalna jest czyjaś obecność w jakiejś strukturze, a osoba taka cieszy się zaufaniem, może, jako pomocnik, doradca czy choćby tylko chętny rozmówca i słuchacz, uzyskać najcenniejsze informacje, choć dla osób nieświadomie ich udzielających są one oczywistością, czymś codziennym.

Tekst powstał z fragmentów książki Krzysztofa Kąkolewskiego o księdzu Jerzym Popiełuszko przygotowywanej do druku w Wydawnictwie Zysk i Ska. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji „W drodze”.

Ksiądz i jego oprawca
Krzysztof Kąkolewski

(ur. 16 marca 1930 r. w Warszawie – zm. 24 maja 2015 r. w Warszawie) – publicysta, reporter, autor scenariuszy filmowych, powieści i opowiadań, jeden z najważniejszych polskich przedstawicieli literatury faktu, popularność zapewnił mu zbiór wywiadów ze zbrodniarzami hitlerow...