Słowo zasiane

Słowo zasiane

Ksiądz Wacław spieszył się, by zdążyć o dwudziestej odprawić majowe u Braci Męczenników. Przyrzekł swemu przyjacielowi nocną Polaków rozmowę za dwa tygodnie, gdy przyjedzie po Waldka.

— Przekazuję ci, Piotrku, to kruche naczynie. Chcę, żeby za dwa tygodnie ważyło 10 kilo więcej i było odstresowane. Miał po to jechać do „Księżówki” w Zakopanem, ale parafia nasza zbyt uboga…

Waldek słuchał słów Wacka z uśmiechem i zakłopotaniem. Nie był pewien, czy proboszcz z Kołomorza zna się na dowcipach. Co prawda, podobnie jak Wacek, nakazał mówić sobie per „ty”, więc pewnie i dowcip ma ten sam. — Wszyscy księża są braćmi. Jeśli się nie godzisz na to, będę ci mówił per „synu” — oznajmił mu na wstępie.

Mackiewicz zdołał załatwić na wsi dwie palety świeżych jaj i połeć szynki na chrzciny Marysi. Kasia się ucieszy. Chemia kupowana w markecie całkiem już im zbrzydła. Nastąpiły rytualne pożegnania i czerwone audi na klaksonie wyjechało z plebanii. Byli po męskim podwieczorku, w czasie którego na stole pojawiły się wędliny razem z plackiem — wszystko oprócz alkoholu. Kiedy zostali sami, ksiądz Piotr zaproponował Waldkowi spacer.

— Mamy trzy godziny do majowego. Przejdziemy się po moich włościach — to 14 wiosek, dwa kościoły i jedna kaplica. Dusz trzy tysiące. Magnat ze mnie, co? Weźmiemy z sobą Arona. To pies o biblijnym rodowodzie, chociaż w genach mu się coś pomieszało.

Ksiądz Piotr gwizdnął i uosobienie nierasowości podbiegło do nich. Skrzyżowanie buldoga, wilczura i jamnika. Mówią, że pies zawsze się upodobnia do swego właściciela czy na odwrót, ale w tym wypadku ta reguła się nie sprawdzała. Jedynie biała plama pod gardzielą Arona przypominająca koloratkę była znakiem wspólnoty pana i jego psa. Weszli w aleję wierzb, między którymi kwiecił się głóg. Z jednej strony zieleniło się pole zboża, a z drugiej ciągnęło się pastwisko. W odległości kilometra horyzont pokrywał las.

— To mówisz, że miasto cię zmęczyło… — rozpoczął ksiądz Piotr.
— Ja? — przestraszył się Waldek.
— No, to znaczy Wacek tak twierdzi. I słusznie. Tylko wariatów miasto nie męczy.

Waldek odetchnął, gdyż sądził, że Piotr został o wszystkim poinformowany i postanowił przystąpić do operacji bez znieczulenia.

— Wacek mówił mi, że jesteś jak balsam dla duszy i radzisz sobie w każdej sytuacji — wyrecytował, by przejąć inicjatywę.
— Wacek miał zawsze poczucie humoru. Znasz kogoś, kto sobie radzi w każdej sytuacji?
— Jeszcze nie.
— Myślę, że takiego nie spotkasz. Ostatni był chyba Feliks Dzierżyński. Uczyłeś się o nim?
— Tak jest.
— Człowieku, jakich on dzieł w twoim wieku dokonywał — rzekł z wielką powagą proboszcz, schylając się po kawał kija, by rzucić go Aronowi. — Jedyna umiejętność — wrócił do tematu — polega na pogodzeniu się z sytuacjami, którym nie możesz dać rady. Nauczyłem się tego na mityngach alkoholowych. Największa mądrość. Nie ma się co bać, życie samo zadba, żebyś upadł na tyłek. Na samo dno. Bezsilność to piękna sprawa. Życie co jakiś czas nas przerasta.

Ksiądz Piotr urwał i przystanął nad pulsującym kopczykiem ziemi. Patrzył, patrzył, jakby za chwilę miał pojawić się kret, ale nie skomentował tego zjawiska żadnym słowem. Po chwili ruszył i patrząc w las na horyzoncie, zaczął mówić z innej rzeczywistości.

— Nie bój się bezsilności, ona jest mądrością ludzi przewidujących. Smutku też się nie bój. Jak wiatr, jak nitka babiego lata, jak cień Heraklita na płynącej rzece. Pozostanie ci zgoda na wszystko, skarb, który zmieścisz w wyciągniętej dłoni żebraka. To Elegia franciszkańska Brandstaettera. Piękny wiersz, czemu prawie nikt się nie uczy na pamięć wierszy?

Ksiądz Piotr uśmiechnął się do Waldka. Ten z zakłopotaniem odwzajemnił uśmiech, nie bardzo potrafiąc włączyć się do rozmowy.

— Ale i tak nie zawsze się potrafię pogodzić — proboszcz kontynuował swój monolog. — Przepraszam cię za ten sentymentalizm. Pomyślisz wariat, ledwo w pole wyszli, a ten już wiersze zasuwa.
— Coś ty, zaimponowałeś mi — rzekł Waldek nagle ośmielony. — Zawsze mi powtarzali, że księża na wsi chamieją. Bratają się z ludkiem Bożym, a ty…
— Jest coś takiego, ale ja akurat na wsi zacząłem czytać poezję. Przedtem byłem na nią nieczuły. To moja samoobrona. Bez zakładania blokad — znowu się uśmiechnął. — Widzisz jedni z samotności piją, drudzy szukają kobity, a ja zacząłem pisać wiersze.
— Ty i samotny? Wacek mówił, że przewijają się przez twoją plebanię tabuny ludzi — spytał zdziwiony Waldek.
— Tak mówił? Biedaczek chciał mi przyjemność zrobić… On ma o mnie takie dobre zdanie.

