Dzwonnik z Kołomorza

Dzwonnik z Kołomorza

1.

Czy ktoś mógł podejrzewać, że pewnego czerwcowego dnia Andrzej Walczak spakuje manatki i pojedzie do seminarium? Ani jego rodzice, ani proboszcz, a tym bardziej sąsiedzi. Owszem, zjawił się parę razy na kręgu biblijnym, ale szedł własną drogą, bez kościelnego nadzoru. Pierwsze od czasów wojny powołanie kapłańskie w Kołomorzu. Andrzej poglądy miał raczej antykościelne, a może po prostu był jak większość młodych — krytyczny i zbuntowany. Rodzice należeli do zamożniejszych gospodarzy. Mieli parę hektarów lasu, który zasadził jeszcze dziadek Andrzeja — Józef, chciałoby się powiedzieć świętej pamięci, ale może w tym przypadku nie byłoby to całkiem na miejscu. Józef Walczak był aktywnym działaczem ludowym, tym samym, który onegdaj doprowadził do tego, że dzwony kołomorskiego kościoła nie mogły bić o szóstej rano. Tak, to właśnie on wniósł do urzędu gminy skargę, że jego „sen jest zakłócany przez czynniki obce mu światopoglądowo”. I od tej pory dzwony w Kołomorzu rano milczały.

Nie było żadnych widocznych przesłanek decyzji Andrzeja Walczaka. Zawsze jest jednak promil prawdopodobieństwa zarezerwowany dla rzeczy niemożliwych. I ten promil był właśnie jego powołaniem. Może taki rok. W 2003, kiedy zdawało się, że autorytet Kościoła w społeczeństwie spada na łeb na szyję, do seminaryjnych bram zapukała rekordowa po wojnie liczba kandydatów — 1438. Nigdy tak nie było. Nawet po wyborze Polaka na papieża, kiedy to tylu chłopców, śpiewając Barkę, marzyło, by wyruszyć na połów, nie było aż tak wielu chętnych do koloratki.

Zaskakująca była reakcja ojca Andrzeja — Wincentego, który nie wojował, co prawda, z Kościołem jak dziadek Józef, ale do kościoła nie chodził. Dziwnie ukorzył się przed nieoczekiwaną decyzją syna. Nie zdradzał się ani słowem, co myśli o jego wyborze, ale była w nim jakaś duma, wzruszenie. Żadnych protestów, jak to standardowo w takich sytuacjach bywa. Tu i ówdzie słyszało się, że Walczaki mądrze to wykombinowały, posyłając syna w czas bezrobocia na księdza, a on nawet nie protestował. Tajemnicę spokojnego przyjęcia decyzji syna poznał tylko kołomorski proboszcz.

A było tak. Wincenty Walczak, po tym jak Andrzej poszedł do seminarium, zaczął często bywać nie tylko w kościele, ale i na probostwie. Zaofiarował się nawet, że będzie wykonywać różne prace remontowe. Za darmo. Cybula się cieszył — oj, jak potrzebował fachowca — a ten nagły przypływ sympatii do parafii wydał mu się czymś naturalnym. Jako jedno z pierwszych zadań ojciec kleryka wyznaczył sobie odremontowanie kościelnej wieży. Z powodu przeciekającego zadaszenia cierpiał już ceglany mur dzwonnicy. Sporo cegieł wypadło, a większość fug rozsadzał już nie tylko mech, ale i coraz bujniejsze zielsko. Walczak prawie każdego dnia wpadał na dwie, trzy godziny. W jakieś dwa miesiące wieża została odremontowana. Cybula chciał to wydarzenie uczcić uroczystą kolacją. Zasiedli do stołu. Zbliżała się szósta. Wincenty był milczący bardziej niż zwykle. W końcu przemówił.

— Proboszcz… Mam prośbę… Moge dziś jo włunczyć dzwony?
— Oczywiście.

 Podszedł do okna i nacisnął przycisk. Po chwili miedziany dźwięk przypomniał Kołomorzu, że za godzinę msza. Wincenty stał przy oknie odwrócony plecami. Chwila ta nienaturalnie się dłużyła.

— Panie Wincenty, coś nie tak?

I nagle ten suchy, niezdradzający zwykle swych uczuć chłop zaczął łkać. Jak dziecko.

— Co jest, panie Wincenty? — spytał lekko przerażony Cybula.
— Bo widzi proboszcz, ksiundz może nie wi, ale mój ojciec, Józef… un walczył z Kościołem. Mioł swoje racje… i un strasznie nie chcioł tych dzwonów. I kiedy przyszło na niego… smutno umieroł, nic nie mówiuł, z nikim nie godoł. Tylko patrzoł w sufit i o czymś myśloł. Coś tam widzioł, ale nikt nie wiedzioł, co… W końcu roz usłyszołem jego krzyk. Wpadom do pokoju. Nie wim, o co mu chodzi. A on tylko: ksindza… ksindza… Wkrótce wyzionoł ducha. Nie wiedziołem, co z tym począć. Nikomu żem o tym dotąd nie mówiuł. Po co mieli godać, że ojca przed śmiercią strach oblecioł. Jeno teroz…

Wincenty zamilkł. Cybula kiwał tylko głową.

