Triduum Paschalne. Przewodnik
Coraz częściej spotykam ludzi, którzy dystansują się wobec Kościoła. Nie chodzi o to, że w ogóle nie interesują się sprawami duchowymi. Owszem, chcą rozmawiać o Bogu, zawsze jednak dają wyraźnie do zrozumienia, że nie potrzebują Kościoła i nie chcą mieć z nim nic wspólnego. Muszę przyznać, że jest coś pociągającego w tej postawie. Zrzuca się z siebie ten obciążający balast instytucji i grzeszności ludzi, ale nie odrzuca się myślenia o Bogu czy modlitwy. Dlaczego Kościół tak bardzo próbuje wszystkich przekonać, że jest niezbędny, skoro i bez niego możemy myśleć o Bogu, doskonalić siebie, kochać bliźnich i być uczciwymi ludźmi?
Spróbuję krótko odpowiedzieć na to pytanie, posługując się czterema biblijnymi obrazami – krzewu winnego, owczarni, Ciała Chrystusa i świątyni. Obrazy te ilustrują naturę Kościoła, umożliwiają też odkrycie pewnych iluzji w myśleniu tych, którzy sądzą, że nie ma istotnego znaczenia, czy do Boga zbliżamy się w Kościele, czy poza nim. Rozpocznę od obrazu krzewu winnego.
Krzew winny (J 15,1–11)
Być w Kościele nie oznacza tylko należeć do szacownej organizacji, której celem jest poznawanie Boga i doskonalenie samego siebie. Alegoria winnego krzewu z Ewangelii św. Jana poucza, że bycie w Kościele to coś znacznie więcej, coś wręcz niewyobrażalnego. Pan Jezus mówi: „Trwajcie we Mnie, a Ja w was [będę trwać]” (J 15,4). On jest krzewem winnym, my latoroślami, które tkwią w Nim i dzięki temu mogą przynosić owoce. Latorośle rosną i rozwijają się tylko dzięki temu, że czerpią ożywcze soki z pnia krzewu. Jeśli się oddzielają od niego, schną i nadają się tylko do spalenia (J 15,6). Pan Jezus kładzie więc główny akcent w tej przypowieści na tajemnicze, mistyczne trwanie w Nim członków Kościoła. Niesłychanie spłycamy więc naukę o Kościele, gdy myślimy o nim tylko jako o jakiejś organizacji zajmującej się sprawami duchowymi. Bo to świadczy o tym, że nie rozumiemy, iż być w Kościele oznacza być w Chrystusie, trwać w Nim.
Ktoś może zapytać: „Trwanie w Chrystusie” brzmi wzniośle, ale dlaczego mamy w Nim trwać? Do czego jest nam to potrzebne? Dochodzimy tu do istoty sprawy. Jeżeli ktoś ma wątpliwości co do tego, kim jest Chrystus i jak wiele Mu zawdzięczamy, to z całą pewnością będzie miał kłopoty ze zrozumieniem rzeczywistego znaczenia Kościoła. Pismo Święte jest bowiem nieubłagane – Chrystus jest Pośrednikiem między Bogiem i ludźmi, jedynym, który zna całą prawdę o Bogu, jedynym, który może do Niego doprowadzić i jedynym, który może dać nam zbawienie. To oczywiste, że jeśli w taki sposób wierzymy w Chrystusa, to kwestia trwania lub nietrwania w Nim stanie się dla nas sprawą życia lub śmierci, prawdy lub fałszu, zbawienia lub niezbawienia.
Jakiej iluzji ulega więc ten, kto uważa, że przynależność do Kościoła nie jest taka ważna? Iluzja ta polega na tym, że nie dostrzega niezwykłej łaski bycia w Kościele, jaką jest wszczepienie w Chrystusa, trwanie w Nim. Oczywiście wiem, że trudno jest to adekwatnie nazwać, trudno o tym mówić nieabstrakcyjnie, ale wydaje mi się, że każdy, kto uczciwie przeżywa swoje życie w Kościele, zorientuje się w pewnym momencie, że dzięki Kościołowi jego związek z Chrystusem polega na czymś znacznie głębszym niż tylko na rozważaniu słów i czynów kogoś zewnętrznego, wobec kogo można zachować bezpieczny poznawczy dystans. Uświadomi sobie, że nie tyle patrzy na Chrystusa z oddali, ale że jest jakoś tajemniczo w Nim zakorzeniony.
Owczarnia (J 10,1–21)
Przyjrzyjmy się teraz obrazowi Chrystusa jako Pasterza opiekującego się swoją owczarnią. Biblijny tekst ma w sobie napięcie, które najprościej przedstawić jako przeciwstawienie: bezpieczeństwo – niebezpieczeństwo. Kto jest w owczarni Chrystusa Pasterza, może się czuć bezpiecznie, zna swojego Pasterza, a Pasterz zna jego. Pasterz pamięta jego imię, wyprowadza na pastwiska, a nawet oddaje za niego swoje życie. Z drugiej strony pojawiają się obcy: złodzieje, rozbójnicy, najemnicy, wilki. Chcą przejąć kontrolę nad owczarnią i pociągnąć owce za sobą, ale nie jest dla nich ważne dobro owiec, lecz to, by „kraść, zabijać i niszczyć” (J 10,10). Wobec tych zagrożeń tekst Ewangelii uczy, że tylko bycie w owczarni Chrystusa daje poczucie bezpieczeństwa wobec różnych, nawet śmiertelnych zagrożeń duchowych. Innymi słowy, daje poczucie pewności, że jest się rzeczywiście prowadzonym przez Chrystusa Pasterza. Zauważmy zresztą, że już sam obraz owcy jest w Biblii ambiwalentny. Z jednej strony Pismo Święte przedstawia ją jako stworzenie dobre i niewinne, z drugiej strony jako zwierzę naiwne i łatwo się gubiące. Czy nie jest to prawda o nas? Czy nie jest tak, że nie powinniśmy przeceniać naszych możliwości intelektualnych i uważać, że „sami sobie poradzimy” w złożonej i pełnej niebezpieczeństw dziedzinie rozwoju życia duchowego? Jestem pewien, że ktoś, kto podważa niezbędność Kościoła, ulega iluzji własnej mocy duchowej, sądząc, że bez wsparcia Kościoła nie podda się kłamstwu, samooszustwu i rozmaitym „obcym”, o których pisze św. Jan. Ta iluzja polega więc na tym, że zbyt dobrze myśli się o swoich własnych możliwościach rozeznawania, zbyt mocno ufa się własnej sile.
