Dla was i z wami

W naszych czasach odrzucających autorytety „z namaszczenia” biskup nie może być inny jak tylko święty. Gdyby święty nie był, będzie w najlepszym razie jedynie dygnitarzem.

Marzy mi się taka znana już z historii sytuacja – oto przez aklamację biskupem zostaje wybrany najwłaściwszy człowiek. Jak św. Marcin – tak, ten od dzielenia się własnym płaszczem – którego autorytet mnicha i sława świątobliwości spowodowały, że został wręcz zwabiony do Tours, gdzie w 371 roku mieszkańcy miasta, duchowni i świeccy, ubłagali go w katedrze, aby zechciał przyjąć biskupią godność. Bywały w dawnych czasach wypadki wyboru biskupa spośród najświątobliwszych chrześcijan, którzy ani o to nie zabiegali, ani się tego nie spodziewali. Mądrzy wierni wskazali odpowiednią osobę. Marzy mi się, żeby nie było cienia prawdy w dowcipie krążącym w seminaryjnych kuluarach: „Z powołaniami do stanu duchownego różnie, ale powołań na biskupów nigdy nie brakuje”.

Święty Paweł nie mógł powiedzieć, że biskup powinien być święty, słowo „święty” miało wtedy bowiem ograniczone znaczenie. Za świętego uznawano każdego wyznawcę Chrystusa, na którym nie ciążyła wina popełnienia któregoś z uczynków zagrożonych kościelnymi sankcjami. Kolejne pokolenia przynosiły własną interpretację tego pojęcia. Dziś wielu z nas uważa, że święty to ktoś, kto się codziennie nawraca.

W naszych czasach odrzucających autorytety „z namaszczenia” biskup nie może być inny jak tylko święty. Gdyby święty nie był, będzie w najlepszym razie jedynie dygnitarzem. Nie są konieczne tytuły naukowe ani nie wystarczy poklask zyskany zręcznymi zabiegami. Nie chodzi o wybór dyplomaty czy wybitnego administratora z menedżerskim talentem. Bo – jak sugeruje praktyka – tam, gdzie ludzie są motywowani przez wiarę i hojność, nawet niedoskonałe struktury wydają się łatwiejsze do zniesienia. Dobrze, gdyby biskup miał umiejętności kierownicze, przyrodzone czy nabyte. Ale nie one powinny decydować. Najważniejszy jest charakter i otwarcie na Ducha Świętego.

A że nie ma kursów charakteru, świętości, nawet w seminariach, „przysposobienie” w tym punkcie musi się odbywać za sprawą nieustającego samoszkolenia w „przedmiocie” własnej relacji z Bogiem. Biskup musi być człowiekiem modlitwy. Ktoś mądrze powiedział, że ludzie nie nawracają się pod wpływem dokumentów eklezjalnych ani prac teologicznych. Opowiada jeden z polskich biskupów, jak to po rekolekcjach podeszło do niego kilka osób: „Prosimy, aby ksiądz biskup, nie licząc się z naszą obecnością, ukląkł i do mikrofonu, ale tak zwyczajnie, jak robi to codziennie, odprawił swoją medytację. Bo świadectwo tego, jak ksiądz biskup medytuje, jak pozwala Bogu się prowadzić, jest nam potrzebne”. I biskup sobie poradził, bo – jak pisał – modlitwa jest dla niego próbą ulegania Duchowi Świętemu.

 Działo się to – spieszę uściślić – na rekolekcjach dla księży. Jednak w dzisiejszych czasach nie tylko duchowni powinni mieć okazję, by podobną postawę zobaczyć na własne oczy. Marzy się zmniejszenie dystansu między biskupem i świeckimi. Bo nie ma nic smutniejszego niż biskup nieprzystępny.

Musi, jeśli się tam, nie daj Boże, znalazł, zejść z patriarchalnego piedestału. Wejść w dialog, który jest podstawą zrozumienia. Trzeba, żeby odrzucił postawę protekcjonalności, dyktowania z góry. Wydaje się, że w Polsce, w Kościele, zbyt kurczowo trzymamy się przerobionego wedle naszych pojęć modelu pasterzy i owieczek. Może wraz z tą metaforą podświadomie utrwala się przekonanie, że pasterz i owieczki to dwa różne gatunki… Warto więc chyba zacytować słowa św. Augustyna, który tak pisał do wiernych: „W odniesieniu do was jesteśmy pasterzami, lecz wobec najwyższego Pasterza jesteśmy owcami jak i wy. […] Dla was jestem biskupem, ale z wami jestem chrześcijaninem”. Czy po tylu wiekach mamy jeszcze tego świadomość? Zbyt często pokutuje przekonanie, że owce nie potrzebują wolności, tylko kierownictwa. I tak myślący pasterz nie uważa za stosowne rozmawiać z owcami.

W duchu praktyki wyartykułowanej dawno temu przez św. Cypriana – „Jest u mnie zasadą, że nie podejmuję decyzji sam, opierając się jedynie na własnym zdaniu, bez konsultowania się z wami, prezbiterzy i diakoni, i bez aprobaty wiernych” – Jan Paweł II wyraźnie dał do zrozumienia, że konieczne jest wyplenienie arogancji ludzi Kościoła. W liście do biskupów Pensylwanii i New Jersey (12 września 2004 roku) napisał między innymi:

W ramach właściwie pojętej eklezjologii komunii, zamiar stworzenia lepszych struktur uczestnictwa, konsultacji i współodpowiedzialności nie może być rozumiany jako ustępstwo wobec świeckiego demokratycznego modelu sprawowania władzy, lecz nieodzowny warunek autorytetu biskupa i konieczny środek wzmocnienia tego autorytetu.

Konieczne jest więc przysłuchiwanie się wszystkim wiernym – nie tylko duchownym, ale i świeckim, nie tylko mężczyznom, ale i kobietom, biednym i bogatym, pobożnym i poszukującym. Nie wystarczy sam udział świeckich w organach władzy i administracji kościelnej. Chodzi o to, żeby nie byli w nich tylko figurantami i przytakiwaczami. Często tak się, niestety, dzieje, ponieważ ci nieliczni dobierani są właśnie przez hierarchię. A stopień, w jakim świeccy uczestniczą w życiu Kościoła, zależy od stylu kierowania nim przez hierarchów.

Weźmy kolejny przykład, tym razem z najnowszych dziejów Kościoła amerykańskiego. Księża pedofile zrobili bardzo wiele złego, ogromnie zaszkodzili Kościołowi. Może jeszcze bardziej jednak zaszkodził styl zarządzania Kościołem w odpowiedzi na to zjawisko. Głośno mówiło się o defekcie organizacyjnym wynikającym z nadmiernej władzy hierarchii, która nie dość troszczyła się o dzieci (wiernych świeckich), ale dbając przede wszystkim o reputację księży, chroniła tym samym (na krótko) instytucjonalny wizerunek Kościoła. W związku z ujawnieniem zjawiska pedofilii księży rozpowszechniło się też przekonanie – i trudno byłoby wykazać, że to opinia błędna – iż do skandalu by nie doszło, gdyby świeccy (przede wszystkim kobiety – matki) mieli głos w kwestii postępowania z dewiantami. Największe oburzenie wiązało się z zarzutem, że bostoński kardynał „ukrywał i chronił zło”. I trzeba zaraz dodać, że Amerykanie, wrażliwi na skłonność instytucji do ulegania korupcji, mają poczucie, że im instytucja mniej transparentna, tym bardziej jest narażona na podejrzenia o nieczyste machinacje. Uciekając od zasad instytucjonalnej przejrzystości, władze kościelne narażają zatem swój autorytet na szwank. Od zwierzchników instytucji, z Kościołem włącznie, wymaga się odpowiedzialności, co więcej: odpowiedzialności podlegającej rozliczeniu.

 W sytuacji skandalu obyczajowego po wielu miesiącach narastającej krytyki protest wiernych zmusił do odejścia bostońskiego kardynała. Trzeba było wybrać jego następcę. „Rzecznikowi pokory przypada najwyższa władza w archidiecezji bostońskiej” – tak „The Washington Post”, wpływowy dziennik w stolicy Stanów Zjednoczonych, zatytułował artykuł komentujący wybór arcybiskupa Seana Patricka O’Malleya na pasterza zwolnionej newralgicznej placówki. Właśnie – pokory. Wierni z poprzednich miejsc pracy ojca O’Malleya z wdzięcznością zapamiętali go jako brodatego zakonnika w zużytych sandałach, który mieszkał koło nich i walczył o ich sprawy, skromny i niezwykle ofiarny duchowny poważnie podchodzący do swojego powołania i ślubu ubóstwa.

Wybór Seana O’Malleya, kapucyna, uznano za zaskakujący, ponieważ obserwatorzy nie brali jego kandydatury pod uwagę. Zakonnicy rzadko stają na czele amerykańskich diecezji. (W USA na 195 diecezji tylko 21 prowadzonych jest przez biskupów zakonników). Jak przewidywano, był to wybór „bardzo taktycznie słuszny”. Co więcej, z perspektywy kilku lat widać już jego dobre owoce.

Przypadek arcybiskupa O’Malleya, jakkolwiek rzadki, nie jest jedyny. Wcześniej arcybiskupem Denver w stanie Kolorado został inny amerykański kapucyn Charles Chaput. (Pisałam o nim w artykule Amerykańscy biskupi Odnowy, „Pastores”, nr 22, 2004). Obaj urodzili się w 1944 roku, a wyświęceni zostali tego samego sierpniowego dnia w 1970 roku. Uważa się ich za najlepszych i najzdolniejszych biskupów powołanych przez Jana Pawła II.

Zajrzyjmy do Listu do Tymoteusza. Święty Paweł zwraca uwagę na ważny konkret – biskup powinien mieć talent gospodarski i pedagogiczny. Owo podejście pedagogiczne musi być jednak dostosowane do naszych czasów. Przestarzała pedagogika daleko nie zaprowadzi! Przyniesie odwrotny skutek. Kościół otwarty, wspólnotowy i służebny wymaga rozszerzenia postawy partnerstwa, a nie patronizowania! Myślę, że nie bez kozery św. Paweł zwracał uwagę na fakt, że biskup musi być osobą sprawdzoną w rodzinie! Czy takich cech nabywa się za kurialnym biurkiem? Dlatego też narzuca się wniosek, że biskup znacznie częściej powinien być wybierany spośród wspólnot zakonnych.

Powinien wreszcie być świadom tego, że właśnie z racji urzędu wielkim niebezpieczeństwem będzie dla niego pycha. Święty Paweł, wymieniając pożądane cechy biskupa, robi celne psychologicznie spostrzeżenie. I nawet gdyby biskup w momencie obejmowania swojego urzędu nie grzeszył zadufaniem, będzie narażony na pokusę „wbicia się w pychę”. Kardynał Henri de Lubac mówił otwarcie:

Jesteśmy czasami kuszeni do popierania tego, co schlebia naszej pysze i karmi naszą korzyść własną, mimo że Ewangelia zaleca pokorę i wyrzeczenie się. Osoby, które mają prestiż, wpływ i władzę, zwykle chcą je zachować lub powiększyć. Ci, którym ich brak, chcą je zdobyć. Obie grupy muszą przejść nawrócenie.

Dla was i z wami
Joanna Petry Mroczkowska

dr nauk humanistycznych, tłumaczka, eseistka, krytyk literacki. W związku z pobytem w Stanach Zjednoczonych zajmuje się w ostatnich latach głównie tematyką dotyczącą kultury amerykańskiej oraz chrześcijańskiego feminizmu....