Od krytycyzmu do odpowiedzialności

Od krytycyzmu do odpowiedzialności

Na pytanie, czym jest dla nich Kościół, odpowiedzieli krakowscy maturzyści. Ich wypowiedzi nie są wprawdzie reprezentatywne dla całej grupy wiekowej, ale obrazują stosunek polskiej inteligencji do Kościoła. Są to głosy młodych, mocno zaangażowanych w życie Kościoła, działających w duszpasterstwie młodzieży, jak i tych, którzy na katolickie instytucje patrzą z zewnątrz ? z sympatią lub krytycyzmem. Zdecydowaliśmy się opublikować fragmenty ich wypowiedzi, zachowując charakterystyczną stylistykę.

Przeczycie sobie

Ludzie od zawsze poszukiwali czegoś, co upewniłoby ich w przekonaniu, że: po pierwsze — są wspaniali i niepowtarzalni, następnie — ktoś pilnuje, żeby im się nie stała krzywda, wreszcie — nie są sami na świecie. Religia doskonale nadaje się na to „coś”. Rzut oka na Polaka–katolika: pewny swej wyższości nad czarnuchami i żydkami, zna powiedzenie: „Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy”, zasypia pod krzyżem (mógłbym napisać o innowiercach, ale to przecież Kościół katolicki ma tu być tematem). I jeszcze coś, co mi powiedział kiedyś pewien znajomy: „Fascynują mnie Polacy — idzie taki do kościoła, pomodli się, wyspowiada, a potem wraca do domu i kopie żonę”. Mieszkańcom tego najpiękniejszego kraju nad Wisłą więcej do szczęścia nie potrzeba.

Zaraz — ktoś się może zdenerwować — przecież po pierwsze nie wszyscy zaliczają się do tego grona. Tak wielu jest tolerancyjnych, miłujących bliźniego ludzi; po drugie, chyba najważniejsze — kler nie może odpowiadać za interpretację jego słów przez paranoicznych wyznawców.

Odpowiadam: fakt, sam znam wielu normalnych katolików, którzy dosłownie rozumieją słowa: „Miłuj bliźniego swego”. Niestety, smutną, a jednocześnie demokratyczną prawdą jest, że większość rodaków naszych działa ze słodką świadomością własnego, ubranego w glany, nacjonalizmu. Ich jest więcej, ich najwyraźniej widać. Co do drugiego zarzutu — o ile dobrze pamiętam lekcje religii, nazwa „Kościół” tyczy się nie tylko organizacji, księży, biskupów, zakonników, papieża, ale również wiernych. To jest zatem pierwsza szybka w witrażu mojego widzenia Kościoła. Dalej.

Jednym z ciekawszych działań rzymskokatolickich organizacji wyznaniowych jest ciągłe przeczenie sobie. Inicjatywa zmiany stanowiska wychodzi od nauczających księży, wierni zaś podążają za nimi w słowie, częstokroć wzmacniając je czynem. W moich oczach nieco podważa to wiarygodność kogoś, kto uchodzić ma za wzór, ostoję moralności, bo kłamstwo i mord na zawsze pozostaną kłamstwem i mordem. Ad ovo zatem.

Za podstawę katolicyzmu, coś co odróżnia go od innych wyznań, uważa się przytoczone wcześniej słowa Jezusa o miłości bliźniego. To właśnie filozofia miłości i dobroci sprawiła, że owa religia stała się tak popularna, a wciąż się jeszcze rozwija (nie sądzę, żeby The Beatles naprawdę byli bardziej popularni niż Chrystus). Rzeczywistość nieco inaczej zinterpretowała tę maksymę — krucjata przeciw albigensom, krucjaty w obronie grobu Jezusa (zwłaszcza czwarta), wojna z husytami, płonący stos Giordano Bruno, O obrotach sfer niebieskich Mikołaja Kopernika na indeksie ksiąg zakazanych, inkwizycja, konkwistadorzy, jeszcze jeden stos, tym razem dla kilku dziewcząt z Salem 1 (uznanych za czarownice) — wyliczać można by długo, to tylko najbardziej znane przykłady. Czyli: przyjmujemy zasadę, że wszyscy są równi w oczach Boga, wszystkich powinniśmy na równi miłować. Następnie tę zasadę konsekwentnie łamiemy. Wreszcie przyznajemy się do błędów, mówimy, że to było złe. Co stanie się za kolejne kilkaset lat?

Drugi przypadek zmiany stanowiska — sprawa innowierców. Wpierw pochwalamy noże rozcinające ich gardła, żeby zaraz przyjąć ich jako braci.

I broń Boże używać w stosunku do nich określeń heretyk czy innowierca! Organizujemy spotkania, bratamy się — w końcu mamy jednego Pana, choć każdy czci Go inaczej. Mimo tych spontanicznych gestów w głębi serca wielu chowa szczerą braterską nienawiść do odmieńców. Nie twierdzę, że prawosławni, protestanci, żydzi czy muzułmanie różnią się w tym względzie. Sądzę, że ta braterska nienawiść jest z czystego serca odwzajemniana.