Z drugiej strony alei, od lasu zbliżał się do nich wóz. Po chwili chłop wstrzymał przed nimi konia.

— Prrr!… Pochwaluny.
— Szczęść Boże, panie Jadwisiak. My do lasu na spacer. Komary nie gryzą?
— Jak się napiją, nie gryzą. A może tych, co na spacer chodzą, gryzą. Nie wim, nigdy żym nie spacerowoł.

Proboszcz się uśmiechnął, tak łatwo dał się złapać. Chłopu mówić o spacerze.

— To jak, panie Jadwisiak, pozwoli pan synowi iść na ten kurs lektorski?
— Proboszcz wi, że jo do Kościoła jak najbarzy, ale syna nie dom. Robota na polu, gdzie łun tymi łapami bydzie przy ołtarzu chwytoł świnte ksiunżki. Od tego jest ksiundz. Un niedługo do żeniaczki, a bydzie za minstranta robiuł.

Jadwisiak jakby od niechcenia obrzucił Waldka badawczym wzrokiem. Ksiądz Piotr wychwycił to spojrzenie i stwierdził, że nie ma sensu przedłużać rozmowy, bo i tak nic to nie da.

— No trudno. Szkoda, bo chłopak ma piękną dykcję, mógłby jeszcze się podszkolić i na aktora pójść.
— Tero proboszcz powiedzioł. Już łun dosyć wygodany. Jeszcze się wydelikaci i taki bydzie z niego pożytek.
— No to nie zatrzymuję, z Panem Bogiem.
— Z Bogiem. Wio! — wrzasnął Jadwisiak i wóz ruszył. Waldek spojrzał zakłopotany na księdza Piotra.
— Na kolana przed proboszczem nie padają — odezwał się.

Ksiądz Piotr szedł i długo się nie odzywał.

— Kiedy tu przyszedłem, myślałem, że już takiej Polski nie ma. Jest się samemu i nie można nikogo do niczego tu przekonać. Chcą mieć krótką Mszę, ładny pogrzeb i cześć. Zaproponowałem, że będę jego syna raz w miesiącu podwozić swoim samochodem na dwie godziny kursu. Chłopak ma zainteresowania, chce się oderwać od ziemi. No to słyszałeś. Panicznie się boją, żebym im czasami go do seminarium nie urobił. Wedle nich w kościele może być tylko ksiądz, organista i kościelny. Trzeba mieć ogromną miłość, ogromną duchowość, żeby kochać tych ludzi. Jest konflikt duchowości. Oni wymagają rzeczy, do których nie jestem do końca przekonany. Na przykład, żeby czytać wymienianki.
— Siedzisz tu tylko po to, żeby miał ich kto pochować po katolicku?
— Ciągle się uczę tych ludzi, ich zwyczajów. Broń Boże, poróżnić jakieś wioski. Nauczyli mnie, że w maju trzeba śpiewać pieśni maryjne, bo czasem o tym zapominałem. Udało mi się zebrać ze wszystkich wiosek trzydzieści osób i stworzyć grupę biblijną. Oczywiście, tylko młodzi ludzie, starzy nie przyjdą za skarby. „Jak ktoś jest porzundny i chodzi do Kościoła, to mu starczy. My się tu narobimy, nie tak jak w mieście. Zimi nie oszukosz. Tu trzeba robić, a nie godać. Niech ksiądz ściunga tych, co nie łażą do Kościoła”. Ponad normę to się można Panem Bogiem interesować chyba za karę. Starym mogę tylko nie przeszkadzać. Jedyna szansa to ta garstka młodych. Może w nich zakiełkuje ziarno.
— Nie załamałeś się?
— Nie powiem, żebym nie miał pokusy stąd uciec, ale jakoś sobie radzę. Upokorzenie to początek drogi duchowej. Poza tym, widzisz, ziemia piękna, jak nigdzie, więc sprowadzam tu moją starą gwardię. Przyjeżdżają ludzie z grup oazowych, biblijnych. Z AA też przyjeżdżają. Myślę, że jak to gdzieś działa, to może i tu zadziała. Kiedyś przyjechał ksiądz alkoholik i składał świadectwo. Przepraszał parafian, że był czas, kiedy pił na parafii. Jeden to skomentował: „Łe tam, pieprzy, a swoje myśli. To jo jechołem go do dziekana zakablować”.

Waldek po ostatnich zdaniach chciał się zapaść w siebie.

— Znajomi księża przywożą tu swoją młodzież i tak się kręci — kontynuował Piotr. — Jutro ci pokażę ośrodek dla młodzieży, który prowadzi ksiądz Franek ze Zbawiciela. Znasz go? Dwa lata temu wydzierżawił starą chałupę z pięcioma hektarami lasu. Dla młodzieży to istny raj. Non stop ktoś tu jest. To ich dom. Franek w tę puszczę ładuje wszystkie swoje pieniądze. Mówi, że super flua nie należą do księdza, i oddaje wszystko młodzieży. Chciał zrobić taką małą Jamną. Słyszałeś coś o Jamnej?
— Yhmm — Waldek kiwnął głową.
— Góra to niezły aparat — ksiądz Piotr pokręcił głową. — Jak on to, cholera, wszystko wyczarowuje?

Dochodzili do lasu. W paru miejscach Waldek dostrzegł zwały śmieci. Puszki, plastikowe butelki, potłuczone szkło.

— Może nas nygi nie zeżrą — wyraził nadzieję proboszcz. — Powiedz szczerze, dla ciebie to wszystko zielone, co? Tak, ja też, zanim tu zjechałem, nie miałem pojęcia o roślinach. Wiedziałem, że są trawy i drzewa. Teraz mógłbym cię od biedy czegoś nauczyć.

Ksiądz Piotr przerwał i bezustannie oganiał się od komarów.

— Nie, cholera, nie da się wytrzymać bez offa. Ja nie wiem, że tych chłopów komary nie żrą. Wracamy.

* * *

Była dziewiąta, gdy zasiedli po majowym do kolacji. Ile to już lat majowe było dla Waldka abstrakcyjnym nabożeństwem. Tu, kiedy w czasie Chwalcie łąki umajone przymknął oczy, wciąż miał przed oczyma maki i chabry. Czuł zapach traw. Majowe na wsi. To było coś zupełnie innego.

Piotr przeżegnał się i wskazał na jedzenie.

— Jedz i mów. Ja już odkryłem przed tobą swą duszę. Radzę ci spróbować białej, póki gorąca. No więc gadaj — zachęcił Piotr, przegryzając już wędlinę.
— Wacek nic ci nie mówił? — spytał niepewnie Waldek.
— Nie. Tyle, że lekarz nakazał ci odpoczynek, bo inaczej się zajedziesz. Masz tu nabrać sił. Wal szczerze. Tu jest wieś.
— Co tu powiedzieć? Po prostu, nie dałem sobie rady jako katecheta. Codziennie iść do szkoły i mówić o sprawach, które ich nie interesowały. Koszmar. Rozmawiałem z kolegami z roku, którzy też uczą, ale oni dawali sobie jakoś radę. Stwierdziłem, że tylko ja jestem takim nieudacznikiem. Przestałem więc pytać. Mój strach był coraz większy, aż mnie to przerosło.

Waldek próbował powiedzieć wszystko, nie wdając się w szczegóły. Potem spuścił wzrok i zamilkł. Zaczął zaplatać frędzle starej serwety.

— Mam w sobie pustkę i chaos. I ciemność. Ty masz też czasem takie stany?
— Czasem mam… Wątpliwości w wierze są zbawienne. Ważne jest, by cię nie przygniotły. Wierzący to ten, który bardziej niż wątpliwościom ufa swojej wierze. Wiara i wątpliwości są jak białe i czerwone ciałka krwi. Tak — potwierdził swój wywód Piotr, przegryzając chleb. — O Boga musisz walczyć. I o siebie, i o bliźniego.
— I tobie się zawsze chce?
— Nie zawsze… Kiedyś nie chciało mi się prawie przez miesiąc.

Piotr zaczął temat, z którego zrezygnował, uznawszy, że chwila jeszcze nie dojrzała.

— Słuchaj, Wacek mi mówił, że kiedyś byłeś na świetnej parafii. I nagle wylądowałeś na tym zadupiu — spytał zaciekawiony Waldek.
— Tak to po wierzchu wygląda. U nas księdza się degraduje i nagradza parafiami. Duża parafia — duże pieniądze, mała parafia — małe pieniądze.
— Ale za co cię ukarali?

Piotr spojrzał na Waldka, jakby się zastanawiając, czy jest sens opowiadać mu o sprawach, od których sam chciał uciec.

— Najważniejsze, czy cię szef lubi, czy nie. Albo ktoś z jego dworu. Reszta to detale, które można dorobić. Donos, intryga. Ach — machnął ręką Piotr — to wszystko bez sensu. Jakby ci to najprościej powiedzieć. Uwierzyłem, zresztą trochę podpuszczony, że bogaty gość chce mi pomóc wybudować kościół. Wszystko szło świetnie, ale nie przypuszczałem, że na prostej drodze są schody. Wdałem się z nim w interesy, które wydawały mi się czyste. Jak się okazało, takimi nie były. Facet chciał użyć Kościoła jako pralni brudnych pieniędzy. Zamiast potulnie wziąć całą winę na siebie, próbowałem w kurii przypomnieć co niektórym, że razem żeśmy w to gówienko wdepnęli. I się skończyło. Powiedziano mi, że budowa mnie przerosła, że z powodu moich wybujałych ambicji naraziłem dobre imię Kościoła, a przede wszystkim kasę kurii. W lokalnym brukowcu ukazał się podły artykulik, jak okradałem parafię. Próbowałem dochodzić swego. Nie walczyłem o siebie, ale bałem się rozgoryczenia tych wszystkich ludzi w parafii, którzy się zaangażowali. Nagle ziemia, po której stąpałem, stała się jak ruchome piaski. Z dnia na dzień straciłem prawie wszystkich kolegów wśród księży. Byłem zapowietrzony. Uratowali mnie świeccy. Poprosiłem biskupa o rozmowę. Wysłuchał i nie odpowiadając mi na żadne pytanie, powiedział: „Proszę przekroczyć ten próg”. I przekroczyłem. W seminarium wmontowują w ciebie przekonanie, że przez biskupa przemawia Bóg. Mój sukces duszpasterski przerodził się w klęskę. Jedno i drugie słowo jest zresztą strasznie głupie. Tu i tam robiłem to samo, a owoce są całkowicie różne. Tam ludzie prześcigali się w zaangażowaniu, tu kompletna bryndza. Tam cudowny dekanat, tu grupa obcych sobie ludzi. Czy w jednym miejscu jestem bardziej prawdziwy niż w drugim?

