Czy Bóg zaplanował cierpienie Jezusa?

Czy Bóg zaplanował cierpienie Jezusa?

Wiele tekstów Ewangelii mówi o tym, że Jezus „musiał” cierpieć lub że to właśnie przepowiedzieli prorocy.

Nasze pytanie brzmi nie „dlaczego?”, lecz „po co Jezus umarł na krzyżu?”. Nie pytam o „dlaczego”, gdyż chcę wykluczyć odpowiedź sugerującą istnienie jakichkolwiek motywów skłaniających Boga do złożenia Jezusa „w ofierze”.

Okrucieństwo doskonałe

Wiele tekstów Ewangelii mówi o tym, że Jezus „musiał” cierpieć lub że to właśnie przepowiedzieli prorocy.

Zgodnie z dzisiejszym rozumieniem stwierdzenia te na pierwszy rzut oka oznaczają, że Bóg Ojciec postanowił w swej wszechmocy, iż Syn musi cierpieć i zostać ukrzyżowany i nie ma od tego odwrotu. Jest tak, gdyż czasownik „musiał” sugeruje przymus. Czy tylko w taki sposób mogliśmy zostać odkupieni?

Popularne wyobrażenia „wszechmocy” stają się także w tym miejscu znaczną przeszkodą, gdyż sugerują, że Bóg mógł postąpić inaczej, gdyby tylko chciał. Z kolei z pojęcia „wszechwiedzy” wyprowadza się wniosek następujący: czyż Bóg nie decyduje o czasie i planie wszystkiego? Czy może tu istnieć alternatywa? Czy mogliśmy zostać odkupieni inaczej, wykupieni taniej aniżeli przez śmierć Syna?

Znowu ujawnia się tutaj domorosła dogmatyka, która opiera się na takich „przymiotach” Boga jak „wszechmocny” i „wszechwiedzący”, dogmatyka, która niczego nie wyjaśnia i rozmija się z Biblią. Bóg, będąc więźniem własnej predestynacji, nie stałby się przez to większy, jak się to niektórym wydaje, lecz mniejszy.

Z psalmów z Qumran znamy cały szereg dziękczynień, zgodnie z którymi Bóg wszystko „zaplanował z góry”. Nie stwierdzają one jednak żelaznego prawa lub nienaruszalnego rozkładu jazdy, lecz mówią raczej o bezpiecznym schronieniu dla wszystkich ludzkich ścieżek w ręce Bożej. W ten sposób rozpoznać można, że nawet jeśli potrafimy przetłumaczyć same słowa, to nie znaczy, że także właściwie je rozumiemy. Nigdy psalmy lub hymny nie formułują neutralnych wypowiedzi o Bogu samym w sobie, lecz modlący się mówi zawsze o zbawieniu bądź zgubie, o strachu bądź bezpiecznym schronieniu.

Morderstwo z premedytacją

Sformułowana powyżej odpowiedź jest tylko pozornie logiczna i także tylko pozornie „pobożna”. To, że Bóg stanowi rodzaj zaprogramowanego komputera, jest bowiem wyobrażeniem zbyt nowożytnym.

Ponadto, gdy przyjmiemy takie rozwiązanie, Bóg wyda się nam niewolnikiem konieczności. Rzekoma logika pozornych konieczności jest w takim wypadku ceniona wyżej niż odpowiedzialność przyjęta w wolności. To samo dotyczyłoby morderców Jezusa. Żadne z pism Nowego Testamentu nie pozostawia wątpliwości co do tego, że Jezus padł ofiarą sądowego skandalu przez ludzką złość i niedoskonałość. Gdyby wszyscy byli zaledwie wykonawcami jakiegoś planu, wówczas nikt nie byłby w sposób rzeczywisty winny i nikogo nie można by uczynić odpowiedzialnym.

Nie możemy uchylić zgorszenia wywołanego skandalem ukrzyżowania Jezusa, wskazując na zaistnienie boskich konieczności. Nie, to ludzie ponoszą winę i odpowiedzialność. Także w tym przypadku nie można ich odciążyć. Takie postępowanie mogłoby się stać zgrabnym wzorem dla innych rzekomych konieczności dziejowych. Jeśli Bóg ustalił wszystko w sposób wszechmocny i wszechwiedzący, dlaczego nie miałoby to dotyczyć także naszych występków?

