Amerykanie otwierają się na plan Boży
fot. brennan ehrhardt / UNSPLASH.COM

Amerykanie otwierają się na plan Boży

Oferta specjalna -25%

Dzieje Apostolskie

0 opinie
Wyczyść

Antykoncepcja niemoralna? Co za nonsens! – powtarzali wszyscy, od robotników pracujących przy budowie rurociągu na Alasce po salony Nowego Jorku i Waszyngtonu. Najbardziej zszokowani byli jednak sami katolicy, którzy od prawie 50 lat nie słyszeli, że ich Kościół ma jakiś „problem” ze sztuczną regulacją płodności.

Wyobraź sobie przez chwilę, że ogromna część świata żyje rządzona przez ideologię, która wywołuje widoczne spustoszenie w ekonomii, życiu społecznym i moralności. Wyobraź sobie, że negatywny wpływ tych idei na ludzi pod ich dominacją jest również zauważalny – właśnie dlatego spora grupa naukowców namęczyła się, by zgromadzić empiryczną dokumentację ukazującą, jak bardzo ta ideologia szkodzi ludzkości. A teraz wyobraź sobie, że pomimo całej dokumentacji ukazującej zgubny skutek owych niebezpiecznych idei wiele osób, a wśród nich wiodący intelektualiści, ignoruje fakty. Niektórzy zwyczajnie odrzucają niewygodne informacje. Inni niezdarnie próbują przerzucić winę za złe skutki na cokolwiek innego. Jeszcze inni – w wyjątkowo przewrotny sposób – przekonują, że w gruncie rzeczy konsekwencje całej tej ideologii są pozytywne: mogą się wprawdzie wydawać złe dla prostych nieoświeconych umysłów, ale nie dla tych, których świadomość jest odpowiednio pogłębiona. Jeśli wydaje ci się niewiarygodne, by skądinąd wykształceni ludzie w posiadaniu empirycznych dowodów mogli wybrać raczej ślepotę i ignorancję niż fakty, wiedz, że to się już kiedyś stało”.

Tak rozpoczyna swoją książkę Adam i Ewa po pigułce Mary Eberstadt1. Wydarzeniem w intelektualnej historii Stanów Zjednoczonych, do którego nawiązuje autorka, jest zimna wojna. Trudno w to uwierzyć z dzisiejszej perspektywy, szczególnie polskiej, ale do samego upadku muru berlińskiego większość wydziałów nauk politycznych i społecznych amerykańskich uniwersytetów, uwiedziona wyidealizowanym marksizmem, głosiła wręcz antyantykomunizm, wybielając bądź świadomie ignorując brutalne fakty na temat realnego życia w komunistycznych krajach i flirtując beztrosko z abstrakcyjną ideą komunistycznego porządku. „Wola niedowierzania” – tak Eberstadt podsumowuje postawę lewicowej amerykańskiej inteligencji wobec niewygodnych faktów docierających zza żelaznej kurtyny, twierdząc, że ten sam intelektualny mechanizm na o wiele szerszą skalę nadaje ton współczesnemu dyskursowi o skutkach rewolucji seksualnej lat 60. XX wieku. Jak to możliwe?

Pigułka antykoncepcyjna – nazwana przez autorkę największym przełomem w relacjach damsko-męskich od czasów grzechu pierwszych rodziców – miała początkowo pomóc małżonkom w skuteczniejszym i bardziej odpowiedzialnym planowaniu potomstwa, tymczasem wyzwoliła ona w społeczeństwie nieokiełznane procesy wiodące błyskawicznie do „odstygmatyzowania niemałżeńskiego seksu oraz do redukcji związków i relacji seksualnych w ogólności do swoistej higieny i rekreacji, gdzie wszystko jest dopuszczalne tak długo, jak długo dotyczy to dorosłych, którzy wyrażają na to zgodę”. Niekwestionowane dane zgromadzone na przestrzeni ostatnich 50 lat pokazują drastyczną zmianę społeczną: spadek liczby zawieranych małżeństw, wzrost liczby rozwodów, coraz więcej dzieci urodzonych poza węzłem małżeńskim, destabilizację rodziny i innych relacji w społeczeństwie, wzrost tendencji do depresji i zaburzeń osobowości. Trudno jest zaprzeczyć tym danym, można jednak w nieskończoność kwestionować ich związek ze zgodą na łatwy seks bez zobowiązań, można również – jak większość amerykańskich mediów i uniwersytetów – twierdzić, że w gruncie rzeczy mamy do czynienia z postępem, a owe alarmujące dane to raczej nieliczne odstępstwa od reguły, zjawiska marginalne i słabo udokumentowane, którym nie warto poświęcać uwagi. Ta postawa masowej kultury jest oczywiście zjawiskiem złożonym, a uproszczenia nigdy nie są pomocne w procesie rozumienia świata, niemniej zarysowany powyżej problem ideologizacji dyskursu i swoistej negacji faktów pokazuje trudność kontekstu, w którym rozgrywa się kwestia antykoncepcji w Ameryce.

