Sieci czy morze?

Dziś na nowo przeżywamy czas radykalnego naśladowania Chrystusa. Mamy tak żyć, działać, ufać – jak ON, a to wymaga przemyślenia wielu spraw. Zasadnicze pytanie obecnych czasów nie brzmi: czy nasza obecność w świecie jest uprawniona? Jednak nie tego winniśmy dowodzić, ale wskazywać, na ile jest ona ewangeliczna, czy nie da się dokonać czegoś więcej, lepiej. Brakuje nam wszystkim ognia, odwagi, entuzjazmu.

Bosko–ludzki charakter Kościoła

Jaki jest rzeczywiście Kościół? Patrząc na dzieje jego świętych i heretyków, wydaje się, że odpowiedź uwarunkowana jest tym, kto jej udziela. Obraz Kościoła zmienia się w zależności od tego, jak się doń zbliżamy; dla powracającego syna ojcowski dom i osąd stał się morzem, w którym odnalazł wolność i siebie samego, dla starszego zaś brata okazał się siecią, która go udusiła. Podobnie uwidoczniona w Jezusie radykalna miłość Boga jednych czyni mordercami lub samobójcami, a drugich męczennikami, świadkami wiary żałującymi za swe grzechy. Tak samo jest z Kościołem: jeden odkrywa w nim Jezusa, a przezeń rozpoznaje Ojca, drugi zaś w bezsilnej złości widzi tylko jego ludzkie oblicze ani piękne, ani przystojne, lecz całkiem szpetne.

Takie to proste, bo Bóg jest całkowitą prostotą. Z drugiej jednak strony, On ukazał się jako Słowo, którego zrozumienie zależy od wielu czynników. Ufamy Bożej Opatrzności, która jest pełna miłości, ale wiemy, że osobiście ponosimy odpowiedzialność za własne czyny. Fakt, że nie jesteśmy w stanie pokrzyżować planów Boga, nie może być usprawiedliwieniem dla zaniedbań czy grzechów.

Cała ludzkość, jak i wierzący coraz częściej spoglądają w głąb swego istnienia, a ostatnie stulecie odkryło w dziedzinie wiary wiele prawd będących w stanie kiełkowania. „Jeśli osobiste spotkanie z innymi ludźmi nie jest tylko ubocznym znamieniem działalności człowieka, ale w całej swej szerokości i głębi określa jego istotę i jeżeli zbawienie odnosi się do całego człowieka i wiąże go całego z Bogiem — wraz z różnymi uwarunkowaniami jego bycia — (…) wówczas również wszystkie wymiary ludzkich związków należą do wiary chrześcijańskiej” (K. Rahner). To oznacza, że Kościół, jako Ciało Chrystusa, nosi na sobie znamię Wcielenia. Podobnie jak Jezus Chrystus nie jest mitologiczną istotą o Janusowym obliczu, którego jedna strona jest Boska, a druga ludzka, lecz w jednej twarzy da się rozpoznać i Boga, i Człowieka, tak samo w obliczu Kościoła raz dostrzegalny jest Chrystus, a raz człowiek.

Wszystko to sprawia, że zarówno święci dnia powszedniego, jak i kanonizowani wierzą w Ducha ożywiającego Kościół. Na dnie ich egzystencji rodzi się płynące z wiary posłuszeństwo Kościołowi, a jednocześnie są reformatorami Kościoła swych czasów. „Za naszych dni, w nowej formie oraz na sposób, któremu nie da się oprzeć, rodzi się w nas rozeznanie, że człowiek jest istotą społeczną, która wówczas tylko może istnieć, jeśli we wszystkich wymiarach ludzkiego istnienia wchodzi w społeczny związek z innymi” (K. Rahner). Zadaniem odpowiedzialnych chrześcijan jest dziś odnowienie tych związków oraz zreformowanie ich w oparciu o przykład Jezusa.

Te siły, które dość emocjonalnie reagują na każdą krytykę, sądząc, że w ten sposób bronią Chrystusa i Kościoła, właśnie niszczą to, co posiada znamię Wcielenia. Bojąc się bowiem jakichkolwiek zmian, pozbawiają Kościół umiejętności żywego reagowania na znaki czasu.

Niewidzialny Bóg w widzialnym Kościele

Według wiary chrześcijańskiej tajemnica Boga stała się widoczna i poznawalna w Jezusie, natomiast wtajemniczenie w misterium Chrystusa jest możliwe tylko w Kościele. To, co niedostrzegalne, ujawnia się dzięki dostrzegalnemu. W przeciwieństwie do wszystkich poglądów ezoterycznych dostrzegalne nie zakrywa rzeczywistości tego, co nie jest widzialne, ale właśnie odkrywa je, dlatego zadaniem Kościoła widzialnego jest skuteczne reprezentowanie samoobjawiającej się w Chrystusie boskości. Zbawcza rzeczywistość określa naszą odpowiedzialność, aby to, co „dałoby się inaczej”, coraz bardziej tak ukazywać, by przybliżyło ludzi do miłości Bożej. Dostrzegalne istnieje dla niedostrzegalnego, dlatego nie można tego pierwszego traktować jak tabu. Zasada Ecclesia semper reformanda odnosi się do ukazywania widzialnego oblicza Kościoła, co oznacza, iż ciągle wymaga On reformy i że w sensie historycznym nigdy nie jest skończony. Wszak „nie wszystko jest w pełni uporządkowane i jasno ukazane, wiele rzeczy trzeba jeszcze odnaleźć” (H. de Lubac).

Kościół: ojciec czy matka?

Jeśli to, co niedostrzegalne, jest jednak obecne, czyli że ikoną Boga jest Jezus, ikoną zaś Chrystusa — Kościół, wówczas nasza wiara w Jezusa jest też w sposób zdecydowany wiarą w Kościół. Tajemnicę Trójcy Świętej Jezus ujął w symbolice rodziny. Mówił o Ojcu, Synu i Duchu. Nowe Przymierze i wyznawana wiara każą nam dostrzegać Kościół jako naszą Matkę. Tymczasem środowisko kulturowe, w którym pojawiło się chrześcijaństwo, było patriarchalne. Role ojca i matki bardzo się rozeszły, a różnica między dawaną przez nich miłością wydaje się dotkliwie odczuwalna.

„Miłość matki jest bezwarunkowa, wszystko chroni, zakrywa, a ponieważ jest bezwarunkowa, nie da się nią sterować ani jej zdobyć. Istnienie jej dla osoby kochanej stanowi zbawienie, brak zaś powoduje zagubienie, co z kolei wzbudza poczucie krańcowej rozpaczy. Matka kocha swoje dzieci, ponieważ są jej dziećmi, a nie dlatego, że są dobre, posłuszne, spełniają jej życzenia i rozkazy; miłość matczyna zasadza się na równości” (E. Fromm). Jakież byłyby następstwa, gdyby to wszystko w formie żądania odnieść do Matki nas wszystkich — Kościoła, który przez zbytnie akcentowanie hierarchii, obecność języka autorytetu, bardziej przypomina miłość ojcowską niż macierzyńską. Naturą miłości ojcowskiej jest to, że ojciec formułuje żądania, stwarza zasady i prawa, a miłość do syna zależy od tego, jak ustosunkowuje się on do stawianych wymagań. Mocniej kocha tego syna, który jest do niego bardziej podobny i zawsze posłuszny. Odniesienie tego do Ojca każdego z nas — do Boga — byłoby czymś okropnym. Każda neurotyczna religijność ma podłoże w lęku przed takim właśnie ojcem. Warto przemyśleć fakt, że w naszej cywilizacji każdy poznaje ojca przez miłość i cześć dla matki, a to z kolei w zupełnie odmiennej sytuacji stawia autorytet i wymagania, gdyż właśnie dzięki nim człowiek ma świadomość, że każdy nakaz czy zakaz jest w jego interesie, a nie przeciw niemu.

Jeśli to wszystko rozpatrujemy w kontekście chrześcijaństwa, stwierdzamy, że istnieje swoisty instynkt religijny, którego zdefiniowanie zawsze przystaje do danej kultury, jej modelu i — rzecz jasna — koryguje je. W kulturze patriarchalnej boskość posiada charakter ojcowski. W następstwie zaś grzechu ojcostwo to ulega deformacji i na drugi plan schodzi „matczyne serca Boga”. Sumując to, co zostało powiedziane dotąd, należy stwierdzić, że zbawienie oznacza zwrócenie się Jezusa z synowskim zaufaniem do Boga Ojca, powierzenie się Mu, ofiarowanie cierpienia i całej swojej — zdawałoby się — straconej sprawy. Jest to stosunek pełnego zaufania. Powinno być to widoczne również w działaniu Kościoła zatroskanego — niczym położna — każdym człowiekiem. Instynktownie wyczuwamy w Bogu Ojca, ale nie ufamy Mu, co jest skutkiem grzechu. Matczyne oblicze Kościoła powinno być pomocą w dojściu do Ojca.

Nowy obraz Ojca w Jezusie Chrystusie

Bóg nie posiada płci, nie jest ani mężczyzną, ani kobietą.
Połamany, niech pęknie na dwoje
my sami i tylko my
to, co niepodzielne
— przez życie całe

J. Hlinszky

Widzimy Go jako Ojca stawiającego żądania albo jako kochającą bezwarunkowo Matkę. Obraz Boga w Jezusie to odrzucenie poprzedniego, patriarchalnego wizerunku „Ojca marnotrawnego”. Przywilejem i posłannictwem Kościoła, jako ikony Chrystusa, jest naprawienie — przez miłość matczyną, przez sakramenty jako źródło życia — tego instynktownego, uzależnionego od kultury, naszego obrazu Boga. Nie jest więc obojętne, jaki jest ten widzialny Kościół, w którym żyjemy.

My jesteśmy widzialnym Kościołem

„Dałoby się inaczej” — tylko należy zabrać się do tego w inny sposób! Z jednej strony trzeba uważać, by postawa reformatorska nie zmieniła się w reformacyjną. Winna być zachowana podstawowa wierność, jak to określił mistrz Eckhart: „Gotów jestem sprostować to wszystko, co w mych pismach lub słowach — mimo mojej najlepszej wiedzy — jest błędne, bo wprawdzie mogę się mylić, ale heretykiem być nie potrafię, bo pierwsze zapisane jest na konto świadomości, drugie zaś na konto woli”(T. Nyiri).

Ujmując rzecz z innej strony; winniśmy przyjąć naturę Kościoła, którą da się może przyrównać do wozu, gdzie równie ważny jest ten, który ciągnie, jak i ten, który hamuje, czyli siedzi na koźle i kieruje. Tego rodzaju role nie mogą być zamienne, choć oczywiście potrzeba pokory, by to przyjąć. Wiemy również, że te przymioty są zależne od woli Bożej nawet wówczas, gdyby „dało się inaczej”. Przede wszystkim dlatego, że „wszystko, co jest — jest święte” (S. Weil) i ponieważ „ta wspólnota (Kościół) również w tym przypadku pochodzi od Chrystusa, i dlatego jest dziełem zbudowanym przez Niego, jeśli w trakcie rozwoju na skutek historycznych decyzji wykształciła taką strukturę, którą wybrał sobie spośród licznych, prawdziwych możliwości” (K. Rahner). Stąd Kościół instytucjonalny ma prawo odwoływać się do swego boskiego pochodzenia, jeśli tylko w tym zabiegu nie ma czegoś, co jest grzeszne lub zostało wyraźnie przez Jezusa zakazane czy też otwarcie sprzeciwiałoby się Jego nauczaniu. Wprawdzie „przyszłość jest pewniejsza niż teraźniejszość”, ale odnosi się to do rzeczy ostatecznych, do spełnienia się. Wobec tego niedaleka przyszłość — co wynika z naszej wolności i posłannictwa — zależy od naszej odpowiedzialności i może ulec zmianie. Musimy zrobić wszystko, by najbliższą przyszłość uformować zgodnie z naszą najlepszą wiedzą, rozpoznając zarazem w tym wszystkim wolę Bożą. Wtedy zawsze zostanie miejsce na wiarę, bo jak głosi węgierskie przysłowie: „człowiek planuje dzieło, Bóg zaś je kończy”.

Patrząc na teraźniejszość, widzimy, że zaciągnęliśmy poważny dług wobec słów. Bez względu na to, ile mówimy, zdajemy sobie sprawę, że głoszenie Ewangelii nie jest zależne od przystawiania językowych szablonów, ale od nas samych — przesiąkniętych Ewangelią, co winno być połączone ze świadomością bólu świata. Nie da się milczeć o Chrystusie, o Prawdzie z powodów politycznych, ze względu na strategię kościelną czy wygodnictwo.

Każdy zakon otrzymał zadanie, do którego został powołany. Teraz mam na uwadze przede wszystkim dominikanów, aż prosi się, by przypomnieć naszą dewizę contemplata aliis tradere. Rzeczywiście, największym zadaniem Kościoła i Zakonu jest to, by przepowiadanie Słowa rodziło się z wewnętrznego zachwytu, z imperatywem takim, jakiego doświadczał Kościół pierwotny, że nie dało się nie głosić tego, co przeżył i zrozumiał. Powinniśmy wyjść poza duchowe i socjologiczne getto, które sami sobie zbudowaliśmy, poza to, czego naucza się w naszych kościołach, poza mówienie tylko o dobrym Bogu, dobrym ludziom, dobrych rzeczy. W kaplicy sióstr Matki Teresy z Kalkuty obok Krzyża widnieje jedno tylko słowo, które dzięki Wcieleniu odnosi się do całej ludzkości: „Pragnę!”.

Drugie zadanie znajduje się w obrębie uczynków ewangelicznych. Kiedy chcemy przypodobać się i przylgnąć do danego społeczeństwa, ginie funkcja Kościoła jako znaku. Są kwestie, w obrębie których należy to robić, bo jesteśmy ludźmi przebywającymi z wszystkimi innymi, ale są sprawy, co do których nie wolno ustąpić, ponieważ dla innych jesteśmy chrześcijanami. Kościół obecny i Kościół przyszłości winien ubrać się w habit prorocki. Według mnie, oznacza to, że w sposób nowoczesny — wywołując zaskoczenie i zdumienie — trzeba ukazywać pewne prawdy, tak jak to czynili prorocy, którzy tym samym wzmacniali swoje słowa, stając się zrozumiali, identyfikując się aż do szpiku kości z tym, co głosili. Owe kwestie, sprawy i prawdy dają się streścić przez solidarność z wszystkimi cierpiącymi, poniżonymi, odrzuconymi przez społeczeństwo, a także z tymi, którzy usiłują przedrzeć się przez feudalne bariery wciąż tu i ówdzie żywe w Kościele. Byłaby to sytuacja analogiczna do tej, w której znalazł się Ezechiel, gdy uczynił wyłom w murze i przezeń przeszedł, by uzmysłowić ludziom — i uobecnić — przyszłość. Kapłani Kościoła i wierni mają tak żyć, by cała ich egzystencja promieniowała przyszłością, która będzie dziełem samego Boga. Dziś bowiem na nowo przeżywamy czas radykalnego naśladowania Chrystusa. Mamy tak żyć, działać, ufać — jak ON, a to wymaga przemyślenia wielu spraw. Zasadnicze pytanie obecnych czasów nie brzmi: czy nasza obecność w świecie jest uprawniona? Nie tego winniśmy dowodzić, ale wskazywać, na ile jest ona ewangeliczna, czy nie da się dokonać czegoś więcej, lepiej. Brakuje w tym wszystkim ognia, odwagi, entuzjazmu, co — przynajmniej na Węgrzech — tak wyraźnie widać w działaniu sekt. Z tego też powodu żniwo ich jest tak wielkie. Nie należy czekać na rękę, która wypisze na ścianie: „A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z moich ust”.

Pytanie postawione w tytule posiada podwójne znaczenie. Po pierwsze: czy dla człowieka Kościół jest siecią, czy morzem? Pytanie to okazuje się zarazem sądem, bo przecież kto żyje życiem sługi, ten wszędzie dostrzega tylko sieć, a kto w wolności polega na Ojcu, wszędzie odnajdzie morze. Po drugie — jak świat, inni ludzie postrzegają Kościół: jako dom czy też jako więzienie? Odpowiedź zależy od nas, kształtujących teraźniejszość; wszak i my jesteśmy Kościołem.

Sieci czy morze?
Bela J. Hankovszky OP

urodzony w 1967 r. – dominikanin, sekretarz Rady Wikariatu Generalnego Zakonu Dominikanów na Węgrzech, docent Katolickiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Zsámbék k. Budapesztu, kapelan-porucznik armii węgierskiej, rektor kościoła w Szentendre-Izbég....