Na sam koniec pozostawiłem zarzut stawiany (tym razem tylko samej organizacji, klerowi zarówno niskiemu, jak i wyższemu) przez każdego typowego odstępcę od wiary — sterowanie ludźmi.

Uczucia kierują człowiekiem, sprawiają, że tworzy bądź niszczy. Nie inaczej sprawa ma się z miłością do Boga. Dzięki niej powstają pieśni, poematy, rzeźby, ludziom zgniata się palce, depcze mózgi, wypruwa flaki. Faktem jest, że podobnie jak (zgodnie ze słowami bohatera pewnego filmu) „Mężczyźni często mylą miłość z praniem”, tak i wierni zamiast kochać Najwyższego, kochają jego przekaźniki (to może zbyt brutalne określenie, ale przecież taką rolę księża mieli nakazaną sprawować). Stąd sprawa różnego rodzaju organizacji w typie Radia Maryja oraz wspaniałych przewodników duchowych spod znaku księdza Rydzyka. Tym bardziej jednak powinni uważać księża chcący uchodzić za apolitycznych. Nie da się zwalczyć żadnej religii jako siły politycznej. Skupia zbyt wielu ludzi, budzi zbyt wiele uczuć.

Oto mój witraż. Brakuje oczywiście wielu malutkich szybek, które być może zaostrzyłyby obraz, ale sądzę, że te największe wystarczą. Kościół, jako organizacja, jawi mi się jako coś podzielonego: z jednej strony konserwatyści liczący na prawdziwe dewotki, biczowanie i leżenie krzyżem, a po drugiej młodzi reformatorzy z szalonymi gitarzystami, którzy w moich oczach nieco naruszają powagę domu Boga (profanują — to tylko trochę za mocno powiedziane). Wszyscy razem, z całą masą wiernych, są pewni swej wyższości, niepowtarzalności. W tym cieście gdzieniegdzie (jak w taniej cukierni) tkwią rodzynki dobrych, choć może nieco naiwnych, ludzi ciągle wierzących w posłanie miłości. Na górze, niczym wisienka, tkwi chory, prawdopodobnie nieco zmęczony, Papież, jedyny naprawdę dobry człowiek na tej ziemi. Niedługo jego też zajeżdżą na śmierć.

Zdzisław Pietrucha

1 Tzw. proces czarownic z Salem, zakończony straceniem 20 kobiet, miał miejsce w 1692 roku w radykalnej wspólnocie purytanów w Nowej Anglii. Członkowie tej grupy religijnej wyemigrowali z Anglii, zarzucając anglikanizmowi nadmierny liberalizm, skłonność do kompromisów i „katolickość”. Stworzone przez nich wyizolowane wspólnoty zasłynęły z obyczajowego rygoryzmu i surowości. Purytan nie można ich utożsamiać z Kościołem katolickim. (przyp. red.)

Widzę Kościół — bez Boga

Do Kościoła mam całkiem niedaleko, pięćdziesiąt metrów przez błoto — na skróty, sto po chodniku, przejść przez dwupasmówkę i pyk — już jestem w kościele. No dobra, mam do niego niedaleko, nawet blisko, kościół widzę jednak głównie z balkonu bloku, w którym mieszkam. Na balkonie można usiąść na stole, bo krzesła zgniły od wilgoci i pooglądać najbliższy mojemu miejscu zamieszkania obiekt sakralny Kościoła rzymskokatolickiego.

Spoglądam w stronę kościoła i co widzę? Blok. A właściwie budynek parafialny wysokości trzech pięter, ze spadzistym dachem z czerwonej falistej blachy, dużymi oknami. Stoi już od dobrych dziesięciu lat. Ostatnio został otynkowany.

Wcześniej postawiono tam kaplicę, taki drobny baraczek w kształcie litery „L”. Wchodziło się do środka przez koniec tej literki, więc aby dojść do ołtarza, trzeba było pokonać zakręt, zresztą nie było sensu się tam pchać, bo miejsca i tak tam nie było. Nad wejściem umieszczony był Krzyż. Metalowy, pomalowany na czarno, zawsze wyglądał dość smutno, ale tak ma chyba wyglądać Krzyż, prawda? Pamiętam, jak powoli odpadał od niego czarny lakier, pomalutku, płatami. Później Krzyż całkiem zardzewiał.

Powoli wznoszono parafię.

Gdy chodziłem jeszcze do kościoła, ze zwykłego zwyczaju, tak jak większość dzieci, nigdy, no prawie nigdy, nie wchodziłem do środka. Staliśmy przed kościołem, z kolegami, gadaliśmy, starsi — pewnie jakaś ósma klasa — popijali piwo za kościołem. Dość śmiesznie wyglądało, gdy musieli wstawać i klękać (a właściwie kucać, bo przecież nie chcieli sobie brudzić spodni). Piwo czy może była to oranżada, nie wiem, nie podchodziłem, żeby mi nie wtłukli, zawsze im przeszkadzało. Odłożyć na trawę? Nie, nie da się, bo się wyleje. A modlić się z butelką w ręku, to nie za bardzo wypada. Ksiądz coś tam gadał.