Czy oni się z tego spowiadają?

Gdy w lutym 2012 roku administracja prezydenta Baracka Obamy przedstawiła projekt reformy służby zdrowia, w kraju rozgorzała wojna. Jak można było przewidzieć, republikanie z oburzeniem zaatakowali proponowany powszechny obowiązek wykupu polisy ubezpieczeniowej, argumentując, że rząd federalny nie ma prawa zmuszać wolnych obywateli do zakupu jakiegokolwiek produktu wbrew ich woli, a demokraci zgodnie z oczekiwaniami odpowiadali, że tylko najbogatszych (czyli republikanów) stać na taką filozofię, zaś bardziej rozbudowany system socjalny zbliżony do modelu europejskiego państwa opiekuńczego jest niezbędny, by chronić interesy biedniejszych obywateli. Przedstawicieli obu stron politycznej sceny najbardziej zaskoczył jednak niespotykany od lat wspólny front utworzony przez katolickich biskupów Ameryki wobec innego aspektu planu Obamy, a mianowicie włączenia w zakres podstawowego ubezpieczenia zdrowotnego trzech pozycji jawnie sprzecznych z moralnym nauczaniem Kościoła: środków antykoncepcyjnych, środków wczesnoporonnych oraz sterylizacji. Jeśli projekt Obamy wszedłby w życie, katoliccy pracodawcy w tysiącach placówek edukacyjnych, szpitali, ośrodków pomocy zostaliby zmuszeni do płacenia za to, by ich pracownicy mieli darmowy dostęp do usług medycznych ewidentnie niezgodnych z katolicką moralnością. Słowa „Brońmy wolności religii” stały się oficjalnym zawołaniem katolickiej opozycji. Przy czym akcent został raczej położony na konstytucjonalny aspekt sprawy niż na kwalifikację moralną wspomnianych usług, jednak w powszechnym odbiorze – kształtowanym przez stronnicze media – apel biskupów przedstawiany jako atak na „prawo kobiet do antykoncepcji” spotkał się z niezrozumieniem, cynizmem, a często wręcz z agresją. Ale przede wszystkim z zaskoczeniem: Antykoncepcja niemoralna? Co za nonsens! – powtarzali wszyscy, od robotników pracujących przy budowie rurociągu na Alasce (gdzie wtedy mieszkałem) po salony Nowego Jorku i Waszyngtonu. Najbardziej zszokowani byli jednak sami katolicy, którzy od prawie 50 lat nie słyszeli, że ich Kościół ma jakiś „problem” ze sztuczną regulacją płodności.

– Pigułka pojawiła się na rynku w 1960 roku i od razu zrobiła furorę, także wśród katolików – opowiada dominikanin o. Gus Hartman. – Gdy Paweł VI osiem lat później napisał encyklikę Humanae vitae, w której potępił antykoncepcję, mało kto potraktował to serio, bo do pigułek wszyscy zdążyli się już przyzwyczaić. Kultura teologiczna lat 70. i 80., nazywana przez George’a Weigla „kulturą buntu”2, nie sprzyjała przekazowi kościelnych zastrzeżeń wobec antykoncepcji, nie wspominając już o absolutnie kontrkulturowych papieskich ostrzeżeniach przed groźbą szeroko pojętej antykoncepcyjnej mentalności. W związku z tym kolejne pokolenia amerykańskich katolików wyrastały w przekonaniu, że środki antykoncepcyjne są czymś tak naturalnym jak tabletki na przeziębienie, a popierająca projekt Obamy katolicka marszałek Kongresu Nancy Pelosi mogła w lutym 2012 roku z przekonaniem powiedzieć, że akcja biskupów jest absurdalna, bo przecież 98 proc. katoliczek w Ameryce stosuje antykoncepcję3.

– Mimo ogromnego zła, jakim była proponowana przez Obamę reforma, był też przynajmniej jeden powód do radości – mówi Michael, 24-letni student elitarnej szkoły prawa i redaktor kilku filozoficznych portali internetowych. – Katolicy nie mogą już twierdzić, że nie wiedzą, jakie jest nauczanie Kościoła w kwestii antykoncepcji.

Michael opowiada, jak szokujące było dla niego odkrycie, że nawet jego rodzice – przez lata prowadzący w parafii przygotowanie do małżeństwa – regularnie stosowali antykoncepcję i zupełnie nie mieli pojęcia, że Kościół naucza inaczej.

Można by wiele pisać o rodzicach Michaela i owych 98 proc. im podobnych, warto może jednak zapytać samego Michaela i tych nielicznych, którzy świadomie antykoncepcję odrzucają, dlaczego wybierają tak nieoczywistą drogę. Zamiast zatem opowiadać o moich wrażeniach z pracy w Ameryce, postanowiłem oddać głos samym Amerykanom, moim przyjaciołom i studentom, reprezentującym różne pokolenia urodzone i wychowane w „erze pigułki”.

Dzieci soboru: Beav i Michele

– Urodziłem się w katolickiej rodzinie w Minnesocie, gdzie tradycyjna wiara była przekazywana z pokolenia na pokolenie od czasu przybycia tam moich europejskich prapradziadków w XIX wieku – zaczyna swoją opowieść Beav, 49-letni elektryk z Anchorage na Alasce. – Pamiętam modlitwy i rytuały naszej rodziny. Wszystko zaczęło się zmieniać w latach 70.: nasza parafia wybrała opcję progresywną, pozbyliśmy się nabożeństw, wspólnej modlitwy, przestano spowiadać, pojawiła się natomiast bardzo negatywna retoryka wobec papieża i ogólnie kościelnych doktryn, szczególnie tych „przestarzałych”, związanych z ludzką seksualnością. Dlaczego więc wciąż uważaliśmy się za katolików? Sam nie wiem, już wtedy wydawało mi się to dziwne. Wraz z rodzeństwem opuściłem Kościół dopiero w latach 80. Moi rodzice pozostali katolikami, ale tylko z nazwy. Byłem poza Kościołem osiemnaście lat i był to dla mnie bardzo burzliwy czas. Z powrotem przyprowadziły mnie długie dyskusje z moją znajomą Michele, pierwszym dobrze wykształconym i rzeczywiście oddanym swej wierze katolikiem, jakiego w życiu spotkałem. Jej logika była solidna, jej argumentacja klarowna, a jej życie wyraźnie pokazywało, że ona naprawdę wierzyła w to, co deklarowała. Zatem dwanaście lat temu powróciłem do Kościoła i ożeniłem się z Michele, mamy pięcioro wspólnych dzieci i jedno z mojego poprzedniego małżeństwa. Nasza rodzina jest bardzo oddana nauczaniu Chrystusa: modlimy się razem, staramy się być codziennie na mszy. Kształcimy nasze dzieci w domu, są lekcje teologii i historii chrześcijaństwa i im więcej sam się przez to uczę, tym bardziej kocham i szanuję mądrość Kościoła.

Jak można się domyślić z mojej opowieści, żyłem po obu stronach debaty dotyczącej kościelnej moralności seksualnej. Widziałem konsekwencje obu postaw i doświadczyłem ich sam, a potem podjąłem decyzję. Mocno wierzę, że stanowisko Kościoła w sprawie antykoncepcji jest właściwe. Ani ja, ani Michele przez długi czas nie myśleliśmy o dzieciach: robiliśmy karierę, realizowaliśmy własne ambicje, ale gdy się pobraliśmy, postanowiliśmy otworzyć się całkowicie na Boży plan. Kościół uczy, że zależnie od sytuacji rodzinnej małżonkowie mogą uznać, że nie jest to czas na kolejne dziecko – naturalne planowanie rodziny przychodzi tu z pomocą – ale my stwierdziliśmy, że przecież zawsze będzie uczucie jakiegoś lęku, obawa przed kolejnym dzieckiem, więc jeśli nie mamy naprawdę obiektywnych powodów, by na danym etapie nie mieć następnego dziecka, współżyjemy i zdajemy się na Boże prowadzenie. Pięcioro dzieci! Za każdym razem, gdy Michele jest w ciąży, zadaję sobie pytanie: jak damy radę? I gdy pojawia się każde kolejne dziecko, mówię: jak tragicznie byłoby nie mieć tego cudnego nowego człowieka w naszym życiu! Przez lata nauczyłem się ufać Bogu bardziej niż sobie. I widzę wyraźnie, jak prawdziwe były prognozy papieża Pawła VI w Humanae vitae – dramat aborcji, rozwodów i narcystyczne społeczeństwo jako skutki szerokiego stosowania sztucznej antykoncepcji to dla mnie dziś więcej niż abstrakcyjna teoria.

– Moja droga była całkiem inna niż Beava – mówi Michele, 48-letnia doktor genetyki behawioralnej, z tytułami akademickimi z psychologii, socjologii i kulturoznawstwa. – Choć jako dziecko również doświadczyłam gwałtownych zmian w kulturze katolickiej, ze wszystkimi „aktualizacjami” praktyk sakramentalnych i dewocyjnych (usunięcie z naszego kościoła parafialnego starych ołtarzy, postaci świętych, konfesjonałów), to jednak w tym zmieniającym się krajobrazie kulturowym otrzymałam solidną katolicką formację. W szkole średniej usłyszeliśmy nawet, że antykoncepcja jest grzechem, choć nie pamiętam, jak zostało to uargumentowane. Nie to jednak miało kluczowe znaczenie: o wiele ważniejsze były rozmowy z rodzicami na dorosłe tematy. Wyniosłam z tego dwa przekonania: po pierwsze, że nie istnieje pytanie dotyczące wiary i moralności, na które Kościół nie miałby racjonalnej, logicznej odpowiedzi, a po drugie, że reguły w Kościele są po to, by pomóc nam wzrastać w szczęściu i by promować godność ludzkiej osoby. Nie czytałam Humanae vitae przed pójściem do college’u, ale tak naprawdę poznałam i przyjęłam jej argumentację jako nastolatka i doceniłam jej jasność i klarowność. Zaczynałam się też interesować naukami ścisłymi, zwłaszcza genetyką, i już w szkole średniej wzdrygałam się na myśl o wpompowywaniu w ciało kobiety sztucznych hormonów (pigułki). Niezależnie od kwestii grzechu i moralności byłam po prostu zdegustowana nienaturalnością i szkodliwością tej metody. Dla mnie, jako aktywnego sportowca, odpychająca była idea antykoncepcji – jej medyczny aspekt oraz brak samokontroli i samodyscypliny, do którego prowadzi używanie pigułki.

W dorosłym życiu moje zastrzeżenia co do antykoncepcyjnej mentalności tylko się potwierdziły. Moi przyjaciele sypiali z różnymi osobami, tłumacząc, że inaczej się nie da. Wielu z nich pozostawało w zupełnie przypadkowych relacjach i miało dzieci z kobietami czy mężczyznami, z którymi nie planowali wiązać się na całe życie. Obserwując to ze smutkiem, nie spieszyłam się z budowaniem relacji i modliłam się o dobrego męża. Teraz widzę, że Bóg miał plan dla nas obojga.

Droga do wolności: Tiffany

– Zaczęłam współżyć seksualnie jako piętnastolatka i w ciągu kolejnych lat miałam 12 partnerów – mówi Tiffany, 35-letnia żona i matka pięciorga dzieci. – Nigdy nie pisnęłam słowa o antykoncepcji w rozmowach z chłopakami, z którymi sypiałam, bo zwyczajnie się bałam, że ich stracę. To oni podejmowali decyzje. Niektórzy używali kondomów, inni nie. Ja nigdy nie wzięłam pigułki… Bardzo chciałam stracić dziewictwo, wydawało mi się, że wszyscy moi rówieśnicy prowadzą bujne życie seksualne. Czystość oznaczała, że jestem niechciana i nieatrakcyjna, tak przynajmniej wtedy rozumowałam. Gdy spotkałam mojego przyszłego męża (zaczęliśmy sypiać ze sobą już po kilku tygodniach znajomości), powoli zaczynałam dostrzegać płyciznę mojego myślenia o seksie: możliwość stworzenia nowego człowieka poprzez ten akt nie była dla mnie niczym więcej niż ekscytującym wydarzeniem, które związałoby mnie z moim mężem na wieki.

Pobraliśmy się i… przez siedem lat nie mogliśmy mieć dzieci. To głębokie, tajemnicze doświadczenie spowodowało, że zaczęłam rozumieć twórczą potęgę seksu. Gdy chcieliśmy dziecka i nie dostawaliśmy go, czułam się pogubiona. Długo modliliśmy się w tej intencji, aż wreszcie pogodziliśmy się z niepłodnością. Wciąż uważaliśmy, że to my kontrolujemy sytuację, więc pomyśleliśmy o adopcji – ale dopiero za kilka lat. Teraz myślę, że moja płodność była po prostu niska i cieszę się, że nie eksperymentowałam z antykoncepcją hormonalną, gdy byłam nastolatką, bo… w 2004 roku zaszłam w ciążę i urodziłam córeczkę! Trzy lata później mieliśmy kolejną córkę – dwie dziewczynki to odpowiednia rodzina w naszym nowoczesnym społeczeństwie. Moja katolicka wiara była wciąż jeszcze nowością – nawróciłam się z prezbiterianizmu, a tak naprawdę z zupełnie świeckiego myślenia w 1999 roku – i gdy zawieraliśmy wtedy sakramentalne małżeństwo, to z moim mężem ślubowaliśmy przyjąć dar życia, przez co rozumiałam jedno, może dwoje dzieci. Tymczasem w kolejnych latach, po naszych dwóch pierwszych córkach, doczekaliśmy się jeszcze dwóch kolejnych dziewczynek i chłopca!

Z biegiem czasu ja i mój mąż odkryliśmy głębię katolickiej nauki. Zabawne, że te jej elementy, które zlaicyzowany świat uważa za najbardziej opresywne, dla mnie są największym źródłem wolności. Widzę teraz, jak puste i smutne było moje nastoletnie podejście do seksu: seks jako gra mająca przyciągnąć przypadkowych facetów. Cała ta presja udowadniania, że jest się chcianą i atrakcyjną – to są mechanizmy, do których prowadzi mentalność „antykoncepcyjnego seksu”.

Nauka i wiara: Chris

– W szkole nigdy nie słyszałem o jakiejkolwiek alternatywie dla kondomów i pigułki – opowiada Chris, 32-letni fundraiser, mąż i ojciec trzech synów, katolik od urodzenia. – Wręcz przeciwnie, wszyscy mówili, że to jedyna droga do odpowiedzialnego, łatwego i bezpiecznego planowania rodziny. Moi rodzice stosowali antykoncepcję, podobnie jak moi przyjaciele i cały świat – a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Pod koniec college’u ja i moja przyszła żona usłyszeliśmy w duszpasterstwie o naturalnym planowaniu rodziny: seria rozmów i duchowych rewolucji, którą to uruchomiło, stała się największym przełomem w naszym życiu! Od siedmiu lat, od początku naszego małżeństwa stosujemy naturalne metody planowania rodziny i sprawdzają się one w stu procentach. Uczymy ich stosowania inne pary i trochę żałujemy, że sami dowiedzieliśmy się o ich istnieniu dopiero pod koniec studiów.

Dlaczego wiedziemy takie życie? Po pierwsze, ze względu na naukę i zdrowie. Na początku naszej drogi wiary przede wszystkim intrygowała nas nauka. Jednak wraz ze wzrastaniem w wierze przyszło zrozumienie duchowych korzyści, i to jest właśnie drugi, o wiele istotniejszy powód. Jeśli chodzi o naukę, to nawet popularna pigułka niesie z sobą ryzyko poważnych skutków ubocznych – krzepliwość krwi, wzrost ciśnienia krwi, zakłócenia pracy serca, rak piersi… Jeszcze bardziej ryzykowna jest antykoncepcja chemiczna, badania dopiero powoli to odkrywają. Kolejny argument: mieszkamy w Seattle, gdzie ważną rolę odgrywa ekologia. Bardziej niż kiedykolwiek jesteśmy świadomi, że to, co jemy, wpływa na nasz organizm. Dlatego właśnie mamy markety z ekologicznymi warzywami, mięsem i produktami ze zwierząt żyjących na wolnych wybiegach i niepoddawanych terapii hormonalnej czy modyfikacjom genetycznym. Było dla mnie nie do pojęcia, że narzekamy na hormony w mleku czy mięsie, ale przez myśl nam nie przejdzie, że zmuszamy siebie lub nasze żony do faszerowania się tym samym paskudztwem. Według mnie naturalne planowanie rodziny jest po prostu zdrową opcją planowania rodziny.

Z kolei duchowe bogactwo wolności od antykoncepcji odkrywam na trzech poziomach: wierności naszym małżeńskim ślubom (daję siebie całkowicie – antykoncepcja to uniemożliwia), szacunku dla godności mojej żony (nie uprzedmiotawiam jej z punktu widzenia mojego pożądania, ale kocham ją z jej płodnością i niepłodnością, z całym pięknem jej kobiecości, które obydwoje odpowiedzialnie przyjmujemy) i wreszcie na poziomie doświadczenia prawdziwej wolności – bo czy jestem rzeczywiście wolny, jeśli w imię odpowiedzialności nie potrafię powstrzymać się od stosunku wtedy, gdy nie jest to dobry czas, by mieć dziecko?

Podsumowanie: uwierzyć i głosić

– Nie jestem filozofem ani teologiem, ale przyjmuję stanowisko Kościoła w tej kwestii z posłuszeństwa – wyznaje Matt (30 l.), doktor chemii i od niedawna mąż. – W zasadzie jestem szczęśliwy, że robię to z posłuszeństwa! Wierzę, że właściwą drogą dla katolika jest zaufanie Kościołowi, a nie osądzanie jego nauczania z perspektywy własnych standardów. Oczywiście stanowisko w sprawie antykoncepcji jest samo w sobie logiczne i zasadne, ale zdrowo jest przyjmować kwestie wiary i moralności po prostu w duchu posłuszeństwa wiary i z tej perspektywy próbować je zrozumieć.

– Zrozumieć to jedno, przekonać do tego znajomych to drugie – mówi Jenny (25 l.), doktorantka w dziedzinie mikrobiologii. – Amerykanie w moim wieku są pod nieustannym ostrzałem antykoncepcyjnej kultury: seks bez konsekwencji, no strings attached. To taki dzisiejszy Goliat. Musimy mieć wiarę i być Dawidem współczesnej kultury. Jeśli będziemy obojętni i pozwolimy naszemu społeczeństwu staczać się dalej na tej ścieżce trywialnej seksualności, dojdziemy do punktu, w którym nieposiadanie dzieci stanie się nowym American dream. Może i nie jest łatwo opowiedzieć światu, jak piękna jest chrześcijańska wizja ludzkiej płciowości, ale naszym obowiązkiem jest próbować.

1 Mary Eberstadt, Adam and Eve after the Pill. Paradoxes of the Sexual Revolution, San Francisco 2012.
2 The culture of dissent. Jak mówi Weigel, nie chodzi tu o zwykłe niezrozumienie nauki Kościoła, zawsze w jakimś stopniu obecne we wspólnocie, ale o masowe, trwające kilka dekad zjawisko otwartego głoszenia przez biskupów, księży, zakonników i świeckich (zwłaszcza w środowiskach katolickich uniwersytetów), że oficjalna nauka Kościoła jest błędna. Por. George Weigel, Odwaga bycia katolikiem, Kraków 2005.
3 Uproszczone wyniki badań Instytutu Guttmachera, które zresztą zostały wielokrotnie zakwestionowane ze względu na braki metodologiczne: www.washingtonpost.com/blogs/fact-checker/post/the-claim-that-98-percent-of-catholic-women-use-contraception-a-media-foul/2012/02/16/gIQAkPeqIR_blog.html. Rzeczywiście jednak miażdżąca większość katolików używa antykoncepcji.

Amerykanie otwierają się na plan Boży
Łukasz Miśko OP

urodzony w 1982 r. – dominikanin, od kwietnia 2021 r. przeor wrocławskiego Konwentu św. Wojciecha, od lipca 2019 r. prezes Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny, rektor kościoła św. Idziego, duszpasterz wspólnoty anglojęzycznej przy kościele św. Idziego, członek podkomis...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze