Czy msza była ważna?

Czy msza była ważna?

Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Jana

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

O pamiętnej mszy beatyfikacyjnej Jana Pawła II rozmawiałem z różnymi ludźmi. Jedną, zapewne nie najważniejszą, ale budzącą emocje, kwestią był charakter uczestnictwa we mszy za pośrednictwem telebimów, na przykład na Circo Massimo w Rzymie lub na placu Piłsudskiego w Warszawie. Czy w ten sposób przeżyta Eucharystia była spełnieniem niedzielnego obowiązku uczestnictwa w Eucharystii, czy też nie? Wątpliwości budził także sposób rozdawania komunii.

W Liście Apostolskim Jana Pawła II Dies Domini sprawa postawiona jest jasno: „W wielu krajach telewizja i radio dają możliwość zjednoczenia się z celebracją eucharystyczną w tym samym momencie, gdy jest ona sprawowana w miejscach świętych. Tego rodzaju transmisje same w sobie nie pozwalają oczywiście wypełnić obowiązku niedzielnego, to bowiem wymaga udziału w zgromadzeniu braci, którzy spotykają się w określonym miejscu, z czym wiąże się też możliwość komunii eucharystycznej”. Tę zasadę uważam za jak najbardziej słuszną. Niemniej jednak nasuwa się pytanie, czy 1 maja, ze względu na szczególne okoliczności, władze kościelne nie powinny uczynić wyjątku i powiedzieć wyraźnie, że uczestnictwo we mszy beatyfikacyjnej za pośrednictwem telebimu jest ważne, to znaczy stanowi wypełnienie niedzielnego obowiązku? I czy w konsekwencji księża nie powinni się zatroszczyć, aby w tego rodzaju zgromadzeniach rozdawana była komunia święta?
Wyobraźmy sobie, że ktoś przyjeżdża do Rzymu na uroczystości beatyfikacyjne. Bierze udział w czuwaniu nocnym z soboty na niedzielę. Potem próbuje przedostać się w okolice placu św. Piotra. Tam służby porządkowe zachęcają go, aby raczej udał się na Circo Massimo, gdzie będzie mógł śledzić mszę na wielkim ekranie. Nasz pielgrzym udaje się we wskazane miejsce, gdzie nie tyle ogląda mszę, ile za pośrednictwem telewizji stara się przez trzy godziny w niej uczestniczyć: odpowiada, śpiewa, przyklęka, modli się… Czy nie byłoby logiczne i w duchu miłości bliźniego, aby takiemu wiernemu ktoś udzielił komunii tam, na Circo Massimo? Czy też należy sztywno trzymać się przepisów, a ów zmęczony pielgrzym powinien wieczorem pójść do kościoła, aby zadośćuczynić obowiązkowi bycia na mszy niedzielnej?
Na Circo Massimo w momencie komunii do tysięcy wiernych przemówił kapłan, informując, że komunia nie będzie rozdawana, ale niech każdy w chwili ciszy przyjmie Jezusa w sposób duchowy. Dał więc jasno do zrozumienia, że zebrani tam pielgrzymi są uczestnikami mszy, a nie tylko widzami transmisji.

Inaczej było w Warszawie. Wierni, którzy w deszczu udali się na plac Piłsudskiego, by tam w skupieniu uczestniczyć we mszy, zaraz po papieskim błogosławieństwie zostali zaproszeni do uczestnictwa w mszy polowej na placu. Co było jasnym wskazaniem, że uczestnictwo w uroczystościach beatyfikacyjnych przed telebimem nie może być – nawet w tak wyjątkowych okolicznościach – uznane za rzeczywiste bycie na mszy. Ostatecznie wierni postępowali tak, jak zdrowy rozsądek i sumienie im dyktowało. Czy jednak nie tylko na Circo Massimo, ale także na placu Piłsudskiego nie należało zapewnić realnej komunii podczas tej szczególnej, „wirtualnej” mszy, a ludziom powiedzieć, że nie muszą już iść na „prawdziwą” mszę do kościoła? Nie mówię oczywiście o tych, którzy siedzieli w domu przed telewizorami.

Msze masowe, w których uczestniczy ponad milion wiernych, mają swoje prawa i trzeba uważać, aby nie popaść w śmieszność lub w bezduszność w egzekwowaniu przepisów. Bo czyż była jakaś istotna różnica między pielgrzymem, który stał obok Zamku Anioła, 50 m od końca via della Conciliazione, czyli fizycznie był częścią olbrzymiego zgromadzenia, ale w praktyce niewiele słyszał i niewiele widział, i komunia też do niego nie dotarła, a kimś, kto wybrał się na Circo Massimo i wpatrzony w ekran uczestniczył nabożnie w modlitwie? Z drugiej strony patrząc – czy lepiej stać w miejscu, gdzie nie można śledzić akcji liturgicznej ani słyszeć wypowiadanych słów, ale fizycznie być częścią zgromadzenia, czy też udać się dalej od ołtarza, bliżej telebimu, na którym wszystko widać i słychać?

Podczas mszy beatyfikacyjnej zarządzono, że komunia ma być rozdawana „normalnie”, czyli w określonym czasie i nie wolno jej przedłużać poza zakończenie przez Benedykta XVI mszy. W konsekwencji tej „normalności” i wierności regułom wiele osób nie przyjęło komunii. Co mieli zrobić? Pozostać bez komunii czy też po zakończonej celebrze biegać od kościoła do kościoła z nadzieją, że w którymś kapłani rozdają Ciało Pańskie? Czy naprawdę nie można było zrobić tak, że bez względu na zakończenie mszy kapłani rozdają komunię tak długo, jak trzeba? Chyba ważniejsze jest to, aby wierni otrzymali komunię, niż liturgiczne względy, zupełnie nieadekwatne do mszy masowej. Rozdający na mszy beatyfikacyjnej komunię mieli też przykazane, aby rozdawać ją tylko do ust. Tyle, że ludzie nie wiedzieli, że tak właśnie zarządzono, a wielu przyzwyczajonych do tego, że od lat w swoich parafiach przyjmują komunię na dłonie, wyciągało ręce. Wtedy ksiądz mógł popatrzeć na nich srogo i domagać się (choć nie wiadomo, w jakim języku) otwarcia ust. No cóż! Błogosławiony Janie Pawle, módl się za nami!

Czy msza była ważna?
Dariusz Kowalczyk SJ

urodzony w 1963 r. – jezuita, profesor teologii, wykładowca teologii dogmatycznej, profesor Wydziału Teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie. W latach 2003-2009 prowincjał Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego....