Gniew

Polecam uczciwy gniew i uczciwe kłótnie. To znaczy takie, w których szczerze spieramy się o sprawy ważne, bez uciekania od tematu i bez odgrzewania zadawnionych żalów.

Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi1 (Mt 5,23)

Zacznę od oczywistości: istnieje gniew słuszny, który może być chrześcijańską cnotą, choć ciągle można napotkać chrześcijańskie poradniki, które gniew nazywają „ciemną stroną mocy”, objawem zezwierzęcenia itp. Tymczasem Jezus gniewał się na faryzeuszy (Mk 3,5) i cokolwiek by mówić o Jego zachowaniu wobec kupczących w świątyni, było ono objawem gniewu. Niemniej jednak droga do sprawiedliwego gniewu jest szalenie trudna – trzeba najpierw być sprawiedliwym.
Pan odrzekł: „Czy uważasz, że słusznie się gniewasz?” (Jon 4,4)

Emocje nie są same w sobie ani słuszne, ani niesłuszne, gniew ludzki nie jest jednak nieświadomym odruchem – zawsze angażuje rozum. Nie jest tożsamy ze złością czy też samą negatywną emocją, choćby podobną pod względem fizjologicznym. Mogę być wściekły z powodu dzisiejszej pogody, mogę walnąć pięścią w komputer, który „zjadł” mi jakąś pracę, a jednak tak naprawdę nie mogę się gniewać ani na pogodę, ani na komputer. Gniewam się zasadniczo na osobę. Jeśli wrzeszczę na psa, który właśnie załatwił się tam, gdzie nie powinien, albo ciskam narzędziem, które zawodzi, robię to, ponieważ przypisuję im cechy właściwe osobie – kogoś, kto jest w stanie zrozumieć moje zachowanie. Z tego samego powodu mogę się gniewać na siebie samego albo też na Pana Boga. Pełne emocji spieranie się z Bogiem może być dobrym znakiem, że jest On dla mnie prawdziwą osobą, a nie metafizyczną chmurką. W tym kontekście polecam lekturę Hioba, Jeremiasza czy Psalmów.
Gniew nie rodzi się jako instynktowna, a więc nieświadoma, reakcja na ból. Kiedy na przystanku ktoś mnie popchnie, moje zachowanie zależy od wielu czynników: nie jest to po prostu wzrost ciśnienia i poziomu adrenaliny z powodu nagłej utraty równowagi. Jeśli popchnięcie nie było rozmyślne, mój gniew raczej się w tym momencie skończy i machnę ręką na całe zajście. Może się również okazać, że popchnięto mnie, by uratować przed nadjeżdżającym autobusem. Wtedy nie tylko się nie rozgniewam, ale będę wdzięczny osobie, która to zrobiła.

Sprawa się tu nie kończy. Powiedzmy, że ktoś, nie przebierając w słowach, publicznie mnie ruga. Niewątpliwie sprawia mi tym ból. Jeśli jednak uznam, że jakimś swoim błędem zasłużyłem na to, nie będę reagował gniewem, ale raczej wstydem. I tu nie wyczerpujemy wszystkich możliwości. Jeśli obraźliwe słowa pod moim adresem uznam za niesłuszne, również wtedy nie rozgniewam się „spontanicznie”. Dość łatwo rozgniewam się na dziecko, na pijaka na przystanku, nawet na kolegę z pracy. „Co taki jeden sobie myśli?” – pomyślę i pewnie mój gniew przejawi się dość szybko. Jeśli jednak obrazi mnie wielki podchmielony osiłek z kijem bejsbolowym, gniew w ogóle nie będzie mi w głowie. Będę się raczej bał i cieszył, że tylko na słowach się skończyło.

Kiedy niesłusznie naubliża mi szef, którego uważam za głupca, może dojść do konfliktu emocji. Gniew będzie z jednej strony wzbudzany przez uczucie pogardy, a z drugiej powstrzymywany lękiem. To moja ocena sytuacji, subiektywna oczywiście, zadecyduje, która emocja przeważy.

Nie mogę, rzecz jasna, wybierać do końca w sposób wolny, czy mam się gniewać czy nie, ale mój ogląd sytuacji pozostaje decydujący. Gniew wyzwala się wtedy, kiedy rozum tak, a nie inaczej zinterpretuje wydarzenie. Dopiero wtedy pojawią się gorące policzki, bicie serca, naprężone mięśnie, prostujące się plecy, zaciśnięte pięści, krzyk.

Gniew, bogini, opiewaj Achilla, syna Peleusa (Iliada 1,1)

Gniew jest energią, która ma bronić mojej godności – może być w nim coś wyjątkowo szlachetnego. Ból, który rodzi gniew, nie ma sam w sobie wymiaru fizycznego. Dość zaskakująco Arystoteles sprowadził przyczynę gniewu do jednej tylko – obrazy. Być może w czytelnikach pojawi się głos sprzeciwu, że to zbyt wąskie określenie, a jednak, im dłużej o nim myślę, tym bardziej dostrzegam to jako element decydujący. Czyjś gest albo słowo powodują gniew o tyle, o ile interpretuję je jako lekceważenie, pogardę lub brak uznania dla pozycji, w której widzę siebie samego. Nawet gniew rodzica wobec nieposłusznego dziecka można rozumieć w taki sposób, o ile jest prawdziwą emocją, a nie jedynie wystudiowaną taktyką pedagogiczną. Boli mnie ostatecznie to, że nieposłuszeństwo dziecka podaje w wątpliwość moje bycie rodzicem. Dlatego też czyjś gniew wiele mówi o tym, jak gniewający się postrzega siebie samego, swoje miejsce w społeczności i jak rozumuje.
Czego poszukujemy w gniewie? Nie chodzi oczywiście o sprawianie obiektywnego zła naszemu „winowajcy”. Jeśli przywołanemu tu już szefowi z pracy, który mi niesprawiedliwie naubliżał, ukradną samochód, mogę mieć z tego powodu cichą satysfakcję. Nie przywróci mi to jednak mojego poczucia godności i pozycji. Gniew będzie się oczywiście tlił nadal w postaci frustracji i problemów gastrycznych. Musi rzeczonego osobnika spotkać jakaś odpłata, która sprawi mu ból. Musi też jasno zrozumieć, od kogo i za co go to spotyka. Zauważmy, że gniew nie jest tożsamy z nienawiścią, która pragnie zła dla samego zła. Istnieje przecież i nienawiść „na zimno”. O ile nienawiść zawsze jest grzechem, o tyle gniew niekoniecznie.

Prosty mechanizm gniewu bywa zaburzony. W naszym coraz bardziej wirtualnym świecie, również i gniew bywa coraz mniej bezpośredni, z niekoniecznie lepszymi skutkami dla ludzkiej natury. Załóżmy, że dostałem lekceważący list, który odrzuca z błahych powodów napisany przeze mnie artykuł. Tutaj reakcja zajmuje więcej czasu. Najpierw rozczarowanie, potem ponowna lektura listu i ocena sytuacji. Wreszcie, ponieważ obrażający jest nieobecny fizycznie, zaczyna się praca wyobraźni. Kłótnia „na sucho”, nie tylko z fantazjami na temat tego, „co ja mu powiem”, ale również z „a on mi na to”. Bywają osoby, które godzinami toczą wykreowaną przez siebie wirtualną walkę, i to z zaangażowaniem wewnętrznym nie mniejszym niż w przypadku starcia w rzeczywistości.

Okoliczności gniewu są nieprzyjemne, a jednak w gniewie, obok bólu, pojawia się już od początku pewna przyjemność. Nie musi być uświadomiona i może mieć różne aspekty. Ten biologiczny to zastrzyk adrenaliny w wypadku bezpośredniego starcia. Ten najważniejszy to przywrócenie sobie samemu subiektywnego poczucia własnej godności lub też wyższości nad tym, który mnie dotknął. Gniew „na odległość” również może sprawiać przyjemność, jaką daje mi nadzieja niechybnej odpłaty winowajcy. Tę dwuznaczność i Achilles rozpoznał: „gniew nawet najrozumniejszych obejmuje, jest o wiele słodszy od miodu, który się sączy kroplami, zaś w piersiach mężów wzbiera jak dym” (Iliada, 18, 109–110).

Nie bądź skory w duchu do gniewu, bo gniew przebywa w piersi głupców (Koh 7,9)

Możliwość gniewu należy do naszej natury, więc pasja ta jest sama w sobie dobra, w praktyce jednak gniewanie się słusznym gniewem jest bardzo złożone. Można się pomylić w ocenie sytuacji, osoby, jej intencji. Co ważniejsze, można się pomylić co do swojej odpowiedzialności w całej bolesnej dla nas samych sytuacji. Można dać się ponieść i przesadzić, mówiąc za dużo lub karząc nieadekwatnie. Przyjemność satysfakcji, jak i przyjemność samej walki, którą daje gniew, również jest potencjalnie niebezpieczna. Kiedy ktoś szuka przyjemności w gniewaniu się, a nie sprawiedliwości, nawet słuszny gniew może się przerodzić w całkiem niesłuszną agresję.
Gniew nieadekwatny może zależeć od nieadekwatnego poczucia bólu. Ludzie cierpiący, smutni lub żyjący jakimś wielkim pragnieniem (jak choćby zakochani czy szaleni naukowcy) mogą reagować większym gniewem, niż wymagałaby tego sytuacja. Podobnie rzecz ma się z kimś, kto nie jest pewien swojej pozycji albo też swojej wartości. Jest to chyba jeden z powodów, dla których młodzi ludzie są bardziej podatni na gniew i dla których gniewny nacjonalizm przyćmiewa ocenę sytuacji szczególnie w narodach walczących o przetrwanie.

Granica między gniewem a nienawiścią jest dość wyraźna – teoretycznie. Najczęściej zaciera ją przeniesienie doznanego bólu z winowajcy, którego nie mogę dosięgnąć, na całą kategorię osób. Cel staje się w ten sposób łatwiejszy, ale gniew przestaje być sprawiedliwy, a zamiast tego zbliża się niebezpiecznie ku nienawiści. O ile bowiem gniew na bezpośrednich sprawców mógł być słuszny, o tyle gniew na całą kategorię ludzi, np. wszystkich polityków, jest nierozumny, a więc grzeszny. Podobnie postępuje ktoś, kto nie mogąc rozgniewać się na szefa, gniewa się na podwładnych. Sporo jest ludzi, którzy szczerze się gniewają na osoby nieosiągalne: dyrektora, prezydenta albo premiera, a nawet na zmarłych. Zamiast żyć w gniewie, który zmierza ku paranoi albo ku nienawiści, człowiek wierzący zrobi lepiej, oddając całą sprawę Sądowi Ostatecznemu, i wcale nie będzie to niechrześcijańskie.

Kiedy doznawana niesprawiedliwość jest długotrwała, bez możliwości przywrócenia sprawiedliwości, gniew łatwiej przeradza się w nienawiść. Z taką sytuacją mamy szczególnie często do czynienia w wypadku długotrwałego konfliktu, a sytuacja Palestyny niech będzie smutnym przykładem. Z czasem dominować zaczyna już nie tyle pragnie sprawiedliwości i odpłaty wymierzonej winnym, ile szkodzenia „wrogowi”, choćby za cenę własnej szkody.

Lepszy jest człowiek powolny w gniewie od mocarza, a panujący nad swym duchem – od zdobywcy miasta (Prz 16,32)

Panowanie nad gniewem nie polega na jego tłumieniu, a na rozumnym użyciu energii, którą on w sobie niesie. Nie brakuje osób, które wobec emocjonalnego wysiłku, ryzyka, trudności samooceny, gniewu sobie w ogóle odmawiają. Inteligentni ludzie świetnie racjonalizują: są w stanie wmówić sobie, że się przesłyszeli, że agresor miał trudne dzieciństwo, że nie będą się „zniżać do jego poziomu”, albo może nawet doszukają się jakiejś przewiny w sobie. Ponieważ w złożonej sytuacji zupełne uniknięcie błędów jest niemożliwe, zwłaszcza perfekcjoniści wylewają dziecko z kąpielą, rugując gniew całkowicie z perspektywy możliwych reakcji. Zwycięża niby-chrześcijański dogmat o tym, że najważniejsze to być miłym. Oczywiście kochać jest dużo trudniej niż być miłym i wiąże się czasami z byciem całkiem niemiłym. Ktoś funkcjonujący w dogmacie „być miłym do końca” zaproponuje na przykład kochankowi swojej żony pójście na kawę, żeby porozmawiać spokojnie „jak kulturalni ludzie”, no bo przecież „nie będziemy na siebie wrzeszczeć” itp. W tym wypadku brak gniewu niewiele jest lepszy niż przymykanie oczu na zdradę, a może nawet jest sygnałem, że coś tu z miłością małżeńską jest nie tak.

Gniew służy przecież obronie ludzi i wartości mi drogich. Jeśli nie stać mnie na gniew w obronie osób, za które jestem odpowiedzialny, to brak reakcji jest zaniedbaniem. Potwierdzą to pewnie nauczyciele tych dzieci, których rodzice za wszelką cenę unikają koniecznego upominania. Nie chcą lub nie wiedzą, kiedy i jak się gniewać. Jakkolwiek przyczyny mogą być różnorakie, ich dziecko pozbawione jasnych sygnałów początkowo porusza się po omacku, a potem zaczyna podejrzewać rodziców o obojętność i robi wszystko, by uwagę odzyskać, choćby w postaci wymierzonej sobie kary.

Gniew wiąże się nie tylko z obroną własnej godności, ale i z obroną wartości nam powierzonych. Nasz Pan zapraszał nas do nadstawiania drugiego policzka, ale własnego. W Jerozolimie, gdzie religia to cały czas sprawa szalenie poważna, zdarzyło się kiedyś, że krzyż niesiony w procesji przez ormiańskiego duchownego został opluty przez pewnego człowieka. Ksiądz oddał do potrzymania rzeczony krzyż klerykowi, a plującemu dał po prostu w gębę. Jakaś reakcja była na miejscu, bo plujący wiedział, co robi. Myślę, że duchowny nie zgrzeszył, natomiast pewnie nigdy nie będziemy wiedzieli, czy było to najlepsze rozwiązanie.

Platon trafnie to ujął, mówiąc, że gniew bez formacji z czasem przemieni społeczeństwo w kryminalistów, ale za to ludzi bez jego „żądła” – w gromadę żebraków. I nie miał tu na myśli mendykantów.

Nie ma dobrej teoretycznej odpowiedzi na pytanie, jak się zachować w konkretnej trudnej sytuacji. Zależy to od mnóstwa czynników. Ponieważ gniewanie się sprawiedliwe jest pewną umiejętnością, zakłada proces uczenia, a to znowu – popełnianie błędów. Ich pojawianie się nie powinno nas przerażać, a jedynie skłonić do tego, by się przyjrzeć sobie bez lęku i z nadzieją. Jeśli Bóg dał nam taki instrument, to wiedział, po co to robi.

O ileż lepiej jest upomnieć, niż trwać w gniewie (Syr 20,2)

Tak, jak nie walczy się z obżarstwem przez odmawianie sobie jedzenia w ogóle, tak nie walczy się z nierozumnym gniewem przez odmawianie sobie możliwości gniewania się. Polecam, zarówno jednostkom, jak i wspólnotom, uczciwy gniew i uczciwe kłótnie. To znaczy takie, w których szczerze spieramy się o sprawy ważne, bez uciekania od tematu i bez odgrzewania zadawnionych żalów. Na tyle, na ile to możliwe, trzeba o swoim gniewie, jako rodzącej się emocji, mówić zainteresowanej stronie. To pewnie najbezpieczniejszy i skuteczny sposób wyrażania gniewu. Dążenie do obiektywizacji jest wskazane przed zajściem, w jego trakcie, ale zwłaszcza po nim. Jeśli zdarzy się nam przekroczyć granicę sprawiedliwości i powiedzieć nieprawdę, czy też w ogóle zrobić błąd w mierze gniewu, wypada się do tego przyznać. I zaryzykowałbym to nawet w przypadku rodziców względem dzieci. Przyznanie się do przesadzonego gniewu nie musi oznaczać, że przyznaję przez to drugiej stronie rację. Muszę po prostu wziąć odpowiedzialność za własne czyny i słowa bez przenoszenia odpowiedzialności na drugiego człowieka. Zdanie „on mnie rozgniewał” lepiej zastąpić sformułowaniem „rozgniewałem się”.

Dobremu, a więc sprawiedliwemu gniewowi szkodzi wpadanie w schematy – przewidywalna reakcja na przewidywalną prowokację drugiej strony. Doskwiera to zwykle małżeństwom i starym przyjaciołom. Przypomina rytuał, który, o ile może mieć pewne emocjonalne zalety dla tej pary, o tyle nie prowadzi do spotkania i uczciwej konfrontacji. Wiem, co powiem, ale wiem też, co mi odpowie druga strona, a potem trzeci ruch etc. Kłóćmy się więc, ale niech to będzie kłótnia twórcza. Warto po spięciu, i w ogóle po jakimkolwiek okazaniu gniewu, przemyśleć raz jeszcze swoje motywacje i reakcje, a także reakcje drugiej strony.

Znamy osoby, które instynktownie potrafią się świetnie gniewać – wtedy kiedy trzeba i jak trzeba. Umieją wypowiedzieć swoje racje, a wiemy wszyscy, jak bardzo są przydatni w każdej społeczności. Z drugiej strony, istnieją również źli adwokaci dobrej sprawy, którzy absolutnie sobie z tym nie radzą. Przesadzają z argumentami, biorą sprawy zbyt osobiście, strzelają na oślep niesprawiedliwymi ocenami w niewinnych etc. Jeśli wiem, któremu z tych modeli jestem bliższy, łatwiej będzie mi podjąć wyzwanie we właściwym momencie.

Wreszcie, im więcej gniewu pojawi się w moim życiu – zarówno, gdy jestem tym, który się gniewa, jak i tym, na którego się gniewają – tym więcej potrzeba przebaczania i wyrozumiałości. Tak samo ja, jak i inni gniewać się jedynie uczą. Kończę radą św. Pawła: „Gniewajcie się, a nie grzeszcie: niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce!” (Ef 4,26).

1 To prawda, że tak brzmi większość tłumaczeń. Rzeczywiście taki tekst podają manuskrypty z tradycji aleksandryjskiej, które są najstarsze. Zaznaczmy od razu, że wszystkie inne tradycje tekstualne dodają: eike – „kto się gniewa bez przyczyny”.

Gniew
Łukasz Popko OP

urodzony 30 maja 1978 r. w Żarach – dominikanin, biblista, wykładowca w École Biblique et Archéologique w Jerozolimie i w Kolegium Filozoficzno-Teologicznym Dominikanów w Krakowie. Do Zakonu Kaznodziejskiego wstąpił po ma...