Najprawdopodobniej owo „musiał” znajdujące się w tekstach dotyczących śmierci Jezusa oznacza coś innego, niż zdarza się nam to w sposób bezrefleksyjny przyjmować. Powinniśmy zapytać, jaką konieczność Biblia ma w tym miejscu na myśli. Najwidoczniej mamy tutaj do czynienia z pewnym nawykiem myślowym i językowym odległym od naszego stylu mówienia i myślenia.

Powinniśmy zatem liczyć się z tym, że będziemy musieli przenicować naszą logikę. Sposób myślenia Biblii także w tym miejscu jest nam obcy. Jednakże tylko tak możemy uniknąć zawikłania się w nierozwiązywalne sprzeczności, które często stają się zarzewiem tlącego się już pożaru trudności wiary.

Spojrzenie wstecz

Zgodnie ze słowami 2 Listu do Koryntian (4,10) św. Paweł stale nosi w swym ciele konanie Jezusa, aby życie, które przychodzi od Jezusa, objawiło się w jego ciele. Oznacza to, że Paweł jako apostoł prowadzi życie, które stale znajduje się na granicy męczeństwa, a jednak ciągle na nowo zostaje ocalony, ukazując w ten sposób, skąd przychodzi życie. Obydwa zdania łączy „aby”. Czy zatem Paweł zostaje zmuszony do cierpienia, gdyż tylko w ten sposób ujawni się coś z życia pochodzącego od Jezusa? Czy także i tutaj chodzi o konieczność? Czy ta męczarnia wynika z Bożej woli i planu, aby apostoł stał się w ten sposób żywym pomnikiem boskiego mechanizmu ocalania? Czy spójnik „aby” dotyczy całości procesu, który służy Bożemu zamiarowi?

Może już samo cierpienie jest dowodem na to, że Paweł znajduje się po stronie życia? Takie rozwiązanie, które można by nazwać dialektyczno– –teologicznym, nie dostrzega jednak, że życie, o którym mówi Paweł, zostaje tutaj rzeczywiście objawione właśnie przez to, że ciągle na nowo i w cudowny sposób doświadcza on ocalenia, i to ocalenia z niebezpieczeństw fizycznych i w fizyczny sposób.

Chodzi tu więc o coś innego: to, że Paweł z powodu przeciwności różnej proweniencji ciągle popada w tarapaty, było dla Boga dającego ocalającą pomoc stale nowym powodem do interwencji. O tyle i tylko o tyle Paweł cierpiał, aby coś mogło stać się widzialne.

Sens tej wypowiedzi jest następujący: różnorodne cierpienia Pawła (spowodowane przez ludzi i przez naturę) wywołały powód i sytuację, w której Boża pomoc i ratunek stały się rozpoznawalne. W tym sensie Boża pomoc zakłada cierpienie Pawła, ale dzieje się to wyłącznie, tak jak i w innych przypadkach, gdy pewne wydarzenie jest odpowiedzią na inne, które nastąpiło wcześniej.

Taki sposób religijnego oglądu nazywamy retrospektywnym. Pomoc Boga w sposób konieczny zakłada cierpienie Pawła, gdyż bez cierpienia nie zaistniałaby żadna pomoc. Bez zagrożenia życia Pawła Bóg nie mógłby się w ogóle okazać tym, kto stale i ciągle na nowo ożywia poświęconych śmierci (2 Kor 1,9n).

Podobnie, ale w samym sformułowaniu bardziej gorsząco, wspomina o tym Ewangelia według św. Jana (11,4). Na wieść o zagrażającej życiu chorobie Łazarza Jezus mówi: „Choroba ta nie będzie ostatecznie prowadzić do śmierci, lecz służy temu, aby Syn Boży został dzięki niej otoczony chwałą” [K. B.]. Następnie Jezus wstrzymuje się ze swoimi odwiedzinami, aż Łazarz umiera, i w ten sposób szybko naraża się na zarzut: „Gdybyś tu był, mój brat by nie umarł”. Stwierdzenie, że w taki sposób choroba Łazarza służy ujawnieniu „chwały Bożej”, jest stwierdzeniem nad wyraz gorszącym. Czy Jezus lekceważy tutaj śmierć człowieka, żałobę i ból ludzi? Jezus akceptuje śmierć człowieka, żeby dzięki niej ukazać cudowną moc Boga. Czy nie jest to cyniczne, okrutne i dyskredytujące?