— A proboszcz, jak myśli, czy un wi, że Jędrek?… Czy un tam słyszy tyn dzwon?

* * *

W połowie października, jakieś dwa tygodnie po tym zdarzeniu, do obiadu na kołomorskiej plebanii zasiedli proboszcz, Wincenty Walczak i Groser. Wacław opowiadał o swoich dylematach budowlanych, że ma nazwę dla nowej parafii — Nawrócenie św. Pawła — ma wstępny projekt kościoła, ale szacunkowy kosztorys go przeraża. Jak tu do ludzi apelować, skoro większość ledwo wiąże koniec z końcem.

— Czas pokaże, na co stać parafian, a ty zacznij od postawienia skromnej kaplicy. Zbierzesz tam ludzi… Jak zacznie bić serce parafii… — Cybula, doświadczony budowlaniec, machnął ręką.

Na odchodnym Walczak oznajmił wzruszony.

— A o drewno, to niech sie ksiundz Wacław nie martwi. Mam kawał lasu. Dorodne sosny.

* * *

Po dwóch miesiącach drewno przetarte, ułożone fachowo i zadaszone spoczywało na placu budowy. Choć placem to na razie trudno było nazwać. Groser dostał wykupioną przez diecezję resztkę terenu po działkach pracowniczych rozwiązanego, ongiś bardzo prężnego zakładu rowerowego. Od paru lat teren był opuszczony i zamienił się w dziki, romantyczny ogród. Groserowi marzył się skromny kościół, z dużym oknem na otaczającą go zieleń. Naturalny witraż. Chciał nawet zostawić stare drzewa owocowe — grusze, śliwy, jabłonie — żeby ludzie mogli po mszy siąść w ich cieniu i być ze sobą. Kościół z takim ogrodem w środku miasta to byłby dziw… Marzenia. Może owoców za wiele by nie było, ale czyż to nie cudowne związać rok liturgiczny z cyklem natury?

W poniedziałek po świętach Bożego Narodzenia Groser wybrał się od rana na swoją parafię, gdzie umówił się na spotkanie z geodetą. Mieli przedyskutować wytyczenie kaplicy. Zbliżając się do swego Edenu, usłyszał odgłos ręcznej piły. „Pewnie miejscowi biedacy wycinają drzewa owocowe na opał — pomyślał. — Trudno, ważniejsze, żeby nie zamarzli…”. Zdziwił go jednak stukot młotka. „Po co mieliby zbijać drewno na opał?”. Zbliżył się do haszczy, zza których dochodził hałas. Jego oczom ukazała się grupa pięciu osób budująca szopę. Obok niej zobaczył zwały ziemi i piasku. Domyślił się więc, że szopa powstaje ponad solidnym wykopem, rodzajem ziemianki. „To profesjonalna partyzantka. Wiedzą, jak się ochronić przed mrozem…”. Rozpoznając uwijających się w pocie czoła biedaków, pokojarzył fakty. „No tak, budują sobie kwaterę na zimę”. Uświadomił sobie też resztę. Budulec, piękne świeże deski, pochodził…

Poszedł w stronę placu… Ze sztapli znikła spora część materiału.

— Szczęść Boże. Nad czym tak ksiądz duma? Piękne drewno! — doszedł go głos Michała Strojwąsa, geodety.
— Piękne… ale trochę go ubyło.

Mężczyzna pokręcił głową.

— Leżą bez zabezpieczenia, a okazja czyni złodzieja — rzekł i nagle odwrócił głowę, w kierunku, skąd dochodził hałas. — Oho, chyba mamy gagatków… — pan Michał ruszył w kierunku „leśnej budowy”.

Groser chwycił go jednak za ramię.

— Chwileczkę, trzeba się zastanowić…
— Co zastanowić? Przepędzić tałatajstwo albo wezwać policję. Jak się tu księdzu rozgoszczą na zimę, to już ich ksiądz nie eksmituje.
— Przepędzić?…

„Przecież to są moi pierwsi parafianie”, pomyślał.

2.

