Męski punkt widzenia
fot. brooke cagle / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Pierwszy List do Koryntian

0 votes
Wyczyść

Wstrzemięźliwość seksualna jest równoważnym do współżycia sposobem wyrażania miłości. Młoda żona i tylko ona może nauczyć swego męża tego, jak smakuje ich małżeństwo kształtowane od początku przez ten szczególny wymóg.

Zrobię wszystko, aby moja żona miała najlepsze środki antykoncepcyjne. Cena nie będzie odgrywała większej roli. Chodzi przecież o to, aby nie musiała się truć – powiedział w obecności swojej narzeczonej jej przyszły mąż. Zdarzyło się to podczas kursu przedmałżeńskiego, który prowadziłem w jednej z parafii. Zarówno kontekst, jak i żarliwość wypowiedzi nie budziły żadnych wątpliwości. Ten chłopak naprawdę bardzo kochał swoją dziewczynę i szczerze pragnął jej dobra.

Jako prowadzący spotkanie okazałem się niestety nieprzyjacielem tej ich prostej nadziei na szczęśliwe już wkrótce małżeńskie pożycie. Powiedziałem, że małżeństwo jako takie jest nie do pomyślenia bez wstrzemięźliwości seksualnej, że współżycie seksualne (każde!) łączy się nierozerwalnie z poczynaniem dziecka, że jednym z przejawów kobiecości jest zmienność nastrojów, że płodność to nie jest jedynie „babska sprawa”, a profil męskiej seksualności męża nie jest „wzorcem” dla przeżyć żony. Dodałem jeszcze, że szczytem męskości męża jest bezinteresowna czułość. – Ale nam pan namieszał – usłyszałem na zakończenie spotkania. Zabrzmiało jak komplement.

Spróbujmy prześledzić poszczególne etapy tego mało widocznego gołym okiem procesu, który nawet najlepiej zapowiadające się małżeństwo jest w stanie doprowadzić do rozpadu (jeśli nie formalnego, to z pewnością moralnego). Może i tą drogą uda się namieszać – szczególnie w męskiej wyobraźni.

Miesiąc miodowy. Pierwsze złudzenia

Współczesne trendy kulturowe relatywizują znaczenie ślubu dla zaistnienia małżeństwa. Jest to bardzo na rękę tym mężczyznom (a nie jest ich wcale tak mało), którzy szukają przyjemności bez zobowiązań. W przeciwieństwie do nich zdecydowana większość kobiet nie wyobraża sobie, żeby w ich życiu uczuciowym miało zabraknąć tego magicznego wydarzenia, którego symbolami są: suknia ślubna, romantyczne miejsce, w którym zostanie wypowiedziane sakramentalne „tak”, rodzina i przyjaciele na weselu, łzy wzruszenia podczas podziękowania rodzicom…

Każdy, kto choć raz uczestniczył w uroczystości zaślubin, musi przyznać rację kobietom. Radość weselna ma klimat, urok i siłę duchowego oddziaływania. Nie jest ona jedynie konwencją – obyczajową czy towarzyską. Przeżywanie radości weselnej nieodparcie wskazuje na to, że ślub ma wszelkie znamiona prawdziwego wydarzenia, którego nie sposób w pełni zrozumieć bez odwołania się do tkwiącej u jego podstaw rzeczywistości sacrum. Wiele jest powodów do takiej interpretacji już w samych tylko obrzędach, zwyczajach, a nawet życzeniach weselnych. Wszystkie (lub prawie wszystkie) pary młode – niezależnie od wyznania czy kultywowanych obrzędów i obyczajów – o swoich zaślubinach i weselu zgodnie powiedzą: jedyna taka chwila, niepowtarzalna, niezwykła, tajemnicza. Udziałem nowożeńców jest poczucie rozpoczynania czegoś zupełnie nowego, porzucania dotychczasowego i wyruszania w nieznane. Czynią to nie bez obaw. Jednak większe od nich są radość i nadzieja.

Męska seksualność wyraża się w dynamizmie zdobywcy i jest nadzieją spełnienia. Na pierwszy plan wysuwa się tu walor sprawnościowy współżycia, którego funkcją ma być potwierdzanie swej męskości zarówno we własnych oczach, jak i w oczach małżonki. Dla pięknej żony, którą właśnie poślubił, jest on gotów góry przenosić.

Nie zdaje sobie jednak sprawy, jaką przepaść ma do pokonania. Jest nią nieznajomość nowo poślubionej małżonki. Płciowość kobiety – inaczej niż mężczyzny – ma bowiem profil macierzyński i jest obietnicą miłości. Kobiecy sposób przeżywania własnej osoby wyznacza nierozdzielność doświadczania płciowości z jednej i macierzyństwa z drugiej strony. Dla młodej żony każde współżycie seksualne łączy się nierozerwalnie z poczynaniem dziecka. Tej wrażliwości nie ma mąż. Owszem, intelektualnie (czyli po męsku) zdaje on sobie sprawę, do czego „to” może prowadzić, jednak co dla niego jest teoretyczną możliwością, przez nią postrzegane jest jako realny skutek każdego konkretnego współżycia. O niedostępnej mężczyźnie specyfice przeżywania przez kobietę jej własnej seksualności stanowi to, że dla niej praktycznie nie ma aktów niepłodnych. Nawet w przypadku użycia najlepszych środków antykoncepcyjnych istnieje pewne ryzyko, które – choć określane jako minimalne – z reguły ze względu na psychiczną wrażliwość kobiety przekłada się na całkiem spore przeżycia lękowe. Małżonek proponujący żonie najlepsze środki antykoncepcyjne odcina się od jej kobiecego doświadczenia. Pośrednio komunikuje, że jej „babskie sprawy” specjalnie go nie interesują. W zamian, niejako automatycznie, przypisuje żonie całość własnej sprawnościowej motywacji do działania seksualnego. W ogólnym bilansie seksualność miodowego miesiąca ma przynieść maksimum rozkoszy. A mąż jest święcie przekonany, że żona widzi tę rzeczywistości tak samo jak on.

Tymczasem podczas miodowego miesiąca żona czuje się bezpieczna, bo ma już męża, który tym samym jest potencjalnym ojcem jej dzieci. Zakłada milcząco, że mąż, zbliżając się do niej, liczy się (podobnie jak ona) z tym, że to konkretne współżycie może doprowadzić do poczęcia dziecka.

Opisane powyżej różnice w przeżywaniu seksualności to znakomity temat do dialogu dla nowożeńców. Gdyby go podjęli, szybko odkryliby, że w ich więź wpisany jest konieczny aspekt wstrzemięźliwości. Od samego początku są parą na przemian płodną i niepłodną. Jeżeli mąż nie przekona się o tym na własnej skórze – poprzez zaniechanie współżycia w okresach płodnych – to o żadnym prawdziwym spotkaniu z żoną nie może być mowy. Chociaż na rozpoznawanie okresów płodności mają całe życie, jednak faza miodowego miesiąca jest decydująca. To właśnie młoda żona i tylko ona może zacząć uczyć męża tego, jak smakuje ich konkretne małżeństwo kształtowane od początku przez ten szczególny wymóg: wstrzemięźliwość będącą równoważnym do współżycia sposobem wyrażania miłości.

Do takiego rozwiązania problemów z „babskimi sprawami” może go także skłaniać powszechne u mężczyzn przekonanie, że ślub jest równoznaczny z nabyciem prawa do współżycia. Przez zalegalizowanie pożycie seksualne w małżeństwie bardziej jeszcze zyskuje na znaczeniu jako droga do maksymalizacji szczęścia, któremu wstrzemięźliwość może tylko zaszkodzić. Kto więc i po co ją wymyśla?

Otóż tym kimś nie jest nikt inny, jak tylko małżonkowie dla siebie nawzajem! O istnieniu wstrzemięźliwości w ich konkretnym związku mąż mógłby się dowiedzieć zaraz po przekroczeniu progu małżeńskiej sypialni. Tymczasem młoda żona podczas miesiąca miodowego najczęściej zgadza się na wszystko, co przyniesie współżycie. Zakłada przy tym milcząco, że mąż, gdy się dowie, to się ucieszy. Ewentualnie stosuje środki antykoncepcyjne, wierząc, że okażą się skuteczne. W jednym i drugim przypadku towarzyszy jej przeżyciom niemała domieszka niepewności, a nawet lęku. Zarówno pierwsza, jak i druga sytuacja – nacechowane brakiem dialogu – oddala od siebie nowożeńców. Odbiera im bezcenne okazje dopełnienia więzi małżeńskiej właśnie przez wstrzemięźliwość. Można założyć, że gdyby zakochany i gotowy na wszystko mąż zdał sobie sprawę z doniosłości tego problemu, wyszedłby mu naprzeciw z gorliwością co najmniej równą tej, z którą szuka „najlepszych środków antykoncepcyjnych”. Lepszej niż miesiąc miodowy okazji do takiej nauki już później nie będzie, a zaniedbania z tego okresu dadzą o sobie znać w niedalekiej przyszłości.

