Kościół, którego szukam

Kościół, którego szukam

Kościół przyszłości to wspólnota ludzi wzajemnie się potrzebujących, którzy mają świadomość, że ich istnienie w Kościele wciąż wzajemnie się warunkuje, że ksiądz bez wiernych, a biskup bez księży jest nikim.

Jedno z pierwszych publicznych spotkań bp. Stefana Regmunta z kapłanami jego nowej diecezji (zielonogórskogorzowskiej) miało miejsce niedługo po ingresie do katedry gorzowskiej, który odbył się 19 stycznia 2008 roku. Było to podczas konferencji rejonowych księży odbywających się zawsze w Gorzowie i Zielonej Górze w okresie ferii zimowych. Temat tegorocznych konferencji powiązany był z hasłem roku „Bądźmy uczniami Chrystusa” i podejmował kwestię relacji między biskupem a kapłanami, relacji wewnątrz prezbiterium oraz relacji ze świeckimi. Zastanawialiśmy się, w jakim stopniu są to relacje dojrzałe i odzwierciedlające relację uczeń – mistrz. Prowadziłem otwarty panel na ten temat, w którym wzięli udział kapłani, a któremu przysłuchiwali się biskupi naszej diecezji. Zacytowałem wówczas opinię jednego z moich świeckich przyjaciół, który brał udział w ingresie biskupa Regmunta. Z homilii biskupa zapamiętał, że biskup potrzebuje świeckich. Mój rozmówca dodał, że także świeccy potrzebują biskupa. Ta konstatacja stała się dla mnie punktem wyjścia do dalszej refleksji o tym, że Kościół jest wspólnotą ludzi nie tyle nawet służących sobie, ile o wiele bardziej potrzebujących się nawzajem. Biskup potrzebuje kapłanów, kapłani świeckich, świeccy biskupa, ale przecież także kapłani potrzebują biskupa, świeccy kapłanów, a biskup świeckich.

Niejednokrotnie zastanawiałem się nad poprawnością modelu Kościoła opartego na służbie. Oczywiście, fundament biblijny jest jasny: „Nie przyszedłem, aby Mi służono, ale żeby służyć” – mówi Jezus (Mt 20,28). Od służby jednak bardzo niedaleko do służalczości czy służalstwa. Więcej też (także w Kościele) takich, którzy dopominają się o służenie im, niż sami zabierają się do służby. A i służbę można realizować tak, że się de facto samego siebie czyni panem. To bardzo realne niebezpieczeństwo i chyba nie trzeba podawać tu przykładów. Wzywanie do czynienia czegoś w imię służby szybko może się stać sloganem, a nawet swoim własnym zaprzeczeniem. W niejednej kancelarii parafialnej można by pewno usłyszeć słowa: „Kto tu jest dla kogo?”, które w ustach je wypowiadających są oczywiście pytaniem retorycznym. A co ma do tego biskup?

Myślę, że pouczanie biskupów na niewiele się przyda. Podobnie zresztą i księży. I to nie dlatego, że nie chcą słuchać. Są pewno tacy, którzy chcą. I jest ich niemało. Biskup nie jest kimś oderwanym od reszty ludzi, przybywającym znikąd, objawiającym się deus ex machina. Soborowa prawda, że kapłan, a więc i biskup, jest „z ludu wzięty”, ma swoje konkretne konsekwencje. Biskup jest emanacją Kościoła, jego wizerunkową kwintesencją, zogniskowaniem zalet i wad kościelnej społeczności. Reforma i kształt episkopatu będą więc wypadkową reformy Kościoła. Ubi episcopus, ibi ecclesia (gdzie biskup, tam Kościół – św. Cyprian), mówi teologiczna zasada. Można do niej dodać o wiele bardziej egzystencjalną: Talis episcopus qualis Ecclesia – taki biskup, jaki Kościół. Nasze pragnienia dotyczące „biskupa, którego szukam” (von Balthasar pisał niegdyś o kapłanie, którego szuka) są w gruncie rzeczy pragnieniami „Kościoła, którego szukam”.

Kościół w Polsce ze względu na swoją wciąż jeszcze istniejącą masowość jest paradoksalnie w bardzo złej sytuacji. Obecność w nim wiernych, kapłanów i biskupów jest oczywistością. Wielu z nas usypia pewność, że tak było, jest i będzie. O ile proces odchodzenia ludzi od Kościoła nie jest w Polsce jeszcze znacząco widoczny, o tyle statystyki dotyczące powołań zaczynają być alarmujące, nawet jeśli weźmiemy poprawkę na niż demograficzny i emigrację młodego pokolenia Polaków. To skądinąd naturalny mechanizm, że człowiek doświadcza większego niepokoju i bardziej zaczyna się o coś troszczyć, kiedy staje w obliczu niebezpieczeństwa utraty jakiejś rzeczy. Ten mechanizm funkcjonuje także w Kościele, co doskonale widać w krajach, które dosięgła sekularyzacja i w których Kościół faktycznie znalazł się w diasporze. W Kościele, w którym jest coraz mniej wiernych i kapłanów, w którym kurczą się wspólnoty parafialne, a w konsekwencji – coraz trudniej znaleźć kandydatów na biskupów, wszystkie – jak to się mówi – stany Kościoła uświadamiają sobie coraz wyraźniej, że są sobie nawzajem potrzebne, że istnienie jednych bez drugich nie ma teologicznego sensu i że czas się wreszcie zatroszczyć o to, by żadnego z nich nie zabrakło. Niejednokrotnie brałem udział w uroczystości święceń diakonatu (diakonów stałych), święceń kapłańskich czy nawet biskupich w Europie i w Kanadzie. Wielkie katedry francuskie bywają wypełnione wiernymi podczas uroczystości święceń jednego nowego kapłana, podczas gdy w Polsce święcenia kilku czy kilkunastu nie gromadzą podobnego tłumu, który ogranicza się zasadniczo do rodziny i grupy najbliższych znajomych. Bardzo dobrze ilustruje to zupełnie inną świadomość eklezjalną polskich i niepolskich katolików.

Kościół przyszłości to wspólnota ludzi wzajemnie się potrzebujących, to znaczy takich, którzy mają świadomość, że ich istnienie w Kościele wciąż wzajemnie się warunkuje, że ksiądz bez wiernych, a biskup bez księży jest nikim. Tak, w sensie teologicznym to kapłan nie istnieje bez biskupa, ale w egzystencjalnym jest odwrotnie, to biskup praktycznie (także w znaczeniu – pastoralnie) „nie istnieje”. Wydaje się, że liturgia już to przewiduje. Gdy kapłan składa przyrzeczenie posłuszeństwa, wkłada swoje ręce w ręce biskupa. To na płaszczyźnie doświadczenia ważny moment w liturgii. Ręce biskupa i kapłana muszą się wzajemnie – jeśli tak można powiedzieć – poczuć. Co więcej, to doświadczenie musi trwać w całym kapłańskim i biskupim życiu, nie ograniczając się tylko do momentu święceń. Nie ma podobnego liturgicznego gestu, który obrazowałby relację między biskupem a ludźmi świeckimi. Jeśli jednak nawet nie przyrzekają mu czci i posłuszeństwa tak jak kapłani, to też chcieliby się czuć trzymani przez swojego biskupa. Niestety gest włożonych dłoni bywa zastępowany gestem całowania w biskupi pierścień, który – jak mi się wydaje – bardziej przywołuje średniowieczne homagia i inwestytury przejęte z ceremoniału świeckiego, niż rzeczywiście wyraża communio Kościoła. Ten gest zbyt silnie przywołuje konotacje z poddaństwem i rzadko kiedy jest rozumiany (przez obie zresztą strony) bardziej jako uszanowanie sakramentu niż osoby obdarzonej tym sakramentem. A przecież służbę bardzo łatwo zastąpić poddaństwem.

Myślę więc, że w sposobie obecności w Kościele nie tyle chodzi o to, by być „dla”, ile o to, żeby być „z”. Bycie „dla” łatwo zniekształcić, łatwo uczynić z tej postawy pretensjonalne męczeństwo, cechujące ludzi (także Kościoła) podkreślających, jak to oni się poświęcają i ofiarują dla innych. Kościół nie polega na tym, by robić coś „dla” kogoś, bo to zawsze będzie przypominać usługę i tworzyć między ludźmi zależności oparte na oczekiwaniu wdzięczności. Kościół polega bardziej na tym, by czynić go „z” innymi. Inaczej będziemy mieli Kościół księży, którzy są dla wiernych, Kościół wiernych, którzy są dla księdza, i Kościół z biskupami, którzy przeżyją swoje powołanie we wzniosłej świadomości samoofiarowania się dla innych, która może graniczyć z pychą. Zresztą nie jest to niebezpieczeństwo zagrażające jedynie biskupom. Niejeden młody ksiądz wkracza w kapłańskie życie z fałszywie martyrologiczną świadomością. Oby tylko kiedyś nie znalazł się w terno!

Jaki jest więc ów „biskup, którego szukam”? To biskup żyjący z ludźmi, dzielący swoje życie z Kościołem, mający świadomość, że bez nas jest nikim, a my nikim bez niego, że tworzymy Kościół ludzi wzajemnie się potrzebujących. Czy są tacy biskupi? Są. Lista do wglądu u autora.

Kościół, którego szukam
ks. Andrzej Draguła

urodzony 5 stycznia 1966 r. w Lubsku – prezbiter diecezji zielonogórsko-gorzowskiej, doktor habilitowany teologii, profesor na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Szczecińskiego, kierownik Katedry Teologii Praktycznej w Instytucie Nauk Teologicznych US, członek Komitetu Nauk...