Na Księżyc czy do Wieliczki?

Kim ma być prowincjał? Jak Ojciec rozumie tę funkcję? Czy to jest bardziej koordynator, czy bardziej asystent?

Przełożony wybrany przez braci jest z braćmi i dla braci. W zależności od tego, jakie ma predyspozycje, będzie ciągnął wspólnotę albo ją pchał. Są bowiem ludzie dynamiczni, którzy inspirują, są duchem przewodnim, ale są i tacy, którzy stając z tyłu, wspierają idących szybciej, umożliwiając realizację ich pomysłów.

Roman Bielecki OP i Dominik Jurczak OP: Jak Ojciec widzi swoje miejsce?

Krzysztof Popławski OP: To zależy od inicjatyw. Są sprawy, które mogę inicjować i w nich uczestniczyć, dotyczące duszpasterstwa, studiów i misji. Są również takie przedsięwzięcia, na których się dobrze nie znam, ale widzę dobro, jakie przynoszą. Mam tu na myśli na przykład działania ośrodka liturgicznego czy kwestie związane z sektami. W tych sprawach całkowicie polegam na braciach. Oni rozeznają potrzeby, a ja mogę wspierać ich działania instytucjonalnie czy personalnie.

Rola prowincjała różni się od roli biskupa w Kościele. Prowincjał, mimo że nie ma święceń biskupich, jest ordynariuszem. Tak mówi prawo kanoniczne i nasze konstytucje. Na czym polega specyfika funkcjonowania prowincjała w Kościele powszechnym?

Wybór i zatwierdzenie go przez generała zakonu powoduje, że w sposób naturalny prowincjał czuje się odpowiedzialny za całość wspólnoty polskich dominikanów i za każdego z braci z osobna. To jest powołanie do posługi bycia pasterzem, czyli pomagania braciom w realizacji powołania, które otrzymali w zakonie dominikańskim. W porównaniu z biskupem władza prowincjała jest trochę inna, między innymi dlatego, że w naszym zakonie istnieje struktura ciał doradczych, które mają wpływ na podejmowanie decyzji, a w niektórych sytuacjach podejmują je razem z prowincjałem. To jest specyfika naszego sposobu zarządzania.

Czy Ojciec mógłby się pokusić o ocenę swojej pierwszej kadencji – co wyszło, a co nie wyszło?

Trudno być sędzią we własnej sprawie. Mogę jednak powiedzieć, że oddałem się tej posłudze bez reszty, chcąc być z braćmi i dla braci. Uczyłem się bycia prowincjałem – zarządzania, słuchania braci, brania za nich odpowiedzialności, stawiania pytań. To było trudne wobec tak dużej i różnorodnej wspólnoty, jaką jest nasza prowincja. Słabością był na pewno problem planowania. Bieżące sprawy duszpasterskie czy te związane z funkcjonowaniem klasztorów powodowały, że trudno było mi podejmować nowe wyzwania i myśleć o długofalowych projektach.

Mówił Ojciec w wywiadzie udzielonym wkrótce po pierwszym wyborze, że idee mogą poczekać, a ważni są ludzie. Czy Ojciec podtrzymuje to zdanie, a jeśli tak, to, jak Ojciec zamierza je realizować podczas drugiej kadencji?

Dziś jestem do tego zdania dużo bardziej przekonany niż cztery lata temu. Jako prowincjał poznałem braci z takiej strony, która jest dla większości nieznana. Jeśli prowincjał jest obdarzany zaufaniem i uczestniczy w czyichś zmaganiach czy problemach, to byłoby niebezpieczne, gdyby przyjmował z góry jakiś plan, a potem próbował wciskać do niego ludzi. Dużo ważniejsze jest zobaczenie, z kim mamy do czynienia i jak ten człowiek będzie się najlepiej realizował w misji zakonu.

Czy jednak to szczytne hasło „idee mogą poczekać, ważni są ludzie”, nie jest kolejną ideą?

