Cud na chwilę?

Cud na chwilę?

Lourdes, scen. i reż. Jessica Hausner, wyst. Sylvie Testud, Léa Seydoux, Gerhard Liebmann, Gilette Barbier, Bruno Todeschini, Irma Wagner, Austria, 2009

Po obejrzeniu filmu Jessiki Hausner Lourdes stwierdziłem, że nie należy go oglądać w przerwie, między jednym intensywnym zajęciem a następnym wymagającym skupienia. Najlepiej tak zaplanować wyjście do kina, by mieć czas na przemyślenia.

Dla ludzi niewierzących ten obraz może być paradokumentalną obserwacją tego, co dzieje się podczas pielgrzymek do sanktuarium maryjnego pod Pirenejami. Trzeba od razu stwierdzić, że jest to spojrzenie spokojne, z dystansem, pozbawione antykatolickich uprzedzeń. Ten sposób przedstawienia grupy pielgrzymów sprawia, że chrześcijanin, a zwłaszcza katolik, zostaje dociśnięty kilkoma pytaniami, na które nie ma łatwych odpowiedzi. Może trzeba powiedzieć: na które nie ma w ogóle odpowiedzi.

1. Pierwsza kwestia, o którą każe zapytać Lourdes, to miejsce cudu uzdrowienia w naszej wierze. Czy wolno nam go oczekiwać, prosić o niego, spodziewać się jako owocu wytrwałej modlitwy? Sprawa jest prostsza, gdy mamy do czynienia z ludźmi o ugruntowanej wierze, którzy poradzą sobie z faktem, że uzdrowienia, przynajmniej w sensie fizycznym, nie będzie. Co jednak z tymi chorymi i cierpiącymi, którzy przyjeżdżają do sanktuariów i na modlitwy o uzdrowienie z wielką nadzieją? Często są to osoby, wobec których medycyna jest bezradna, a uzdrowienie jest dla nich jedyną szansą na powrót do życia. Kto ma odwagę powiedzieć im: „Módl się z wiarą, a dobry Bóg cię wysłucha!”, by później odpowiadać na pytanie: „Dlaczego Bóg mnie nie wysłuchał, przecież tak gorąco wierzyłem/łam, tak gorąco się modliłem/łam”?
Pamiętam, jak wiele lat temu pojechaliśmy z Janem Grzegorczykiem do Gorzowa Wielkopolskiego, by zrobić reportaż z pobytu dwóch misjonarzy – charyzmatyka i uzdrowiciela Emiliano Tardifa oraz świeckiego kaznodziei Jose H. Prado Floresa. Podczas spotkania, na fali uniesienia z wózka inwalidzkiego wstał mężczyzna. Tłumy ogarnął entuzjazm i wielbiły Boga za ewidentny cud, który się dokonał. Człowiek wcześniej nie chodził, a dzięki modlitwie zyskał władzę w nogach. „Jezus żyje! Jezus uzdrawia!” – krzyczeli prowadzący. Jan opowiadał, że wielokrotnie widział później tego mężczyznę w Poznaniu. Zawsze był na wózku. Być może najważniejsze dokonało się w jego sercu, ale nietrudno mi sobie wyobrazić człowieka, którego takie doświadczenie zrazi do Boga – po co dał nadzieję, skoro ją zabrał? A może to ludzie dali mu nadzieję, mocą której potrafił uczynić kilka kroków o własnych siłach? Tylko kilka kroków.

2. Druga kwestia dotyczy tych, którzy nie doświadczyli uzdrowienia, ale byli świadkami cudu, jaki dokonał się w życiu kogoś modlącego się tuż obok nich. Film ukazuje nieme milczenie, starannie skrywaną zazdrość, czy niezgodę wyrażoną w pytaniu: „Dlaczego Bóg uzdrowił osobę małej wiary, a nie tę gorliwą i oddaną Bogu, która z niegasnąca nadzieją pielgrzymuje do sanktuarium co roku?”. Pomyślałem o wszystkich chromych, ślepych czy trędowatych, którzy byli świadkami uzdrowień dokonywanych przez Jezusa. „Dlaczego mnie nie uzdrowił?” – zadawali sobie zapewne pytanie. I przyszło mi do głowy, że świadkowie cudów Jezusa – oprócz zawistnych faryzeuszy – mogli się smucić na widok uzdrowienia dokonanego przez Mistrza z Nazaretu. Czy zatem Ten, który obdarowuje jednych, może być obojętny na tych, których pomija? Czy też powinien pamiętać o tych, którzy nic nie dostaną? A jeśli tak, to czy ma szansę uczynić cokolwiek dobrego?

3. Zastanowiła mnie też postać księdza przebywającego z pielgrzymami. Pobożny, modlący się, spowiadający. Irytowały mnie jego odpowiedzi na pytania, które stawiali ludzie. Pytania były niewątpliwie trudne: „Co konkretnie należy zrobić, by dokonało się uzdrowienie?”, „Czy Bóg jest dobry czy wszechmocny?”, „Dlaczego Bóg uzdrawia jednych, a innych nie dostrzega?”. Z odpowiedzi wiało banałem, ale najbardziej drażniło mnie to, że filmowy duszpasterz na każde pytanie miał odpowiedź. Wiedział jak poradzić sobie z ludzkim bólem i cierpieniem. Nie wiem tylko, czy potrafił cierpieć z ludźmi, którymi się opiekował, wytrwać z nimi w sytuacji, w której nie ma łatwego pocieszenia. Może te odpowiedzi były dla niego pancerzem chroniącym go przed bólem bezradności, maską, za którą czaił się strach, że nie potrafi obronić Boga przed zarzutami, iż nie ma na tym świecie nic do powiedzenia. Jak zatem powinien się zachować duszpasterz w rozmowie z chorymi i cierpiącymi?

4. Film kończy się niejednoznacznie. Ta niedokończona opowieść każe stawiać następne pytania. „Kiedy mamy do czynienia z cudem, a kiedy z emocjonalnym uniesieniem człowieka?”, „Czy każda poprawa zdrowia nie jest tylko chwilową remisją choroby?”. „Jak powinien żyć człowiek, w życiu którego dokona się cud – powinien stać się świadkiem Bożego działania, apostołem zwiastującym nadzieję, czy też po latach cierpienia ma prawo liczyć na bardzo zwyczajne życie?”. Zapewne każdy, kto obejrzy film, postawi swoje pytania, całkiem inne od moich.

Cud na chwilę?
Paweł Kozacki OP

urodzony 8 stycznia 1965 r. w Poznaniu – dominikanin, kaznodzieja, rekolekcjonista, duszpasterz, spowiednik, prowincjał Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego, publicysta, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”....