W tym momencie należy zastanowić się, czy także w innych wypadkach Bóg nie czeka? Czy także w przypadku śmierci Jezusa nie jest tak, że Bóg czeka i nie wkracza? Czy w przypadku każdej innej śmierci wokół nas doświadczamy czegoś innego? Czy Marta i Maria nie powiedziały tego, co i my w głębi serca czujemy: „Gdybyś tu był, mój brat by nie umarł”?

Po co musimy najpierw umrzeć? Dzieje się tak, gdyż jak pokazuje opowieść o Łazarzu, Bóg wkraczając w sposób spóźniony, będzie działał z jeszcze większą chwałą. Zatem ostatnią wypowiedzią o Bogu Jezusa Chrystusa nie jest cynizm. Trzymać się tu raczej należy poniższych stwierdzeń:

— Śmierć Łazarza nie pochodzi od Boga.

— Jezus nie wkracza, by ratować go przed śmiercią.

— Jezus wskrzesza Łazarza i dzięki temu ujawnia nieporównywalnie więcej chwały, niż gdyby Łazarz został tylko wyleczony z choroby. Dzięki temu staje się on żyjącym orędownikiem Bożej mocy, która wykracza daleko poza samo uzdrawianie. Nawet jeśli cierpienie Łazarza nie jest określane słowem „konieczne”, to jednak jest ono koniecznym warunkiem pełnego chwały czynu Boga bądź Jezusa. Przedmiotem dyskusji nie jest tutaj spowodowanie śmiertelnej choroby, lecz jej później rozpoznany, właściwy sens. Jezus nie zesłał na Łazarza śmierci, lecz tylko dopuścił do niej.

To, co dzieje się tutaj, dzieje się w życiu wszystkich chrześcijan. Bóg nie wkracza w nasze życie, lecz każe nam czekać. Należy więc zapytać, czy Bóg czeka także dlatego, żeby obdarować nas tym większą chwałą? Czy Bóg chce, by miara smutku najpierw się dopełniła, aby potem tym potężniej pozwolić zaistnieć Jego życiu? Czy musimy najpierw sięgnąć dna, żeby Bóg przestał się oszczędzać i wziął się do roboty?

Logika Boga byłaby tu podobna do tej z Listu do Rzymian (5,20): „Tam, natomiast, gdzie rozpanoszył się grzech, jeszcze pełniej zatriumfowała łaska”. Im większa wina człowieka, tym silniejsza łaska.

Także tutaj nie należy rozumieć kolejności grzechu i łaski w sensie, który nadajemy dziś spójnikowi „aby”. Nieporozumieniem byłoby stwierdzenie, że trzeba porządnie nagrzeszyć, żeby łaska stała się bardziej obfita. Właściwe okazuje się coś innego: tam, gdzie wina stała się wielka, tam Bóg zyskuje powód, by pokazać, że Jego łaska jest jeszcze bardziej obfita i mocna. Także tutaj chodzi o kwestię czasu: to najpierw grzeszna wina się wzmogła.

Wolno nam zatem pytać, czy to, co Jezus mówi o Łazarzu, jest rodzajem wprowadzenia w teologiczne rozpracowanie śmierci Jezusa. Jezus nie wkracza, gdy umiera Łazarz, tak jak Bóg w obliczu krzyża nie interweniuje. Czy Bóg czeka, aby odpowiedzieć darem jeszcze większej chwały?

Czy jest tak jak z dziećmi, które na strumyku budują tamę z błota i cieszą się, gdy spiętrzona woda zerwie nagle zaporę?

Czy cierpienia Jezusa były konieczne?

Przytoczone przykłady wymagają od nas zmiany naszych nawyków myślowych i zdania się na myślenie biblijne. Pomocna może się tutaj okazać drobna obserwacja językowa: słowo „musieć” nie dotyczy nigdy ostatecznego celu wydarzeń, lecz zawsze tego, co przedostatnie, a zatem tego, co poprzedza cel Boga i często niestety poprzedzać go musi. Przykładowo nigdzie nie jest napisane: „Syn Człowieczy musi przyjść na obłokach niebieskich”. Za to powiedziane jest, na przykład w Ewangelii według św. Łukasza (17,25) w odniesieniu do ponownego przyjścia: „Najpierw jednak musi On wiele wycierpieć”.

Jest to coś charakterystycznego. To nie ostateczny cel nastaje w sposób „konieczny”, lecz tylko to, co następuje wcześniej lub musi się wydarzyć, na przykład i to, że do tego czasu Jezus musi pozostać w niebie.

Czy mamy tutaj do czynienia z planem, ze sporządzonym przez Boga na kształt mechanizmu konieczności łańcuchem kolejnych wydarzeń? Czy chodzi tutaj o precyzyjnie wyznaczone pojedyncze stacje pewnego szczegółowego, totalnego planu? Tego z całą pewnością powiedzieć nie można. Chodzi tutaj o coś innego: podobnie jak w odniesieniu do śmierci Łazarza i Jezusa Bóg przed swą ostateczną interwencją dopuszcza rozwój zła.

Nie chodzi tutaj zatem o konieczne następowanie po sobie ustalonych przyczyn i skutków, które muszą przebiegać tak, a nie inaczej. Wszystkie poprzedzające ostateczny cel (na przykład ponowne przyjście Syna Człowieczego) wydarzenia nie są zaplanowane czy też chciane. To nie na tym polega ich konieczność.

Dopiero później rozpoznać można, że przez te stacje wiodła Boża ścieżka, nawet jeśli nie były one jako owe stacje zaplanowane, chciane czy też spowodowane. Stają się konieczne dopiero w retrospekcji, gdyż zawsze tam, gdzie istnieje ostatnie, zaistnieć musi przedostatnie. Takie spojrzenie nazywamy retrospektywnym i przeciwstawimy mu spojrzenie prospektywne.

„Prospektywny” to zaplanowany wcześniej w szczegółach na podstawie zakładanej strategii. „Retrospektywny” oznacza najprawdopodobniej konieczny (o wydarzeniu poprzedzającym cel), mówi, że „najprawdopodobniej musiało się tak stać”. Z perspektywy zakończenia można powiedzieć: wszystko to najprawdopodobniej było konieczne. Wydarzenia służyły zatem za punkt odbicia. Właśnie w ten zdumiewający sposób Bóg osiągnął swój cel.

Śmierć Jezusa — wypełnienie prorockich przepowiedni?

Ewangeliści stale opatrują opis wydarzeń z życia Jezusa, zwłaszcza zaś opis Jego męki, następującym komentarzem: „Stało się to, by wypełniły się słowa Pisma”. Już samo sformułowanie pokazuje, że mamy tutaj do czynienia z późniejszą obserwacją uczniów bądź ewangelistów. Coś się wydarza, a gdy już się to wydarzyło, rozpoznaje się w tym na nowo słowo Boże z Pisma. Także tutaj chodzi o retrospekcję; proces ten nie jest odwracalny: nie każde zdanie z pism i proroków Starego Testamentu ma swoje wypełnienie w Nowym Testamencie. Tylko wobec niektórych wydarzeń rozpoznać można zgodność z określonymi słowami Mojżesza lub proroków.

Bez wątpienia ewangeliści uważali, że prorocy „przepowiadali przyszłość”, że znali już wcześniej szczegóły męki Jezusa. To, że rzucać się będzie kości o szaty Jezusa, można odczytać w Psalmie 22. Także i sam Jezus przepowiada swoje cierpienie na różne sposoby w tak zwanych zapowiedziach męki.

Czy zatem wszystko to było konieczne? Czyż tym samym wszystko nie było już wcześniej ustalone? Skąd bowiem mogli o tym wiedzieć?

Musimy tutaj poczynić pewne rozróżnienia. Pisarze wczesnochrześcijańscy byli z pewnością lepiej zaznajomieni ze sferą „prorokowania” niż my; tym samym dane były także niezbędne rozgraniczenia:

— Nawet najbardziej pomysłowi autorzy wczesnochrześcijańscy nie potrafili znaleźć w Starym Testamencie fragmentu, zgodnie z którym Jezus na przykład powinien zostać ukrzyżowany. Większość cytatów wskazujących na wypełnienie się Pisma znajduje się w kontekście wypowiedzi mówiących o „cierpiącym sprawiedliwym” i dotyczy wypowiedzi o biblijnym typie.

— Przeczuwanie lub przepowiadanie czegoś nie oznacza, że dane wydarzenia muszą się dokonać w sposób konieczny.