Istnieje takie niebezpieczeństwo. Każde sformułowanie może stać się swoją karykaturą. Chciałem jednak i chcę nadal, żeby w tym zdaniu zawarta była przede wszystkim troska o ludzi, a nie enigmatyczne mówienie o dobru zakonu, prowincji czy klasztoru. One są czymś wtórnym wobec każdego z braci.

Pewien człowiek świecki związany z naszym zakonem stwierdził, że odnosi wrażenie, że doszło do schłodzenia atmosfery. Mówi: „Dawniej ciągnęliście wózek na Księżyc, a teraz ciągniecie go tylko do Wieliczki”. Jak Ojciec skomentowałby to zdanie?

Kiedyś musiałem podjąć decyzję o zamknięciu pewnego dzieła, bo było ono medialnie rozdmuchane, a realnie niewiele wnosiło. Usłyszałem wtedy od jednego z braci: „Ktoś musi przejść do historii tej prowincji jako ten, który zastał prowincję murowaną, a zostawił ją drewnianą”. Miało mnie to pocieszyć. Wydaje mi się jednak, że moja kadencja trochę nas urealniła. Nie jest trudno nadmuchać jakiś balon i pokazać, jacy jesteśmy świetni. Na zewnątrz, jako dominikanie, prezentujemy się znakomicie, ale na co dzień doświadczamy różnych słabości. Nie czuję się kapitanem statku kosmicznego. Dużo bardziej odnajduję się w obrazie wędrówki czy pielgrzymki. Ciekawe jednak, co miałoby oznaczać sformułowanie „schłodzenie”?

Dawniej było nas więcej na zewnątrz, teraz jesteśmy bardziej wsobni.

Mój poprzednik o. Maciej Zięba był osobą niezwykle medialną i to powodowało, że nasza dominikańska obecność była bardziej zauważalna, bo ja w mediach byłem rzadko.

Nie czuje Ojciec na plecach oddechu swojego poprzednika, tego, że jest do niego porównywany?

Nie miałem z tym problemu. Jesteśmy tak różni, że jakiekolwiek przyrównywanie jest skazane na niepowodzenie. Poza tym o. Maciej Zięba w czasie mojej kadencji nie chciał uczestniczyć w decyzjach, które podejmowałem, i nie uczestniczył w nich. Należał co prawda do rady prowincji, ale w żaden sposób nie próbował na mnie wpływać. Może być on przykładem właściwego odchodzenia przełożonego.

Chcielibyśmy zapytać o trzy sprawy trudne, które zaistniały na forum publicznym. Pierwsza to tzw. sprawa szczecińska, czyli oskarżenie jednego z księży diecezji szczecińskiej, dyrektora Ośrodka im. Brata Alberta o domniemane molestowanie seksualne. Zarzuty wypowiedział nasz współbrat, o. Marcin Mogielski na łamach Gazety Wyborczej w 2008 roku. Mówił Ojciec w wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego”, że chodzi o prawdę najsłabszych. Czy nie pogorszyło to jednak naszych stosunków z diecezją? Czy można było tę sprawę załatwić inaczej?

W momencie podejmowania decyzji byłem przekonany, że trzeba to zrobić, ponieważ ona ciągnęła się wiele lat, a osoby, które czuły się skrzywdzone, zaufały naszym współbraciom. Zgodziłem się, by ojciec Marcin Mogielski upublicznił tę sprawę w mediach.

Wielu naszych współbraci twierdzi, że forma ujawnienia była, delikatnie mówiąc, nieadekwatna.

Z tym bym się akurat zgodził. Nie miałem wpływu na to, jak to zostało przedstawione. Wyraziłem zgodę, by o. Marcin zajął się tą sprawą, bo miał poczucie, że istnieją osoby niewysłuchane, a ich zaufanie pokładane w Kościele zostało nadwerężone. Dziś, kiedy na to spokojniej popatrzę, można mieć zastrzeżenie do sposobu przekazu, który znalazł się w „Gazecie Wyborczej”. Nie podoba mi się nagranie wypowiedzi o. Marcina, z nałożonym na głowę kapturem i głosem jak z podziemia.

Wiele osób mówi: „Chcieliście dobra Kościoła, a wyszło jak zawsze”.

Uważam, że popełniłbym grzech zaniechania, gdybyśmy – posiadając wszystkie dokumenty sprawy – tego nie podjęli. Była to dla mnie pierwsza taka sytuacja. Zaufałem swojemu współbratu, zgodziłem się na jego publiczne działania i wziąłem za to odpowiedzialność.

Tomasz Terlikowski stawia w swojej książce „Grzechy Kościoła teraz w Polsce” tezę, że z tego powodu bp Damian Zimoń zrezygnował z zaproszenia nas do diecezji katowickiej.

To teza dziennikarska. Nikt tego oficjalnie nie powiedział, więc wolałbym się niczego tu nie domyślać.

Kolejna sprawa to bracia, którzy odchodzą z naszego zakonu. Przykładem jest tak zdolny człowiek jak Tadeusz Bartoś. Czy można takich braci zatrzymać?

Rozmawianie o sprawach konkretnych osób jest dosyć trudne.

Jako prowincjał może Ojciec coś powiedzieć, bo odejście Tadeusza Bartosia było sprawą publiczną.

Tadeusz powiedział kiedyś publicznie, że stracił serce do zakonu w momencie, gdy został przeniesiony z klasztoru na Służewie do naszego drugiego domu w Warszawie na Freta. To był rok 2001 albo 2002. Od tego momentu można obserwować jego powolne najpierw zewnętrzne, a potem wewnętrzne odchodzenie z zakonu. Kiedy zostałem prowincjałem, Tadeusz powiedział, że chce zostać i zobaczyć, jak to dalej będzie wyglądało. Po roku odszedł definitywnie. Sądzę, że nie można go było zatrzymać, ponieważ miał wszelkie warunki do tego, żeby w zakonie być i realizować swoje powołanie w sferze naukowej, ale doszedł do punktu, który opisał stwierdzeniem: „Jeżeli myślę tak, jak myślę, to nie mogę żyć, tak jak żyję”. W takich wypadkach rzadko się zdarza, żeby wspólnota mogła pomóc. Decyzje zapadają dużo wcześniej, niż się o tym dowiadujemy. W przypadku Tadeusza wynikało to z ewolucji jego myśli, którą można zaobserwować, czytając jego artykuły czy też książkę – wywiad Ścieżki wolności. Przeczytałem ją dokładnie, próbując sobie ponazywać, co się za tym odejściem kryło.

Cztery lata temu ojciec Maciej Zięba mówił na koniec swojej kadencji, że najtrudniejszą rzeczą, z którą przyszło mu się borykać, było podejmowanie decyzji dotyczących konkretnych osób. Czy Ojciec ma podobne spostrzeżenia?

Zdecydowanie tak. Wszystko, co jest związane z braćmi, od najmłodszych po najstarszych, to są kwestie najpiękniejsze i najtrudniejsze. Najpiękniejsze w sytuacjach, kiedy bracia dzielą się doświadczeniami wiary, poszukiwań, sukcesami duszpasterskimi, tym, co odkrywają w zakonie. Starsi bracia opowiadają czasami o swoim życiu, cieszą się z niego, pokazując piękną miłość do zakonu i Kościoła. Najtrudniejsze są sytuacje, gdy bracia odchodzą, zaplątują się w nieciekawe sytuacje, wymagają jakiejś interwencji. Około siedemdziesięciu procent czasu prowincjała zajmuje spotykanie się i rozmawianie z braćmi. To jest praca niewidoczna. Ośmio- czy dziewięciodniowa wizytacja w Krakowie to kilkanaście godzin rozmów dziennie. Dosyć jednostronnych, bo to bracia mówią, ja słucham. Dominikanów w Polsce jest trzystu pięćdziesięciu, prawie stu braci za granicą. W ciągu tej kadencji spotkałem się chyba z wszystkimi.

