Jestem do tego stworzony
fot. mark eder / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Pytanie Boga

0 votes
Wyczyść

Podporządkowanie całego swojego życia pracy, nawet jeśli jest to praca najbardziej satysfakcjonująca i spełniająca, nie wydaje mi się dobrym pomysłem.

Chyba każdy pragnie dobrej pracy, chce być za nią doceniony i sprawiedliwie wynagradzany. Sensowne zajęcie, dające zadowolenie, to jednak ideał osiągany przez niewielu, a pisanie o nim w sytuacji dwucyfrowego bezrobocia, niskich pensji i umów śmieciowych nosi znamiona perwersji. Przypomina zachęcanie do zdrowego odżywiania, kiedy nie ma co do garnka włożyć.

Istnieje jednak i druga strona medalu: może być też tak, że trwanie w bezsensie, czyli np. pracy odczłowieczającej lub niemoralnej, zabije mnie – kompromis z tzw. realnym życiem doprowadzi do zmarnowania mojego jedynego życia. W takiej sytuacji na pewno nie pomogę też tym, dla których się poświęcałem, więc nie tylko nie zrealizuję marzeń i aspiracji, ale i skrzywdzę innych. Nie wypełnię również tego podstawowego powołania człowieka, jakim jest wezwanie do świętości i szczęścia.

No właśnie: jak być szczęśliwym w pracy? Jak się cieszyć poczuciem, że znajduję się na swoim miejscu, a to, co robię, ma sens?

Najbardziej oczywista odpowiedź na to pytanie brzmi: trzeba być wiernym sobie. Tylko któremu sobie? Temu, którym jestem teraz? Temu, kim chciałbym się stać? Temu, jakim chcieliby mnie widzieć moi bliscy? A może temu, jakim widzi mnie Bóg?

Wierność własnemu ja

Amerykański kaznodzieja Max Lucado w książce O sztuce stawania się sobą przedstawia koncepcję sweet spot (w tenisie określa się tak pole na rakiecie, które zapewnia precyzję i siłę uderzenia). Metaforycznie sweet spot to miejsce przeznaczenia, rozumiane jako harmonia wszystkich naszych najlepszych cech i zdolności. Autor twierdzi, że każdy człowiek został stworzony z unikalnymi cechami ukierunkowującymi go w stronę celu wyznaczonego przez Boga. Jedni mają zdolność racjonalnego myślenia połączoną ze zdolnościami społecznymi, a inni np. ze zdolnościami przywódczymi. Te cechy można odkryć, przypominając sobie chwile głębokiej satysfakcji, zadowolenia i harmonii, kiedy miałem poczucie, że „właśnie do tego zostałem stworzony”. W takich momentach jestem blisko swojego sweet spotu. Wspólny mianownik wyciągnięty z tych doświadczeń pozwala odkryć, jakiego zajęcia powinienem szukać. Lucado twierdzi, że każdy ma swój sweet spot, czyli miejsce maksymalizacji swoich możliwości, spełnienia i przeznaczenia.

Teoria brzmi nieźle. Jest prosta, empiryczna, podatna na korekty i dająca receptę na szczęście. Ma jednak także słabe strony. Co prawda odnosi się do Boga, ale jakby deistycznie. Bóg ingeruje tylko na początku naszego stworzenia, na poziomie kodu genetycznego. W świeckiej wersji tej teorii mogłoby Go właściwie nie być. Mówilibyśmy wtedy po prostu o wierności genetycznie i historycznie ukształtowanemu „ja”. Pobrzmiewa tu jednak jakiś niepokojący determinizm: zostałem do czegoś przeznaczony i nic innego nie przyniesie mi szczęścia. W takiej perspektywie ani biblijny Jonasz, ani Izajasz nie wypełniliby misji prorockiej, bo nie umieli przemawiać.

W teorii sweet spot jest też spora doza indywidualizmu i poszukiwania osobistego szczęścia. Oczywiście można w tę teorię włączyć radość z posiadania kogoś bliskiego w życiu, radość z ojcostwa lub macierzyństwa, ale zasadniczo chwile harmonii i zadowolenia odnoszone są do mnie samego. A jeśli mój współmałżonek np. choruje terminalnie albo psychicznie? Wtedy szukam nie tyle harmonii i spełnienia, co pracy, która pozwoli mi utrzymać rodzinę i jak najwięcej czasu spędzać w domu. W takich sytuacjach teoria sweet spot na niewiele się zdaje. Ale i bez skrajnych doświadczeń wiemy, że bycie wiernym sobie nie jest ostateczną miarą rzeczy, a jeśli jest, to w gruncie rzeczy mało wyszukaną i niezadowalającą.

Filozofia i kultura, począwszy od, jak nazywają to antropolodzy, punktu osiowego historii świata, żywią się przekonaniem, że świat wokół (i ja sam) nie jest taki, jak być powinien, ani taki, jaki mógłby być, więc trzeba coś w nim poprawić. Istnieje nawet fundamentalne wezwanie do uczynienia świata i siebie samego lepszym. Można je nazwać wezwaniem do przekroczenia samego siebie; do poszukiwania czegoś więcej niż obecny stan rzeczy, ale i czegoś więcej niż własne zadowolenie i swój osobisty raj. Czasami wezwanie do przekroczenia siebie przychodzi od naszych najbliższych, których kochamy i dla których jesteśmy gotowi zmienić swoje życie, a nawet poświęcić karierę. Można by takie wewnętrzne wezwanie określić mianem wierności sobie w relacji. Czyli wybieram świadomie rzeczy i zajęcia, których wolałbym nie robić, ale robię je ze względu na moich bliskich.

Jest jeszcze inna wierność – wierność sobie takiemu, jakiego pragnie mnie Bóg. Czasem wezwanie do przekroczenia siebie pochodzi wprost od Boga. Tak się stało w życiu Abrahama, Mojżesza i apostołów. Bóg zaprosił ich do wypełnienia pewnego zadania, które wymagało oddania swojego życia. Tego rodzaju wezwanie możemy nazwać „powołaniem” (łac. vocatio).

Lekarz z powołania

Zastanówmy się przez chwilę nad pracą rozumianą właśnie jako powołanie. Jest to ważny temat teologiczny: pytając o nią, nie tylko szukamy motywacji, by do niej pójść, albo sił, żeby w niej wytrwać, ale też odwagi, żeby zmienić nasze główne życiowe zajęcia. Kiedy pojawia się temat powołania, pytamy raczej o Pana Boga, o Jego rolę w naszym życiu. Czy On przeznaczył nam jakieś miejsce w świecie, które mamy odnaleźć? Czy też takie miejsce sami mamy odszukać, a Bogu jest obojętne, jaką pracę wykonujemy, bylebyśmy krzywdy nie wyrządzali? A może zadowolenie z pracy lub jego brak nie ma żadnego znaczenia, bo szczęście leży gdzie indziej? Wreszcie może być tak, że praca jest naszym „krzyżem”, który trzeba znosić, bo on nas uświęca.

Przyznam, że nie lubię powiązania tematu powołania z kwestią wykonywanej pracy. Postulat traktowania pracy jako powołania wydaje mi się jedynie pewną metaforą, pragnieniem codziennej wierności i szukania sensu, ale z drugiej strony ta metafora niebezpiecznie rozciąga religijną koncepcję powołania na doczesne zajęcia, jakby odbierając im autonomię i sens. Owszem, mówimy czasem np. o nauczycielach lub lekarzach z powołania, dla których praca jest czymś więcej niż tylko obowiązkiem i sposobem zarobkowania. Ci ludzie podporządkowują pracy swoje życie i wkładają w nią całe serce. Są sportowcy, aktorzy lub wojskowi, dla których praca jest tak ważna, że poświęcają jej nawet życie osobiste. Owszem, w takich wypadkach można mówić o pracy jako „powołaniu”, ale raczej w świeckim znaczeniu: pewnej służby wyższym wartościom. O powołaniu w religijnym znaczeniu będziemy mówili wtedy, gdy decyzja o całkowitym podporządkowaniu swojego życia jakiejś ważnej dla nas sprawie będzie decyzją religijną, wynikającą z odczytania woli Bożej, będzie pochodziła z zewnątrz. Zatem powołanie to podporządkowanie całego swojego życia jakiejś wartości, której źródło pochodzi nie tylko od nas. Przy okazji rodzi się pytanie, czy jest coś takiego, czemu warto poświęcić całe swoje życie? Czy powinniśmy podporządkowywać życie nawet wzniosłym, ale jednak doczesnym wartościom? W ogóle: czy praca może i powinna być w moim życiu dobrem najwyższym?

Wołanie z zewnątrz

Pozostańmy jeszcze przy definicji powołania jako podporządkowania całego swojego życia jakiejś wartości rozpoznanej przez nas jako najważniejsza. Pojęcie vocatio ma jednak sens, gdy owa wartość nie pochodzi od nas. Coś lub ktoś mnie woła (vocatio!), a ja na to wołanie odpowiadam. To mój wolny, świadomy wybór, któremu chcę pozostać wierny mimo zmieniających się okoliczności życia.