Przez chwilę skupili się na jedzeniu, jakby chcąc się przekonać, że rozmowa jest na tyle istotna, że sama powróci.

— Co ty robisz, żeby nie zwątpić w Kościół?
— Codziennie czytam Biblię. Stary i Nowy Testament. Tam jest wszystko. Niektórzy nawet mówią o mnie protestant. Może coś w tym jest. Uważam, że jeśli człowiek zamieszka w Biblii, nigdy nie będzie bezdomny. Gdy założyłem tu grupę biblijną, pierwszym tekstem, którym się zajęliśmy, był List św. Jakuba. „Za pełną radość poczytujcie to sobie bracia moi, ilekroć was spotykają różnorodne doświadczenia”.
— A przerabialiście już Księgę Rodzaju — „I widział Bóg, że wszystko, co stworzył, było dobre”? Potrafisz to mówić ludziom?
— Mówić tak. Nie zawsze potrafię rozmawiać. Do tego potrzeba dwóch stron. Najczęściej, cała twoja robota to sianie słowa. Wydaje ci się, że siejesz na pustyni, ale ja wierzę, że kiedyś spadnie deszcz i coś z tego powschodzi. Bóg stworzył dobry świat, ale niedokończony. I dlatego potrzebuje człowieka. Trzeba się cieszyć każdym ułomnym nawet dobrem. Każdą iskierką.

Dochodziła dwunasta, gdy ktoś zastukał do drzwi. Stała w nich zapłakana córka Kaczmarkowej.

— Przepraszam, że tak późno, ale u mamy było pogotowie… Lekarz powiedział, żeby przyjść po księdza — dziewczyna rozpłakała się na dobre. — Widziałam, że pali się jeszcze światło…
— Choćby się nie paliło, zawsze tu stukaj — ksiądz Piotr przytulił dziewczynę i pozwolił jej się wyszlochać. — Zaraz jedziemy.

Nie pytał o stan, bo wiedział, że jego parafianka umiera ze starości i przepracowania. Będąc już w drzwiach, rzekł do Waldka:

— Ty już się kładź do spania. Nie czekaj. I pamiętaj: „Noc po to w sercu człowieka zapada, by na jego dnie zajaśniały gwiazdy”. Jutro niedziela.

* * *

Rano Piotr poprosił Waldka, by odprawił Mszę świętą o ósmej. On powie kazanie, wie, że to nie jest „ot tak” powiedzieć kazanie na wsi, ale potem pędzi na następną do Palesia. Dwa miesiące temu zmarł tam proboszcz i teraz księża z dekanatu do czasu mianowania nowego proboszcza jakoś sztukują.

Miejscowy lud Boży bez zdziwienia przyjął Waldka odprawiającego Mszę św. Był przyzwyczajony, że u proboszcza prawie zawsze jakiś miastowy ksiądz siedzi i mu pomaga, bo jakby inaczej zdołał wszystkie Msze obsłużyć. Odprawiał przecież w trzech różnych punktach parafii. Organista dusił w klawisze z taką mocą, a ludzie tak głośno śpiewali, że wydawało mu się, iż nikt nie usłyszy jego głosu. W ławkach siedziały prawie same kobiety, paru staruszków i dwie osoby, które od razu rzuciły mu się w oczy wśród ogorzałych twarzy miejscowych. Mężczyźni stali wianuszkiem pod chórem. Już po rozpoczęciu Mszy weszła kobieta, która stanęła obok drugiej ławki i ze złością zerknęła na siedzących tam zamiejscowych. Przysiadła na boku. Wstając po pierwszym uklęknięciu, tak wydatnie zaczęła pracować tylną częścią ciała, że siedzący z drugiego krańca człowiek pod naporem musiał wyjść z ławki. Waldek był zszokowany. Po Mszy, kiedy kościół opustoszał, dostrzegł na ławkach numerki. Rozglądnął się po kościele: musiał być stary, jakieś dwieście lat. Wyraźnie się sypał. Drewniane ławki, gdy się im bliżej przyjrzał, zżarte przez korniki, miały strukturę pumeksu. Na polichromie w prezbiterium zachodził przepiękny grzyb. Poszedł na plebanię, usiadł na werandzie. Wystawił twarz na słońce. I próbował o wszystkim zapomnieć.

Ksiądz Piotr wrócił z Palesia po drugiej.

— Nie zagłodziłeś się na śmierć? Gosposia wszystko zostawiła w lodówce. Trzeba było sobie podgrzać obiad.

Waldek tylko pokręcił głową na znak, że nie miał ochoty na jedzenie.

— I jak tam? Widzę, że żyjesz. Czerwony jesteś jak rak. Ze słońcem ostrożnie, bo dostaniesz udaru. Kościół stoi na swoim miejscu. Jednym słowem poradziłeś sobie.