Zaczęto budować. Z pustego placu zarośniętego trawą i chwastami powoli zaczął się wyłaniać kościół. Robotnicy byli ochotnikami, pracowali za darmo na rzecz kościoła. Za Bóg zapłać. I płacił: cementem, cegłami, wapnem, papą, itp. Mój sąsiad wybudował sobie z nich domek na pobliskich działkach. Tynk też mają podobny.

Dalej chodziliśmy do kaplicy — nuda, monotonia. Zdarzał się jednak Bóg, ale rzadko, bardzo rzadko.

Nareszcie, skończyli kościół. Wykończony jako tako wygląda, jest połączony śmieszną przełączką z parafią. Tynk w identycznym szaroburym kolorze. Burzą kaplicę, która znajdowała się dokładnie na wprost wejścia do kościoła. Nie wiadomo, co będzie na tym miejscu. Wygląda na to, że parking. Tak, to parking, do kościoła idzie się między samochodami, można pojechać na Mszę samochodem i zaparkować auto przed samym kościołem. Byłem święcić z koszyczkiem, na Wielkanoc, moja sąsiadka przyjechała samochodem. Mieszka dwa piętra pod nami. Sto metrów. Ludzie wciąż stoją przed wejściem, na zewnątrz, choć miejsce w kościele zawsze się znajdzie.

Wieczorem w parafii palą się światła, w trzech oknach, trochę mało. Kościół wygląda na opuszczony. Oprócz niedzieli, widzę wtedy ludzi modlących się lub też nie modlących się. Szanuję ich za to, że chodzą do kościoła, nieważne, co tam robią. Też chciałbym tam chodzić, ale nie chce mi się stać na zewnątrz, a nie bardzo mogę sobie przypomnieć, co robi się w środku.

Gdy patrzę na kościół, widzę właściwie wszystko. Oprócz Boga. Jakkolwiek bardzo bym się zmuszał, nie widzę Go. Nie mam na myśli znaczenia dosłownego. Oczywiście, nie jestem megalomanem. Nawet papież nie widział, prawdopodobnie, Boga na własne oczy. Ale coś się z Nim stało. Nie wiem co. Wypadł. Zgubił się. Nie mogę Go znaleźć. Ale szukam, to chyba dość ważne.

Nie myślcie również, że obwiniam innych za to, co się stało z moim Bogiem, a właściwie ze mną. Jest trochę inaczej, nie obwiniam innych, ale sam również nie czuję się winny. Często widzę, że inni widzą Boga. Czytam o Nim: książki, czasopisma, oglądam w telewizji i na żywo Papieża — Jego przedstawiciela na Ziemi, podziwiam go. Uczę się o Nim w szkole. Czytałem Biblię, Jego słowo, widzę ludzi, którzy umierają dla Niego. Szlachetne, godne pochwały, ale beze mnie.

Przez całe moje krótkie życie stałem przed kościołem, patrzyłem na Krzyż. Ale Jego tam nie było. Gdy podrosłem i mogłem do niego wejść, wróciłem do domu. Teraz mam sto metrów — po chodniku. Pięćdziesiąt — przez błoto. A miałem tylko pięć do wejścia. Dlaczego te sto czy też pięćdziesiąt metrów wydaje mi się drogą krótszą niż te pięć? Nie wiem. Mam nadzieję, że kiedyś, gdy spojrzę na kościół, pójdę do Niego. Mam nadzieję, że zdążę do Niego dojść. Na razie jednak widzę Kościół — bez Boga.

Maciej Gablankowski

Z pozycji obserwatora

Jestem członkiem Kościoła luterańskiego. Chciałbym w moim artykule podzielić się spostrzeżeniami na temat Kościoła rzymskiego w Polsce z pozycji obserwatora, a nie członka tegoż Kościoła. Będzie to obraz kształtowany przez różnego rodzaju czynniki: moje doświadczenia, doświadczenia moich przyjaciół oraz media. Szczególną uwagę pragnę zwrócić na sprawy ekumenii, porozumienia między Kościołem rzymskim a innymi Kościołami oraz na podejście członków Kościoła rzymskiego do przedstawicieli innych wyznań.

Chciałbym przedstawić cztery poziomy Kościoła rzymskiego. Pierwszy, najwyższy szczebel drabiny to papiestwo. Jan Paweł II jest niewątpliwie autorytetem moralnym nie tylko dla katolika. Ten człowiek zrobił wiele dobrego dla całego chrześcijaństwa, popiera współpracę między Kościołami, jego działalność wydatnie przyczyniła się do upadku komunizmu w Europie Wschodniej. Różne są opinie na temat pontyfikatu Jana Pawła II. Konserwatyści oskarżają go o zbyt daleko idące reformy, integryści (zwolennicy arcybiskupa Lefebvre’a) wypowiadają mu posłuszeństwo. Liberałowie zaś mówią o konserwatyzmie papieża, chcą dopuszczenia stosowania środków antykoncepcyjnych, a nawet aborcji, zarzucają doprowadzenie do recesji Kościoła katolickiego. Dla mnie głowa Kościoła, opartego w dużym stopniu na tradycji, musi być z założenia konserwatywna. Jednakże muszą być podejmowane pewne reformy, aby Kościół nadążał za duchem czasu. Takie reformy są przeprowadzane. Należy jeszcze zauważyć przemianę, która nie dokonała się na papierze, tylko w ludzkich umysłach. Jan Paweł II poprzez pielgrzymki, spotkania zbliżył się do ludzi, stał się nie tylko zwierzchnikiem duchownych, ale i świeckich. To jedno z największych osiągnięć papieża–Polaka.

Kolejny aspekt mojej pracy to sytuacja Kościoła rzymskiego w Polsce. Na podstawie wiadomości z mediów, podzieliłem polską hierarchię kościelną na trzy obozy. Pierwszy z nich to obóz konserwatywny, będący aktualnie u władzy. Grupa ta nie ma konkretnego pomysłu na kierowanie Kościołem, obawia się zmian. Kolejny obóz to obóz „intelektualny” związany z Krakowem, na czele z bp. Pieronkiem. Ta grupa ma wizję zmian, których niestety, nie pozwala im się realizować. Opowiada się za demokratyzacją struktur, porozumieniem z innymi Kościołami, współpracą z niechrześcijanami. Trzecia grupa to ciągle zyskujący zwolenników obóz Radia Maryja, doprowadzający do wielu konfliktów wewnątrz Kościoła, a także podsycający konflikty na zewnątrz (jak na przykład problem oświęcimskiego żwirowiska). Radio Maryja ma coraz mniej wspólnego z nauką Kościoła rzymskiego, a nawet z jakąkolwiek nauką Kościoła Chrystusowego. Słuchaczami Radia są przeważnie ludzie starsi, niewykształceni, mieszkańcy wsi i małych miasteczek. Biorą oni poglądy przedstawiane przez ks. Rydzyka za oficjalne poglądy Kościoła i utożsamiają się z nimi, co doprowadza do odejścia od prawdziwego przesłania zawartego w Biblii, prowadzi do wielu konfliktów oraz szkodzi Kościołowi i państwu polskiemu. Niestety, nikt we władzach Kościoła nie podjął się rozwiązania tego problemu.

Podziały istniejące na górze są również widoczne w parafiach, które są trzecim stopniem moich rozważań. Jednakże nie te podziały są największym problemem, lecz przygotowanie księży do głoszenia Słowa Bożego oraz do pracy z młodzieżą. Plagą dla Kościoła są również księża angażujący się politycznie lub głoszący swoje poglądy polityczne z ambony. Niegdyś byłem świadkiem kazania na temat polityki oraz aborcji na pogrzebie jednego z moich krewnych — katolika. W opinii wszystkich zgromadzonych było to co najmniej nie na miejscu. Zdarzyło mi się widzieć zakonnicę wyrzucającą uczniów z klasy przez zamknięte drzwi oraz księdza opowiadającego dzieciom w podstawówce, że Luter to diabeł. Na szczęście są to skrajne przypadki i nie zdarzają się często. Coraz częstsza jest natomiast współpraca między Kościołem rzymskim a Kościołami protestanckimi w Polsce, prowadzona w duchu wzajemnego zrozumienia. Kraków może być tutaj bardzo dobrym przykładem. Ale ekumenizm rozwija się nie tylko w dużych miastach. Od pewnego czasu w mojej rodzinnej miejscowości, którą zamieszkuje niewielkie grono ewangelików, odbywają się nabożeństwa ekumeniczne oraz spotkania członków parafii katolickiej z członkami zboru ewangelickiego. Przy okazji takich spotkań ujawnił się problem niewielkiej wiedzy katolików na temat innych wyznań. Poprzez niewiedzę Kościoły inne niż rzymski postrzegane są w wielu środowiskach jak element egzotyczny lub co gorsza groźny. Zdarza się, że protestanci przedstawiani są jak sekciarze, których powinno się czym prędzej zlikwidować. Często spotykam się z pytaniami ludzi uważających się za intelektualistów o to, w co my, protestanci, tak właściwie wierzymy. Jakież olbrzymie jest zdziwienie, kiedy okazuje się, że tak naprawdę różnice są niewielkie. Krótkie wyjaśnienie powoduje, iż bardzo łatwo jest dojść do porozumienia.

Czwartym poziomem mych rozważań jest społeczność — wspólnota wierzących w ramach Kościoła, począwszy od parafii, a skończywszy na wielkiej wspólnocie katolików. Coraz mniejszy procent członków Kościoła rzymskiego aktywnie uczestniczy w działalności w ramach parafii. Coraz mniej ludzi uczęszcza do kościołów. Jest to tendencja ogólnoświatowa, która świadczy nie tyle o kryzysie Kościoła (a raczej Kościołów), lecz o kryzysie wartości, przywiązaniu ludzi do przedmiotów materialnych. Jednakże w Polsce — kraju niegdyś ultrakatolickim — wydaje się to świadczyć o kryzysie Kościoła, który po wielkim wkładzie w odzyskanie suwerenności przestał być przewodnikiem narodu pochłoniętego „robieniem pieniędzy”, co ponoć jest normalne w fazie kształtowania się kapitalizmu. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że wszystko powróci do normy. Kolejnym problemem, dotyczącym nie tylko Kościoła rzymskiego, jest młodzież, która w dzisiejszych czasach znajduje ciekawsze zajęcia niż przesiadywanie w kościele i modlenie się. Z tego co wiem, katolicy nie mają konkretnego pomysłu na przyciągnięcie młodych do Boga. Wprowadzenie religii do szkół sprawiło, że uczniowie zaczęli traktować ją jak kolejny przedmiot, którego trzeba się nauczyć, przestali dostrzegać w tym coś głębszego. Był to pewien sposób przyciągnięcia młodych, który —według mnie — okazał się nieskuteczny. W parafiach funkcjonują oazy, których aktywność zależy przede wszystkim od osoby prowadzącego. Jednakże to wciąż za mało. Doświadczenia Kościoła luterańskiego, który organizuje wiele spotkań dla młodzieży z całej Polski, obozów wakacyjnych, gdzie łączy się odpoczynek i rozrywkę ze wspólnotą z Bogiem i studiowaniem Biblii pokazują, że są sposoby, aby w kościołach można było zobaczyć nie tylko emerytów.

Jak widać, na przytoczonych przeze mnie przykładach, Kościół rzymski boryka się z wieloma problemami. Na szczęście w większości przypadków udaje się je rozwiązać. Coraz częściej można dostrzec przykłady współpracy z innymi wyznaniami, chęci porozumienia. Jeśli jeszcze uda się przyciągnąć ludzi młodych do kościołów i zneutralizować różnego rodzaju radykałów, zmieni się spojrzenie na Kościół ludzi nastawionych do niego negatywnie, natomiast nastawieni przychylnie odetchną z ulgą, widząc przed całym Kościołem Chrystusowym świetlaną przyszłość.

Rafał Uhl

Znaleźć swoje miejsce

Kościół jest dla mnie przede wszystkim wielką tajemnicą, zarówno w swym ludzkim, jak i boskim wymiarze. Potrzebowałam dużo czasu, aby zrozumieć, że nie jest on jedynie wspólnotą ludzi, którzy spotykają się co niedzielę na Mszy św., po czym rozchodzą się do swoich codziennych spraw i zajęć. Dziś też nie mogę powiedzieć, że w pełni rozumiem Kościół. Patrzę raczej na niego jak na wspólnotę zwykłych ludzi (zarówno księży, jak i świeckich), z których wielu nie rozumiem i z których częścią trudno mi się utożsamić. Obok ludzi będących dla mnie prawdziwym świadectwem wiary, widzę też sporą część religijnie martwego Kościoła…

Jedną z najważniejszych rzeczy jest dla mnie znalezienie sobie miejsca w Kościele. Ciągle muszę pamiętać, że nie jest on nieokreśloną bliżej masą obcych sobie ludzi (choć przez wielu tak właśnie jest postrzegany). Są mędrcy, którzy kochają ludzkość, ale nie mogą znieść własnego sąsiada. Podobnie Kościół stanowią bardzo konkretni ludzie i to ich przyjmując — akceptuję Kościół. Miałam szczęście spotkać na swojej drodze takich członków Kościoła, którzy niczego nie narzucając, wskazali mi jego prawdziwe oblicze (wcale nie idealne i niekoniecznie zawsze radosne). Dopiero niedawno zrozumiałam, że za Kościół trzeba się modlić, i to nieustannie. Ludzie, których poznałam w Kościele, pomogli mi odkryć, że ja też go współtworzę i jestem odpowiedzialna za jego cząstkę w konkretny sposób.

Doświadczenie rzeczywistego bycia w Kościele jest jedną z najbardziej fascynujących rzeczy w moim życiu. Wiem, że modląc się, nie jestem w modlitwie sama, że ktoś gdzieś, nawet nie wiedząc o tym, modli się razem ze mną do tego samego Boga, może nawet w tej samej intencji.