Kolejna sprawa, o którą chcieliśmy zapytać, to lustracja. Kiedy komisja historyczna zakończy pracę? Czy będzie jakiś komunikat w tej sprawie, czy raczej trzeba to już zostawić, bo temat przebrzmiały i nie warto go ruszać?

Wydaje mi się, że lustracja na poziomie pozasądowym jest nie do przeprowadzenia. Mamy do czynienia z zaplątanymi w różne historie ludźmi, a nie mamy narzędzi, które pozwoliłyby jednoznacznie określić czyjąś winę. Ja nie jestem sędzią. To nie jest moje zadanie. Dałem braciom możliwość skonfrontowania się z materiałami dostarczonymi przez komisję. Żaden z braci, których materiały dotyczyły, nie przyznał się do współpracy. Po pierwsze, nie mam powodu im nie wierzyć, a po drugie, materiały mogą być interpretowane czy podważane w taki czy inny sposób. Przeżywam wtedy moment bezradności. Niewątpliwie badania historyczne należy kontynuować, natomiast, czy wyniki tych prac pomogą osobom uwikłanym we współpracę z UB lub SB dojść do prawdy, tego nie wiem.

Historycy niezależni od zakonu mają prawo do badania i publikowania materiałów. Istnieją dokumenty, źródła historyczne, które mogą być weryfikowane, podważane, ale upublicznione będą wskazywać na niewygodne dla naszych braci fakty. Nawet jeśli nie przyznają się oni do współpracy, to materiały będą sugerować negatywną ocenę kontaktów z ubekami. Gdy nasz Instytut Historyczny wyda książkę o pięćdziesięcioleciu zakonu w czasach komunizmu, to wyjdą na jaw fakty, które postawią w złym świetle niektórych naszych braci. Również opinia publiczna patrzy, przygląda się, jak tę kwestię rozwiążemy, bo jako pierwsi podjęliśmy temat. Czy nie jest tak, że próbujemy nazwać prawdę, która jest gdzieś poza nami, jak w sprawie szczecińskiej, a z prawdą o naszych braciach, z którą powinniśmy się skonfrontować pierwsi, nie umiemy sobie poradzić?

Uważam, że te sprawy zasadniczo się różnią…
Proces lustracji nie jest dokończony, komisja pracowała i prawdopodobnie będzie pracowała dalej. Przyznam się jednak, że nie wiem, jak ona może ją zakończyć. Najwyżej jako przedstawienie wyników badań, bo dopóki ktoś się sam nie przyzna albo nie zostanie mu udowodnione, że doszło do wykroczeń, jesteśmy bezradni wobec dokumentów. Najczęściej na ich podstawie nie można udowodnić winy ani nie można nikogo zmusić, żeby powiedział: współpracowałem. W sprawie szczecińskiej nie jest co prawda określona kwestia winy, tego, czy mówimy o rzekomym molestowaniu czy o molestowaniu, ale sąd rozpoznaje sprawę na podstawie zeznań ludzi. Wyrok też wyda sąd.

Rozpoczynając pierwszą kadencję, mówił Ojciec o priorytetach: o misjach i o posłudze myślenia. Zacznijmy od misji. Przez te cztery lata nie nastąpił szał wyjazdów misyjnych. Proszę to skomentować.

