Nikt nie woła

Nikt nie woła

Ciekawy przypadek Benjamina Buttona, reż. David Fischer, wyst. Brad Pitt, Cate Blanchett, Tilda Swinton, USA 2008

Oswoić przemijanie, tak by na trwałe odcisnąć na ziemi swój ślad. Kto z nas tego nie pragnie? Gdzieś wewnętrznie wstrząsają nami słowa psalmisty – „ledwie muśnie go wiatr, a już go nie ma, i miejsce, gdzie był, już go nie poznaje”. Albo te mniej „święte” – „Moja Wybranka, moja kość, moja faktoria, moja rzeka…” – majaczy Kurtz w Jądrze ciemności, a Marlow wstrzymuje oddech, wsłuchując się w tę litanię. Spodziewa się, że usłyszy, jak puszcza wybuchnie potwornym niepohamowanym śmiechem, który poruszy gwiazdy na niebie, ale ta zbywa słowa Kurtza głębokim milczeniem. To wszystko jest odmianą nieuniknionej utraty; mierzeniem się z fundamentalną niemożliwością posiadania wszystkiego, od drobnych rzeczy po cały świat.

Przypadek Benjamina Buttona to niezwykła historia, z założenia zmuszająca nas do przyjęcia prawdziwości baśniowych prawd jako oczywistych i naturalnych, zakładająca od pierwszej do ostatniej sceny pewną umowność, za którą kryje się poruszający traktat filozoficzny – summa życiowych doznań o przemijaniu, samotności, miłości i śmierci, sensie życia i zmagania z losem. Jak to wygląda? On rodzi się starym (prawie osiemdziesięcioletnim) niemowlakiem, z wszystkim dolegliwościami podeszłego wieku, ale w niezwykły sposób młodnieje z wiekiem. Ona starzeje się w porządku natury. Ależ tak, to w dużej mierze film o daremności ludzkich marzeń, bo któż po czterdziestce nie chciałby być coraz młodszy, a przynajmniej dalej się nie starzeć, a niestety, nie można zatrzymać czasu i zatrzaskują się kolejne drzwi. Zderzenie dwu perspektyw, w horyzoncie biologicznego cofania zegara Benjamina i Daisy tworzy przejmujący dramat. Bohaterowie nie tylko mijają się z ludźmi, których kochają, ale w sposób naturalny gubią i plączą własne wspomnienia, tworząc w konsekwencji karkołomne konstrukty trudne do zaakceptowania poza kontekstem filmu. Jak ta piękna scena, w której postarzała Daisy przytula do piersi niemowlę – Benjamina, ze świadomością, że było ono kiedyś mężczyzną i już nie rozkwitnie w młodzieńca, i że dla niej samej była (sic!) to wielka namiętność, której owocem jest dorastające w domu dziecko.

Przemijanie jako oś filmu jest pokazane w sposób niezwykle oryginalny. Cuda charakteryzacji i efektów specjalnych pokazują Benjamina, który rozwija się z dorodnego starca, w siwego mężczyznę w sile wieku, a następnie w niby beztroskiego młodzieniaszka, za fasadą którego kryje się świadomość doświadczonego mężczyzny. Odwrotnie, Daisy dorasta od dziewczynki przez nastolatkę i wspaniałą kobietę aż do konającej opuchłej staruszki. Mimo tak karkołomnie zarysowanych wektorów życiowych największe wrażenie wywołują sekwencje, biologicznie rzecz ujmując, środka życia, życiowego rozkwitu – gdy oboje bohaterowie mają czterdziestkę na karku, gdy sobie samemu wydaje się człowiek najbardziej dorosły. Ale w tych scenach najpełniej pojawia się między bohaterami napięcie międzypokoleniowe, tym większe, że znamy mechanizm, jaki każe im się wreszcie zbliżyć do siebie, aby po kilku latach szczęścia rozstać się na zawsze. Wiemy, że każde z nich utonie niezadługo w śmierci, każde na przeciwnym krańcu biologicznego czasu. Choć na te beztroskie chwile „czas, jak w każdej przyzwoitej epice, staje z boku jak lokaj, na zewnątrz ludzi i przedmiotów. I tylko katastrofy podrywają go z miejsca i wtedy nagle wdziera się do wnętrza z całą niszczycielską mocą – łamie tratuje, zmienia w ruinę”. Tak pisał Herbert w prywatnej mitologii o Hekabe – patronce smutku i rozpaczy.

Kino faworyzuje takie historie. Oglądając ten film, można odnieść wrażenie, że wariację tego tematu już gdzieś widzieliśmy. To dalekie echo Zeliga, a także Forresta Gumpa. Oczywiście twórcy z pewnością nie inspirowali się bezpośrednio filmami Allena i Zemeckisa, problem jednak pozostaje ten sam. Jak w Zeligu bohater z bolesną ironią spogląda na świat, w którym rola społeczna jest tylko maską, protezą osobowości, a tak jak w historii Forresta, z wielką powagą wciela się w role, które sam reżyser podaje widzowi do wierzenia. Jedno się jednak nie zmienia i w tym tkwi urok wszystkich tych opowieści. Obcujemy z bohaterem momentami bajkowym, ocierającym się o naiwność, dzięki czemu jednak zyskuje on naszą wielką sympatię. Jego życie, tak nieprawdopodobne, sprowadza się do prostego przystosowania i akceptacji, że „tak już musi być” i „nic na to nie poradzimy”. Wbrew zdrowemu rozsądkowi Benjamin skazany, z racji swego upośledzenia fizycznego, z powodzeniem odnajduje się w życiu. Choć przez cały czas film pozostaje stuprocentową bajką – nieprawdziwą i daleką od prawdopodobieństwa, lecz równocześnie uroczą i pociągającą. Może jest tak, że chcemy wierzyć w taką szlachetną słabość, która dzięki uporowi rodzi siłę?

Jest też w tym filmie wątek rodem z zakurzonych noweli Morcinka, o górniku, który zgubił się w kopalni, długo szuka wyjścia i z trudem dociera do domu. Wraca, ale choć poznaje znajome okolice, otwiera znajome drzwi, wchodzi do jakby domu, przedstawia się, ale nikt go nie poznaje i w końcu biorą go za oszusta, bo kiedyś dziesiątki lat temu mieszkał tu ktoś podobny, ale zaginął i nigdy się nie odnalazł. Ta historia ma w sobie taki wewnętrzny mechanizm powrotów do domu, równie smutnych i gorzkich. Nie tylko przez doświadczenie mądrości podróży, bogactwo dystansu do świata i nabytej obiektywności do rzeczy i spraw. Ale dlatego, że czas jest nieubłagany i jego rzeka za każdym powrotem do domu zabiera coraz więcej znajomych postaci i przedmiotów z otoczenia, a nadzieje i wzruszenia prowadzą donikąd, bo po krótkich radościach górę bierze żal i poczucie, że za chwilę drzwi się zatrzasną i nasz bohater zostanie na zawsze sam, wyobcowany ze świata, ze świadomością, że to co po sobie zostawił, jak choćby towarzyszenie dorastającej córce, nigdy nie będzie mu dane, bo sam za chwilę zostanie nastolatkiem.

Z opóźnieniem czytam rozważania profesora Pawła Markowskiego, w świątecznym „Tygodniku”, o wpływie literatury na życie, o jej przemieniającej roli, o tym, że talent dobrego prozaika potrafi na ogół więcej, niż szkiełko i oko filozofa zgłębiającego najskrytsze motywacje życia praktycznego. Gdy czytałem ten tekst, niedługo po obejrzeniu filmu o Benjaminie Buttonie, naszła mnie myśl obrazoburcza i odważna, i może aż nadto „dosłowna” i życzeniowa w swojej wymowie. Bo o ile łatwiej nam przychodzi zgodzić się z tezą, że życie jest, czy może powinno być, na miarę literatury. Jak pisze pan profesor, „życie samo, bez naszego udziału nic nam nie mówi, nie może być zrozumiałe i literatura podsuwa nam język, za pomocą którego możemy zawiązywać przymierza przeciw bezsensowi. Literatura jest językiem opisowym naszej egzystencji i jako taka nadaje jej sens”. To może jest tak, że choć sztuka ruchomych obrazów jest ubogą siostrą prozy i rodowód ma nieco jarmarczny, to czy nie żyjemy w tych czasach, kiedy podobne refleksje możemy dopisać pod adresem filmu i kina? Nie każdego i nie zawsze obrazu, to prawda. Ale po takich filmach jak ten, chwytających życie z góry i w całości, czy nie należy mówić, że także życie na miarę filmu oznacza, iż film poszerza nasze rozumienie świata, innych ludzi, pozwala przejąć się losem słabszych i podziwiać mocniejszych? Pozwala dostrzec inne światy i innych ludzi w tych światach, do których częstokroć bronimy sobie dostępu. Inaczej, kto nie czuł ściskania w dołku, gdy Bogart zostaje sam na lotnisku w Casablance, może nie wzruszy się już nigdy; kto nie szedł w samo południe razem z Garym Cooperem na spotkanie przeznaczenia, nie zrozumie, co to znaczy być „zbyt odważnym, by uciekać”. Kto nie siadał w barze razem z Chełmickim i nie palił spirytusu dla „Haneczki, Wilgi, Kosobudzkiego, Rudego i Kajtka”, nigdy nie zrozumie wymowy słów „My żyjemy!”. Lista jest otwarta i każdy dopisze na niej ciąg dalszy po swojemu. To wszystko nas jakoś trawi i przenika, nie pyta nas o to, „gdzie to się działo” albo „czy jest to zgodne z naszym gorzkim doświadczeniem”. Nie, bo przecież nie oddziela nas od świata. Wręcz przeciwnie, siła obrazu tkwi w nim samym, w tym, że w jakiś sposób, może naiwny, ale próbuje nam opowiedzieć o naszych uczuciach, byśmy dzielili się swoim własnym doświadczeniem, byśmy chcieli przyjaźnić się i płakać razem z innymi.

W tej historii mimo wszystko odwrócenie perspektywy czasowej, choć wyostrza smak rozstań i odejść, a nas samych wprowadza w kontemplację osobistego przemijania, to jednak nie jest najważniejsze. Tak czy owak, boleść nie jest zbyt chrześcijańska, choć nasze wyostrzone smaki tragicznego kształtowania losu nieźle się w niej odnajdują, ale to jednak wszystko. Prawda, chodzimy z rozpaczą w sobie, z pytaniami, na które znaleźliśmy szczątkowe odpowiedzi, nijak nie przystające do siebie, żegnamy najbliższych i rozstajemy się z ukochanymi, powracamy nad rzekę, której nie ma, a miejsce nas nie poznaje, podobnie i ludzie. Chrześcijaństwo przytomnie dopowie, że w obliczu znikomości istnienia ratunkiem jest jeden stały punkt – niestarzejący się i niepodlegający czasowi – nasz Ojciec, a tym którzy uznają to za przejaw przesadnego dydaktyzmu, odpowiada, że sztuką jest tak żyć – dopisać dalszy koniec do bólu i żalu z powodu rozłączenia. Pisał Merton: „Miłość, dzięki temu, iż akceptuje ból ponownego połączenia, zaczyna leczyć wszystkie rany”. To jest ten dalszy koniec. I jeszcze jedno, bo jak uczono nas w szkole słowa uczą, a przykłady pociągają, czy przypadkiem nie jest tak, że prawda o miłości, uświadamiana na skraju życia, w obliczu namacalności własnej śmierci, staje się darem czystym, o którym w wieku „chmurnym i durnym” można tylko pomarzyć. Czy to mało? Czy nie na takie pięć (w kontekście filmu trudno powiedzieć ostatnich) „spełnionych” minut, czeka się czasem całe życie? „Po długim, szczęśliwym życiu widzę, że prawdziwa miłość jest czymś pięknym, bezinteresownym. Nie ma nic wspólnego z upływającym czasem. Kiedy jest, jest zawsze” – przyznaje w jednym z wywiadów Ewa Lipska. A jeżeli całość, mniej lub bardziej świadomie, pozostawi w nas poczucie melancholii, posiłkujmy się zdaniem o tym, że „Takie jest życie”, które zostawił Ksiądz Jan Twardowski, pytany kiedyś o to, dlaczego jego wiersze są takie radosne i smutne jednocześnie. „Smutek jest czymś pięknym, tak samo jak samotność – dopowiadał dalej Ksiądz Jan – są niezbędne dla prawdziwej miłości (…) smutek jest dowodem na istnienie Boga, bo jest świadectwem, że ten świat nie wystarcza, że za czymś tęsknimy”.

Nikt nie woła
Roman Bielecki OP

urodzony w 1977 r. – dominikanin, absolwent prawa KUL i teologii PAT, kaznodzieja i rekolekcjonista, od 2010 redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, Prowincjalny Promotor Środków Społecznego Przekazu, autor wielu wywiadów, recenzji filmowych i literackich, publicysta, aut...