Niezależnie od wszystkiego trzeba wiedzieć, że Kościół pozostanie zawsze otwarty dla wszystkich: zarówno dla tych, którzy tego chcą, jak i tych, których to nie obchodzi. Kościół — dla mnie — to przede wszystkim żywa wspólnota, składająca się z konkretnych ludzi (część z nich jest mi szczególnie bliska), która może błądzić czy nawet w różnych miejscach świata przeżywać kryzys, ale której Chrystus — jej Głowa — nie pozwoli umrzeć.

Maria Dzida

Łażę do kościoła i bywam w knajpach

Właściwie nie potrafię sobie wyobrazić mojego życia bez Kościoła, a raczej bez Boga. Moi rodzice nigdy nie byli specjalnie wierzący, ale posyłali mnie w niedziele i święta do kościoła, w Wielką Sobotę z koszyczkiem, na majowe, na procesję w Boże Ciało. Od zawsze, odkąd pamiętam. Dopiero później, im byłam starsza, tym więcej rozumiałam, poznawałam. Spotykałam raczej mądrych księży, którzy czegoś mnie nauczyli. Ale wiem, że nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Miejsce w mojej drodze do Boga, w którym dzisiaj jestem, zawdzięczam wielu ludziom.

Myślę, że są w Kościele normalni święci — bez aureoli, bez skrzydeł. Często ich nie widać, nie słychać. Są też nawiedzeni, co chcieliby wszystko ustawić po swojemu, teraz, od razu, jak najszybciej, na siłę — tacy, co nie mogą uwierzyć, że ktoś nie wierzy w Boga. Są też ci, co mówią pięknie i przekonująco, ale robią dokładnie na odwrót. I jeszcze ci, co przyszli poprzyglądać się, poobserwować, odwalić. Dla nich Kościół to tylko Boże Narodzenie i Wielkanoc, obowiązkowe msze niedzielne, kilka nieszkodliwych obrządków, które otworzą im furtkę do nieba.

Zdarza mi się krytykować. Księży też. Zwłaszcza niedouczonych, z fanatyzmem powtarzających prawdy, których nie rozumieją, nie potrafiących zwyczajnie powiedzieć, że nie wiedzą, przekonanych, że ksiądz musi być nieomylny i wszystkowiedzący. Nie krytykuję ich dlatego, że są księżmi, ale dlatego, że zdarza im się robić głupie rzeczy. I to nie jest krytyka Kościoła. Jak powiedział jeden z mądrych Ojców, Chrystus wstydzi się swoich nieudolnych kapłanów i zawsze coś wymyśli, żeby im pomóc.

Czym Kościół dla mnie nie jest?

Kościół to nie jest instytucja usługowa. Jeśli katecheta jest równy, bo nie bredzi o antykoncepcji, a proboszcz bez odpytywania z prawd wiary dopuścił do bierzmowania — moja instytucja działa świetnie. A jeśli w kancelarii parafialnej spotkała mnie jakaś nieprzyjemność i jeszcze dodatkowo kazanie było nudne — moja instytucja nie spełnia oczekiwanych wymagań, więc należy ją zmienić. Od jutra zostanę Świadkiem Jehowy. To trochę nie ta bajka. Kościół jest takim miejscem, w którym trzeba czasem zrezygnować z własnego zdania, trochę zaufać. Ale myślę, że warto walczyć o to, by zmieniał się na lepsze, wziąć jakąś odpowiedzialność, stać się bardziej jego częścią. Nie chodzi o to, żeby od razu zostać księdzem czy zakonnicą — raczej o te małe rzeczy, które budują codzienność.

Kościół to nie jest miejsce, do którego można uciec, kiedy jest źle, kiedy coś się wali. To nie jest miejsce, z którego można uciec, gdy coś się nam nie podoba, nie odpowiada, coś nas nudzi. Kościół jest jakimś sposobem na życie, drogą, którą trzeba iść ze świadomością, że może być trudno. On wymaga pewnych poświęceń, konsekwencji. Nie ma w nim miejsca na połowiczność. Albo wierzysz, albo nie. Nie można przestrzegać sześciu przykazań z Dekalogu.

Jak widzę Kościół? To bardzo trudne pytanie. Ja już chyba nie potrafię spojrzeć na to wszystko z boku, bardziej obiektywnie. Odnalazłam w nim swoje miejsce. Przynajmniej chwilowo, bo ze wszystkiego się wyrasta.

Nie lubię ruchów charyzmatycznych, oazy, procesji fatimskich. Ale rozumiem, że to też jest sposób modlitwy i szukania Boga. Mnie to śmieszy, innych nawraca, wciąga. Denerwują mnie pewne rzeczy. Biurokracja, formalności, niedouczenie niektórych księży. Cóż, wszyscy jesteśmy ludźmi i choć czasami wydaje się to niepotrzebne, ma nam pomagać, ułatwiać życie. Kościół, jako wspólnota ludzi, musi rządzić się pewnymi prawami. Gdyby nie było konkretnych norm, przepisów, panowałaby wolna amerykanka i „lekki” chaos. Nie ze wszystkim się zgadzam. Ale wierzę, że to jest słuszne, bo wymyślili to mądrzejsi ode mnie.

W moim kościele jest ten klimat. Ale jest też niebezpieczeństwo, że Kościół zacznie się sprowadzać do dobrze przygotowanej liturgii, pięknego śpiewu i mądrego kazania. A Kościół to również gruby proboszcz w Koziej Wólce, zawodzące babcie i fałszujący organista. Miałam taki moment, kiedy nie potrafiłam już być na normalnej Mszy, nie umiałam jej przeżywać. Teraz wiem, że Mszy się nie przeżywa, że w niej się uczestniczy. I że także ode mnie zależy, jak będzie ona wyglądać. Aha, i że Chrystus przychodzi zawsze.

Od paru lat jestem w duszpasterstwie młodzieży. I to nie wygląda tak, że kilka razy w tygodniu łażę do kościoła, chodzę na pobożne spotkania, nieustannie się modlę. Jestem zupełnie normalną dziewczyną, mam przyjaciół, bywam w knajpach. Ale mam takie miejsce na ziemi, gdzie zawsze mogę przyjść. Ja w Kościele, czy dzięki Kościołowi znalazłam przyjaciół. Nie wstydzę się tego, że chodzę do kościoła, że wierzę w Chrystusa. Ale też specjalnie tego nie manifestuję.

Czym Kościół jest dla mnie?

Jest przestrzenią, miejscem, czasem, gdzie można spotkać Boga. Sposobów na Jego spotkanie jest wiele i każdy musi odnaleźć swój własny. Kościół wymaga ciągłego rozwoju. Nie można ciągle stać pod ostatnim filarem w bocznej nawie, trzeba krok po kroku przesuwać się do przodu. Bo inaczej, stojąc w miejscu, zaczynamy się cofać.

Tutaj ludzie też się kłócą, nie zgadzają ze sobą, czasami się nie lubią, czasami są obłudni. Tak jak wszędzie. To nie jest stowarzyszenie chodzących ideałów ani banda nawróconych grzeszników. Ale jakkolwiek by nie było, wśród nich działa Chrystus. Niekoniecznie przez spektakularne cuda, ale często niewidzialnie, powoli. I to On nas łączy. Tak różnych, tak słabych. Razem jesteśmy Kościołem.

Magdalena Czopek

Nie ma miejsca na półśrodki

Odpowiadam zdecydowanie — mój odbiór Kościoła katolickiego jest jak najbardziej pozytywny. Z czego wynika taka radykalna opinia? — ktoś zapyta. Pewnie wykształciła się ona pod wpływem środowiska, w którym tak naprawdę zetknąłem się z Kościołem. Dla młodego człowieka wchodzącego w bardzo dynamiczny okres rozwoju (także religijnej świadomości) znalezienie się w duszpasterstwie to doświadczenie Eucharystii, modlitwy i przyjaźni z Chrystusem i ludźmi. Doświadczenie prawdziwego oblicza Kościoła, którym jest miłość i dobroć. Tak też on mi się jawi.

Niewiele jest chyba młodych osób, które z czystym sumieniem mogą powiedzieć, że ich nastawienie do Kościoła jest w pełni pozytywne. Zapytane, zazwyczaj deklarują obojętność bądź zniechęcenie, a czasem nawet wrogość. Dlaczego tak się dzieje? Sytuacja ta bierze się z zupełnego braku zaangażowania strony niezadowolonej. Bo co tak naprawdę może wiedzieć o Kościele osoba, która w jego życiu uczestniczy tylko podczas niedzielnej Mszy świętej, a czasem i nie? Nie mając praktycznie żadnego kontaktu z Kościołem, wygłasza sądy oparte o jakieś jednorazowe zniechęcenia (często do osoby konkretnego kapłana) bądź zasłyszane opowieści, jak to pewien ksiądz nie dochował ślubowanego celibatu.

Oczywiście zgadzam się, że nie wszystko w Kościele jest idealne. W końcu jest to „święty Kościół grzesznych ludzi” i takim już pozostanie do końca swojej ziemskiej egzystencji. Na zło w Kościele narzeka wielu, ale tylko nieliczni potrafią wziąć za niego odpowiedzialność.

Nauka Chrystusa (na której opiera się przecież Kościół!) jest receptą na życie szczęśliwe i co ważniejsze — dobre. Tu jednak małe „ale”. Kiedy już się na nią decydujemy, nie ma miejsca na półśrodki, trzeba być konsekwentnym i przyjąć ją w całości, pomimo pewnych wątpliwości, które mogą nas gnębić. Więcej ufności!

I pamiętajmy słowa psalmisty:

Choćbym chodził ciemną doliną,
zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną

Ps 23

Mateusz Kowalski

Odpowiedzialność

Kościół jest dla mnie umocnieniem w wierze. Bo jakże ta moja mała wiara ma się zachwiać, mając taką siłę, drzemiącą w innych ludziach, wokół siebie? Oni wierzą. Także za mnie. Tak jak ja muszę wierzyć za nich. Za nich razem i za każdego z osobna. Stąd też płynie kolejna refleksja, że decydując się na przystąpienie do wspólnoty Kościoła, nakładamy na siebie pewien obowiązek. Czy też raczej odpowiedzialność.

Niezwykłą wagę ma odpowiedzialność za samego siebie. Jest to może nawet rzecz najtrudniejsza.

Jednak odpowiedzialność za innych jest bardziej namacalna. Problem znika, o ile widzialne są efekty — pozytywne efekty. Jednocześnie, jak wielka jest ta odpowiedzialność za całą wspólnotę! A czymże ona jest? Pustym frazesem? Nie. To dar Ducha Świętego, otrzymany przez nas w sakramencie bierzmowania. To siła, którą czerpiemy z Ducha Świętego. To nasz obowiązek umacniania w wierze tych słabszych. Powinność tłumaczenia rzeczy dla kogoś niezrozumiałych — na własną miarę oczywiście. Wezwanie do głoszenia Słowa Bożego. Modlitwy — także za innych. To trwanie w wierze, nawet na przekór światu. I gdzieś tutaj kończy się transcendentne pojęcie wspólnoty. Należy teraz zajrzeć do środka — w głąb siebie, aby ta wielka wiara nie działa się tylko na zewnątrz. Pomagajmy, ale „niech prawa ręka nie wie, co czyni lewa”, gdy daje ubogiemu jałmużnę. A tysiąckroć pomnożony „wdowi grosz” niech będzie tym jedynym i ostatnim — wtedy zapłata będzie pewna.

Wielu jest oczywiście ludzi wierzących, ale także wielu z nich boi się przyznać do tej wiary przed światem. Do Kościoła przychodzą z jakiegoś nieokreślonego lęku. Właściwie nie wiedzą dlaczego. Czym jest ta cała wiara i Bóg, po co to wszystko… Ale na wszelki wypadek lepiej przyjść w niedzielę do kościółka — zaszkodzić nie zaszkodzi, a może pomoże. Któż to wie, jakie to może mieć skutki. Poza tym mama i babcia tak się cieszą, gdy ktoś tam z nimi pójdzie. No i wuj Karol może nie będzie mi wypominać, jeśli się tam raz na jakiś czas pojawię. Uff…

Odnajdujemy wreszcie wojujących antyklerykałów. Dla nich Kościół to kilka budynków, ale przede wszystkim instytucja pełna prywaty i obłudy. Oni widzą, że proboszcz jeździ nowym samochodem, ale nie chcą widzieć, że odwiedził nim wczoraj chorą, samotną staruszkę, która już przeszło miesiąc nie była w kościele. Denerwuje ksiądz nawołujący do ignorowania wyborów czy tłumaczący, który z kandydatów jest tym najlepszym. A czyż nie ma on prawa do wypowiadania swoich myśli? Rzeczywiście wybrał po temu nieodpowiednie miejsce, ale może należałoby mu to uświadomić.

Wielu jest wreszcie takich, co w kościele wolą się nie pokazywać. „Żeby porozmawiać z Bogiem, nie muszę odklepywać zdrowasiek z babciami w kościele. Sam też umiem. Wolę tam przyjść, jak nikogo nie ma. Ani księdza… A przecież Bóg jest wszędzie…” — dodaje po chwili histerycznie desperat. Skąd ten lęk, zniecierpliwienie? Oczywiście, że Bóg jest wszędzie, ale dlaczego uciekać z Jego domu? Kościół ma symbolizować to, co dla nas w życiu najświętsze. Tam, w tabernakulum, spoczywa hostia. Dlaczegóż by nie przyklęknąć właśnie tam w geście pokory i uwielbienia? Bóg jest wszędzie, ale dla nas, chrześcijan, najpełniej uobecniony ma być w naszych sercach i właśnie w Kościele. A Kościół to także owi ludzie, których tam spotykamy. Nie wszystkich od razu musimy kochać. Czy przychodząc do przyjaciela, zaniechamy tych odwiedzin z powodu jego domowników czy innych gości? Być może, ale jaka wtedy jest ta nasza przyjaźń? Jest to oczywiście trudne, ale wszyscy, którzy przychodzą do Kościoła, są tylko ludźmi. Zarówno dewotki, jak i tak często nie lubiani księża. Ich wiara jest tylko wiarą ludzką i nie nam o tym sądzić, czyja jest lepsza. Nie naszą rzeczą jest oceniać. Dlatego musimy trwać w tym miejscu i w tym czasie tak długo, jak to będzie nam dane. I z tymi ludźmi, których nam ofiarowano na naszą drogę. Nie możemy ich zawieść. Nie możemy zaprzepaścić naszej własnej szansy na godne i dobre życie. Dlatego właśnie Kościół jest umocnieniem w wierze — w życiu.