Beatyfikacja od dołu

Beatyfikacja od dołu

, 0 recenzji

Na ten dzień czekaliśmy wszyscy. W dniu ogłoszenia daty beatyfikacji Jana Pawła II zadzwoniłem do Rzymu do ojca Konrada Hejmo OP z prośbą o kwatery dla 150 osób i rozglądałem się za jakimiś wejściówkami na plac św. Piotra. Pragnąłem dla młodzieży z duszpasterstwa wywyższenia. Wierni żołnierze Lednicy, współpracownicy w dziele Jana Pawła II, wierne psy. Uparłem się też na wyjazd autokarem, bo więcej czasu można być ze sobą, można razem coś zrobić, przeczytać, pomodlić się.
Panika i strach zniechęciły dość szybko wielu i tak jak się zapisali, tak szybko się wypisali z naszej listy. Z trzech autobusów zostały dwa, reszta miała dolecieć lub dojechać samochodami.

Wtorek wielkanocny. Nareszcie ruszamy. W drodze czytamy Christifideles laici, adhortację o miejscu i roli świeckich w Kościele. Mówimy jutrznię i nieszpory. Tak przez trzy dni. Na miejscu u ojca Konrada ścisk, ale spotykam wielu przyjaciół i znajomych. Są razem ze mną Tomasz Dostatni i Mirosław Nowak, dominikanie. Dosiadamy się do stołu ojca Konrada. Młodzież pożywia się ze wspólnego gara na poddaszu.

Od czwartku jesteśmy już w Rzymie. W piątek idziemy na Awentyn do św. Dominika, a sobotę rezerwujemy na telewizję, radio, pokazanie się na placu i odpoczynek. Od północy czuwanie w kościele św. Agnieszki na Piazza Navona. Rozglądam się jeszcze za jakimiś wejściówkami na plac lub chociażby sugestiami, jak się tam dostać. Bezskutecznie. Po krótkim czuwaniu w zatłoczonym kościółku, gdzie Włosi mieli już wszystko obstawione i nas nie potrzebowali, ruszamy w kierunku via della Conciliazione i placu św. Piotra. Kłócimy się o drogę, ponieważ każdy, kto chociaż raz był w Rzymie, chce dyrygować. Jest nas 150 osób. Koło zamku Anioła puszczają nas w jakiś zaułek, ale niedługo potem kierują w stronę via Conciliazione. Stoimy po prawej stronie pod ścianami budynków. Nie mamy żadnych wieści, ale nasze powiewające chorągwie lednickie wskazują miejsca, w których są nasi. Ta droga to droga do szczęścia. Rozpalone twarze, spuchnięte i piekące nogi. Wojtek i Hanka niosą za mną fotel. Jeszcze niedawno wyśmiałbym taki pomysł, ale teraz opadam na niego z ulgą, aby nogom dać chwilę odpoczynku. Woda, czekolada, kanapki, słodycze krążą w stałym obiegu. Jak nigdy zbliżam się do tych ludzi, którzy interesują się mną i moją kondycją. W innych warunkach w ogóle bym ich nie zauważył. Opowiadają kawały, aby mnie rozweselić i pocieszyć. Uśmiechają się, dodając odwagi. Krok po kroku zbliżamy się do placu. Jeszcze osiem latarni. Każda latarnia jak zdobyta twierdza. Robi się coraz jaśniej. Śpiewamy „Kiedy ranne wstają zorze”. Jakieś trzy odważne panie ostentacyjnie odmawiają głośno różaniec. Nie mam siły się dołączyć. Nie mam siły odpowiadać na pozdrowienia i ustawiać się do zdjęć. Wlokę się noga za nogą i co jakiś czas opadam na krzesło.

Osiem latarni za nami. Jeszcze kawałek i będziemy przy kolumnadzie. Teraz jest nareszcie czym oddychać. Koło siódmej rano wchodzimy na plac. Kontrola. Zabierają nam drzewce od chorągwi. Zostają same płótna. Wojtek zwołuje nas trąbką. Zalegamy obozem i natychmiast padamy. Na placu coraz ciaśniej. Jakieś nabożne niewiasty zgorszone napominają nas, aby nie profanować placu. Następnie natarcie wózków inwalidzkich. Świeci słońce. Jakieś chóry śpiewają podniośle. Nareszcie dziesiąta. Rozpoczyna się msza święta. I oczekiwana beatyfikacja. Odsłaniają obraz na frontonie bazyliki. Ryczę ze szczęścia i wzruszenia. Dobrze, że mam to krzesło.
Mistrzowskie kazanie Benedykta XVI dotarło do mnie dopiero następnego dnia w autobusie i kilka dni później w drodze na Lednicę. Cudowne frazy papieskiego świadectwa o świętości Jana Pawła II. Szczególnie te, mówiące o gigantycznej wierze Jana Pawła II odwracającej procesy dziejowe i wykuwającej przyszłość pozaczasową, która jest wiecznością. Z siłą olbrzyma otworzył dla Chrystusa politykę, ekonomię, cywilizację i kulturę, odwracając tendencję, która wydawała się nieodwracalna.