Ciało Chrystusa (1 Kor 12,12–31)
Święty Paweł przedstawia piękny obraz Kościoła jako Ciała Chrystusa. Jesteśmy różniącymi się od siebie częściami Ciała, którego głową jest Chrystus. Trwając w tym jednym duchowym organizmie, wypełniamy różne zadania. Paweł pisze o wzajemnej zależności, o współpracy części ciała dla wspólnego dobra, o trosce i współodczuwaniu. Kościół jest więc złożonym organizmem, w którym wszystkie części pozostają zjednoczone we wspólnym działaniu dla osiągnięcia jednego celu. Być w Kościele, to być częścią tego duchowego organizmu, w którym nic, co Boże, dobre i piękne, nie jest tylko i wyłącznie własnością jednostki, ale jest własnością wszystkich. Dzięki temu mogę uczestniczyć w dobrach duchowych ludzi świętych, mogę liczyć na ich modlitwę i wstawiennictwo. „Tak więc, gdy cierpi jeden członek, współcierpią wszystkie inne członki; podobnie, gdy jednemu członkowi okazywane jest poszanowanie, współradują się wszystkie członki” (1 Kor 12,26). Ktoś, kto uważa, że bez Kościoła równie dobrze może szukać Boga i doskonalić swoje życie duchowe, ignoruje fakt, że Kościół jest organizmem, w którym możemy liczyć na innych, na ich modlitwę, mądrość i miłość. Znowu więc powraca iluzja samodzielności i samowystarczalności. Kto z nas z ręką na sercu może powiedzieć, że jest na tyle bogaty wewnętrznie, tak doskonale samowystarczalny, by mógł odrzucić tę wielką łaskę przynależenia do organizmu, w którym mądrość i duchowa dojrzałość innych przynoszą pożytek także nam? Jeśli ktoś uważa, że nie potrzebuje innych do tego, by poznawać i kochać Boga, to oznacza, że całkowicie dał się opanować iluzji samowystarczalności, iluzji chyba najbardziej niebezpiecznej ze wszystkich.
Świątynia (1 P 2,4–5)
Pismo Święte przedstawia Kościół jako świątynię budowaną z żywych kamieni, w której składa się duchowe, miłe Bogu ofiary. W Kościele zatem oddaje się cześć Bogu, ale nie jakąkolwiek, nie wymyśloną i zaprojektowaną tylko przez człowieka, ale taką, która Jemu się podoba i jest przez Niego inspirowana. Pismo Święte mówi więc o błogosławieństwie, które niesie ze sobą Kościół, a które nie zawsze z pełną świadomością dostrzegamy. Błogosławieństwo to polega na tym, że nasza modlitwa, nasze wychwalanie Boga, a przede wszystkich eucharystia i sakramenty, które sprawujemy zgodnie z wolą Kościoła, podobają się Bogu, są przez Niego przyjęte i dla nas pożyteczne. To niebagatelne błogosławieństwo. Jeśli ktoś mówi, że on w ogóle nie potrzebuje Kościoła do tego, by się modlić, możemy go zapytać: „A skąd wiesz, że modlisz się rzeczywiście do prawdziwego Boga? Czy twoje subiektywne odczucie jest tu wystarczające? A może wcale nie modlisz się do prawdziwego Boga, tylko do jakiejś swojej projekcji, do jakiegoś wymyślonego przez siebie Kogoś?”. Choć te pytania brzmią bardzo brutalnie, to jednak mają sens, gdy są skierowane do osoby świadomie odrzucającej Kościół i uważającej go za niepotrzebny. Nie chodzi oczywiście o to, by ktoś, kto tak robi, w ogóle się nie modlił, ale o to, by uświadomić mu, że Kościół jest świątynią, w której oddaje się cześć prawdziwemu Bogu, z poczuciem pewności wiary, że nasze modlitwy kierują się właśnie ku Niemu, a nie komuś/czemuś wykreowanemu przez nas.
Na zakończenie chciałbym zadać kilka pytań temu, kto uważa, że z przynależności do Kościoła nie ma większego pożytku i że w sprawach ducha można równie dobrze radzić sobie bez niego.
Czy rzeczywiście wierzysz, że Jezus Chrystus zna całą prawdę o Bogu i że jest pośrednikiem między Bogiem a ludźmi (1 Tm 2,5)? A jeśli tak, to czy z czystym sumieniem możesz odrzucić łaskę trwania w Nim?
Czy nie ulegasz iluzji własnej siły i nie boisz się fałszywych dróg, na których panami są duchowi złodzieje, rozbójnicy i najemnicy?
Czy nie ulegasz iluzji samowystarczalności, nie poddajesz się pokusie samozbawienia?
Czy nie boisz się, że ignorując Kościół, możesz zacząć wymyślać sobie boga i, co gorsza, zacząć oddawać mu cześć?
Oceń