W Polsce też mamy dużo do zrobienia, a to sprawia, że bracia chcą tu zostać. Specyfika polskiego Kościoła powoduje, że nie widzimy sensu pracy w środowisku, które nie jest chrześcijańskie, bądź takiej, która wymagałaby od nas znalezienia się w innym kontekście, zarówno społecznym, jak i kościelnym. Dla braci w średnim wieku przeszkodą jest na przykład brak znajomości języków obcych. Niemniej uważam, że jeżeli człowiek zdecyduje się na wyjazd, to z pomocą Pana Jezusa przekroczy wyobrażenia na temat tego, do czego jest zdolny. Czasami się usprawiedliwiamy, twierdząc, że należy być dobrze przygotowanym do wyjazdu. Ale co to miałoby oznaczać? Poznać język, kulturę, popróbować potraw z danego regionu? Prawdziwe przygotowanie do pracy dokonuje się już na miejscu. Wtedy się okazuje, jakie są najważniejsze wyzwania. Zobaczmy, że kapłani, którzy należą do ruchu neokatechumenalnego, posyłani są w różne miejsca i nie tłumaczą się problemami językowymi. Werbiści mają zwyczaj, że wypisują trzy kraje, do których chcieliby wyjechać. Kilka lat temu u salezjanów, każdy kto chciał wyjechać na misje, zgłaszał się do generała, a on go posyłał tam, gdzie były największe potrzeby. To są ryzykowne decyzje, wymagające szaleństwa ewangelicznego, którego pewnie nam brakuje.

Które kierunki misyjnie są ważne dla polskich dominikanów?

Jednym z największych wyzwań są kraje byłego Związku Radzieckiego, głównie Rosja i Ukraina. Tam pracuje największa liczba naszych braci. Mam nadzieję, że na Białorusi otworzymy w tym roku nową fundację. Będziemy kontynuować obecność w Stanach Zjednoczonych, w Niemczech i w Irlandii. W ciągu tych czterech minionych lat – pierwsi bracia wyjechali tuż po moim wyborze – współpraca z prowincją irlandzką bardzo się rozwinęła. Obecnie myślimy o współpracy z Irlandczykami w Trynidadzie i Tobago. Niezwykle ważny w wymiarze całego zakonu jest kierunek chiński. Nie wiem jednak, jak miałaby wyglądać misja w tym kraju. Mam nadzieję, że nasza najbliższa kapituła generalna to określi. Kiedyś, rozmawiając z generałem, mówiliśmy, że bardzo konkretnym wyzwaniem dla naszej prowincji byłoby oddanie pod naszą opiekę misji w jakimś konkretnym kraju.

Mieliście coś konkretnego na myśli?

Nie chciałem wybierać jakiegoś kraju, powinny nas zainspirować istniejące potrzeby. Nie wymyśliłbym Chin, gdyby generał nie powiedział kiedyś, że szuka braci do międzynarodowej wspólnoty, którą chciałby przygotować do misji w tym kraju. Myślę, że wskazanie miejsc, w których jesteśmy potrzebni, może pomóc braciom w rozeznaniu powołania misyjnego.

Drugim priorytetem Ojca kadencji była posługa myślenia. Czy coś się zmieniło po tych czterech latach?

Cztery lata to bardzo krótki czas dla takich rzeczy jak misje czy studia. Trudno jest, wysyłając trzy i pół roku temu na studia pierwszą grupę braci, spodziewać się już dziś owoców. Dwóch z nich dalej studiuje, robi doktoraty, jeden wrócił z licencjatem. O efektach tamtych decyzji będzie można rozmawiać za cztery, a nawet za osiem lat. Na razie niczego radykalnie nowego nie zobaczymy. Inna sprawa to kwestia naszej obecności w Kościele polskim, powszechnym oraz w instytucjach zakonu. Generał napisał w liście powizytacyjnym z 2005 roku, że zakon na nas patrzy z nadzieją, spodziewa się, że wśród nas znajdą się bracia, którzy umocnią pewne zakonne instytucje naukowe. Tak się dzieje w Angelicum czy w L’École Biblique. Udało nam się wzmocnić personalnie Instytut Tomistyczny. Gdy zaczynałem kadencję, było w nim dwóch braci, tylko jeden z doktoratem, teraz jest czterech doktorów i jeden bibliotekarz. Nie myślałem o mojej kadencji jako o jakiejś niezwykłej cezurze. Starałem się raczej o kontynuację, o umocnienie wcześniejszych inicjatyw.

A jak widzi Ojciec obecność naukową dominikanów w Kościele polskim?

W Polsce praca naukowa nie cieszy się zbytnim prestiżem. Ciągle zmagamy się z pytaniem prostego proboszcza: „A po co ci studiowanie, skoro możesz siedzieć w konfesjonale i w pierwsze piątki dzieci spowiadać?”. Istnieje problem polskiej podejrzliwości wobec intelektualizmu. Niewątpliwie jednak solidna formacja filozoficzna i teologiczna jest niezwykle potrzebna dla naszego Kościoła i jego rozwoju.

Co my, jako dominikanie, moglibyśmy robić lepiej albo w co moglibyśmy się bardziej zaangażować w Kościele polskim?

Wcale nie ma dużego zapotrzebowania na dominikanów, zwłaszcza ze strony hierarchów. Dużo do myślenia dały mi odpowiedzi na list, który napisałem w 2007 roku do wszystkich ordynariuszy polskich diecezji. Był to rok jubileuszu 750-lecia śmierci św. Jacka i wyraziłem gotowość podjęcia przez nas nowych wyzwań w diecezjach. Poza Katowicami nie otrzymałem żadnej propozycji wartej zainteresowania.

Może biskupi się nas boją?

Uważam, że nie. Większość z nich bardzo ładnie odpisywała, że dziękują za gotowość, ale nie mają dla nas parafii i mają wystarczającą liczbę księży w diecezji. Potraktowano nas zatem jako dodatkowych księży, nie dostrzegając specyfiki dominikańskiej.

A czy nie kryła się za tym obawa, że ludzie zaczną odchodzić z parafii i przechodzić do nas?

Trudno to stwierdzić. Wracając do pytania o specyfikę dominikańską, wskazałbym dwa obszary w Polsce, które mamy do zagospodarowania: kaznodziejstwo i liturgia. Nie oceniając, tylko opisując, mogę stwierdzić, że nasze głoszenie wyróżnia się, bo jest bardziej egzystencjalno-doktrynalne. Gdziekolwiek jestem, czy w czasie wizytacji, czy innych spotkań, spotykam się z pochwałami kaznodziejstwa braci. Dlatego musimy dopracować kwestię ośrodka kaznodziejskiego jako naszej propozycji dla Kościoła w Polsce.

Drugi obszar, którym zachwycam się od dwudziestu lat, czyli od chwili, gdy przyszedłem do Krakowa, to dominikańska liturgia. To zdumiewające, jak w ciągu tych lat nasza krakowska liturgia rozeszła się po całej Polsce. Myślę nie tylko o dużych ośrodkach akademickich, ale i o mniejszych miasteczkach. Po raz pierwszy w 1990 roku oprawa Triduum Paschalnego miała kształt, który z pewnymi modyfikacjami trwa do dziś. Nadanie kształtu tej liturgii poprzedzone było studiami oraz ogromnym wspólnym wysiłkiem modlitewnym i formacyjnym ludzi świeckich wraz z braćmi. Wydaje mi się, że to jest obszar, w którym moglibyśmy być jeszcze bardziej zaangażowani. Gdy zostałem duszpasterzem szkół średnich w krakowskiej „Przystani”, zapytałem o. Andrzeja Konopkę, jak kształtowała się „dziewiętnastka”, czyli msza św. duszpasterstwa szkół średnich. Andrzej powiedział mi genialną rzecz: prawdziwe duszpasterstwo, wspólnota Kościoła, zaczyna się od dobrze sprawowanej liturgii powiązanej z kaznodziejstwem.

Kapuściński pisał kiedyś o drzemce sytych przed telewizorem. Czy to nie jest tak, że jako zakon staliśmy się zbyt wygodni? Każdy z nas ślubował ubóstwo, ale sytuacja materialna klasztorów jest bardzo dobra i mimo kryzysu gospodarczego niczego nam nie brakuje. Czy to nas nie usypia, nie hamuje dynamiki apostolskiej?

W czasie wizytacji wielokrotnie przypominałem braciom, by pamiętali, że dwie rzeczy mamy za darmo. Po pierwsze, to liczba ludzi, którzy przychodzą do naszych kościołów. Ciągle mamy dla kogo pracować i możemy czuć się potrzebni.

Druga kwestia to fakt, że niczego nam nie brakuje i żyje się nam bardzo wygodnie. Mnie to nie przeszkadza, ale ważne jest, co to posiadanie z nami robi. Jeżeli nas usypia i powoduje, że nie chce się nam pracować dla ludzi, którzy oczekują posługi, to jest w tym coś bardzo złego. Ważne, byśmy posiadane dobra potrafili wykorzystać bardziej do duszpasterstwa, do kaznodziejstwa.

Obecną kapitułę zaczynaliśmy w święto nawrócenia św. Pawła. Uświadomiłem sobie, że program naszego zaangażowania wyznaczają trzy słowa.
Dziękczynienie – bo od niego się wszystko zaczyna. Jeżeli potrafię dziękować, to znaczy, że widzę dobro i czuję się dłużnikiem, chcę odpracować, oddać to, co otrzymałem.

Nawrócenie – bo jest ono powrotem do źródeł oraz odrodzeniem, czyli próbą włączenia czegoś nowego.
Głoszenie – bo jeżeli nie głosimy Słowa, jeśli nie żyjemy Słowem Bożym, nie konfrontujemy z Nim naszego życia, to umieramy, nawet jeżeli się uśmiechamy i jest nam wygodnie.

Niektórzy ludzie zarzucają nam, że w naszym głoszeniu pojawiła się ostatnio dyktatura psychologii. Część braci ma poczucie, że uratuje nas nie tyle łaska i duchowość, ile terapia i wgląd w siebie. Wiele osób mówi, że nasze kazania są chwytliwe, ale zamieniają religię w psychologię.

To dotyczy tylko pewnej grupy braci.

Na tyle dużej, że rzuca się w oczy.

Pewnie tak, ale jest też znaczna grupa ludzi, którzy chcą tego słuchać, bo w nich takie mówienie jakoś rezonuje. Poza tym zdarza się, że braciom dużo trudniej jest przygotować dobre kazanie biblijne i dogmatyczne niż skorzystać z erudycji, wyobraźni i skojarzeń, by powiedzieć coś, co będzie ładne i chwytliwe. Ja tego nie oceniam, bo dla wielu ludzi od takiego kazania zaczyna się przygoda spotkania z nami, z Kościołem, z Jezusem. Przychodzą przypadkowo, słyszą kazanie zupełnie inne niż gdzie indziej. Potem zaczynają szukać głębiej i znajdują. Jeśli początkiem ich duchowej drogi będzie psychologia, czy jak ja to nazywam, kaznodziejstwo egzystencjalne, to dobrze. Jest coś takiego w naszym kaznodziejstwie, że chcemy znaleźć punkt styczny między Bożym Słowem a życiem. Rzadko słychać, by bracia głosili „ponad głowami”, bez żadnego związku z osobami, do których głoszą.

Czy są jakieś nowe kierunki w duszpasterstwie, którymi jako dominikanie powinniśmy się zająć? Być może powinniśmy dążyć do większej integracji duszpasterstw, a nie dzielić ich na poszczególne grupy.

To zależy od miejsca. Pamiętam, że kilkanaście lat temu było w Szczecinie jedno wspólne duszpasterstwo młodzieżowo-studenckie. Próby podziału po kilku latach istnienia spotkały się z dużym oporem. W Krakowie od początku bardzo wyraźnie podzielono duszpasterstwa na „Przystań” i „Beczkę”, szkoły średnie i studentów. Jeśli natomiast miałbym opisać nasze duszpasterstwo istniejące poza tradycyjnymi grupami akademickimi i szkół średnich, to dominują trzy kierunki.
Istnieją katechumenaty, czyli grupy przygotowujące ludzi dorosłych do przyjęcia sakramentów. Działają one przy większości naszych klasztorów. Jest to piękne i niełatwe wyzwanie, a przechodzenie z tymi ludźmi drogi do wiary jest niezwykle odświeżające.

Drugą formą są grupy związane z małżeństwem i rodziną. W ostatnich czterech latach uruchomiona została Fundacja Stu Pociech na Freta, Akademia Rodzinna w Poznaniu, Syntonia we Wrocławiu. Prowadzimy grupy, które obejmują cały wachlarz problemów. Od przygotowania do małżeństwa, po, niestety, duszpasterstwa małżeństw niesakramentalnych.

I trzeci obszar, na który na razie mamy najsłabszą odpowiedź, to duszpasterstwo dorosłych, tzw. postakademików, czyli ludzi między 25 a 45 rokiem życia, a także starszych. Trochę chodzimy po omacku, eksperymentujemy z różnymi grupami i propozycjami. Na razie nie jesteśmy w stanie stworzyć jednej formuły. Dominikańskie Szkoły Wiary, które zaczęły się dziesięć lat temu, przeżywają już swój zmierzch, ta formuła powoli się wyczerpuje, nie jest już tak inspirująca jak dawniej. Być może tworzenie innych zinstytucjonalizowanych formuł formacji intelektualnej jest kierunkiem wartym przemyślenia i zagospodarowania.

Wkrótce będziemy mieli kapitułę generalną. Czy Ojciec przewiduje, w którym kierunku może ona pójść?

Dominikanie bardzo się urealniają, po latach 60., 70. czy 80. XX wieku, kiedy mieliśmy do czynienia z pewną ideologizacją związaną z czasem posoborowym, z kryzysami, wraca ewangeliczny i kaznodziejski rys naszego zakonu. Miałem okazję zobaczyć to w czasie kapituły w Bogocie. Myślę, że ten kierunek – skupienie na głoszeniu Słowa – będzie kontynuowany i umocni nasz zakon.

A zakon jest, zdaniem Ojca, w regresie?

Niektórzy tak mówią, snują fatalistyczne wizje. Kiedy myśli się o rzeczywistości Bosko-ludzkiej, jaką jest zakon, prowincja, klasztor, kategorie regresu czy rozwoju mogą być mylące. Wolę patrzeć w perspektywie ewangelicznej – ziarna, które obumiera, by przynieść plon, czy talentów, które trzeba puścić w obrót, by zostały pomnożone. Część spraw dzieje się poza nami, bo są kwestią wiary i łaski. Czasami z drobnych rzeczy wyrastają wielkie dzieła. Czasami wielka instytucja może zdziałać mniej niż najmniejsza wspólnota. Na szczęście nie wszystko w Kościele i w zakonie zależy od nas.

Na Księżyc czy do Wieliczki?
Krzysztof Popławski OP

urodzony 5 października 1964 r. w Ostródzie – dominikanin, rekolekcjonista, misjonarz na Tajwanie i w Chinach, dwukrotny prowincjał polskich dominikanów (2006-2014), socjusz generała zakonu ds. Europy Wschodniej i Środkowej (2014-2020). Mieszka w Warszawie....

Na Księżyc czy do Wieliczki?
Roman Bielecki OP

urodzony w 1977 r. – dominikanin, absolwent prawa KUL i teologii PAT, kaznodzieja i rekolekcjonista, od 2010 redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, Prowincjalny Promotor Środków Społecznego Przekazu, autor wielu wywiadów, recenzji filmowych i literackich, publicysta, aut...

Na Księżyc czy do Wieliczki?
Dominik Jurczak OP

urodzony w 1980 r. – dominikanin, rekolekcjonista, liturgista, absolwent teologii UPJPII, doktor nauk liturgicznych Pontificium Institutum Liturgicum, wykładowca w Papieskim Instytucie Liturgicznym (Anselmianum) i w Angelicum, prowincjalny promotor liturgii w Polskiej Prowin...