Waldek rozłożył ręce.

— Było OK. Na początku tylko myślałem, że mi serce wyskoczy, jak to wszystko huknęło. Boże, jak ci ludzie śpiewają. Myślałem, że głosu nie wydobędę. Ale najbardziej mnie zdziwiła przepychanka na początku Mszy. Byś ty widział, przyszła kobieta i przepchnęła tyłkiem całą ławkę.

Piotr się uśmiechnął.

— Napatrzyłem się na to dosyć. Po prostu ławki w kościele są płatne i co rusz się zabłąka jakiś zamiejscowy, który o tym nie wie.
— Żartujesz? — rzekł z niedowierzaniem Waldek.
— Ja nie. Raczej parafianie. Wiesz, w ilu parafiach to jeszcze funkcjonuje?
— Myślałem, że to zostało zniesione po soborze.
— Tutaj za bardzo nie wiedzą, że był sobór. Chciałem to zmienić, ale nie byłem w stanie. Zrobiłem nawet ankietę, czy ławki mają być płatne, i przegrałem. Tylko siedem osób napisało, że mają być darmowe. Uznałem wyniki ankiety, ale powiedziałem ludziom, że to jest wbrew mojemu poczuciu tego, czym jest Kościół. Raz na jakiś czas przychodzą tu na Msze chorzy z pobliskiego sanatorium. Mówię: „Ustąpmy chociaż chorym”. To mi Maruszczak powiedział: „Proboszcz tak godo, a ja tu zapierdalam cały dziń, a tyn pacjent, bydzie udawoł chorobę, a se loto w te i we wte. I un mo w Kościele siedzieć, a jo mom stać? Jak se to proboszcz myśli?”. Mówię, że to są przecież ludzie chorzy. „Tyn z tą czerwoną i zieloną głową to jest chory? Proboszcz, un jest makierant”.

Waldka ubawiło, jak doskonale Piotr oddawał gwarę miejscowych.

— Niezły aktor z ciebie. Świetnie ich naśladujesz.
— Bo ja wiem, czy naśladuję? Ja już chwilami gadam jak oni. Akurat ich język autentycznie pokochałem. Lubię ten zaśpiew. Język jak każdy inny, angielski, francuski. Zawsze lubiłem się uczyć języków obcych. Tylko ich mentalności nie mogę przyjąć, ten cały kontekst socjologiczny, za przeproszeniem, jest silniejszy niż Ewangelia. Raz im się sprzeciwiłem. Chcieli, żebym wywieszał listy ofiarodawców. Powiedziałem: „Na litość Boską, w Ewangelii jest napisane: niech nie wie lewa ręka, co czyni prawa”. To mi Pawlak odpowiedział: „Łe, proboszcz znowu z tą Ewangelią”. „Trudno darmo, panie Pawlak, za cenę mojego odejścia: nie zgodzę się. Bo to jest wedle waszej mentalności: tyn doł, tyn nie doł, jak tyn nie doł, to ja tyż nie daje”. Mówię ci, ręce opadają. Kobieta potrafiła sprawdzić ministrantowi w skarbonce, ile ludzie przed nią na kolędzie dawali. I potem mi mówi: „Tyn od Bąka doł złotówkę. Jo daje dziesięć”.

Waldek zastanawiał się chwilę i rzekł:

— Ale w końcu tak źle nie może być, skoro nawet szafarzy mianowałeś.
— Dwóch na trzy tysiące i to po jakich bojach. Jeden z nich to taki przyszywany parafianin. Inteligent tu pracujący. Co któreś kazanie kładłem im do głowy, jakie to ważne, żeby świeccy rozdawali komunię, że Eucharystia nie jest własnością księży, że to nie z braku czasu i księży chcemy świeckich szafarzy. Mówiłem to, a wiedziałem, co sądzą na ten temat nawet niektórzy moi koledzy. Szafarzy traktują jak dopust Boży. „Takich to czasów, żeśmy dożyli, że świeccy komunię muszą rozdawać”. Nic z tego nie rozumieją. No a powiedz, kim byśmy byli, gdyby nie to, że codziennie bierzemy w te swoje niegodne łapy Pana Boga i rozdajemy Go ludziom. Jak inaczej świeccy mają zrozumieć, że oni też mogą nieść Jezusa? „Profanacja”, jeden mi powiedział, tak jakby Pan Bóg sam się wśród bydląt nie położył.

Ksiądz Piotr miał zdolność jednoczesnego jedzenia i mówienia. Waldek nie potrafił jeść ani gdy mówił, ani gdy słuchał.

— Dobra, już nic nie mówię, bo ci wszystko wystygnie. Pójdę zaparzyć kawę, a ty dokończ.

Po chwili zapadli się w fotelach, które z pewnością miały po sto lat.

— Sądzisz, że już tak do końca życia tu będziesz? — spytał Waldek.

Piotr wpatrywał się w muchę wykonującą nerwowe biegi wokół cukiernicy.