Właśnie tej kwestii dotyczy najwięcej nieporozumień. Dar przepowiadania przyszłości, możliwość przeczuwania czegoś w sposób pewny lub prorokowania o tym, nie oznacza jeszcze, że wydarzenie to musiało być „zaplanowane od wiecznych czasów” i że musiało być „jedyną, możliwą drogą” osiągnięcia danego celu.

Już z perspektywy czysto historycznej („zdroworozsądkowej”) czymś całkiem prawdopodobnym jest to, że Jezus od chwili swojego wjazdu do Jerozolimy mógł wyobrażać sobie, że czeka Go gwałtowna śmierć, co ukazują na przykład Ewangelia według św. Łukasza (13,33: „bo prorok nie może umrzeć poza Jeruzalem”) lub Ewangelia według św. Marka (14,41: „Syn Człowieczy zostanie wydany w ręce grzeszników”). Nawet jeśli dysponowałby darem widzenia przyszłości lub chociażby profetyczną wiedzą o przyszłości (co jest całkiem możliwe), to wszystko to nadal oznacza coś zupełnie innego aniżeli stwierdzenie: Bóg zaplanował to właśnie tak i tylko tak mógł odkupić ludzi. Albowiem wydarzenia przygodne pozostają przygodnymi, nawet jeśli wie się o nich wcześniej. Pod pojęciem „przygodny” rozumiem wszystko, co czasowe, przemijalne, i właśnie to, co nie jest od wiecznych czasów konieczne, to, co jest pozornie przypadkowe i co stanowi zwykle rezultat różnych historycznych przyczyn, które spotykają się w tym punkcie. Fenomen ten wciąż jeszcze nie udowadnia istnienia nieuniknionych konieczności i automatyzmu, który wykluczałby odpowiedzialność ludzi. I tak Jezus wie wcześniej, że jeden z Jego uczniów Go „wyda”. Niemniej jednak uczeń ten staje się winny. Nie mamy tu zatem do czynienia z automatyzmem i nigdzie nie jest powiedziane, że zbawienie „tylko tak mogło się wydarzyć”.

Wbrew spekulacjom Waltera Jensa (Der Fall Judas, 1987) nie należy w poczuciu wdzięczności dokonywać rehabilitacji Judasza, uznając, że przecież ktoś musiał wykonać ową konieczną do zaistnienia zbawienia robotę, a Judasz był tak miły, że wziął to na siebie. Abstrahując od tego, że cała konstrukcja myślowa Jensa jest raczej ironiczna, odnajdziemy tutaj pewne arcynowożytne nieporozumienie.

Tylko w ujęciu retrospektywnym Judasz „musiał” wydać Jezusa. Przy spojrzeniu prospektywnym, a tylko to spojrzenie jest tutaj usprawiedliwione, czyn Judasza był czynem wolnym, jego motywy były motywami samodzielnymi, a on sam nie był z pewnością wyłącznie trybikiem w maszynerii Bożego planu.

Jako odpowiedź na pytanie teodycei zaproponowałem kiedyś, by pytanie „dlaczego?” zastąpić pytaniem „po co?”. Czy to byłoby spojrzenie prospektywne? Tutaj z kolei, przy pytaniu o cierpienie Jezusa, obowiązywać by miała retrospektywa. Czy nie jest to sprzeczność?

Odpowiedź: Nie mamy tutaj do czynienia ze sprzecznością, lecz z głębokim podobieństwem. W obydwu przypadkach chodzi o to, że Bóg dociera do celu na drodze wolnych czynów ludzi. Co Bóg czyni z grzechu Adama, co uczynił On z ukrzyżowania Jezusa przez Rzymian? Bóg także tak, a nawet tak, w sposób zaskakujący, dochodzi do swojego celu.

W obydwu przypadkach decydujący jest koniec, który uczyniony jest Bożą ręką, niezależnie od czynów, które wcześniej popełnili ludzie. Bóg jest właśnie w tym wszechmocny, że ze wszystkiego potrafi coś uczynić.

