Artysta

Historia duchowieństwa to nieustanne balansowanie między dwoma przeciwstawnymi pojęciami: władzą i służbą. Biskup moich marzeń to artysta. Jego klasę rozpoznam, gdy pokaże mi swój niepowtarzalny patent na to, jak ten balans sensownie ułożyć.

Henry Scott Holland, zmarły w 1918 roku anglikański profesor i kanonik z Oksfordu, pewnego wieczoru wybrał się na spacer. Wdrapał się na wzgórze, by się przyjrzeć swojej ulubionej dolinie, parafialnemu kościołowi, cmentarzowi, na którym – jak zaznaczył w testamencie – miały zostać złożone jego kości. Nagle jego uwagę przykuło przelatujące stado szpaków. Holland, wytrawny znawca spraw kościelnych doznał – jak określają taki stan psychologowie – wglądu. W jednej chwili zrozumiał, że jego długoletnie eklezjologiczne dociekania da się zamknąć w tym jednym, prostym obrazku. Stado ptaków, z których żaden nie traci swej indywidualności, jest doskonale wolny, różny od innych. Na pierwszy rzut oka nie łączy ich nic – a mimo to wszystkie podążają w jednym kierunku. Oto Kościół.

Jeśli tak, to kim ma być w nim biskup? Nawigatorem, który wie, dokąd mamy lecieć? Liderem stada, w którego mamy się wpatrywać i który pokaże nam, jak lecieć należy? A może hodowcą, który daje nam znaki, wskazuje kierunek, sam nie dzieli jednak naszego doświadczenia, jest w zupełnie innym miejscu niż my?

W swoim dziennikarskim życiu napisałem kilkanaście jeremiad i lamentacji na temat relacji biskupów i wiernych. Po raz kolejny piszę to z bólem. Wydaje mi się, że to nie szeregowi pracownicy księża czy proboszczowie, ale szefowie lokalnych oddziałów, biskupi, są dziś najsłabszym ogniwem naszego Kościoła. Jasne, niektórzy z nich świetnie sobie radzą, aż kipią od duszpasterskich inicjatyw, ich kalendarze są wypełnione spotkaniami, wizytami, po prostu ich widać (jeśli owce mają iść za pasterzem, musi być go widać). Problem polega na tym, że pozostała część (choć pewnie też ma szczere chęci) zamyka się na tzw. biskupim trójkącie bermudzkim (kurie – celebracje – akademie), dzięki któremu skutecznie znika z radarów większości powierzonych sobie wiernych. Nie umie znaleźć sobie miejsca w zmieniającym się jak w kalejdoskopie świecie.

Dość już mam jednak jeremiad i analiz. Dlatego chętnie, na zlecenie redakcji, oddam się marzeniom. Bez drugiego dna i podejrzeń, że lista cech wymarzonych jest w istocie spisem grzechów à rebours… Czego oczekuję od biskupa? Po kolei.

Najważniejsze – chciałbym, żeby był człowiekiem, który lubi ludzi. Który szuka kontaktu z nimi, który chce się spotykać, zanim wypowie swój sąd – będzie słuchał. Który jest odważny i tam, gdzie inni widzą zagrożenie, on widzi szansę. Który ma pełną świadomość, że powierzona mu owczarnia to nie tylko ci, których widuje w kurii czy w kościele, ale i ci, których codziennie ogląda na ulicy. W Polsce (po kilku alkoholowych aferach) obowiązuje zasada, że biskup – niczym premier – nie może sam prowadzić samochodu, a o jego sprawy bytowe troszczy się zastęp sióstr. Marzy mi się biskup, który karmiąc wiernych niebieskim chlebem, wie, ile kosztuje bochenek baltonowskiego. Taki, którego można spotkać na rowerze, w księgarni, w parku. Który Mszę odprawia nie w kurialnej kaplicy, a ze swoim ludem. A po niej zrzuca ornaty i paliusze i staje przed wejściem do kościoła, by wysłuchać swoich wiernych. W dobie informacyjnej rewolucji codziennie zasypywani jesteśmy setkami komunikatów – prawdziwych, nieprawdziwych, pobożnych i bluźnierczych. Owszem, hierarcha może wszystkie intelektualne i duchowe siły rzucić do tej walki. Pisać listy, głosić konferencje, programować zastęp swoich księży. Sęk w tym, że gdy ilość informacji oraz dostępnych opcji rośnie w postępie geometrycznym, rolę znacznie ważniejszą od „sprzedawców idei” grać będą ci, którzy pomogą nam wybierać. Nawet reforma szkolnictwa idzie w tym kierunku – dzieciom nie wtłacza się już dziś do głów wiedzy, uczy się je samodzielnie docierać do źródeł, selekcjonować, sensownie układać zastany świat.