Po pierwszym dziecku. Nowe wyzwania

Urodzenie dziecka i opieka nad noworodkiem jest pod wieloma względami doświadczeniem granicznym. Skutkuje m.in. przewartościowaniem postrzegania przez żonę jej własnej seksualności. Mąż nawet nie zaczął uczyć się prawdy o swej małżonce w całej palecie zmienności jej nastrojów, a tu dochodzi nowy wątek: jej zwiększona wrażliwość seksualna w okresach płodnych. Wcześniej pragnienie i gotowość żony do współżycia zbiegały się z gotowością przyjęcia poczęcia. Z tego głównie powodu wstrzemięźliwość nie stanowiła dla małżonków żadnego problemu: ani praktycznego – rozpoznawanie płodności i stosowanie się do jej uwarunkowań, ani teoretycznego – dialog na tematy z tym związane. To z kolei mogło zrodzić w mężu przekonanie, że potrzeby seksualne żony i jego są identyczne.

Obecnie, ze względu na konieczność odkładania poczęcia (przynajmniej na pewien czas), problem wstrzemięźliwości powraca. Stawia przed mężem zupełnie nowe zadanie. Ma on mianowicie wspierać żonę w zachowywaniu wstrzemięźliwości w okresach płodnych, w których bywa ona szczególnie spragniona współżycia. Nowa sytuacja staje się wyzwaniem o tyle trudniejszym do realizacji, o ile problem wstrzemięźliwości nie został przez niego podjęty wcześniej.

Jeśli i tym razem (jak to było w fazie miesiąca miodowego) mąż zaoferuje żonie „najlepsze środki antykoncepcyjne”, zasłuży na… drugą żółtą kartkę. Pierwsza należała mu się za brak rozeznania, jaką naprawdę kobietą jest jego wybranka, jeśli chodzi o zmienność jej nastrojów związaną z cyklicznością stanów psychofizycznych. Jeśli mężczyzna nie pozna tego szczególnego aspektu kobiecości, to znaczy, że nie pozna swojej żony w ogóle. A na skutki tej ignorancji nie będzie musiał zbyt długo czekać. Proponowanie środków antykoncepcyjnych zostanie odebrane przez nią jako przejaw obojętności na jej prawdziwe potrzeby.

Wspieranie żony we wstrzemięźliwości w okresach płodnych może go poprowadzić na szczyty męskości. Chodzi o bezinteresowną czułość męża, bez której małżeństwo jest po prostu na dłuższą metę niemożliwe. Ze wszystkich istniejących na świecie relacji mężczyzn do kobiet czułość o takiej barwie i intensywności nie występuje nigdzie poza małżeństwem. Bez przepojonej czułością więzi z mężem żona nigdy nie rozpozna siebie jako osoby jedynej, niepowtarzalnej i wyjątkowej, bo kochanej bezinteresownie dla niej samej. Oto, jaki dar może złożyć żonie miłujący ją prawdziwie i po męsku mąż. Osiąga się go przez lata małżeńskiej praktyki.

Słowo spirala, będące jednym z synonimów antykoncepcji, nabiera w tym miejscu szczególnie dramatycznego znaczenia jako nakręcanie procesu oddalania się małżonków od siebie. „Zabezpieczona” żona nie ma tego kolorytu zmienności nastrojów i potrzeb do seksualnego zbliżenia, o którym była mowa wyżej. Przywołując analogię do znanych baśni, można powiedzieć, że antykoncepcja zamyka ją w wieży. Różnica między tą twierdzą a innymi – znanymi z bajek – jest taka, że o naszą księżniczkę mężczyzna walczyć nie musi, bo ma ją na każde życzenie. Pozbawiona bezcennych atrybutów własnej niepowtarzalności, nie stwarzając mężowi problemów zmiennością nastrojów, cyklicznością dążenia do zbliżenia, traci w jego oczach walory, które ostatecznie zmuszałyby go do wysiłku zdobywania żony wciąż na nowo – przez np. pomysłowość w zalotach, świeżość we flirtowaniu bezcennych dla każdego małżeństwa. To właśnie te nieustanne starania męża pogłębia w kobiecie poczucie bezpieczeństwa, własnej wartości i bycia kochaną wciąż na nowo. W jego oczach czyni ją nieustająco atrakcyjną i wyjątkową. Odkrywa przed nim nieograniczone pole twórczego pielęgnowania uczuciowego klimatu na co dzień, stwarzania odpowiednich warunków do współżycia, które ma być bardziej spotkaniem niż techniką maksymalizacji rozkoszy.

Jeśli teraz nie uczynią wstrzemięźliwości pilnym zadaniem domowym, ich małżeństwo zacznie przechodzić w stan wirtualny. Współżycie będzie coraz bardziej postrzegane jako domena męża. Żona stopniowo nabierze przeświadczenia, że to jemu powinno zależeć, bo to głównie on ma w tym interes. Będzie utwierdzać się w przekonaniu, że jeśli bywa dla niej miły, to wiadomo, z jakiego powodu. Jeżeli kiedykolwiek był czuły – tak sam z siebie – to tylko przed ślubem. Cierpiąc w realnym związku, stopniowo będzie się wycofywać w świat marzeń o romantycznej, czyli jedynie prawdziwej miłości ze strony męża idealnego, który – jak wiadomo – nie istnieje.

On z kolei potrzeby seksualne żony będzie traktował jako drugoplanowe. Będzie twierdził, że nie nadąża za jej humorami. W dłuższej perspektywie uda mu się „osiągnąć” to, że przeżycia seksualne zostaną zredukowane głównie do doznań zmysłowych. To z kolei wróci do niego w postaci… braku zainteresowania współżyciem. W końcu osunie się ze swoją seksualnością w obszary, którymi rządzą: autoerotyzm, pornografia, okazjonalne kontakty z przygodnymi kobietami.

Faza rodzicielska. Ostatni dzwonek

Szansą na odwrócenie tych niekorzystnych tendencji może się stać planowanie poczęcia kolejnych dzieci. W każdej z takich sytuacji pojawi się być może ostatnia okazja, aby odstawić antykoncepcję i ożywić dialog w sprawach intymnych małżeństwa. Czy jednak uda się małżonkom nadrobić braki w komunikacji, przezwyciężyć nawyki? Próbować zawsze warto.

Wiele będzie zależało od męża. U początku ich wspólnej drogi to on akcentował, jak bardzo współżycie seksualne jest nieodłącznym elementem ich małżeństwa. Ani się spostrzegł, jak właśnie od tej strony nadeszło nieszczęście. Jego łagodną formą są rutyna i znudzenie. Postacią ostrzejszą są autoerotyzm męża i ucieczka żony w świat marzeń. Zabójczą – zdrada i rozpad małżeństwa. Czy skojarzy fakty i uzna, że proponując żonie „najlepsze środki antykoncepcyjne” – zapewne z miłości – popełnił poważny błąd systemowy? Czy będzie w stanie dostrzec, że odciął się od zmienności nastrojów żony, bez których jako mężczyzna nigdy nie pozna, kim naprawdę jest kobieta jego życia? Czy zrozumie, że podczas współżycia żona bardziej niż bliskości cielesnej pragnie bliskości uczuciowej, a flirt z żoną, nawet po kilkunastu latach małżeństwa, to powracanie do źródeł ich miłości?

Czy uwierzy, że dla jego żony każde współżycie jest płodne i czy odkryje, jak bezcennym darem męża jest okazywana żonie bezinteresowna czułość? Czy przyzna się sam przed sobą, że to właśnie przez antykoncepcję zaplątał się w gąszcz autoerotyzmu, a swoją żonę pozostawił samotną z jej lękami, frustracjami, wyrzutami sumienia wobec grzechu antykoncepcji, której – gdyby nie on – nigdy by nie stosowała?

Czy odkryje i uzna w końcu, że nie co innego jak właśnie wstrzemięźliwość seksualna w małżeństwie jest znanym od wieków uniwersalnym środkiem chroniącym małżeństwo przed rozpadem? To właśnie dzięki jej scalającym właściwościom miłość małżeńska nabiera cech dobrego wina, które – jak wiadomo – im starsze, tym lepsze.

Mają przed sobą jeszcze wiele lat małżeńskiego pożycia. Po fazach miesiąca miodowego i rodzicielskiej – gdy uznają, że zakończyli wydawać na świat potomstwo – wejdą w fazę oblubieńczą. Także później, gdy z przyczyn od siebie niezależnych trwale lub czasowo zaprzestaną współżycia, małżeństwo ich będzie żywe i życiodajne. Jest więc o co walczyć.

Męski punkt widzenia
Wiesław Gajewski

urodzony w 1960 r. – specjalista nauk o małżeństwie i rodzinie oraz profilaktyki zintegrowanej, prezes Fundacji Czyste Serca oraz redaktor portalu społecznościowego Przystań Czystych Serc....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze