Entropia

Opowiadał mi frater Adalbertus:

„Widmo krąży po Europie, widmo kolejnego –izmu. Wyłazi z zakamarków, nie wiadomo skąd, wyłazi i żąda. Roi się na ulicach poprzebierane w dziwaczne stroje, wznosi okrzyki, domaga się. Widmo z chochlą w ręku krąży po Europie i miesza w głowach. Przechlapane. Co robić? Tak po prostu dać sobie przechlapać? Może jeszcze nie całkiem wszystko przechlapane, może jest jeszcze jakaś nadzieja? Może tli się gdzieś jeszcze choć jedna niezachlapana iskierka?

Byłem kiedyś w pewnym metropolitalnym mieście i miałem coś do załatwienia w kurii. Jej budynek był remontowany i wchodząc, musiałem ominąć drabinę, na której stał malarz pędzlujący od zewnątrz ramy okienne. Kiedy na piętrze omawiałem swoją sprawę, malarz ów malował właśnie okno pokoju, w którym przebywałem. Raz po raz ukazywała się jego czapka poplamiona zieloną farbą. Okno było częściowo uchylone i dochodził zza niego gwar ulicy: tramwaje, samochody, rozmawiający przechodnie. W pewnym momencie w tym gwarze zaczęły dominować podniesione głosy żeńskie, które z wolna przerodziły się w babski jazgot. Ja i mój rozmówca podeszliśmy do okna, by zobaczyć, co się dzieje; oczom naszym ukazał się tłum postaci ubranych w sutanny i ornaty. W pierwszej chwili myślałem, że to demonstracja księży, choć nie pasowało mi to do fonii, złudzenie zostało jednak szybko rozwiane, kiedy zacząłem czytać rozwinięte nad tłumem transparenty: »Żądamy równych praw!«, »Kobiety na księży!«. Kiedy tak patrzeliśmy ze zdumieniem na to zaskakujące zjawisko, odezwał się nagle stojący za oknem malarz:

– Za mało entropii.

Myślałem, że brakuje mu farby albo innego składnika, a że nie znam malarskiej terminologii, zapytałem:

– Za mało czego?

– Entropii. Entropia to inaczej urawniłowka. Panie mają jej za mało i domagają się więcej. Wszyscy mają być tacy sami. Dlaczego? Bo tak! I już!

Malarz obrócił się na drabinie i spoglądał na żołądkujące się damy z lekkim rozbawieniem. Tymczasem na ulicy przed kurią pojawiła się nowa dziwaczna postać kobieca: w luźnej kwiecistej sukni, z włosami ufarbowanymi w fioletowe i żółte pasemka, bosa. Wyglądała ona nie tylko jak ostatnia Łoblodra z Łobornik, ale też zachowywała się jak wariatka: chodziła na czworakach i posypywała sobie głowę piaskiem. Niektóre panie w tłumie demonstrantek strasznie się tym widokiem zdenerwowały, poczerwieniały na twarzach i nawet można było zrozumieć niektóre ich okrzyki:

– Idź sobie, ty Łoblodro z Łobornik! Przynosisz tylko wstyd genderowi żeńskiemu!

– Jedna mądra kobieta – powiedział obserwujący scenkę malarz.

– Jak to – zaoponowałem. – Ta Łoblodra rzeczywiście wstyd kobietom przynosi. Zachowuje się jak ostatnia wariatka.

Malarz był jednak innego zdania.

– Mylisz się, bracie Adalbercie. To ona właśnie jest jedyną, która rozumie, co jest konieczne do kapłaństwa. Demonstrantki wyobrażają sobie, że kapłaństwo to noszenie ornatów i wypowiadanie formułek nad ołtarzem, jedynie Łoblodra rozumie, że do kapłaństwa absolutnie konieczna jest pokora. Pokora jest nie do pogodzenia z żądaniami. Kapłaństwo jest służbą, prawda? Czy logiczne jest zdanie: »Chcę służyć, ale tylko w tej roli, którą ja wyznaczę«? Czyż nie jest ono praktycznie równoznaczne ze zdaniem: »Nie będę służył«?

Łoblodra ciągle chodziła po chodniku i posypywała sobie głowę piaskiem, a niektóre demonstrantki pluły na nią i rzucały w nią kamieniami. Ja tymczasem powiedziałem:

– Domagają się sprawiedliwości społecznej. Też właściwie nie rozumiem, dlaczego kobiety nie mogą sprawować funkcji kapłańskich.

– Sprawiedliwości społecznej? – zdumiał się malarz. – Na czym ta sprawiedliwość miałaby polegać? Na wysokiej entropii? Wszyscy mają być tacy sami? Wszyscy mają mieć po równo? Owe panie najwyraźniej uważają kapłaństwo za coś, co można mieć. Nie domagają się przecież prawa do życia w celibacie. Nie domagają się prawa do sprzedania wszystkiego, co mają, i pójścia za Nauczycielem. One uważają kapłaństwo za godność, którą można posiąść, a kiedy się ją posiada, wówczas ludzie automatycznie okazują posiadaczowi szacunek. Oczywiście nie one pierwsze uważają kapłaństwo za godność wartą posiadania, już z Ewangelii wiemy, że niektórzy apostołowie spierali się o to, który z nich jest największy. W rzeczywistości szacunek otoczenia jest tylko skutkiem ubocznym, w dodatku szkodliwym dla zdrowia. Apostołowie zrozumieli to po usłyszeniu Świętego Wiatru. Święty Wiatr jest w stanie zneutralizować owe uboczne skutki, ale do Jego usłyszenia absolutnie konieczna jest pokora. Nie rozumieją tego panie demonstrantki. Nie rozumieją, że żądają trucizny i że Łoblodra jedynie demonstruje im odtrutkę.

W tym czasie w głębi ulicy zbierał się nowy tłum. Sądząc po okrzykach wznoszonych barytonem, tym razem była to demonstracja męska. Malarz wyglądał na zniecierpliwionego.

– Och, dość mam tego.

To mówiąc, zszedł z drabiny, wziął ją na ramię i znikł za rogiem.

– Co to za jeden? – spytałem mojego rozmówcę z kurii. – Kuriozum jakieś, niby zwykły malorz, a nawijkę ma jak, nie przymierzając, wędrowny hermeneutyk.

Mój rozmówca niewiele jednak potrafił mi powiedzieć.

– Przedstawił nam się jako Szuszwol ze Swarzyndza, to wszystko. O wykształcenie go nie pytaliśmy.

Przybliżyła się tymczasem nowa demonstracja. Tym razem byli to faceci poprzebierani za siostry zakonne. Nad ich głowami powiewały transparenty:

– Żądamy równych praw! Cioty na zakonnice!”.

Entropia
Włodzimierz Fenrych

urodzony 10 maja 1955 r. w Poznaniu – absolwent historii sztuki na UAM w Poznaniu, obieżyświat, publikował w „Czasie Kultury”, „Spotkaniach” i „Tygodniku Powszechnym”.Autor cyklu felietonów pt....