Aleksander

Aleksander wszedł i wyszedł. Zajęło mu to trzysta lat. To zaledwie epizod dla kogoś, kogo przodek nauczał w Troyes za Filipa Pięknego. Kiedy wchodził tu było zimno. Kiedy wychodził było tu zimno. I płasko, bez piorunowych przepaści, które mogą nieszczęściu nadać jaką taką formę. Teraz jest duchem, któremu należy się szacunek, ale wcześniej był przecież bardzo eleganckim mężczyzną, tak eleganckim, że nawet napisano wiersz o jego dzianym krawacie. Jego schludność i dbałość o wygląd posłużyły zresztą jego żonie jako mocny argument, gdy uspokajała na pryczy w Kazachstanie ich synka Andrzeja przerażonego swoim właśnie odkrytym żydostwem. To dzieci zesłańców powiedziały mu. – Żydzi są wstrętni i brudni – oznajmiły. – Czy twój tatuś jest wstrętny i brudny? – zapytała. – Mój tatuś nie jest wstrętny i brudny – odpowiedział jej. Nie był, nosił tak liczne i sute przebrania, że bez popełniania fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu można powiedzieć o nim, że był „nieprawdopodobny, dziwaczny, śmieszny, wzniosły”. Inni wolą słowo „barokowy” – to są ci, którzy w słowie tym widzą styl lub sposób radzenia sobie z czymś, co inaczej byłoby nie do zniesienia: rozstanie, rozszczepienie z Eurydyką, męka, śmierć, niebo nawet. Barokowość to zaangażowanie i dystans zarazem. Wyrafinowany Kot Jeleński za barokową u Aleksandra uważał równowagę między konkretem i abstrakcją w komentarzu jednej, celnej myśli pulsującej w wierszu. Dlaczego dużo błazenady u niego i poezja slapstickowa? A jeśli odpowiem, że dlatego, bo są ważniejsze sprawy na tym świecie niż nasze skromne osoby? Jakie to sprawy?! No, na przykład Bóg, i drugi człowiek. I co z tego człowieka potrafi zrobić trzeci człowiek.

Inni mogą Aleksandra obwołać poetą biblijnym, bo dzielił z Hiobem cierpienie i większość jego wierszy to skargi. Nikt jednak nie odważy się nazwać go poetą kaligraficznym – zbyt jego osobistość i biografia splątane zostały ze światem, który NKWD powiesiło na haku. Niech więc zostanie barokowość. Daje ona znać o sobie i w ocenie wieku, w którym przyszło mu żyć. Napisał więc Aleksander wiersz o żółwiu w Oxfordzie. Żółw pamiętał nie tylko rzeź swoich pobratymców zgotowaną im przez Aleksandra i podobnych mu zagłodzonych więziennych łachmaniarzy latem 1944 roku w Ili, ale i miłosne igraszki Salomona z królową Sabą – tak był stary. Obecność żółwia na trawniku w Oxfordzie uczy nas, że wiek dwóch totalitaryzmów po pewnym czasie będzie jednym z wielu wieków. Jakby na dowód tego ludzie rodzą się po Oświęcimiu i sztuki są uprawiane, i zło też ma się nie najgorzej – jak to zło.

A teraz o komunizmie. Tułając się po sowieckich więzieniach, Aleksander odkrył, że władzę można sprawować, używając języka – wystarczy zmienić znaczenie wyrazów. Było to genialne, ale analizę tego zjawiska przeprowadził w LTI Klemperer, i to on jest uważany za odkrywcę. Spostrzeżenie, że na wschód od Renu wszelkie idee rogowacieją albo się rozwadniają, a i tak kończy się zawsze na mordobiciu – musiał dzielić z Gombrowiczem. Jednak przyłapanie komunizmu w jednym z wierszy jest rzeczywiście genialne i jedyne. Jak zwykle u niego jest to wiersz – opowieść. Komentarz mówi, że to scena z wydawania wyroku na generała Jakira przez Stalina, Kaganowicza i Woroszyłowa. Jeśli Aleksander słyszał śmiech diabła w historii XX wieku, to dla niego i z niego śmiał się diabeł rubaszny. Straszny i rubaszny. Swojski. Śmiech miał niczym turkot furmanek, tanków i ciężarówek z wiersza Ewokacja: „I znów mnie zemdli nudą, zamiast grozy”. I rekwizyty jego były swojskie: fajka Stalina i jego ulubione wino kachetyńskie, a nawet jajka na twardo. I rubaszna mowa jego, że panowie oficerowie polscy UCIEKLI DO MANDŻURII, kiedy oni od dawna leżeli w Katyniu. A i przekleństwo kumoterskie, żołnierskie, ludzkie, tutejsze nie było mu obce, bo kiedy delegacja polska naciska, Mołotow odpowiada: „Pacziemu wy prijebilis k tawariszczu Stalinu, odjebities od niewo!”. No i Demiurga wąsatego ubrał w prasłowiańskie gacie i buty z cholewami i kazał kojarzyć jego komunizm z dobrem człowieka. Ale posłuchajmy wiersza – to VI pieśń z cyklu Pieśni wędrowca:

To się odbywało całkiem inaczej.
Jak u ludzi. Ciepło. Gemutlich. Więc tak:
Trzej kumotrzy, przy samowarze, wódce, ogórkach.
Dwaj w szelkach; jeden w skarpetkach, w pantoflach drugi,
a trzeci – jak na bal: przy krawacie, sztuczkowe
spodnie, tużurek z grubego sukna, lakiery
Niech się wścieka majordomus
Wybrzydzają fagasy
Czy się to podoba komuś
Drzeć z was będziemy pasy
– śpiewają chórem, pierwszy ma nawet ładny tenorek.
Piją, czekają, przeglądają
akta, akt za aktem, stosy akt.

Wiersz ten jest tak okrutny w swojej prostocie i sensualności, że z trudem przechodzi nam przez gardło stwierdzenie o poetyckim olśnieniu, bo to chcielibyśmy zarezerwować dla objawiającego się piękna, ale termin Oli Watowej „łaska prawdy” pasuje, i pisząc o Aleksandrze, należy ją przywołać. Powiedzieć jednak, że w więzieniu przejrzał i zobaczył, czym jest komunizm, to dopiero połowa „łaski prawdy”. Druga połowa jest bardziej dynamiczna i bolesna, bo wiąże się ze znajomością „stacji końcowych” ludzkich wiar i nowych objawień – jakby powiedział pan Czesław, ale trudno ludzi ostrzec, bo wszystko jest całkowicie nowe, inny jest kontekst, inni ludzie, i mówienie, że to już było, zahacza o nieprawdę. Stąd ból. I mozół współpracy z łaską prawdy. Ale poetę ocenia się po frazie, która jest piękna i tak pojemna, że potrafi pomieścić w sobie całe jego życie. Następnie ona, fraza, przemawia do nas tak mocno i z tak szlachetnym umiarem, że zaczyna zasługiwać. I jeśli tylko ocali od rozpaczy kilku ludzi, dostaje się jej godne miejsce obok innych wielkości. Obok – dajmy na to i jak chce Profesor – O Frydruszu, który pod Sokalem zabit od Tatarów roku pańskiego 1519. Odnajduję więc to wielkie pytanie Aleksandra zaklęte w wiersz: Nie oglądana z góry męka czym jest? On tu z takim pytaniem, a tu u mnie śnieżek siecze. W Prowansji. I Francuzi wygrażają Bogu, że to skandal i cierpienie. Rozumiecie? A to tylko zwykły śnieżek siecze.

Aleksander
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...