Założenie istnienia perfekcyjnego planu wyznaczającego etapy, które Bóg jedynie po kolei realizuje, nie daje się pogodzić z biblijnym obrazem Boga i nie można go nawet w przybliżeniu udowodnić, powołując się na ten obraz. Cierpienie i konanie Jezusa nie polega zatem na teologicznym przymusie ani też nie jest od samego początku uważane za jedyną możliwość odkupienia. Z drugiej strony po tym, co się już wydarzyło, zupełnie chybione będzie każde pytanie o coś, co mogło się było wydarzyć w sposób alternatywny.

Jednak wypowiedzi, które zawierają czasownik „musieć” i mówią o dysponowaniu uprzednią wiedzą, nie wolno zbywać czy też błędnie rozumieć jako wypowiedzi o czystej przypadkowości. Stwierdzają one bowiem, że Bóg jest Panem historii, jakkolwiek nie w sensie jej planowania. Cierpienie i śmierć Jezusa zyskują w tej historii sens, ale z perspektywy jej celu, którym jest odkupienie i wyzwolenie wszelkiego stworzenia. Tutaj i tylko tutaj należy umiejscowić i znajdować właściwą „wolę” Bożą. Także śmierć i cierpienie Jezusa Bóg potrafi skierować do tego celu. Co więcej, mógł tak uczynić, gdyż nastały już czasy ostateczne.

Bądź wola Twoja

Wyrażenie „Bądź wola Twoja” w przekazach słów Jezusa pojawia się dwukrotnie. Znaleźć je możemy w Ojcze nasz i nie ma ono nic wspólnego z naszym tematem. Wbrew potocznej interpretacji słowa „bądź wola Twoja” oznaczają w Ojcze nasz (Mt 6,10; Łk 11,2): „Pozwól nam i innym czynić Twoją wolę”. W taki sposób ujawnia się także związek z prośbą o nadejście Królestwa, ponieważ słowa „przyjdź Królestwo Twoje” oznaczają: „Pozwól, by wszyscy ludzie posłusznie przyjęli Twoje panowanie”. Jednak modlitwę Ojcze nasz wielu zmawia już tylko przy okazji pogrzebów, dlatego siłą rzeczy przeniknęło do tych słów także rozumienie typu: „Panie, chciałeś śmierci tego człowieka. Uznajemy Twoją wolę, która zabrała tego człowieka. Odwołałeś go, bo taka była Twoja wola. Nawet jeśli Twoja wola wydaje się nam mroczna i sprawia nam ból, to musimy się jej poddać, bo to Ty jesteś silniejszy”. Taką interpretację zwalczać trzeba z całym przekonaniem. Jest ona błędna z perspektywy egzegetycznej, a ma także opłakane skutki duszpasterskie. Objawiający się tutaj obraz Boga jest tak samo posępny, jak twarze na pomnikach poległych w I wojnie światowej. Tam, gdzie mroczna wola Silniejszego zostaje uznana skinięciem głowy, jedynym gestem, który nam pozostaje; tam do obrazu Boga wdarł się społeczny darwinizm XIX i XX wieku.

Drugi fragment mówiący o woli Bożej, która powinna się dokonać, znajduje się w Ewangelii według św. Marka (14,36) i także to miejsce należy interpretować wraz z jego kontekstem. W dodatku zdanie to jest w języku greckim sformułowane zupełnie inaczej niż w Ojcze nasz: „Ale nie co ja chcę [niech się stanie], ale co Ty”. W tym miejscu chodzi rzeczywiście o cierpienie i śmierć Jezusa. Jezus poddaje się woli Boga. Cóż jednak znaczy tutaj wola Boża?

Gdy Jezus mówi: „nie moja, lecz Twoja wola niech się stanie”, nie znaczy to: „Jeśli chcesz Mnie zabić, to zrób tak”, lecz: „Sam z siebie chciałbym uciec albo się bronić. Chcesz tego — czy też chcesz, żebym pozostał i nie bronił się?”. Modląc się, Jezus rozpoznaje, że wolą Bożą jest to ostatnie rozwiązanie. Wolę tę Jezus formułuje także w stronie czynnej: „Po co Mnie opuściłeś” (Mk 15,34) [K. B.]. Rzeczowo sprawa ma ten sam rezultat — niezależnie od tego, czy to Bóg opuszcza Jezusa, czy też śmierć Jezusa dokonuje się tak, jak mówi o tym fragment Ewangelii Markowej (14,36): Bóg nie wkracza — tak samo jak Jezus wydaje się swoim oprawcom.