Zatem biskup moich marzeń to nie tyle naukowiec, ile nauczyciel. Który nie tyle mówi mi, kto ma rację, ile podprowadza mnie pod drzwi Prawdy, pozwalając, bym sam ją odkrył dla siebie. Żeby jednak to zrobić, biskup musi być człowiekiem, który sam tę drogę przeszedł. Uczeń nie zajdzie dalej niż jego mistrz. George Weigel postulował kiedyś, by przystępując do oceny, czy dany człowiek nadaje się na biskupa, nie tylko badano jego kompetencje organizacyjne, sprawdzając, przez ile lat był kurialnym dyrektorem lub jak sprawdził się jako rektor seminarium, ale też by postawiono pytanie, ilu ludzi się nawróciło, patrząc, jakim jest chrześcijaninem. Weiglowi zarzucono, że jest utopistą. Nie jest. Biskup w XXI wieku musi być – uwaga na słowo potwornie zdewaluowane przez nieustanne odmienianie – świadkiem. Facetem, który przeżył to, o czym opowiada. Autorytetem. Próbując zamknąć myśl w obraz – doświadczonym taternikiem, który nie sprzedaje swoich przygód na prawo i na lewo, ale którego, gdy siada wieczorem w schronisku, wszyscy słuchają, dopytują, jak stawiać kroki w ścianie, który służy radą, wsparciem, gdy ktoś pyta – mówi, gdzie popełniony został błąd. Gdy już wyjdziemy w góry i ktoś będzie musiał podejmować trudne decyzje, będziemy pewni, że podejmuje je właściwy człowiek, będziemy mieli do niego zaufanie.

Jeśli biskup wymaga od innych, by się modlili, sam musi się modlić, a nie tylko celebrować. Jeśli chce, byśmy pogłębiali swoją wiarę, po nim też musi być widać, że swoją wiarę pogłębia, że się w tej wierze rozwija. Marzy mi się biskup, którego mógłbym zobaczyć, jak bez żadnych ceregieli w środku swoich zajęć każe się kierowcy zatrzymać i wpada na chwilę na adorację do jakiegoś kościoła w diecezji. Wiem, że do modlitw ma on specjalną kaplicę, ale ja chciałbym go widzieć tutaj. Jak klęka bez pontyfikalnych szat między ludźmi, którzy właśnie pędzą z pracy do domu czy odwrotnie. Zaryzykuję tezę, że taki gest jest w stanie zyskać Panu znacznie więcej dusz niż seria stu najmądrzejszych listów pasterskich o potrzebie modlitwy. Ci wszyscy, którzy spotkają się z biskupem na modlitwie (albo na przykład w kinie), opowiedzą o tym w domu. U cioci na imieninach. Ktoś, słysząc to, przełamie w sobie jakiś lęk. Zagonionych między szkołą a parafialną kancelarią księży, którzy nie mają czasem siły nawet na odmówienie brewiarza, zachęci może przykład szefa, który ma czas i na modlitwę w ciągu dnia, i na chwilę sensownej rozrywki.

Jasne, że biskup to także szef. Teoria zarządzania zna dwa typy szefów – charyzmatycznych na pierwszy rzut oka i takich, których charyzmatem jest wyłuskiwanie ludzkich talentów. Biskup nie musi być świetny we wszystkim, musi jednak umieć nazwać dary swoich ludzi. Umieć tak pokierować ich rozwojem, by zachować zdrowy balans między rozwojem a ofiarą. Marzy mi się biskup odporny na zagrożenia, które niesie z sobą korporacja (Kościół w znaczeniu instytucjonalnym czasem korporacją bywa) – koterie, układy, rozmycie odpowiedzialności, „otorbianie” szefa, któremu serwuje się wyselekcjonowane informacje. Biskup oporny na zmęczenie materiału i pokusę myślenia o swojej funkcji jako o nagrodzie za trud, swoistym zwieńczeniu kariery. Do samej śmierci ma to być dla niego wyzwanie. Do końca ma analizować potrzeby wiernych, szukać odpowiedzi na ich pytania, kreować programy.

To chyba właśnie dlatego utarło się, że biskupami zostają kurialiści. Znają korporację na wylot, wiedzą, jak utrzymać ją w karbach, jak nią rządzić. Marzy mi się dzień, gdy biskupami zaczną zostawać w Polsce zdolni, zaprawieni we frontowych bojach proboszczowie, ludzie, którzy wiedzą, czym oddycha świat (ciekawostka – znam kurie, w których dyrektorzy wydziałów zostają na własną prośbę proboszczami, by mieć kontakt z kościelnym krwiobiegiem). Gdy nuncjusze i kardynałowie przestaną się bać, że nie udźwigną ciężaru wpatrzonych w nich oczu kolegów zawistników.

Wreszcie – ma to być biskup, który się nie boi tego, co jest za kościelnym płotem. Który czyta gazety, wie, czym żyje świat wokół, nie ucieka przed mikrofonem niczym przed ogniem piekielnym. Wbrew temu, co myślą biskupi, media nie mają swoich ideologicznych pupili. Media zajmuje ten, kto jest autentyczny. Bardzo lubiłem wieczorne programy francuskiego kanału KTO, w których gościli francuscy ordynariusze. Rozmawiali, żartowali, czasem wchodzili w spór z dziennikarką. Oglądając to, zastanawiałem się, skąd się u nas bierze to Bizancjum. To przekonanie, że biskup jest kimś w rodzaju księcia krwi, z którym nierzadko trudniej umówić się dziś na wywiad niż z ministrem. Dlaczego biedna „Gazeta Wyborcza”, chcąc ustalić, co myślą polscy biskupi, w święta kościelne rozsyła swoich korespondentów, by przyrządzali jej wycinki z biskupich homilii? A jeśli już przy nich jesteśmy – marzy mi się biskup nienadgryziony zębem polityki, nieczyniący tego typu aluzji, niewietrzący wszędzie spisków, niewspierający lewej lub prawej nogi. Biskup, o którym każdy mój niewierzący znajomy powie: dobry, godny zaufania, mądry człowiek. Ja mu dopowiem: i świetny ksiądz.

Zaczynam marudzić, więc na koniec znów wrócę do marzeń. Angielski teolog, profesor, publicysta Martyn Percy w swojej książce Clergy. The Origin of Species (Duchowieństwo. O pochodzeniu gatunków) pisze, że ponieważ zrębem Kościoła jest człowiek, a nie żaden system, skoro wiara to coś wymykającego się opisowi, a nie zbiór teorii, to również ci, którzy powołani są do tego, by swój Kościół prowadzić, powinni być bardziej artystami niż urzędnikami czy naukowcami. Percy zwraca uwagę, że historia duchowieństwa to tak naprawdę nieustanne balansowanie między dwoma pozornie przeciwstawnymi pojęciami: władzą i służbą. Biskup moich marzeń to artysta. Jego klasę rozpoznam, gdy pokaże mi swój własny, niepowtarzalny patent na to, jak ten balans sensownie ułożyć. Zainspiruje mnie nim i zachwyci. O kim po fajniejszej stronie życia będę mógł powiedzieć – to również dzięki temu człowiekowi tu jestem.

Artysta
Szymon Hołownia

urodzony 3 września 1976 r. w Białymstoku – absolwent psychologii w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie, dziennikarz, autor kilkunastu książek, w których często porusza tematy związane z rodziną i religią. Za...