Wszystko dlatego, że chciał uniknąć wizyty u lekarza. Zresztą, z tego co słyszał, gabinety były zamknięte. Wiedział, co mu dolega i jak sobie pomóc. Wystarczyłby listek majamilu i zapomniałby o bólu. Idąc wczoraj na poranną mszę, zauważył na chodniku dwuzłotową monetę. Właśnie miał ją podnieść, gdy nagle uczuł gwałtowne strzyknięcie w kręgosłupie. Zaklął w duchu. Już parę razy doświadczył, jak tragicznie kończą się dla niego gwałtowne skłony, zwłaszcza rano, kiedy mięśnie i kręgosłup nie są jeszcze rozciągnięte. Tyle razy postanawiał, że dzień będzie zaczynał od gimnastyki. Nie, teraz to już na pewno wyciągnie z tego wnioski, tylko musi jeszcze raz pokonać ten cholerny ból. Wiedział, że przez parę dni będzie chodzić, jakby ktoś wbił mu sztylet pod łopatkę. Zbawieniem byłoby parę tabletek majamilu, ale bez recepty nie da rady. Nagle olśnienie — Judyta. Myśl poszybowała ku znajomej franciszkance pracującej w hospicjum. Miała dostęp do leków, a co więcej złote ręce. Judyta potrafiła doskonale nastawiać kręgosłupy i zwichnięte stawy. Zajmowała się tym przed wstąpieniem do zakonu. Teraz pomagała czasami znajomym. Jedyna niedogodność to wyrzuty sumienia, że dzwoni do niej tylko w potrzebie. Od powrotu z Niemiec widział ją trzy razy. Za każdym razem miał prośbę. Nie było jednak wyboru. Po krótkim wahaniu wyciągnął komórkę. „Przyjeżdżaj natychmiast. Dasz radę, czy przyjechać po ciebie?” — usłyszał dźwięczny głos. „No nie, jeszcze żyję”. Założył z trudem kurtkę i zszedł do samochodu. Otworzył drzwiczki i spróbował się nachylić. Zawył z bólu i przyklęknął. „Chyba się nie uda”. Na kolanach uchylił drzwiczki i cudem wgramolił się na siedzenie. „Boże, jak mnie ktoś widzi, to pomyśli, że stary dewot nawet do samochodu na klęczkach wchodzi”.

* * *

Leżał na dywanie w rozmównicy i jęczał. Judyta patrzyła z lekkim uśmiechem.

— Uklęknąć proszę!

Ujęła go z tyłu za głowę i kilka razy nią energicznie szarpnęła. W karku coś głośno chrupnęło, że aż mu uszy zatkało.

— Teraz wstań!
— To niemożliwe…
— Przestań się mazgaić. Młody chłop, a jak stara baba płacze nad sobą. Wstać. Jezus cię uzdrowił! — Judyta wydała komendę.

Wstał. Zero bólu. Wróciła chęć do życia. Zaczął całować ręce Judyty.

— No nie wygłupiaj się i pamiętaj, że to jest doraźne. Musisz się u mnie pojawiać co najmniej raz na dwa tygodnie i przede wszystkim gimnastykować swój grzbiet, bo masz dyskopatię. Dobra, zaparzę herbaty. Chyba masz chwilę czasu? — i nie czekając na potwierdzenie, wyszła.

Paweł machinalnie rozglądnął się po rozmównicy, choć znał dobrze to miejsce i nic tu ciekawego nie znajdował. Kilimek z ojcem Pio. Zdjęcie papieża w plastikowej ramce. Błyszczący krucyfiks. Biblioteczka na wysoki połysk, epoka wczesny Gierek. Podszedł ostrożnie, bojąc się, że cud uzdrowionego kręgosłupa może się nagle rozwiać. W oczy rzuciła mu się półeczka prawie cała zajęta przez książki Grosera. Wyciągnął Manowczyka. Otworzył w miejscu, gdzie była zakładka, i zaczął czytać zaznaczony przez kogoś fragment.

„Człowiek jest drogą do Boga… każdy człowiek… choć niektóre z tych dróg omijamy. Porośnięte, błotniste, pełne dziur. Ale nie ma możliwości dotarcia do Niego, schodząc z drogi. Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo… Więc ta wyboista, kręta ścieżyna ma być Jego obrazem?… Jak Boża droga może prowadzić na manowce? Nieraz gubimy się i tracimy wiarę… Zapadają ciemności. Trzeba zapalić lampę albo przeczekać do rana…”.

Weszła Judyta.

— Widzę, że Wacek ma tu swoich wielbicieli — rzekł Paweł.
— Aaa… to siostra Dolorosa z takim nabożeństwem zbiera jego książki. Nawet przełożona go czyta. A co masz?… Aha, Manowczyka. — Judyta zajrzała przez ramię Pawła. — Och, ten fragment to ja zaznaczyłam. Jakoś ostatnio nasz Wacek zamilkł. Szkoda, chętnie bym przeczytała o tym, jak dostał po tyłku od braci w kapłaństwie.
— Nie znam się na tym, ale to chyba nie najlepsze pisać o swoich ranach. Inaczej wszystko będzie chore…
— Eee, wątpię. Ból trzeba spożytkować. Weź sobie Michała Anioła, jak malował Kaplicę Sykstyńską, pozałatwiał przy okazji swoje porachunki z wrogami i wsadził ich do piekła.

Usiedli. Paweł włożył do herbaty cztery łyżeczki cukru. Judyta z dezaprobatą pokiwała głową.