Całościowy biblijny obraz Boga, o ile mogę to ocenić, nie dopuszcza założenia, że Bóg w sposób bezpośredni, celowy i bezzasadny mógłby chcieć śmierci jakiegokolwiek stworzenia. Bóg nie pragnie śmierci pojedynczych stworzeń i nie traktuje ich zgodnie z „zasadą termitów” (termity, by np. przedostać się przez strumień wody, przechodzą po innych osobnikach, które tworzą rodzaj mostu) jako warunku czy też fundamentu dla życia innych.

Dlaczego jednak Bóg nie interweniuje? Odesłać tutaj możemy do przykładu Łazarza. Być może Bóg nie wkracza ze względu na możliwość jeszcze większej chwały. Ponadto nie da się przeskoczyć następstwa „słabego” istniejącego stworzenia i stworzenia „mocnego”, ugruntowanego w Duchu Świętym (dzięki czemu stworzenie zostaje właściwie dopiero wypełnione).

Odnosi się to także do cudów. Są one sposobem, w jaki w czasie istnienia stworzenia słabego, poddanego śmierci, dokonuje się zapowiedź nowego. Cuda nie dzieją się wbrew naturze (tzn. wbrew słabemu stworzeniu), lecz wbrew temu, co my o tej naturze wiemy.

Nasze wyjaśnienia tej problematyki dotyczą także pewnej ważnej kwestii duszpasterskiej. Ciągle spotykam ludzi, dla których rzeczą oczywistą jest to, że Bóg chciał cierpienia Jezusa, gdyż nie mogliśmy zostać zbawieni w inny sposób. Wszystko było ustalone z góry i nic nie działo się przypadkowo. W tego typu wypowiedziach wielu odnajduje swoje własne smutne historie oraz silną wiarę w zrządzenia losu. Bóg coraz bardziej jest utożsamiany z „losem”. Mamy tutaj do czynienia z Jego mrocznym obrazem, wobec którego człowiek staje się zupełnie malutki. Obowiązuje tu zatem tylko wszechmoc Silniejszego. Antyczna, ale i współczesna wiara w zrządzenia losu (horoskopy to wciąż najczęściej kupowane słowo drukowane) w sposób zmasowany rozsadza tutaj biblijny obraz Boga. Z tej perspektywy łatwo nam zrozumieć walkę Kościoła starożytnego z astrologią. Także i dzisiaj silnie rozpowszechniona jest wiara, że zawsze „tak właśnie musiało się stać”. Instytucja modlitwy pomyślana była jako broń przed tymi posępnymi przekonaniami.

Ich skutkiem jest stwierdzenie, że skoro nawet Jezusowi nie udało się uniknąć żelaznego rozporządzenia losu, to i my musimy się temu losowi poddać. Konieczność wynikająca z predestynacji zabija wszelką radość płynącą z wiary. Nie zauważa się przy tym zupełnie, że to Jezus dzięki swemu nieskrępowanemu zaufaniu do Boga chciał przegnać z Jego obrazu wszelki możliwy mrok. Słowo i życie Jezusa pokazują, że wobec wszystkiego, co przychodzi, możemy w pełni powierzyć się Bogu. I nawet na krzyżu w swym wołaniu „Po co Mnie opuściłeś?” Jezus nie czyni niczego innego, jak właśnie to.

tłum. Eliza Pieciul

Powyższy tekst pochodzi z książki Po co Jezus umarł na krzyżu?, która ukaże się nakładem Wydawnictwa W drodze.

Cytaty biblijne, które nie są oznaczone w tekście, przytaczane są za tzw. Biblią Poznańską (Poznań 1994). Cytat oznaczony skrótem BT pochodzi z Biblii Tysiąclecia (wyd. 5, Poznań 2000). W wypadku gdy tekst niemiecki odbiega od wersji polskiej, cytaty tłumaczone są bezpośrednio z języka niemieckiego (w tekście oznaczone jako [K. B.] — przyp. tłum.

Czy Bóg zaplanował cierpienie Jezusa?
Klaus Berger

(ur. 25 listopada 1940 r. w Hildesheim, Niemcy – zm. 8 czerwca 2020 r. w Heidelberg, Niemcy) – niemiecki teolog akademicki, był profesorem teologii Nowego Testamentu na Uniwersytecie w Heidelbergu. Autor książki Po co...