Przystępujemy do komunii św., a na koniec tworzymy ogromne koło i odmawiamy nasz akt wyboru Chrystusa. W ten sposób inaugurujemy Ruch Lednicki. Szczęśliwi, wracamy do bazy u ojca Konrada na posiłek. Mnie zabrała siostra Sabina samochodem. Młodzież wraca metrem.

W poniedziałek msza święta w kaplicy ośrodka i powrót do domu. W drodze kończymy lekturę Christifideles laici i przed zmierzchem dojeżdżamy do Tole koło Bolonii. Tam po kolacji w podniosłej atmosferze robimy podsumowanie naszej pielgrzymki. Wspominając wczorajsze doświadczenie ulicy i placu, nawet nie spostrzegliśmy, że o 21.37 On sam przyszedł do nas. Na rozpalonych twarzach pielgrzymów zobaczyłem Jego oblicze. Przyszedł, jak wtedy w Krakowie do okna, mówił spokojnie, wyraźnie, dobitnie. I chociaż Tole jest wysoko w górach, to spotkanie z Janem Pawłem nie było kwestią podwyższonego ciśnienia.

Człowieka należy mierzyć miarą serca: „Sercem!” – powiedział spokojnie. Odpowiadamy: „Warszawa 1979”.

„Kultura jest wyrazem człowieka. Jest potwierdzeniem człowieczeństwa. Człowiek ją tworzy – i człowiek przez nią tworzy siebie” – ciągnął dalej. Odpowiadamy: „Gniezno 1979”.

„Łaską waszego wieku jest obudzenie człowieka wewnętrznego. Nie można go gasić… Sami nie wiecie, jacy jesteście piękni, kiedy obcujecie z bliska z Chrystusem, z Mistrzem, starając się żyć w Jego łasce uświęcającej” – to On. Odpowiadamy: „Częstochowa 1979”.

„Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali” – najczęściej powtarzane zdanie. Odpowiadamy: „Jasna Góra, Apel 1983”.

„Musicie być mocniejsi niż warunki, w których przyszło wam żyć” – to zdanie jest moim osobistym skarbem i podnosi mnie na duchu, kiedy już padam. Odpowiadamy: „Kraków, okno 1987”.

„Dla chrześcijanina sytuacja nigdy nie jest beznadziejna. Chrześcijanin jest człowiekiem nadziei. To nas wyróżnia…. Nie można zdezerterować… Tego swojego Westerplatte nie można oddać!” – to niezwykle ważne. Odpowiadamy: „Westerplatte 1987”.

A potem jazda po całości: człowiek nie może przekroczyć samego siebie inaczej, jak tylko jako bezinteresowny dar z siebie samego, oraz przyszłość należeć będzie do tych, którzy zdołają przekazać przyszłemu pokoleniu motywy życia i nadziei.

Potwierdzały to rozpalone oczy pielgrzymów zapatrzone w Jego portret wiszący na ścianie. On jest wśród nas. Skąd oni to wiedzieli? Bo serca nasze pałały. Byliśmy jak uczniowie zdążający do Emaus i poznaliśmy Go po łamanym chlebie. Łzy przemyły nasze oczy. Widzieliśmy Go więc wyraźnie w twarzach bliźnich, tak brzydkich i pospolitych, a przecież tak pięknych. Ja płakałem i miałem problemy z widzeniem, ale wierzę młodym, którzy lepiej widzą i czują, że On naprawdę był wśród nas i nas pobłogosławił. Chyba przez to, że byliśmy razem i stworzyliśmy wspólnotę, do której On dotarł, tak jak my dotarliśmy do Niego.

Tyle miłości, ile otrzymałem podczas beatyfikacji, jak i podczas całej pielgrzymki, nie doświadczyłem nigdy w życiu. W tym hoteliku wieczorem mówiliśmy do siebie szeptem, aby nie zagłuszyć słów Błogosławionego.

Ta beatyfikacja odmieniła nasze widzenie, wracaliśmy do ziemi świętej nad Wartą. Jakież to szczęście, że byliśmy razem i że nie dostaliśmy tych wejściówek. Ja zaś przynajmniej na dwa lata mam zaliczony test wytrzymałościowy z survivalu. Dziękuję Ci, Błogosławiony Janie Pawle.

Beatyfikacja od dołu
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...