Przebłysk
fot. simone hutsch / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Drugi List do Koryntian

0 opinie
Wyczyść

Jakiś czas temu w zakamarkach mego komputera znalazłam plik, o którym zapomniałam. Nazywa się „Diario di una lamentosa” (Dziennik osoby narzekającej). Prowadziłam go dawno temu. Czytając teraz te kilka stron, zdałam sobie sprawę, jak radykalnie, w pewnym aspekcie, zmieniło się moje życie.

Ale zacznijmy od początku. Przez wiele lat uprawiałam profesjonalne narzekactwo. Łączyło się to z ogólnym złym samopoczuciem i martwieniem się z powodu różnych małych czy większych bolączek fizycznych. Jednym słowem, z upływem lat, stałam się także rasową hipochondryczką, prawdziwym chorym z urojenia, żeby zacytować Moliera, jedną z tych osób, które, gdyby istniał Nobel dla hipochondryków, otrzymywałyby go wielokrotnie. Moja matka powiedziała mi kiedyś z nutą niecierpliwości, która pochodzi z jej brytyjskiego wychowania bazującego na regule never complain and never explain (nigdy nie narzekaj i nigdy się nie tłumacz): – Ty żyjesz u lekarzy. Sprawiło mi to wówczas przykrość, ale ona miała rację: zawsze narzekałam i zbyt wiele się tłumaczyłam.

Wydałam krocie, chodząc od gabinetu do gabinetu. Eksperymentowałam ze wszystkim – od irydologii po medycynę chińską, od akupunktury i pranoterapii po ziołolecznictwo, nie wspominając już o medycynie tradycyjnej. Odwiedzałam specjalistów od każdej części ciała, a w pewnym momencie także tych od umysłu. Ta wyimaginowana choroba była dla mnie schronieniem, desperacką próbą ucieczki przed rzeczywistością, która często mnie przerastała i przerażała.

Wcale nie wymyślałam sobie przy tym, że coś mnie boli: bóle i inne symptomy były prawdziwe i nieraz dotkliwe, ale kiedy patrzę wstecz, dostrzegam, że wzmagał je strach, który im towarzyszył. Strach przed nieznanym (co tym razem mi dolega?), strach przed cierpieniem i oczywiście strach przed śmiercią.

Różnica między pseudochorobą a tą prawdziwą polega na tym, że ta ostatnia nie boli (przynajmniej na początku). Kiedy się zorientujesz, że ona istnieje, to zapewne jest już w tobie od pewnego czasu, niewidoczny wróg, który czai się w twoim organizmie, aby uderzyć i zniszczyć wszystko, co napotka na swojej drodze.

W moim wypadku wróg żywił się, kęs po kęsie, moimi frustracjami i moim strachem, moim stałym wrażeniem nieprzystosowania i poczuciem winy. Gdybym częściej ryczała jak lwica, a nie piszczała jak myszka, gdybym nie miała pełnego pychy przekonania, że mogę uszczęśliwić wszystkich, a przede wszystkim, gdybym przyjęła z pokorą i wdzięcznością, po każdej spowiedzi, że Bóg NAPRAWDĘ wybaczył mi moje grzechy, zamiast się zadręczać i ciągle wracać do nich myślami, sprawy potoczyłyby się może inaczej. Ale tak się nie stało, moje klęski są moją i tylko moją zasługą.

W całym tym zgiełku nie ma jasności, ale bywają przebłyski (żeby sparafrazować Wojciecha Młynarskiego), które, jeśli spojrzeć w przyszłość, dają pewną, solidną dawkę optymizmu.

Pozwolę sobie przypomnieć że:

– Poważne zagrożenia wyzwalają u niektórych nieprawdopodobne zasoby niewykorzystanej energii. Mnie się to zdarzyło, bo musiałam się skoncentrować na walce z prawdziwym, a nie wymyślonym wrogiem.

– Choroba uczy liczyć własne dni. Bardzo banalne, ale bardzo prawdziwe stwierdzenie. W moim wypadku chodzi o pełną świadomość tracenia czasu. Nadal mi się zdarza, że leżę do góry brzuchem i po prostu nic nie robię, ale mówię sobie wówczas: „Trudno, taki czas” i nie szukam wymówki, nie wpędzam się w poczucie winy.

– Choroba uczy mówić „nie”. Kolejne banalne i prawdziwe stwierdzenie. Nie jestem w stanie wszystkich zadowolić i nie mam czasu dla wszystkich. Widzę moje ograniczenia i muszę się z tym pogodzić.

– Moje życie, jak każde inne, jest trudną drogą. Ważne jest nie to, ile razy się potknę i upadnę, ale to, że z Bożą pomocą uda mi się wstać i pójść do przodu, zamiast zatrzymywać się i tracić nadzieję.

– Wpadanie w rozpacz jest rzeczą zrozumiałą, ale uporczywe trwanie w niej jest grzechem, i to dużym.

– Łaska Boga naprawdę potrafi zaskoczyć swoją obfitością i mocą. Ważne jest, żeby akceptować ten nieustający dar z wdzięcznością, a nie uparcie dopytywać się, skąd się ona bierze i czy na pewno na nią zasłużyłam.

– Kiedy lekarz po każdej kontroli mówi, że jesteśmy zdrowi, należy mu wierzyć, zamiast rozważać inne możliwości. Nie wolno trzymać się kurczowo poczucia choroby, trzeba się po prostu cieszyć, że tym razem się udało.

Zechciej, o Panie, dać mi duszę, której obca jest nuda i która nie zna szemrania, wzdychań i utyskiwań. Nie pozwól, żebym kłopotał się zbyt wiele wokół tego panoszącego się czegoś, co nazywa się moje „ja”. Panie, obdarz mnie zmysłem humoru. Daj mi łaskę rozumienia się na żartach, ażebym zaznał w życiu trochę radości, a i innych mógł nią obdarzyć. Amen (św. Tomasz More).

Przebłysk
Tessa Capponi-Borawska

urodzona 3 marca 1959 r. we Florencji – ukończyła studia historyczne na tamtejszym uniwersytecie, do Polski przyjechała w 1983 roku, przez wiele lat wykładała na Uniwersytecie Warszawskim. Od wielu lat publikuje w „Twoim...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze