Ukrzyżowany w kwiatach lipy

Ukrzyżowany w kwiatach lipy

Jan Grzegorczyk: Janku, dlaczego Ty wierzysz?

Jan Budziaszek: Nie wiem, to jest silniejsze ode mnie.

A wiesz dlaczego pytam?

Nie.

Bo zapisałeś w „Dzienniczku perkusisty”, że zawsze trzeba być gotowym, by dać odpowiedź: dlaczego wierzysz.

Musiałbym opowiedzieć wszystkie przypadki mojego życia, które nie są przypadkami.

Ja sobie tego nie wymyśliłem, nikt mnie do niczego nie przekonywał ani nie nawracał. Dostałem kopniaka z niebios. Przed laty spotkałem Czesława Klimuszkę, znanego franciszkanina, terapeutę. Coś się stało z naszym gitarzystą w zespole i ktoś znajomy załatwił nam widzenie z nim, bo nie można się było do niego dostać. Okazało się, że gitarzysta jest i żyje. W czasie tego spotkania Klimuszko wziął mnie ni stąd ni zowąd za rękę i powiedział, że nie ucieknę przed Panem Bogiem, bo moja matka położyła pieczątkę na moim czole. Ofiarowała mnie Matce Bożej.

W jakich okolicznościach?

Był rok 1945. Ojca zabrali do więzienia. Mamę nachodzili urzędnicy UB. Nie miała najmniejszych szans na pracę. Mój brat miał niecałe pięć lat. Nie było co jeść, panowała u nas straszna bieda. Ludzie doradzali matce, żeby usunęła ciążę, bo nie da rady, a ona wzięła do ręki różaniec i ofiarowała mnie Matce Bożej. Urodziłem się zdrowy, ważyłem ponad pięć kilo. A moja matka była drobniutka — 150 centymetrów wzrostu.

O tym wszystkim dowiedziałem się dopiero po wizycie u Klimuszki. To był rok 1972–73. Moja matka mi tego nigdy przedtem nie mówiła. A on zobaczył tę pieczątkę na moim czole. 10 lat minęło, a ja z tą nowiną nic nie robiłem. Jest rok 1984. „Skaldowie” pojechali do Ameryki, do klubów polonijnych, żeby zarobić trochę pieniędzy. A ja, chociaż za kołnierz nie wylewałem, strasznie nie lubiłem grać w knajpie. Dlatego nie pojechałem.

Zostałem w Krakowie, gdzie organizował się zespół jazzowy. Jazz to moja pasja. Duke Elington, Count Basy, lata 40., 50. W tym samym czasie żona powiedziała mi, że ona w tym roku pojedzie z dziećmi nad morze. Zawsze ja to robiłem, jako że mnie ciągle w domu nie było, więc przez ten miesiąc nadrabiałem zaległości. Mieliśmy malowanie w domu. Pomyślałem, że chce się wymigać od sprzątania po remoncie, ale niech będzie. Zostałem sam. Coś mnie pokusiło i poszedłem w niedzielę do kościoła. Nie zawsze wtedy chodziłem. Usłyszałem, że krakowska pielgrzymka idzie do Częstochowy i pytanie, czy parafianie nie „odstąpili by trochę podłogi” pielgrzymom. Czemu nie? Mam jej prawie 200 metrów, więc jest gdzie leżeć. Okazało się, że mam przyjąć 17 osób z Niemiec. Za parę dni miałem jechać do Sopotu z Marylą Rodowicz. Przygotowywałem się do festiwalu w Sopocie, a Niemcy urządzali u mnie festiwal piosenki religijnej. Z zapałem ćwiczyli standardy pielgrzymkowe typu Schwarze Madonna. Przyjechali wcześniej, bo jeszcze chcieli Kraków zobaczyć. Koniecznie chcieli do siostry Faustyny Kowalskiej. Codziennie robiłem wystawną kolację. Niemki chciały do kuchni, bo u nich sakramentalne trzy „K” — Kinder, Kirche und Küche — a ja mówię: „Nein, to moje królestwo”. Po czterech dniach z tymi starymi Niemkami wywiązała się taka przyjaźń, że potem zaczęły przywozić swoich mężów, którzy kiedyś służyli w Wermachcie. 8 sierpnia wychodziła krakowska pielgrzymka. Piękna pogoda. Niemki miały ogromne walizy, nawet wodę mineralną z sobą przywiozły. Zaproponowałem, że odprowadzę je na Wawel. Coś mi podszepnęło, żebym został z nimi na Mszy. Potem znowu myśl, żeby przejść z nimi przez miasto, no i tak doszedłem do pierwszego noclegu. W ten sposób w samym podkoszulku, w sandałach, po sześciu dniach wylądowałem na Jasnej Górze. Gdyby mnie wtedy ktoś zapytał, po co ja idę, to nie potrafiłbym odpowiedzieć. To nie był żaden zryw religijny. Szedłem, bo mi było dobrze. Nie szedłem jako pielgrzym, który ma jakąś sprawę do załatwienia. Prawie na drugi dzień po moim dojściu do Częstochowy rozpoczynały się próby w Sopocie. Przyjechałem, siadłem w pierwszym rzędzie, czekam na swoje wyjście i nagle poczułem bezsens tego wszystkiego. Na pielgrzymce było wszystko nierówno, niezawodowo, ale był duch i było wiadomo, po co ludzie śpiewają. W Sopocie wszystko profesjonalne, świetna orkiestra, tylko że większości zależało jedynie na tym, żeby się podobać, zdobyć jakąś nagrodę. A nikt nie miał nic do przekazania. Zrozumiałem, że sztuka musi nieść jakieś przesłanie. Siedzę koło Mańki i widzimy, że ustawiają mikrofon do góry nogami. Nagle artystka z ościennego kraju podchodzi do mikrofonu i myk… stoi na głowie. Myślałem, że oszaleję, wyskoczyłem na scenę, ustawiłem się w takiej samej pozycji, patrzę jej głęboko w oczy i mówię: „O co tu chodzi?”, a ona na to: Tak budiet łuczsze. Wracam do Majki: „Ja tu nie wyrobię, muszę stąd natychmiast uciekać”, a ona: „Nie wygłupiaj się, podpisałeś kontrakt to musisz zagrać”. Zagraliśmy wszystkie hity z „Niech żyje bal” na czele. Coś się we mnie działo, ale jeszcze nic nie wskazywało, że zamienię źródło swoich natchnień z marihuany na tabernakulum. Zaraz po tym festiwalu jechaliśmy z Mańką na tournée do Związku Radzieckiego. W Wilnie byliśmy codziennie zmordowani, bo zapraszali nas na kolacje, a tam się nie pije kieliszkami tylko szklankami. Wracaliśmy umęczeni nad ranem i wszyscy się kładli spać, a mi coś mówiło: „Zakładaj kurteczkę i idziemy”. Przechodziłem przez całe Wilno do maleńkiej kapliczki nad Bramą. Pytałem się Mateczki: „Czego chcesz? Czy mam zmienić zawód i wypisać się z tego interesu?”. I usłyszałem w Ostrej Bramie: „Posyłam cię do ludzi, którzy niosą podobne krzyże jak ty, a moje wybranie polega na tym, że to ty masz im pomagać, a nie szukać u nich pomocy”. Wróciliśmy do kraju.

Zostałem w środowisku, ale przez pierwsze 5–7 lat byłem totalnie odrzucony.

Bo zacząłeś chodzić na Msze?

Nie, bo stałem się innym człowiekiem. Widzisz, u mnie przedtem na okrągło w domu kapała okowitka. Jeszcze w okresie stanu wojennego robiłem podobno wyśmienitą gorzałkę. Wołano: „Jan Budziaszek — wytwórnia flaszek”. Przez mój dom przewijały się rzesze artystów. W nim była gorzałka, a w ogródku rosła trawa, czyli dżandżia. Konopie w przełożeniu na marihuanę. Byłem zawsze duszą towarzystwa. Opowiadają, że w mojej czarodziejskiej walizeczce zawsze miałem flaszeczkę. Było życie. Przed koncertem wódeczka, po koncercie wódeczka, bah, bah i nagle, po powrocie z Ostrej Bramy stało się ze mną coś dziwnego. Przestałem pić. I chociaż nic nie mówiłem, to musiałem tych ludzi denerwować samą swoją obecnością. Rozmowy przy wódeczce zwykle są damsko–męskie. Podobno takich opowieści o pięknie kobiecego ciała jak ja dawałem, to nikt nie dawał. I nagle stałem się kimś innym. Zacząłem zawadzać w rozrywkowym stylu życia. Do dzisiaj nie zaproponowałbym w towarzystwie, żeby nie pić, ale musiało coś ze mnie emanować, bo pewnego dnia usłyszałem taki tekst: „Trzeba by zorganizować flaszkę, ale ten znowu tu siedzi”. Przyszedł do mnie lider najukochańszego zespołu, z którym wtedy grałem, i powiedział mi: „Od jutra to my już ci za wszystko dziękujemy, nie będziemy z tobą grać”. To było takie bolesne, bo obie strony wiedziały, że nie rozstajemy się ze względu na sprawy artystyczne. Potem ktoś mi wyznał, że podobno całe środowisko w Krakowie odczuwało, że chciałem im pokazać, iż jestem lepszy. Niech Pan Bóg broni! Jeżeli oni tak odczuwali, to być może stałem się ich wyrzutem sumienia. Przestałem być dla nich radością, zapragnąłem stać się radością Pana Boga.

Pisałeś, że przedtem poszukiwałeś, nurzałeś się w innych religiach…

Moim pierwszym nauczycielem był Ghandi. Każde jego zdanie mocno przegryzałem. Jak się później okazało Mahatma Ghandi był praktycznie chrześcijaninem. Był hinduistą, ale całe życie chodził z Nowym Testamentem pod pachą. Tylko chrześcijanie go gorszyli. Siedziałem bardzo mocno w chiromancji i astrologii. Równolegle śledziłem wszystkie objawienia maryjne, choć samo uczestnictwo w nabożeństwach było mi jeszcze obce. Wkładałem wszystko do jednego worka. Podejrzewam, że moje zainteresowanie tymi sprawami było natury sensacyjnej. Pociągały mnie tajemnice fatimskie.

Czy alkohol i używki prowadziły cię do niegodziwego życia?

Nie jest tajemnicą, że w środowisku artystycznym panuje luźne podejście do życia, do miłości, a źródłem wszelkiego zła jest alkohol. Przez niego pękają wszelkie więzy, puszczają wszystkie hamulce. Na bani wszystko jest możliwe. Na bani ja przeżywam radość, a inni płaczą. Jak jest balanga, jak jest wesoło, nie masz trzeźwego myślenia. Dlaczego w środowisku artystycznym jest tyle rozwodów? Bo najważniejsze sprawy załatwia się przy barze. Jak nie bania, to środki odurzające. Oczywiście nie wszyscy tak żyją, ale olbrzymi procent.

A jak Twoje przeobrażenie odebrała rodzina?

Nie było łatwo, bo żona wyszła za faceta, który był mistrzem rozrywki. A tu nagle mnie nie mogą poznać. Moja córka kilka lat temu zdawała egzamin na ASP, przychodzi po ogłoszeniu wyników i płacze. „Dlaczego płaczesz?” — pytam. „Bo się nie dostałam na grafikę”. Mówię: „Baśka, chodź podziękować Panu Bogu, że się nie dostałaś”. Myślałem, że moje dziecko wydrapie mi oczy. Powiedziałem jej: „Jeżeli przed człowiekiem zamykają się jedne drzwi, w tym samym momencie otwiera się 17 innych. Ja nie spędziłem w szkole muzycznej ani pięciu minut swojego życia, ale Pan Bóg, mój Lekarz, przepisał mi grać do śmierci. Pamiętaj, że żadna uczelnia nie nauczy cię miłości do tego zawodu, nauczy cię tylko techniki”. Od momentu tamtych egzaminów Baśka nie namalowała ani jednego obrazu, zatem chyba może żyć bez tego. Natomiast zdała wtedy, z bardzo dobrym wynikiem, na historię sztuki i jest dziś szczęśliwa.

Nie ukrywasz zbytnio, że przez długi czas głupio żyłeś…

Bo nie żałuję tego okresu, kiedy przypalałem marihuanę i szukałem natchnień i radości w alkoholu. Mam bardzo dużo spotkań z młodzieżą i często pytają mnie o branie używek. Wiem, jak to działa i daję im przykłady. Słuchałem kiedyś w moim pokoju ze szwagrem muzyki „Weather Report”, wspaniały zespół. Nagle weszła żona. Była wtedy w ciąży z pierwszym dzieckiem i mówi: „Idę do sąsiadki, w kuchni gotuje się mleko, zaglądnij, żeby nie wykipiało”, a my, słuchając muzyki, byliśmy w lesie, w dżungli. Małpy skaczą po drzewach, deszcz pada, w ogóle niesamowity świat, a ona mi z jakimiś bzdurami wyjeżdża. Powtarzam do dziś, byłem w takim stanie idiotycznego upojenia, że gdybym miał karabin maszynowy, to bym ją zastrzelił. Wiem więc, jak działają narkotyki, to kompletne oszustwo i budowanie egoizmu. Albo gdy byliśmy na trasie koncertowej z Jarkiem Śmietaną. Paliliśmy skręta i słuchaliśmy w ekstazie przez godzinę płyty analogowej, która w kółko przeskakiwała, a myśmy myśleli, że dotarliśmy do źródła. I trzeci przypadek. Występowałem z „Grupą pod Budą”. Przypaliłem przed koncertem marihuany. Grało mi się świetnie. Co chwilę Andrzej Sikorowski ogląda się na mnie, myślałem, że w dowód uznania. Po koncercie schodzimy, ja mówię: „Ale mi się grało! Niesamowicie!”, a Hanka Treter się odwraca do mnie, płacze i mówi: „Janek! Czemu nam to zrobiłeś! Taki wstyd!”. Okazało się, że mnie w ogóle nie interesowało, co oni grają, tylko uchwyciłem się jakiegoś dźwięku i budowałem sobie na nim mój świat.

Powiedziałeś mi kiedyś, że wyczujesz na kilometr, gdy ktoś jest po jednym kieliszku…

To nie ja, to Janusz Muniak jest takim geniuszem. Moim zdaniem, najlepszy polski jazzman i jeden z najlepszych w Europie. Trzydzieści lat pił i nagle odstawił alkohol. Mówi, że jeśli ktoś wypije kieliszek wódki, zmienia mu się barwa głosu. My tego nie słyszymy, ale genialni muzycy słyszą.

Tak czy owak powiedziałeś mi, że artysta pijany jest fałszywy…

Wiele lat grałem na bani. Interesowało mnie, żeby tylko mi było dobrze. Jeżeli masz swojej dziewczynie, żonie powiedzieć, że ją kochasz, musisz to uczynić w absolutnej trzeźwości, bo jeżeli nie, to będzie nieprawda. Każdy przekaz musi się dokonać w trzeźwości, inaczej to będzie bełkot.

Zgadza się, ale w „Dzienniczku perkusisty” dałeś taką piękną opowieść o Piotrze Skrzyneckim, twórcy „Piwnicy pod Baranami”. Wpisałeś go w pewien wymiar świętości.

Bo on był świętym Franciszkiem polskiej cyganerii. Kazał grać biedakom na dworcach, bo byli mu tak bliscy i piękni. Kochali go kloszardzi, artyści, głowy państw. Dla Piotra najważniejszy był człowiek i spędzona z nim chwila. Po śmierci znaleziono w jego kieszeni różaniec. Mało kto wiedział, że prawie codziennie chodził wieczorem do franciszkanów. Przed śmiercią powtarzał cały czas: św. Franciszku, św. Franciszku…

Jednak wiadomo, że ten patron artystów Krakowa nie był abstynentem…

Wydaje mi się, że są jednostki, którym uchodzi to, co nie wypada innym. Takim wyjątkiem jest Guy Gilbert, autor Księdza wśród bandziorów, jedyny chyba kapłan na świecie, któremu wolno rzucać mięsem, bo w nim jest tyle miłości. A Piotr był może jedynym artystą w Krakowie, któremu wolno było pić, bo to nie umniejszało jego uczucia, jego miłości. Każdy z nas ma jakąś słabość, dziadostwo. Mam kolegów, którzy po wypiciu paru kieliszków są nie do przyjęcia. Natomiast z Piotrem było inaczej. Nigdy nie można stawiać zasad — choć one są bardzo ważne i człowieka trzymają — ponad prawem miłości. Opowiem ci historię z okresu, kiedy przestałem pić. Przez wiele lat jeździłem do Chałup. Był tam bardzo porządny człowiek, rybak, Kaszub. I ja co roku przywoziłem te swoje flaszeczki, kilka gatunków. Spotykaliśmy się w tym samym gronie. Towarzystwo było z różnych miast i codziennie ktoś stawiał na powitanie albo na pożegnanie. Pewnego lata przyjeżdżam i nie mam wódki. Mówię, bardzo przepraszam, ale w tym roku bez gorzały, a oni, że to żaden problem. Zorganizowali i piją z jednego kieliszka u tego Benka Kaszuba. On siedzi koło mnie, przekazuje mi kieliszek i mówi: „No to do ciebie piję”. A ja, że go przepraszam, ale mnie to już nie dotyczy, że już nie piję… „Dobra, dobra, ale ze mną się napijesz”. „Nie”. „To chociaż umocz usta”. Ja mówię: „Nie”. „Przecież my jesteśmy jak bracia, możemy sobie krew przetaczać”. „Nie, Benek, mnie to nie dotyczy”. Przez cały miesiąc przechodziliśmy koło siebie w domu i było niezbyt przyjemnie. Na koniec Benek mi powiedział: „Janek, ja bym też chciał tak jak ty, tylko nie mogę.” A ja po latach oświadczam całemu światu, że gdyby mi się to jeszcze raz przytrafiło, to bym z nim wypił ten jeden kieliszek. Powiedziałbym: „Już nie piję, ale przez szacunek do ciebie jednego się napiję”. Bo tu nie chodzi, żebyśmy podpisywali jakieś krucjaty, zobowiązania. Cała rzecz polega na miłości. Znana jest opowieść o Bracie Albercie, który najpierw wydobył tych biedaków spod mostu IV, tutaj w Podgórzu. Załatwił im ogrzewalnie i zaczął ich urządzać, uczyć zawodu, a sam chodził na żebry i przynosił im pożywienie. Pewnego razu pomyślał sobie tak: „To jest bez sensu. Żebym cokolwiek zrobił w tym środowisku, muszę z nimi żyć pod jednym dachem”. Wziął wszystkie swoje rzeczy i poszedł do nich. „To ja, brat Albert, chcę z wami zamieszkać”. A ich herszt wyskoczył i mówi: „Masz flaszkę, to cię przyjmiemy”. I wyobraź sobie, że brat Albert pierwszy i ostatni raz w życiu miał flaszkę ze sobą.

Opowiedz coś o swoich spotkaniach z młodzieżą?

Zawsze połowę spotkania opowiadam o swoich przygodach, a połowę odpowiadam na pytania. Każę je zapisywać na kartkach, bo wiem, że na forum młodzi ludzie boją się zapytać o coś drastycznego. Siła tych spotkań polega na tym, że otwieram kartkę i bez przygotowania odpowiadam. Nieraz 90% pytań dotyczy seksu i narkotyków. Czy żyłem z moją żoną przed ślubem, czy mam kochankę, czy zdradzam żonę, czy biorę narkotyki? Pytają mnie, jak sobie radzę z popędem, kiedy wyjeżdżam na trasy koncertowe. I ciekawa rzecz, ilekroć nagrzeszę, na najbliższym spotkaniu, większość pytań dotyczy akurat tego mojego grzechu. Dam ci taki przykład, na rybę. Zaprosił mnie jeden ze znajomych księży na wioskę. Jechałem na drugi koniec Polski, ponad tysiąc kilometrów. Za swoje wystąpienia z reguły nie biorę pieniędzy. Ale zrobiłem swoje, a tu ksiądz się nawet nie pyta, czy może chciałbym za benzynę. Mogłem odmówić, ale zaproponować mógł. Marudzę tak Panu Bogu i za parę dni przyjeżdżam do liceum w Nisku, a młodzież od razu się pyta, ile biorę za to spotkanie i co ja mam z tego?

I co odpowiadasz?

Że nic, ale wiesz, dobrze by było, żeby ktoś może zapytał czy nalać mi do baku benzynę. Nie musi, bo stać mnie na to, ale dobrze zapytać. Ale jak tylko człowiek marudzi, to zaraz zjawia się pokusa. Książę tego świata szepcze, „co tam będziesz się przejmował, ja cię pocieszę”.

A Ty przeżywasz pokusy? Jak się czyta Twoje teksty, to nieraz się ma wrażenie, że Twoim jedynym grzechem może być nadepnięcie — niechcący — kwiatka na łące. Codziennie Msza, modlitwa, adoracja, kiedy Ty znajdujesz czas na grzech?

Przeczytaj sobie „List” listopadowy i grudniowy. Świecki facet jeździ po świecie z rekolekcjami. Bardzo często spotkania ze mną załatwiają działaczki parafialne, które potem nagle chcą odegrać rolę „pocieszycielek”. Ratuje mnie tylko Pan Jezus, żyję blisko Niego i to jest jedyne moje zabezpieczenie. Kiedyś zaczęło dochodzić do jakiejś niebezpiecznej sytuacji z kobietą i szkaplerz zaczął mnie autentycznie parzyć. Ja nie wiedziałem przedtem, do czego on służy. Dostałem go od karmelitanek. Mówię młodym ludziom, że jeżeli poświęcą codziennie tyle czasu na rozmowę z Panem Jezusem, co na oglądanie telewizji, nie będą mieli żadnych problemów. Oczywiście pokusy będą zawsze. Istnieje powiedzenie, że jeśli spotka się na osobności, choćby nie wiem jak wysuszony ksiądz czy zakonnik i choćby nie wiem jak oddana Panu Bogu siostrzyczka, to zawsze z tego może wyjść jakieś dziadostwo. Każdy musi przechodzić przez oczyszczenie, to boli.

Ja właśnie mam wrażenie, że Ty nie miałeś tego bólu. Napisałeś, że przez połowę swego życia śniłeś i radowałeś się w stanie rozrywkowo–upojonym, a potem zacząłeś żyć trzeźwo i też sama radość. Jesteś skazany na radość życia?

Janek, są dwie sprawy. Jeżeli cokolwiek po nas zostanie na ziemi, to tylko związane z krzyżem. Oraz — spełniać wolę Bożą, to być Jego radością. Miałem w Białce takie doświadczenie na rekolekcjach. Byłem tam jeszcze z Jackiem Gałuszką. Chodziliśmy po cmentarzu i Jacek mówi: „Czy widziałeś takiego cudownego Pana Jezusa w środku cmentarza?”. Zacząłem Go szukać, ale nie znalazłem. Po dwóch dniach szukam i znowu nic. I nagle doszedł do mnie cudowny zapach. Stałem pod drzewem lipowym, podniosłem głowę do góry — tysiące kwiatów lipowych, a gdzieś pomiędzy tymi kwiatami, liśćmi wisiał Ukrzyżowany. I wtedy zaczęło we mnie krzyczeć: „Musisz być Moją radością”. I oświadczam ci, że jeżeli coś zostanie po mnie na tej ziemi, to tylko dzięki mojemu krzyżowi, o którym nikt nie wie i nikt się nie dowie, bo rozmawiam o nim tylko z Panem Bogiem.

Pytam Ciebie o to, bo napisałeś, że zawsze miałeś zdrowie, pieniądze, itd., a jednocześnie napisałeś, że aby być wiarygodnym świadkiem dla drugiego, to Twój krzyż musi być większy od jego krzyża.

Przychodzą do mnie ludzie z tymi problemami, co moje, faceci przeważnie, tylko najczęściej się okazuje, że ich kłopoty są mniejsze od moich. Ale tu bym musiał opowiedzieć ci o moim krzyżu, który jest obrośnięty lipą.

Stanęliśmy w punkcie, gdzie należałoby pomilczeć, a tu trzeba gadać dalej… Zmienimy trochę temat. Powiedz mi, czy naprawdę można być artystą bez chęci podobania się? Podobno usiłujesz to robić. Rozmawiałem z wieloma artystami, którzy żalili się, że chęć podobania ich niszczy, ale jest jakoś nieodłączna od tego zawodu.

Czy ja jestem artystą? Po prostu lubię grać. Z młodymi ludźmi, mógłbym to robić na okrągło. Spójrz na mój udział w spotkaniach na Lednicy. Jest tam kilkadziesiąt tysięcy ludzi, a ja dostępuję zaszczytu, bo Jan Góra prosi mnie co roku, bym grał na bębnach. Nie mogę oczekiwać, że ktoś tam mi będzie bił brawo, a przecież to jest dla mnie największe przeżycie artystyczne. Biada mi, jeżeli ktokolwiek po spotkaniu ze mną zapamiętał mnie, a nie Ciebie, Panie mój. Matka Teresa mówi: „Nieważne, co robimy, ważne czy chcemy wywyższyć Pana Boga, czy siebie”. Szczególnie sztuka ma to do siebie, że musi nieść jakieś przesłanie. Jeżeli zatrzymuje się na wykonawcy, to jest bez sensu. Dopóki ktoś na moim koncercie widzi, że gra Budziaszek czy inny Pierdziszewski, a nie odkryje w sobie powołania, to moje granie było bez sensu. „Piękno jest po to, żeby zachwycało do pracy”. Pracy nad człowieczeństwem, nad drogą do nieba. Do nieba nie idzie się dlatego, że nosiło się habit albo napisało dobrą książkę o Panu Bogu, tylko dlatego, że się było „dobrym jak chleb”. I moje bycie artystą ma o tyle sens, o ile kogoś do tego przekonam.

Czy Kościół, Twoja działalność ewangelizacyjna, nie jest trochę dla ciebie przedłużeniem estrady?

Nie wiem. Mógłbym ci powiedzieć: „Ależ skąd”. A ja ci mówię: „Nie wiem”. Ale ja sobie tego nie wymyśliłem. Nie mógłbym wrócić do mojego poprzedniego życia. Gdyby mi teraz ktoś powiedział: „Idziemy, koledzy, wódeczka balanga”, to już bym nie był w stanie. Nie dlatego, że to ja nie chcę. To jest niezależne ode mnie. Tak jak Zenek Laskowik został dotknięty i wie, że żyć i zatracać się tak jak kiedyś, nie ma sensu. Albo spójrz na tych młodych chłopaków z rockowych zespołów, którzy nagle zapragnęli śpiewać o Bogu. Te działania nie wynikają z naszych przemyśleń, tylko my zostaliśmy kopnięci. Ciągle się przekonuję, że aby coś ludziom przekazać, trzeba zapomnieć o sobie, jest to zaprzeczenie tego, co ludziom kojarzy się z estradą. Posłuchaj, ja jestem z natury gadułą. Moje spotkania nieraz ciągną się godzinami. Dwa lata temu dostałem zaproszenie na spotkanie z młodzieżą do Alttöting koło Monachium. Zaproponowali mi, że dostanę z tłumaczem 15 minut, czyli faktycznie do dyspozycji siedem i pół minuty. Co? Jechać ponad tysiąc kilometrów do Monachium, żeby wystąpić przez siedem i pół minuty? Bombardowali mnie jednak telefonami. Powiedziałem: „Spróbujmy się pomodlić”. I po dwóch tygodniach to obraźliwe dla mnie siedem i pół minuty przeobraziło się w życzenie Maki Bożej: „Ja chcę od ciebie tylko siedem i pół minuty”. Pojechałem. W tym samym czasie występował ksiądz Guy Gilbert. Mówił półtorej minuty. Nic więcej nie powiedział tylko: „To jest ksiądz, to jest ksiądz i tamten jest ksiądz. Różne mordy, ale wszyscy jesteśmy najważniejsi. Wszyscy stanowimy bardzo ważną cząstkę w Kościele”. Powiedział to tak, że wszyscy słuchali z rozdziawionymi gębami. A ja chciałem godziny, żeby coś opowiadać. Siła przekazu bierze się z czystości. Jak będziesz święty, wystarczy, że cię zobaczą.

Dzisiejszymi prorokami nie są bynajmniej ludzie czyści. Świat idzie za tymi, którzy z demonstrowania swego grzechu i brudu zrobili swój program.

Liczy się tylko to, co po nas pozostanie. O mnie czy o tobie będzie można powiedzieć cokolwiek za sto lat. Prawdziwa gwiazda, gdy zgaśnie, świeci jeszcze dla nas 1000 lat. Wszystkie inne to satelity. Ze mną nie możesz rozmawiać jak z intelektualistą. Mówię tylko o tym, co przeżywam, a w uszach mi dźwięczy: „Posyłam cię do ludzi, którzy niosą krzyże podobne jak ty. Ale moje wybranie polega na tym, że ty masz im pomagać, a nie szukać u nich pomocy”.

Czujesz się wybrany?

W pewien sposób tak. Każdy z nas jest wybrany, powołany i w życiu nie ma przypadków. Dlaczego moja matka ofiarowała mnie Matce Bożej, a nie mojego starszego brata czy starszą siostrę? Dlaczego moja babcia poszła do Niepokalanowa i zapisała mnie do rycerstwa Niepokalanej, a nie ich? Ja się o tym wszystkim dowiedziałem w 45 roku życia. Matka mi nigdy o tym nie wspominała. Zostałem zaproszony do Niepokalanowa, by wygłosić rozważania o różańcu. Przed samym wyjazdem wypadła mi się z szuflady maleńka książeczka, legitymacja. Otwieram i widzę, że 6 kwietnia 1947 roku przyjęto Jana Budziaszka do Milicji Niepokalanej. Po przyjeździe mówię franciszkanom: „Słuchajcie, jestem milicjantem”, znalazłem taką książeczkę. A oni mnie zapytali, kto był księdzem moderatorem, kto mnie wprowadzał. Ja na to, że miałem półtora roku i nikt się mnie nie pytał, czy ja w ogóle chcę do czegoś wstąpić. A oni mówią, że tam w książeczce musi być podpis mojego księdza moderatora. Patrzymy, a tu: Maksymilian Kolbe. Franciszkanie o mało nie oszaleli.

I Ty masz tę legitymację?

No oczywiście, noszę ją zawsze przy sobie, jak relikwię.

Słuchaj, a docierają do Ciebie głosy, że jesteś nawiedzonym wariatem?

Oczywiście. Tego, że jestem wariatem, dowodzi krótka historia związana ze śmiercią mojej mamy. Przez trzy miesiące modliłem się o śmierć dla niej. Niektórzy się gorszyli, dziwili. A przecież ona tu cierpiała, a tam szła po największą nagrodę. Przez półtora roku oglądałem niemal codziennie ból na jej twarzy, a jedynymi jej słowami przez ostatnie trzy miesiące były: „boli” i „Jezu, ratuj”. Kiedy odłączyli na krótko przed śmiercią jej umęczone ciało od kroplówki, złapałem ją za rękę i zacząłem odmawiać różaniec, a całe moje wnętrze śpiewało: „Jak dobrze jest dziękować Ci, Panie, i śpiewać psalm Twojemu imieniu i opowiadać rano Twoje miłosierdzie”. Koniec męczarni. Jej pogrzeb wypadł w Święto Matki Kościoła. Przychodzę do księdza proboszcza, z którym znam się od lat i mówię: „Przed chwilą zmarła moja mama, więc mam dla ciebie robotę. Mam prośbę, żebyście w czasie Mszy nie brali czytań z liturgii pogrzebowej, tylko czytania dnia jak leci”. A on na to: „Czyś ty zwariował, w ten dzień przypada Kana Galilejska i nie praktykuje się w Kościele, żeby takie czytania na takie okazje dawać”. „Toś ty, proboszczu, nie słyszał, że pół Polski krzyczy, że Budziaszek zwariował, a poza tym to jest cudowne, że moja mama idzie do ojca po pięciu latach, jak oblubienica do swego oblubieńca. Czy wyobrażasz sobie, proboszczu, lepsze czytanie na to ich wielkie święto?”

Dla mnie dowodem na Twoje wariactwo była ta Twoja jazda we mgle. Jechałeś na wariata razem z Januszem Saługą, żeby dotrzeć z jakąś akcją ewangelizacyjną. Wszystko skończyło się wypadkiem, dobrze, że uszliście z życiem.

Było w tym coś z szaleństwa, ale ja strasznie się cieszę, jak mnie ktoś zaprosi. Nigdy nie jadę tam, gdzie mnie ktoś nie prosi, ale jeśli prosi, to pędzę na skrzydłach.

Choćby we mgle… Chciałem Cię jeszcze zapytać o parę myśli z „Dzienniczka”. Napisałeś coś takiego. „Nie patrz na zło wzmagające się w tym świecie. Patrz na Jezusa, wtedy twój smutek przemieni się w radość”. Czy Ty nie widzisz smutku? Napisałeś, że niektórzy ludzie powinni pisać w rubryce wykształcenie: telewizja. Patrzą na telewizję i ten obraz świata jest koszmarny. A Ty się cieszysz, jakbyś nie widział, że się zarzynają, mordują. I napisałeś też, że gdziekolwiek jest radość, to ma ją człowiek o czystym sercu, a gdziekolwiek jest ucisk i strapienie, to odczuwa go człowiek złego sumienia. Przecież cierpią niewinni.

To zdanie dotyczy mnie. Ja nie moralizuję. Kiedy jestem czysty, jestem radosny. Kiedy nagrzeszę, to czuję straszny dół. A to jest w ogóle zdanie z Tomasza ŕ Kempis. Czerpię wiele z mądrości wielkich ludzi i świętych, ale ich rady zwykłem odnosić do siebie.

Jak wygląda Twój dzień?

Codziennie godzinę spędzam z czytaniami liturgicznymi. Z różańcem wygląda różnie, ale przynajmniej jedna część.

Budzę się i od razu przyjmuję jakieś zadanie na dzień. Zawsze coś na pobudkę. Mam bezustanne zobowiązania wobec ludzi, którzy mnie proszą o wstawiennictwo w modlitwie. Wiem, co to znaczy, bo sam całą swą siłę czerpię z modlitwy wstawienniczej. Jestem związany z ośrodkiem dzieci niewidomych w Rabce i w każdej ciężkiej sytuacji proszę ich o modlitwę. Codziennie Msza. I oczywiście adoracja — to najmądrzejsza uczelnia świata.

Pewnych bólów nie jesteś w stanie sam rozwiązać ani złagodzić, tylko w czasie adoracji powierzyć Panu Bogu.

Znalazłem w Twojej książeczce „Do nieba idzie się” takie zdanie: „Nie miałem butów i narzekałem, dopóki nie spotkałem człowieka bez stóp”.

To nie jest moje osobiste, ale to mi pasowało. Jest dwóch facetów, mają to samo, dom, żony i tę samą pracę. Jeden jest szczęśliwy, a drugi nie. Jeden umie dziękować za to, co ma, a drugi chciałby mieć więcej. Twoje problemy skończą się dopiero, gdy zamienisz je w jedno wielkie dziękczynienie. Dopiero jak się nauczysz dziękować za wszystko, będziesz szczęśliwy i wszystko zrozumiesz.

Dziękuję Ci, Janku, można by dalej, ale i tak już dawno przekroczyliśmy siedem i pół minuty…

Ukrzyżowany w kwiatach lipy
Jan Budziaszek

urodzony 21 listopada 1945 r. – perkusista Skaldów, autor Dzienniczka perkusisty, popularny rekolekcjonista....

Ukrzyżowany w kwiatach lipy
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...