— Uważaj na siebie, bo już ci rośnie powołanie.
— Co? — spytał Paweł, chwytając się za brzuch.

Zaśmiali się jednocześnie.

— A co u ciebie, poza tym, że się łatwo łamiesz?
— No jak to u Męczenników — odpowiedział Paweł. Zmarszczył czoło i przeczesał palcami swoje jasne włosy.
— Paleczny mówi, że świetnie się rozumiecie.
— Mój kochany proboszcz tak mówi? Jakby ci to powiedzieć… Krystian Pe to nie całkiem moja duchowość… Ale co tam, tydzień temu dostaliśmy młodego wikarego. Świeża krew, fajny chłopak. Przeszedł do nas ze Zbawiciela. Franek Ognik. Specjalista do spraw młodzieży…

Judyta zauważyła, że powiedział to z jakąś melancholią.

— A ty…?
— Hmm… emerytura. Sama widzisz, że się sypię… Zresztą miałem obgadane ze śp. Zdzisiem, że mam wrócić do Męczenników na krótko, na takie bezbolesne, bezpieczne przekazanie pałeczki. Podobno znam parafię, a biskup Zdzisio trochę się obawiał, że Krystian może nie dać rady. No, ale odnalazł się znakomicie. Ludzie go sobie chwalą, że taki poukładany, zaradny, każdego wysłucha… Stara się zrobić dobre wrażenie.

Judyta uśmiechnęła się ze zrozumieniem.

— Słuchaj, a mogę ci zadać jedno niedyskretne pytanie?
— Nie.
— No to zapytam. Co ty właściwie robiłeś w tych Niemczech?

Paweł podniósł wzrok i spojrzał na Judytę, jakby w jej oczach spodziewał się znaleźć odpowiedź na pytanie, czy może mówić.

— To coś trudnego? — spytała Judyta, unosząc brwi. — Żartowałam, jak nie chcesz, to nie mów, ale jakbyś z siebie to wywalił… Może ten kręgosłup, to dlatego, że za dużo dźwigasz?

Uśmiechnął się.

— Co ci tam będę burzyć obraz świata.

Westchnęła. Potem odsłoniła lewy rękaw, ukazując Pawłowi białe blizny na przegubie.

— To jest moja ścieżka do Boga. Pamiątka po przełożonej, wiedźmie, która odebrała mi chęć do życia. Kiedyś ci opowiem… ale teraz twoja kolej. Jeśli chcesz…

Pokiwał głową.

— No to było tak, że wezwał mnie biskup. Ale mam mówić szczerze?
— Tak, masz wręcz przesadzać w szczerości.
— No wiesz… myślałem, że dostanę jakąś nagrodę albo specjalne zadanie. Mówiło się, że mam najprężniejsze duszpasterstwo w mieście. Potocki był ze mnie dumny. Traktował mnie jak umiłowanego syna. I jeszcze była taka ważna sprawa. Poprzedniego dnia wyspowiadałem w szpitalu psychiatrycznym chłopaka, który całe lata nienawidził Kościoła… Miał na imię Kacper. Był punkiem. Ufał tylko mnie. Wydawało mi się, że docieram na krańce. Czułem… że wykonuję zadania niedosięgłe dla innych księży. Gigant. Szedłem z jakimś takim poczuciem, że oni to wszystko widzą. A tu klops… Dowiaduję się, że… że u biskupa byli rodzice dziewczyny z mojego duszpasterstwa, którzy uważają, że uwiodłem ich córkę… Znaleźli coś w pamiętniku, który prowadziła. Wpadli w histerię.
— I co?
— Zobaczyłem w oczach Starego smutek i rozczarowanie. Nie oskarżał mnie. Powiedział, że taka jest wersja rodziców. Czy mam coś na swoją obronę? Odparłem, że nie… Sandra podkochiwała się trochę we mnie. Wyznała to w żartach na jednym ze spacerów. Przestraszyłem się i odmówiłem dalszych spotkań sam na sam. Myślałem, że sprawa załatwiona. Nie sądziłem, że tak to się skończy, biskup, rodzice, pamiętnik… — Paweł odetchnął ciężko i zamknął oczy. Przez chwilę masował czoło. — Postanowiłem siebie ukarać. Tak, jeśli nie otrzymałem nagrody, to wymierzę sobie karę. Myślałem, że im bardziej siebie zranię, tym bardziej biskup zaprotestuje. Że on to widzi, że to absurd. Bada mnie… „Nie będę się przed głupem tłumaczył”, pomyślałem. „Na drugi dzień to się wyjaśni i będę przepraszany”. Miałem kluchę w gardle. Powiedziałem coś, że może już za długo robię to, co robię. A on to zaraz podchwycił. „No tak, ludzie się wypalają… Czy zastanawiał się ksiądz nad tym, co chciałby robić?”. Powiedziałem, że muszę wszystko przemyśleć… gdzieś z dala. „Tak, mogę to księdzu załatwić. Może spróbowałby ksiądz na jakiejś parafii w Niemczech. Wypożyczymy księdza. Jak tam u księdza z niemieckim?”. „Kiedyś się uczyłem”. „Och, pójdzie ksiądz na trzymiesięczny kurs do Goethe Institut. To już mamy opracowane”. Wszystko działo się jakby w przyspieszonym tempie. Nierealne. Miałem jakąś dziką satysfakcję, że dzieje mi się krzywda. Czułem się… czułem się jak męczennik. Do wszystkiego, co zrobiłem, potrzebowałem jeszcze palmy męczeństwa, lecz ciągle byłem przekonany, że ten absurd jutro się skończy. Wróciłem do domu. Proboszcza nie było. Padłem na fotel. Dziewiętnasty rok kapłaństwa. „A myślał ksiądz co innego robić?”. Chyba to mnie najbardziej zabolało. Tak mnie to rozżaliło, że zacząłem sobie wyobrażać własny pogrzeb i to, jak mnie przepraszają. Pierwszy raz dotarło do mnie, że nie jestem geniuszem. Owszem, stary, swego czasu byłeś niezły, ale twój czas już minął. Ile można grać na gitarze, chodzić w przydługich włosach i udawać młodzieniaszka. Nie dokonałeś na czas transformacji. Głupsi od ciebie się ustawili.

Zadzwonił telefon. To był Kacper. Wiesz, ten punk ze szpitala. Mówił, że musi się ze mną koniecznie zobaczyć. Powiedziałem, że to dziś niemożliwe. Jutro. Szedłem w rozżalenie, jakby to był dalszy ciąg rozmowy z biskupem. Rano zadzwoniła policja. Powiadomili mnie o samobójstwie Kacpra. Udawałem, że nie rozumiem, co się stało. Parę dni w kompletnym paraliżu przygotowywałem się do wyjazdu. Nie chciałem niczego wyjaśniać, chciałem się poddać fali, jakby na dowód, że to nie ja piszę ten scenariusz. Potem były Niemcy, to już inna opowieść. A jeszcze potem dowiedziałem się, że rodzice Sandry przeprosili biskupa, że to było nieporozumienie…

— I ty naprawdę nie mogłeś tego wszystkiego biskupowi wyjaśnić? Przecież on nie jest Duchem Świętym…
— Nie wiem, myślę, że to była pycha albo urażona duma. A potem zacząłem się naprawdę obwiniać. Ja chyba niestety w kapłaństwie szukałem akceptacji siebie. Były lata, że myślałem, że przewaliłem w sobie to pragnienie. Ale to wyłaziło. Myślę… myślę, że tam była moja wina. Wiesz, to moje czarowanie tej młodzieży… Sądziłem, że chcę być dla nich atrakcyjny, żeby ich przyciągnąć do Boga, ale… — Paweł odchrząknął. — Ale ja musiałem się okłamywać… przecież wiedziałem, że niektóre dziewczyny durzyły się we mnie. Ale wiesz, byłem przekonany, że przetwarzam te wszystkie uczucia, że jestem ich ojcem. Pamiętam, jak kiedyś powiedziałem spowiednikowi, że chcę dobra, a kończy się tak, że ta moja wspólnota jest dla niektórych dziewczyn powodem jakiegoś skręcenia… od Boga. Polecił mi, żebym ochładzał kontakty. Żadnych misiaków, spotykać się tylko na sali w całej wspólnocie… Ale ci ludzie każdego dnia domagali się jakiejś intymności, czułości, wspólnych spacerów. Nie można się przemienić w suchy patyk. Dlaczego jak papież dotyka ludzi, to wszyscy klaszczą, a jak robi to zwykły ksiądz, to go oskarżą o molestowanie?

Paweł ciągnął swoje wyznania chyba ze trzy godziny. Judyta tylko od czasu do czasu wrzucała jakieś słowo, żeby nie zapominał, że jest przy nim.

— I co tu kurka robić? Biskup chce, żebym pisał doktorat z pastoralnej… Zupełnie tego nie czuję.
— Przyjdź do mnie do hospicjum. Robiłbyś to wszystko, co do tej pory, ale nikt by cię nie posądził o molestowanie. A jak byś swoim urokiem kogoś przywrócił do życia, to chyba nikt by cię za to nie ścigał…

Na pożegnanie przytulił Judytę, jakby wrócił z dalekiej podróży.

3.

Dochodziła dziewiąta wieczorem. Tyle się nagadał u Judyty, że poczuł się głodny. Wszedł do jadalni zamyślony. Otrzeźwił go przenikliwy hałas. Wargin stał na krześle przy kredensie z wiertarką w ręce.

— Nie śmiej się z proboszcza — zaatakował żartobliwie.
— O co chodzi? — spytał zdezorientowany Paweł. Raczej trudno było mu sobie wyobrazić, że Krystian zabrał się do remontów na plebanii.
— Zaraz zobaczysz — odłożył wiertarkę. Wkręcił w otwór haczyk. Uniósł stojący na kredensie sporych rozmiarów obraz, obrócił go i powiesił.

Oczom Pawła ukazał się portret Wargina. Był na nim co najmniej jeszcze o jedną dziesiątą ładniejszy niż w rzeczywistości. Delikatny i uwodzicielski uśmiech spływający z mięsistych warg. I dobre piwne oczy. Jakby apel o zaufanie. Pierwsze, co przyszło mu na myśl, to że jego kolega sobie zażartował. Ale wpakować tyle energii w dowcip? Nie wiedział, co powiedzieć.

— Zaraz ci wszystko wytłumaczę. To element długofalowych działań — zeskoczył z krzesła. — Ja ten portret dostałem parę lat temu. I nie wiedziałem, co z nim zrobić. Wieszać w swoim pokoju byłoby czymś niesmacznym, po prostu narcyzm. Ale kiedy zostałem proboszczem, pomyślałem, że nic się nie dzieje przypadkiem. Doszedłem do wniosku, że trzeba zrezygnować ze swoich uprzedzeń. Pamięć — postanowiłem zrobić tę jadalnię pokojem pamięci, pokojem proboszczów parafii Braci Męczenników. Wiesz, ilu ich było do tej pory? Pięciu. Pamięć jest najważniejsza. Przyjdzie taki Franek Ognik i powie: „Co tam Paleczny. Nikt”. I ma rację. Ja jestem nikim — ostatnie słowa Krystian wyskandował. — Ale jak spojrzy na tę ścianę i zobaczy portrety pięciu proboszczów, to powie: „Oho, to jest jednak ogniwo w historii”…

„A może brakujące ogniwo w ewolucji”, przeszło przez myśl Pawłowi, nie wyraził jednak tego głośno. Udawał, że próbuje zrozumieć rozmówcę i czeka na przekonujące argumenty. „Czy on ma mnie za kretyna?”.

— Paweł, ta parafia ma swoją historię. Tu był Popiełuszko! — Krystian ruszył do natarcia. — I to nie jest taki sobie fakcik bez znaczenia. Co więcej, to nasze odsłonięcie tablicy księdza Jerzego nie może być zwykłym kombatanctwem. Za tym musi kryć się jakiś sens, nie można z tego zrobić zbowidowskiej akademii. Trzeba wydobyć ideę, którą niósł ten człowiek. A jaka była jego idea? Pokonać piekło polskiej nienawiści. Według mnie on był patronem okrągłego stołu. Tak, tak… Z różnych względów dzisiaj lepiej nie wywoływać tego hasła. No wiesz, zaraz ten cały ciąg: Magdalenka, IV rozbiór Polski. Głupie slogany, ale zrobiły swoje i lepiej nie ryzykować. Ja bym chciał, żeby Męczennicy byli w naszym mieście centrum dialogu. Kto się zbierał u Popiełuszki? Michnik, Moczulski, Olszewski, Romaszewski. Gdzie oni dzisiaj są? Czy weszliby dziś razem do pokoju Popiełuszki? Obawiam się, że…

„Chyba coś pobrał”, pomyślał Paweł. „Co za patos, nigdy nie był aż taki tandetny”. Spojrzał z udawaną zadumą na Wargina stojącego pod swoim portretem. Trudno było stwierdzić, co jest bardziej groteskowe. Obraz czy model. Przecież to niemożliwe, żeby wierzył w to, co gada… Zbliżył się do kolegi pod pozorem przyglądnięcia się portretowi. „Nie, no nic nie czuć”.

— Mam pewien zwariowany plan — ciągnął Krystian — chcę, aby przy okazji odsłaniania tej tablicy powołano fundację „Przekroczyć granicę”. To jest idea Jerzego. I to musi być mocne. Wiesz, kogo chcę zaprosić?

Paweł pokręcił przecząco głową.

— Prezydentową.
— Ha, ha… Nie, no jednak żartujesz albo coś ci myszki chodzą pod sufitem…

Warginowi jakby zrobiło się smutno.

— No dobra, nie będę cię teraz przekonywał, ale wrócimy do tej rozmowy.

Zapadła chwila kłopotliwego milczenia.

— Paweł, chcę żebyś wiedział, że bardzo liczę na ciebie, ja sam tej fundacji nie pociągnę.
— Myślę, że to twoje dziecko i to ty je musisz wychować. Ja po prostu mam inny charyzmat… O ile mam… Ale każdy jakiś ma.
— Okej, nie chcę wchodzić w twoje plany — przerwał wynurzenia Pawła Krystian — ale może w tej sprawie mi nie odmówisz. Te portrety proboszczów. Może byś choć jeden, dwa zdołał namalować. Ten twój Popiełuszko jest genialny.
— Nie jestem malarzem. Parę razy we mnie w życiu coś wezbrało i wtedy malowałem. Głupio mi mówić, że potrzebuję natchnienia, ale ja nie jestem rzemieślnikiem… Niestety.

4.

Czuł się jak goj. Podobały mu się opowieści, jak to ortodoksyjni Żydzi wynajmowali goi do zapalania papierosa w szabat. Nie miałby nic przeciwko, aby podłapać taką fuchę. Chociaż Żydzi nie daliby mu za wiele zarobić. Już lepiej więc jeździć na taksówce. Najwięcej zarabiał w święta i w te dni, kiedy inni chcieli zapomnieć o pracy. Kiedy ostatni raz poszedł z Kasią na sylwestra? Chyba z piętnaście lat temu. Piętnaście lat wiary, że ten jeden dzień uratuje ich finanse. Jeden dzień w roku, gdy taksówkarz nie musi się prosić. W tym roku będzie w ogóle miód. Część kolegów nie wyjedzie, bo nie zdążyli zamontować kasy fiskalnej. Macek napiął do granic niemożliwości swoje fundusze i zaopatrzył się w kasę. Nie miał prawa narzekać. Wjeżdżał w nowy rok zaopatrzony w kasę fiskalną.

Była 1.50 pierwszego stycznia 2004 roku. O drugiej miał zlecenie na Wielkiej 10. Podjechał, stanął przed księgarnią i czekał.

— Pan wolny? — spytała dziewczyna około dwudziestki, otworzywszy drzwiczki jego audi.
— Żałuję, ale nie… — pokiwał przecząco głową.

Sytuacja powtarzała się co chwilę. Mackiewiczowi było przykro, żałował, a potem już tylko kręcił głową. Klient jak na złość się spóźniał, ale co tam, po dziesięciu minutach Macek włączył licznik i czekał. Kolejny chętny wsiadł mimo protestów kierowcy, wepchnął też do środka kobietę. Podał adres i zabrał się do karesów. Mackiewicz odczekał ze spokojem profesjonalisty.

— Przykro mi, proszę państwa, ale już mówiłem, nie mogę. Mam zlecenie.
— Rozumiem — rzucił mężczyzna, nie odwracając głowy od dziewczyny. Wyciągnął zwitek banknotów, podniósł go tak, aby były widoczne w lusterku kierowcy, i kontynuował zabawianie dziewczyny. — Ruszaj i nie martw się o kasę…

W Mackiewiczu nagle wezbrało. Zwykle był opanowany, koledzy wręcz twierdzili, że „dupowaty”.

— Jak masz siano, to sobie możesz kupić wielbłąda, ja nie jestem sprzedajną dziwką. Zabieraj się stąd…!

Gość osłupiał. Przerwał amory i rzekł do swej towarzyszki.

— Jolka idziemy. Nie będziemy nowego roku z debilami zaczynali.

Stojąc już na chodniku, wypluł do końca swój żal.

— Ty patafianie, obyś na rykszę się musiał przesiąść.

„Panie, przebacz nam, bo obaj nie wiemy, co chlapiemy” — opanował się modlitewnie Mackiewicz i odzyskał swój religijny pion. Poczuł jednak rodzaj niejakiej dumy, że tak potrafił gościa ustawić. On, ten dupowaty…

Minęła może minuta. W lusterku zobaczył dziewczynę pchającą wózek z niepełnosprawną. Stanęła koło audi. Wysiadł.

— Dzień dobry, miałam zamówiony kurs. Przepraszam za spóźnienie.
— Ano, nie mnie, tylko księgowego…
— Kogo?
— Nieważne — Mackiewiczowi nie starczyło odwagi, by poinformować klientkę, że jest to znane w żargonie określenie taksometru.

Dziewczyna pomogła wstać swej koleżance z wózka. Mackiewicz złożył go i wsadził do bagażnika. Klientka podała adres i ruszyli.

— Ciężki ma pan zawód, wszyscy się bawią, a pan na służbie — zagadnęła po chwili niepełnosprawna.
— Nie narzekam. Jedną noc się popracuje, a potem laba cały rok. Jutro naród będzie leczył kaca, a ja sobie będę liczył pieniążki.

Dziewczyna chyba nie wiedziała, czy Mackiewicz żartuje.

— Aha, to aż tyle…

Nagle jej koleżanka gwizdnęła.

— O do diaska! Ale ktoś tu u pana pieniędzy zostawił.
— Co? — Mackiewicz spojrzał w lusterko. Zobaczył w ręku dziewczyny znajomy zwitek i wyciągnął po niego rękę.

Spojrzał na banknoty i ocenił — jakieś 2–3 tysiące.

— Ee, to normalka, co drugi tyle tu zostawia.

Zobaczył przerażoną, a może tylko zdziwioną twarz pasażerki.

Skręcili w brzozową aleję. Olbrzymie, stare pnie drzew sprawiały wrażenie, jakby były otulone śniegiem, dzięki czemu choć na tej ulicy było trochę prawdziwej zimy. Mackiewicz wypakował wózek i powiedział dobranoc.

— Dobranoc… ale pan odda te pieniądze? — spytała zaniepokojona dziewczyna, trzymając wózek z koleżanką. Macek pokiwał głową, nie pozostawiając wątpliwości co do swych zamiarów.

Ujechał kawałek i przeliczył pieniądze. 2,2 tysiąca. Przy pieniądzach była karteczka z numerem telefonu. Kierunek Niemcy. Oraz inicjały. A. N.

„No i masz babo placek. Co z tym fantem zrobić? Żadnego adresu. Zawieźć do biura rzeczy znalezionych? No, na pewno wtedy pieniądze trafią do rąk właściciela. Prędzej mnie zamkną do czubków za naiwność. Szansa, że facet będzie ich tam szukał, jest jak jeden na milion. Pewnie w ogóle nie wie, gdzie je posiał. Chromolę. On mnie od patafiana, a ja mu pieniążki w zębach. Chyba, że jeszcze stoi gdzieś na Wielkiej. Wątpliwe… Nie bądź idiotą, to są pieniążki za 365 dni uczciwej pracy. Trzynastka od Pana Boga. Cud. To jest po prostu cud. Tyle kosztowała mnie kasa fiskalna. Jak tu nie wierzyć w opatrzność. Znajdzie mnie facet, to mu oddam, ale z jakiej paki ja mam się bawić w Sherlocka Holmesa i św. Antoniego dla tego gnojka”. Spojrzał odruchowo w lusterko, jakby spodziewał się tam zobaczyć swego Anioła Stróża. „Okej, facet będzie — oddam mu i po sprawie, nie będzie go…”. Przeciął Piłsudskiego, skręcił w Woźną… Wjechał w Wielką. Cud, ale w drugą stronę. Gość nadal stoi i migdali się do swojej pani. Podjechał. Otworzył drzwiczki.

Facet spojrzał zdumiony.

— No nie, taksówka! — nagle rozpoznał Mackiewicza. Spojrzał na niego z lekkim triumfem, który szybko przeszedł w coś w rodzaju zawodu. „Nie masz jednak chłopie klasy”.
— I co, nie ma klientów? Przyszła koza do woza… — rzekł z politowaniem.
— Tak, koza… Koza ci przywiozła pieniądze, żebyś tego wielbłąda mógł sobie kupić… — odpalił Mackiewicz i wręczył gościowi zwitek.
— Co to? — spytał mężczyzna i nagle oprzytomniał — Ochhh! Jasny gwint! Mniejsza o forsę, ale bez tej karteczki, to mógłbym sobie w łeb strzelić. — Pocałował kawałek papieru z zapisanym telefonem i schował go pieczołowicie do portfela. Odetchnął. Przeliczył pieniądze. Odłożył czterysta złotych. Wyciągnął rękę w kierunku Mackiewicza.
— Weź pan to… — obruszył się taksówkarz.
— Nie wygłupiaj się. No… — Mężczyzna potrząsał bez skutku banknotami. W końcu się poddał i zamierzał schować pieniądze do kieszeni.

W Mackiewiczu jednak coś pękło.

— No, chyba że za kurs, daj pan połowę — rzekł z wahaniem.
— Dobra, a druga połowa za nowy kurs. Chyba teraz możesz nas zawieźć?

* * *

Przez całą drogę nie zamienili już słowa. Klient popadł w filozoficzną zadumę albo zmorzył go sen i nadmiar alkoholu. Jego księżna wtuliła mu się w ramię. Byli już na przedmieściach i mijali jakiś nowo wybudowany kościół. Mackiewicz się przeżegnał. Ujechał jeszcze z pół kilometra.

„To chyba tu”. Stanął, nie pytając się, czy dobrze trafił, przed potężną willą, której tylko czarny dach mógł dostrzec zza wysokiego murowanego parkanu. Klient wyciągnął z portfela wizytówkę.

— To tak na wszelki przypadek, jakby pan coś potrzebował z branży. Umiem się odwdzięczyć. No, życie mi pan uratował. A tu proszę mi zapisać swoje namiary. Potrzebuję takiej zaufanej taksówki…

Mackiewicz oszacował włości.

— Pan sobie chyba na prywatnego szofera może pozwolić…
— Panie, wie pan, co to jest incognito? — gość mrugnął i zamknął drzwiczki. Mackiewicz ruszył. Ujechał kawałek i zatrzymał samochód. Wyciągnął wizytówkę i zapalił światełko. „Ireneusz Stoga. Building Investment”.

Gwizdnął. „Ożeż…, to chyba synalek naszego kochanego Aleksandra Wielkiego”. To się Groser zdziwi.

Dzwonnik z Kołomorza
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...