Ten totalny i nieodwołalny charakter powołania oraz jego zewnętrzne źródło pochodzenia wydają mi się najważniejszymi cechami pojęcia vocatio. Normalnie w procesie życia ludzie stopniowo odkrywają dominujące w nim wartości. Na początku człowiek po prostu nie chce być sam. Potem odkrywa, że nie być samemu to nie to samo, co być z kimś. Pragniemy zbudować szczęście z osobą, którą kochamy, a potem odkrywamy, że chcielibyśmy także coś po sobie pozostawić. Wreszcie u kresu życia odkrywamy, że „wszystko jest marnością” i niespokojne jest serce ludzkie, dopóki nie spocznie w Bogu. Otóż powołanie jest to, moim zdaniem, szczególna droga, na której dokonuję pewnego przeskoku, omijając pośrednie etapy odkrywania wartości, kierując się na wartość mi wskazaną i w tym sensie „wyższą”. Jest to wartość (lub Osoba), która mnie przyzywa i jej właśnie podporządkowuję życie. Na przykład odkryję w sobie pragnienie bronienia słabszych. By je zrealizować, zostanę policjantem. Mogę nim być przez całe życie i wtedy ta misja staje się moim „powołaniem”, ale mogę też odejść z policji po odsłużeniu odpowiedniej liczby lat i zacząć pomagać słabszym w innej formie. To by oznaczało, że moim życiowym powołaniem jest nie tyle bycie policjantem, co bycie obrońcą słabszych, a praca w policji czy innym miejscu to raczej środek realizacji tego powołania.

Zobaczmy, że nawet te ogólne „powołania” nigdy nie są oczywiste i zawsze zostawiają przestrzeń dla ludzkiej wolności. W filmie Snajper ojciec głównego bohatera tak wykłada synowi swoją wizję świata i posłannictwa: Na świecie żyją trzy rodzaje ludzi: owce, czyli porządni ludzie, którzy jednak są na ogół słabi; tę słabość wykorzystują wilki, a więc ludzie, którzy krzywdzą słabszych, zabijają ich lub żyją z ich wysiłku; i wreszcie istnieje trzeci rodzaj ludzi, których powołaniem jest nie dopuścić do tego, by wilki pożarły owce. – I my, synku, jesteśmy takimi właśnie ludźmi – mówi ojciec tytułowego snajpera, którego misją staje się zabijanie złych Arabów i chronienie w ten sposób dobrych amerykańskich żołnierzy ginących w obronie ojczyzny i swoich rodzin. Sądzę, że w tym przypadku można nawet mówić o powołaniu religijnym. W przekonaniu tytułowego snajpera Chrisa Kyle’a Bóg wezwał go, by poświęcił swoje życie, broniąc słabszych. Jednak konkretna odpowiedź na to powołanie nie jest już taka oczywista. Co więcej, bywa obciążona błędem albo staje się wręcz tragiczną pomyłką, bo przecież na wojnie nie zawsze broni się słabszych i niesprawiedliwie zaatakowanych. Błędna aplikacja życiowego powołania może zakwestionować sens mojego poświęcenia bądź uczynić je co najmniej nieoczywistym.

Dziedzictwo Lutra

Wróćmy do myśli, że praca sama w sobie nie jest powołaniem w sensie ścisłym, ale raczej środkiem do jego realizacji. Rozpoznawanie życiowego powołania w ujęciu chrześcijańskim zakłada, że nie jest ono tylko wnikaniem w swoje wnętrze i autoanalizą, lecz także odpowiedzią na wezwanie (vocatio), czyli wołanie Boga, Jego zaproszenie. To On ukazuje nam jakąś wartość, co często łączy się z konkretnym zadaniem do wypełnienia, zadaniem, które nas przekracza. Najczęściej odbywa się to tak, że Bóg w naszym wnętrzu przynagla nas: idź, zrób to, powiedz temu człowiekowi, żeby…, zbuduj Mi dom…, bądź prorokiem lub pasterzem Izraela itp. Przez to wezwanie Bóg objawia głębszą prawdę o mnie i pokazuje, do czego jestem powołany. Podporządkowanie swojego życia tej objawionej mi wartości, to właśnie powołanie w sensie chrześcijańskim.

Dlaczego tak usilnie wyrażam swój opór przed traktowaniem pracy jako powołania? Jestem przekonany, że my, zwłaszcza ludzie wierzący, nakładamy na siebie nadmierne oczekiwania w kwestii wykonywanego zajęcia. Niektórzy są skłonni traktować pracę jako zło konieczne i wpisują ją w chrześcijańską koncepcję niesienia krzyża. Czyli nie ma i nie może być lekko, bo taki jest nasz los (czytaj: powołanie). Inni z kolei przekonują, że każda praca zawodowa powinna uświęcać, więc musi być sensowna i trzeba się jej oddać bez reszty. Brak takiej pracy to marnowanie życia. Ani jedna, ani druga postawa nie wydaje się szczególnie zdrowa czy prawdziwa, a tego typu oczekiwania wobec pracy są ubocznym efektem rewolucji luterańskiej, która dokonała się w XVII wieku. Otóż Luter, w reakcji na dość powszechne przekonanie, że powołanie do świętości najlepiej realizuje się przez życie oddane Bogu w klasztorze (ewentualnie przez bycie królem albo rycerzem), zaczął głosić, że powołanie mnisze trzeba rozszerzyć na wszystkich, że wszyscy są powołani do świętości i to powołanie mają realizować w świecie. Luter chciał zburzyć mury klasztorów, aby cały świat stał się klasztorem. Chciał usunąć podział na sacrum i profanum, ale zniszczył przy okazji podział na to, co tymczasowe, ziemskie, i to, co jest dopiero obiecaną rzeczywistością niebieskiej ojczyzny. Chciał (przejął to później protestantyzm), aby powołanie chrześcijanina realizowało się w codziennej pracy. Właśnie ta myśl stała się później głównym motywem, który ożywiał i napędzał gospodarkę – praca jako droga do świętości. Mam w nią angażować całego siebie, bo to czynność religijna.

No i co? – ktoś powie. Czego się właściwie czepiam? Czyż to nie słuszne i piękne? Czyż nie wszyscy chrześcijanie są do tego powołani, a Lutrowi powinniśmy być wdzięczni, że nam o tym przypomniał? Oczywiście, że tak. Mam jednak wrażenie, że wylaliśmy dziecko z kąpielą. To oczywiste, że nie tylko zakonnicy albo prorocy będą zbawieni i uświęceni. Warto jednak, by koncepcja powołania jako drogi religijnej i specjalnej została ocalona – że niektórych ludzi, może na przykład Ciebie, czytającego te słowa, Bóg powołuje do jakiejś specjalnej misji. Zachowanie jednak pewnej dystynkcji i nieoczekiwanie, że każda praca ma być realizacją życiowego powołania, ma także taki sens, iż pomaga ocalić pewną autonomię rzeczy doczesnych, ich wewnętrzną spójność. By na przykład nie nazywać krzyżem czegoś, co jest zwykłą niegospodarnością, brakiem sensu lub wyzyskiwaniem drugiego człowieka. Albo nie mylić środków z celem i nie czynić z pracy bożka. Albo wreszcie, by nie uważać za znak od Boga i Bożą wolę czegoś, co jest tylko naszą interpretacją.

Powołanie w sensie dosłownym to podporządkowanie całego swojego życia wezwaniu Bożemu do wykonania konkretnego Bożego planu. Kropka. Wystarczy. Podporządkowanie całego swojego życia pracy, nawet jeśli to praca najbardziej satysfakcjonująca, nie wydaje mi się dobrym pomysłem. Powołanie każdego człowieka do świętości, niezależnie od wykonywanej pracy, odgrywa oczywiście kluczową rolę. Ale może nie trzeba zaraz szukać sensu swojego istnienia w pracy? Praca jest tylko drogą, a nie celem, i o tym warto chyba pamiętać, podejmując ważne życiowe decyzje. Krótko mówiąc: drogi policjancie, droga księgowo, jak trzeba, to wypiszcie mandat, jak trzeba, siedźcie po godzinach, ale nie podporządkowujcie tym czynnościom całego swojego życia i nie przypisujcie im jakiegoś głębokiego nadprzyrodzonego sensu. Czynności te mają dosyć sensu same w sobie (oby!) i nie trzeba doklejać im sakralnych wymiarów. One i tak są Boże.

Jestem do tego stworzony
Jarosław Głodek OP

urodzony w 1965 r. w Poznaniu – dominikanin, duszpasterz, doktor politologii, absolwent filozofii na Catholic University of America, socjusz prowincjała, radny Prowincji. Do zakonu dominikanów wstąpił w 1985 roku...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze