Psałterz Mertona

Psałterz Mertona

Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Marka

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Thomas Merton, Księga godzin, pomysł i opracowanie Kathleen Deignan, przeł. Tomasz Dzikowski, Wydawnictwo Homini, Kraków 2009, s. 272

„Jeśli nie możecie odmówić wszystkich godzin liturgicznych, wystarczy modlić się tyle, ile zdołacie – pisał Basil Pennington w Miejscu odosobnionym. – Możecie pójść drogą cysterską. Cystersi nie mają małych brewiarzy, tylko wielkie księgi, których używają w chórze. Gdy zatem podróżują, tworzą własne oficjum, korzystając z Biblii”. Brewiarz – zdaje się – czasem jest za ciężki, za duży, zbyt nieporęczny nie tylko w podróży, ale również w samym życiu. Dawni cystersi, nie rezygnując z obowiązku modlitwy liturgii godzin, starali się wtedy tworzyć swoją własną księgę godzin. Mniejszą, poręczniejszą, w drodze bardziej czytelną. Tworzono – „pisano” – ją na szkielecie znanych modlitw, nanosząc wydarzenia i obserwacje z podróży. Księga godzin, zapraszająca do zatrzymania się w ciągu dnia, szybko zadomowiła się nie tylko w życiu mnichów, ale także w życiu świeckich. Często brewiarze te pokryte były zdumiewającymi ilustracjami, osobistymi notatkami, fragmentami rozmyślań i własnych modlitw spisywanych na marginesach, poprzecinane drogimi zakładkami: wstążką ukochanej, listem od męża, rysunkiem lub zdjęciem dziecka. Liczne brewiarze dla świeckich publikowane obecnie przez wydawnictwa wskazują niesłabnące zainteresowanie modlitwą godzin. Zawsze, czy to w rozbudowanych brewiarzach przeznaczonych dla duchownych, czy to w skróconych z myślą o innym dniu dla świeckich, chodzi o jedno: zatrzymanie się i nakarmienie psalmami.

Księga godzin Thomasa Mertona wpisuje się w wielowiekową tradycję tworzenia osobistych brewiarzy. Czy nie nazbyt karkołomny to pomysł? Otrzymujemy wszak książkę składającą się z fragmentów pism Mertona przyciętych i wtłoczonych w ramy liturgii godzin, książkę, o której nie wiemy, czy sam autor Siedmiopiętrowej góry by jej sobie życzył. Wątpliwości znikają, gdy zanurzamy się choć na chwilę w Księdze godzin: to czysty Merton.

Prze-czytać życie

Księga godzin jest autorskim wyborem fragmentów z wielkiej spuścizny literackiej Thomasa Mertona dokonanym przez Kathleen Deignan. Można jedynie zapytać, dlaczego rzecz tak oczywista, tak naturalna, jak „brewiarz Mertona”, ukazuje się dopiero teraz? Merton nie pozostawił po sobie ściśle skonstruowanego brewiarza, jednak psałterz jest wstęgą przewijającą się przez całość jego pism. Cokolwiek by o Mertonie mówić i pisać, trzeba pamiętać, że ukształtowały go psalmy. 26 lat spędzonych w zakonie, codzienne, wielogodzinne pochylanie się nad rozpostartą księgą godzin. Pory roku, kolejne etapy życia, napisane i przeczytane książki, dnie całe przedzielone psalmami. Oddychał psalmami, mówił nimi, myślał ich frazą. Gdy spoglądał na świat, czynił to znad brewiarza. Więc jeśli Merton kontemplatyk, poeta, eseista, pisarz i radykalny działacz społeczny – tak, ale jeszcze bardziej i przede wszystkim: psalmista. Nie tyle nietypowy, ile bardziej jeszcze, nieustający. Ukształtowany poprzez lectio divina – czytanie duchowe, które wymaga studiowania tekstu w sposób powolny, doszukiwania się porywów serca wobec słowa, a przede wszystkim osobistej reakcji na tekst – rozciągnął je na całość swojego pojmowania rzeczywistości. Merton „czytał” wszystko: wschody słońca, poezję, odgłosy lasu, mistyków, gazety, historię swojego życia, listy od przyjaciół. Słowo Boże przemawiało do niego nie tylko poprzez Pismo Święte, odczytywał je w wielorakich postaciach. Lectio divina opisuje się w metaforach jedzenia – jeśli Słowo Boga ma być pokarmem duchowym, należy je nieustannie przeżuwać. W Chlebie na pustyni, niewielkiej książeczce poświęconej psalmom, pisze: „Psalmy to cudownie rozmnożony chleb, którym Chrystus karmi tych, co poszli za Nim na pustkowie. Rozmyślnie odwołuję się do tego symbolu. Przyjmuje się, że cud rozmnożenia chleba wskazuje na sakrament Eucharystii, którego jest zapowiedzią. Jednakże rzeczywistość psalmów jest tą samą, choć w innej formie, co rzeczywistość, jaką karmimy się w Eucharystii. W obu przypadkach karmimy się Słowem Bożym. W Najświętszym Sakramencie Jego Ciało jest prawdziwym pokarmem. W Piśmie Świętym Słowo wciela się w słowa ludzkie, a nie staje się ciałem. A człowiek żyje każdym słowem, które pochodzi z usta Bożych”. Przejawiał niespotykany głód, głód doświadczenia duchowego Wschodu i Zachodu, Europy i Azji, odnajdywał w nim Słowo Boga i łączył w sobie, tworząc własny psałterz.

Duchowość chwili

„Mam czas jedynie na wieczność”, zaczyna Merton. Zapiski o czasie będą nader częste. Pisze jednak jakby spoza czasu, ponad kalendarzem. Nie jest to tylko przywilej życia w uregulowanym rytmie klasztoru, ale raczej umiejętność, ba, odkrycie, którego dokonuje w Mt. Oliviet. Jedyne, co mamy, to „teraz”. To duchowość chwili, tyle tylko nam bowiem dano. W trakcie modlitwy, pisze Merton, Bóg „delikatnie zwalnia rygle czasu, naszego grobowca, w zapowiedzianym spotkaniu”. Spotkanie z Bogiem jest zawsze przekroczeniem naszych ograniczeń, w tym także tych związanych z czasem. Nie jest istotne, ile minut czy godzin wyrwiemy z życia (z nieodłącznym bólem) dla Niego. Ważne jest, że w tej chwili, w tym teraz, w takim zdawałoby się nic, Bóg wkracza w nasze życie, a my należymy do Niego. „Wieczność jest w teraźniejszości. Wieczność jest na wyciągnięcie ręki”, szepcze Merton. I choć brzmi to podejrzliwie, niczym przykryte warstwą kurzu przesłanie podejrzanego apokryfu, w istocie jest to sedno naszej modlitwy. Przez moment – chwilę – jesteśmy skoncentrowani na Bogu, jesteśmy na Jego wyłączność. Nie będzie innego czasu, oprócz „teraz”. Nie nadgonimy uciekających dni, nie złapiemy wszystkich nadarzających się okazji. Czekając na spokojniejszy dzień, na więcej czasu, na rozleglejszą przestrzeń ciszy, możemy nieopatrznie odłożyć na później Boga. Jest nam dane tylko „teraz”, w tym życiu, jakie mamy. Pragnienie jest bardziej zrozumiałe, gdy trapista lokalizuje jego źródło: „dałeś mi korzenie w wieczności”. I dalej, w innym miejscu: „Modlitwa należy mniej do czasu, a bardziej do wieczności”.

Moje biedne, modlące się „ja”

„Uczyniłeś moją duszę dla Twojego pokoju i Twojej ciszy, ale jest ona okaleczona hałasem mojego działania i moich pożądań. Przez cały dzień mój umysł jest krzyżowany jego własnym głodem doznań, myśli, zadowolenia. A ja nie panuję nad moim domem w ciszy” – jedna z niewielu skarg. Jednym z „odkryć” Mertona jest to, że zawłaszczające naszą uwagę, wszędobylskie „ja”, jest także stworzeniem Bożym. Ojcowie Pustyni doznali niegdyś podobnego zadziwienia, gdy zrozumieli, że ciało nie jest przeciwstawne duszy, a z nią związane. Nękające ich nocne fantazje pokazywały rozproszenie wewnątrz, uświadamiały słabość i kazały oczekiwać zbawienia przychodzącego spoza nich samych. Ta z pewnością bolesna lekcja zaowocowała brakiem absolutyzowania problemu cielesności. Ciała pustelników po prostu były, nie zniknęły, i choć traktowano je z surowością, więcej było wyrozumiałości, uśmiechu politowania nad samym sobą. Coś podobnego dostrzegam w Mertonie. Nie ma tu dramatyzowania z powodu hałaśliwego „ja”, nienawiści do części samego siebie. Kontemplatyk dla Mertona to bardziej człowiek pustyni niż człowiek wizji. Panoszące się „ja” będzie udawać się wszędzie tam, gdzie podąży człowiek modlitwy. Uda się nawet w samo centrum modlitwy, gdzie będzie próbować absorbować uwagę. „Najgłębszy poziom komunikacji nie jest komunikacją, lecz komunią. Jest ponad słowami i ponad mową, i ponad pojęciem. Nie żebyśmy odkrywali nową jedność. Odkrywamy istniejącą jedność. Mój drogi, my już jesteśmy jednością. Ale wyobrażamy sobie, że nie jesteśmy. I musimy przywrócić naszą pierwotną jedność. Musimy być tym, czym jesteśmy”. Do kogo zwraca się Merton, pisząc „mój drogi”? Do uważnego słuchacza, wytrwałego ucznia? Czy nie bardziej jeszcze: do siebie samego, pogodzonego, zjednoczonego? Rozwrzeszczanemu, zabierającemu naszą uwagę „ja”, trapista mówi jeszcze dwie niezwykle ważne rzeczy. Po pierwsze, Bóg posiadania jest Bogiem zniszczenia, dlatego pozostaje nieuchwytny. Po drugie, Bóg pozostaje „problemem”, gdy się próbuje go rozwiązać – Bóg przestaje być „problemem”, gdy się Nim żyje.

Czystość wersu

Raz jeszcze odwołajmy się do Chleba na pustyni: „Dla mnicha, który rzeczywiście odkrywa w pełni znaczenie swojego powołania, psalmy stanowią pokarm życia wewnętrznego, przedmiot medytacji i modlitwy osobistej, tak że w końcu zaczyna on przeżywać je i doświadczać tak, jakby to były jego własne pieśni, jego własne modlitwy”. Podstawowe założenie psalmów to spontaniczne głoszenie chwały Boga. W Księdze godzin Mertona zawsze chodzi o uwielbienie. Parafrazując istniejące psalmy, dokładając fragmenty przemyśleń, a przede wszystkim własną poezję, trapista nie czyni nic innego, jak tylko głosi uwielbienie swego Boga. Poniekąd nie może być inaczej, skoro zostaliśmy zaproszeni. Kontemplacja jest odpowiedzią na Jego wezwanie. Merton powie to dosadniej: „jesteśmy Jego słowami”. Ze zdziwieniem zauważam, jak dobrym poetą był autor Dziennika azjatyckiego. Jego wiersze przywracają niezależność poezji religijnej, pokazując, że ostatnia fraza jeszcze nie padła, a nieposkromiona wyobraźnia powoduje, że „odpada dno duszy” przed Stwórcą. Uderza mnie to tym bardziej, że poezja Mertona wydana u nas w 1986 roku w zbiorze Wybór wierszy nie pokazuje tej lekkości myśli. Nie wiem, czyja jest to bardziej zasługa: autorskiego wyboru Kathleen Deignan czy nowego przekładu Tomasza Dzikowskiego. A może samej oprawy: poezja Mertona daje się najpełniej odczytać właśnie w ramach brewiarza? Wiem jedno: mnich z Gethsemani nigdy jeszcze nie mówił tak pewnie i tak czysto zarazem.

Tańczący derwisz uwielbienia, śpiewający mistyk, chrześcijanin wykuwający siebie poprzez regularną pracę liturgii godzin – taki jest „podstawowy” Merton. Księga godzin to nic innego, jak zaproszenie: bez ściśle ustalonych godzin modlitwy, zachowując jedynie bliżej nieokreślone pory Brzasku, Dnia, Zmierzchu i Zmroku, zachęca do odkrycia własnego sposobu odczytywania. I dopóki nie odciśnie się własnego znaku obecności, poprzez swój rytm dnia i jego możliwości, przystanki i powroty, nie można powiedzieć, że książka ta została kiedykolwiek otwarta.

Psałterz Mertona
Marcin Cielecki

urodzony w 1979 r. – polski poeta, eseista, recenzent, pisarz.  Autor m.in. zbioru esejów Miasto wewnętrzne, książek poetyckich Ostatnie Królestwo, Czas przycinania winnic....