— Nie wiem. Przestałem już planować swoje życie, bo to jest zabójcze. Ten nasz dekanat to taki Sybir. Tylko każdy tu się za coś innego znalazł, więc między zesłańcami nie ma porozumienia. Kiedyś zsyłali na wieś, jak się ktoś komunie naraził. Teraz to przeszłość. Czasy się zmieniły. Jeden miał niedawno propozycję, żeby wrócić do miasta, ale odmówił. Stwierdził, że już nie ma sił, nie ma do czego wracać. Coś jak misjonarz. Dziwne. Myślę, że to taki stan między zgorzknieniem a miłością. Niby nie masz porozumienia z tymi ludźmi, a czujesz, że cię jakoś kochają. W zeszłym roku zastępował mnie przez miesiąc kolega. Po powrocie doszło moich uszu, że niby był fajny, ale to nie to, co proboszcz. To jest ich wyznanie miłości.
— A ten proboszcz, co zmarł w Palesiu. Przyjaźniłeś się z nim? — spytał Waldek.
— Nie za bardzo. To był samotnik. Po śmierci więcej o nim mówią niż za życia. Zmarł w trakcie kazania. Podobno był bardzo przejęty. Mówił, że św. Piotr jako pierwszy papież nie kazał swoim podwładnym „wyczyścić teczek” i dlatego mamy do dziś opis jego zaparcia się przed sprzątaczką świątynną. „Człowiek jest istotą grzeszną i rzeczą ludzką jest upadać. A ja jestem pierwszym grzesznikiem między wami”. Mówił chaotycznie i parafianie nie za bardzo rozumieli, co chciał powiedzieć, a on chciał się przed nimi wyspowiadać, coś w nim pękło. Potem nie mógł już wydobyć z siebie słowa. Zdołał jeszcze tylko powiedzieć: „Grzechy Dawida pozostały w Biblii i czytamy o nich: oto słowo Boże”. Wykrzywił się, schwycił za serce i upadł. Śmierć przy ołtarzu. Ludziom było wiadome, że proboszcz słabuje. Bywało, że tydzień, dwa nie pokazywał się parafianom. Zbierali się wtedy i modlili się o jego zdrowie. Po pogrzebie pojawiły się jakieś głosy, że nie z powodu słabego serca nie wychodził z plebanii. Pięknie powiedział na pogrzebie biskup: „W obliczu jego śmierci, lepiej rozumiemy jego życie”.

* * *

Katarzyna Mackiewicz imienin w tym roku oficjalnie nie wyprawiała, ale w sobotę i tak zapowiedziało się paru gości. Dobrze, że w lodówce zostało co nieco po chrzcinach Marysi. Przyszła Krystyna, koleżanka z liceum, która prowadziła zakład fryzjerski; Heniu z żoną Jadwigą, ci od hurtowni napojów gazowanych, oraz Wiesiek taksówkarz. Zaprosili też Edka, szafarza w parafii Braci Męczenników. Edek był stolarzem i specjalizował się w zabudowie mieszkań, wykończeniówka. Oprócz tego oprawiał obrazki. Przyniósł właśnie Mackiewiczom w pięknej ramie ich zdjęcie ze spotkania z Papieżem. Pamiątka ich zeszłorocznej pielgrzymki do Rzymu. Przedmiot dumy. Mama Marka ze łzami w oczach patrzyła na to zdjęcie. „Synku, ty święty musisz być, że tak blisko Papieża się dostałeś”. „Ech, mamo, do tego nie trzeba być świętym. Ali Agca jakie ma piękne zdjęcia z Papieżem”. Śmiał się jak z dobrego dowcipu, ale sam był wzruszony, gdy patrzył na siebie obok Jana Pawła. Razem z Kasią. Papież położył rękę na jej głowie. Mają przy sobie drewnianą figurkę Świętej Rodziny, którą im przywiózł z Ziemi Świętej znajomy franciszkanin. Ta figurka to tak jakby była z nimi Marysia, o której istnieniu jeszcze wtedy nie wiedzieli.

Krystyna z Heniami i Wiesiem znali się z poprzednich imprez. Edek wymagał w tym gronie prezentacji.

— To jest Edziu, szafarz u nas w parafii — powiedział Mackiewicz z entuzjazmem w głosie. Wieśka ta wiadomość wyraźnie sprowokowała.
— Jak mówisz? Kaflorzem jest?
— Szafarzem — powiedział Edziu ze spokojem, ignorując prowokację.
— Edziu rozdaje komunię — próbował naiwnie tłumaczyć Marek, który nagle stracił swój taksówkarski instynkt i nie wiedział, do czego prze jego kolega.
— Te chipsy, tak? — nie ustępował Wiesiek. — To już się księżulkom nawet tego nie chce robić?

Marek, chcąc przerwać żenujące dowcipy kolegi, zachęcał do zajęcia miejsc. Na chwilę jako gospodarzowi udało mu się przejąć inicjatywę.

— To co, kto pije?

Kupił na dzisiejszą okazję co prawda jedynie butelkę Sofii, ale wiedząc, co przynieśli goście, szarżował z ofertą. Usiedli. Panowie poprosili o whisky, panie o wino. Wiesiek nie ustępował. Nagle zobaczył przestrzeń dla swoich antykościelnych fobii. Marek lubił Wieśka — to on mu przed laty podał rękę i pomógł wkręcić się do branży — ale na śmierć zapomniał o jego zoologicznym wręcz antyklerykalizmie. Obecność Edka podziałała na Wieśka jak majowe pyłki na alergika. Dążył do konfrontacji, wytaczając działa największego kalibru. „Boga nie ma, bo inaczej nie byłoby zła i chorób na świecie” — powiedział na wstępie. Następnie oświadczył, że Pismo Święte to najbardziej krwawa księga, jaką napisano w dziejach ludzkości. Zapytany, czy je czytał, powiedział, że kiedyś tak, ale nie lubi czerniny. Później wymienił cały katalog księżowskich przestępstw. „Wszyscy księża to pedały i cwaniaki, którzy na swoje próżniactwo zbierają od naiwnych pieniądze. Ludzie umierają z głodu, a oni się topią w bogactwach”. Zadawał pytania i sam sobie na nie odpowiadał. „Po cholerę te monstrancje ze złota? Sprzedać i biednym rozdać. Ile szpitali by można za nie wybudować. Monstrancje powinny być drewniane, tak jak było na początku w Kościele”. Nagle stał się reformatorem doskonale orientującym się w początkach chrześcijaństwa. „Nie rozumiem, po co te zakonnice się tyle modlą. Jak chcą pomagać biednym, to niech pomagają, ale po co te paciorki od rana do wieczora? Niech idą do biedaków tak jak Matka Teresa”.

— Wiesiek, co ty za głupoty opowiadasz? — wszedł mu w końcu w słowo Marek. — To Matka Teresa się nie modliła? Przecież zawsze powtarzała, że gdyby nie modlitwa, to by nie miała sił pomagać tym biedakom.
— Ja tam ludzi kocham i pomagam bez modlenia — odparł nieprzekonany Wiesiek.

Tym razem nie wytrzymała Kasia:

— I ty możesz, Wiesiek, powiedzieć, że jesteś dobry? To po co ludzi obrażasz?

Heniu widząc, co się święci, wtrącił się do dyskusji.

— Słuchajcie, my tu chyba nie przyszli na radę parafialną? Nalej tu po jednym, Marek, i zmieńmy temat.

Marek, korzystając z sytuacji, poszedł do kuchni po lód. Edek pod pozorem udania się do toalety też wstał od stołu. Po chwili spotkali się razem w kuchni.

— Przepraszam cię, nie wiedziałem, że to taki kawał chama. Tak go jutro opieprzę… — kręcił głową Mackiewicz.
— Daj spokój, to biedny człowiek. Nie widzisz, że coś go gryzie? To jest dla mnie błogosławiony dzień — Edek uśmiechnął się od ucha do ucha. — Dotychczas wszyscy się zachwycali moim wyborem. Teściowa to myśli, że ma w domu półksiędza. Trzeba, żeby ktoś mnie sprowadził na ziemię.

Do kuchni wszedł Wiesiek.

— Co tam szepczecie? Ee? Jak tu się pozbyć tego gnojka, co? Wiem, że trochę przesadziłem — rzekł niby skruszony. Widać było, że pozostali goście, coś mu musieli powiedzieć.
— Ależ, panie Wiesiu, my tu pana kochamy — rzekł Edziu, chwytając go serdecznie za ramiona.
— Jaki panie? Wiesiu jestem. Dalej, idziemy się napić brudzia — taksówkarz chwycił szafarza za plecy i wyprowadził do pokoju.

Mackiewicz wzniósł oczy do nieba, odetchnął głęboko, jakby spuszczał powietrze z dętki. „A lew z jagnięciem, będą się pasły na jednym pastwisku”.

* * *

W tydzień po przyjeździe Waldka do Kołomorza miała się odbyć wizytacja biskupa. Waldek, dowiedziawszy się o tym, chciał wyjechać, ale ksiądz Piotr powiedział, że nie może mu tego zrobić. — Przyrzekłem Wackowi, że przytyjesz dwadzieścia kilo, a ty co najwyżej parę deko przybrałeś.

Uradzili, że na czas pobytu biskupa Waldek przeniesie się do leśniczówki. Będzie tam Franek z paroma osobami, jak nie będzie miał ochoty na towarzystwo, pusty pokój znajdzie się bez problemu.

Ksiądz Piotr mobilizował radę parafialną, żeby przedstawiła biskupowi sprawy parafii. Pewno niewiele uradzą, ale może magia urzędu sprawi, że coś się w nich otworzy. Poza wszystkim istniał realny problem remontu kościoła. Już raz się sparzył i teraz chciał, żeby to świeccy w obliczu biskupa podjęli decyzję, przynajmniej obrali jakąś strategię. Potrzeba byłoby minimum trzysta tysięcy, a roczna składka na ten cel wynosiła około dwudziestu tysięcy. Zapożyczyć się w banku? Niech świeccy przy biskupie decydują. Pozbierał więc aktyw i o 19.00 mieli się spotkać na plebanii. Biskup się spóźnił pół godziny. Ksiądz Piotr dla rozładowania napięcia stwierdził, że cieszy się z tego faktu, bo skoro wielcy mają słabości, to pozwala się to nie załamywać nam, maluczkim. Biskup uśmiechnął się kurtuazyjnie, a w rewanżu szepnął proboszczowi, że nie ma zbyt wiele czasu, bo musi jeszcze coś pilnego, a niespodziewanego, załatwić w mieście. Rozmowa się nie kleiła. Z nerwowych i napuszonych wypowiedzi zebranych wynikało, że trzeba koniecznie przystąpić do remontu albo jeszcze się wstrzymać ze dwa lata, a w razie czego wziąć pożyczkę albo jej nie wziąć. Deptułowa była przeciwna wspólnemu radzeniu: „Jo nie wim, o czym my tu debatujemy. Jak jo była młoda, to nie to, co teraz. Jak nom proboszcz godoł, że tak ma być, to tak było, a te bogatsze od nos to przecie fundowali te obrazy, co tero są przy ołtarzu wymalowane. Ale tero te bogate to jedno mafia, a wszystkiemu winna telewizja, bo co tam nie pokazują, to jak ludzie mają być normalni?”. Biskup z otępiałym zrozumieniem słuchał każdej z wypowiedzi, a ksiądz Piotr wznosił oczy do nieba, który to fakt kulturalnie skrywał dłonią. Na koniec głos zabrał Maruszczak. Powiedział mniej więcej tak: „Bo wicie, jo byłem maszynistą i jeździłem na rumunach. Wicie, co to są rumuny. I Szperlok jeździł razem ze mną. I on mioł zawsze rycht takie zdanie jak jo. Dlatego, jo bym się z tym wszystkim nie spieszył”. Biskup wciąż z rozumiejącym uśmiechem słuchał przedstawiciela rady parafialnej. Widać jednak, że po tej wypowiedzi błyskawicznie podjął decyzję, by przeciąć ten węzeł, którego w krótkim czasie, jakim dysponował, i tak nie rozwiąże. Spojrzał na proboszcza z uśmiechem, jakby był roztapiającą się właśnie kostką lodu. Poprosił o głos i przemówił.

— To wszystko, coście, drodzy państwo, powiedzieli, świadczy o waszej wielkiej trosce o Kościół, o wspólnotę. Mogę wyrazić tylko radość, widząc tak duże zaangażowanie osób świeckich, które jak naucza sobór, są podstawową tkanką tworzącą lud Boży. Chciałbym zatem pobłogosławić tym waszym wysiłkom.

Kiedy zostali sami, biskup zapytał księdza Piotra, którego znał z dawnych lat seminaryjnych:

— Jak ty sobie radzisz?
— A jak myślisz?

Usłyszał w odpowiedzi:

— Nie wiem, nigdy nie mieszkałem na wsi.
— Zapraszam zatem choćby na urlop.
— To trzeba rozważyć — rzekł z uśmiechem biskup, unosząc w górę palec wskazujący. Wsiadł do samochodu. — No to do poniedziałku — rzucił na odjezdnym.

W poniedziałek biskup zwizytował szkołę i wpisał się do złotej księgi.

* * *

Ksiądz Wacław został sam na parafii. Proboszcz Bronisław pojechał do swego brata Stanisława na imieniny. Był maj. Miesiąc imienin, matur i alergii. Wacław miał być czujny na dzwonki do biura parafialnego. Rano odprawił Mszę. Dopiero o dwudziestej będzie majowe. Cały dzień dla siebie, to znaczy na skończenie opowiadania, które już dwa tygodnie temu powinien wysłać do wielkonakładowego tygodnika. Mijała godzina za godziną. Literki pojawiały się na ekranie komputera topornie jak nigdy. Wszystko bez sensu. Temat, na który ochoczo zgodził się pisać, niespodziewanie zaczął go przerastać. Trzęsawisko niewiedzy. Problem winy i kary — jeszcze do niedawna tak dla niego czytelny — zaczął się rozmywać. Pisał opowiadanie z kluczem. Wtajemniczeni bez trudu powinni się domyśleć, o kogo chodzi. Był to temat kontrolny na każdych imieninach. Coraz bardziej nie lubił dokumentu. Kiedy pisał czystą literaturę, zawsze mógł wszystko zrzucić na karb swej wyobraźni. Nie chciał nikogo oskarżać. Wychwalać też nie mógł, żeby nie ześlizgnąć się w przepaść grafomanii. Dał część tekstu do przeczytania jeszcze przed wyjazdem księdzu Bronisławowi.

— Wiesz, czyta się to nieźle, ale trochę więcej pozytywów. Ludzie pragną nadziei — usłyszał przy śniadaniu.
— Pozytywy będą, ale później. Najpierw muszę wprowadzić do piwnicy, żeby zapalić światło. Inaczej nikt nie zauważy, że ono się pali.
— Uważaj, żebyś nie wprowadził ludzi do katakumb — przekomarzał się proboszcz. — Żyjemy w świecie zastraszonego chrześcijaństwa. Więcej światła, jak mówił na łożu śmierci Goethe. Idź na łąki umajone, synku. Mamy maj. Jesteś księdzem katolickim.
— Dla mnie katolicyzm polega na tym, że zamykamy się w piwnicy i potrafimy się śmiać. Przy świeczce. To jest dla mnie humor chrześcijański.
— Wacku, zrobisz jak uważasz, ja wyraziłem tylko swoje odczucia. Ty przecież nie piszesz dla krytyków literackich. I pamiętaj, żebyś komuś nie zaszkodził. Znasz to ludowe powiedzenie: „Słowo napisane — nieszczęście zasiane”.

Wacław podziękował za opinię i rady, które w sposób wyraźny spowodowały jego dzisiejszy paraliż. Siedział przed komputerem i już sam nie wiedział, czy iść do piwnicy, czy na łąki. Na ekranie pokazywały się drewniane klocki jego myśli. Około czternastej wydrukował tekst. Włączył muzykę i zaczął czytać. Po paru minutach skończył, przedarł wydruk na pół i wrzucił do kosza. Zadzwonił telefon. Przeczuł bezbłędnie, że zaraz przez słuchawkę wleje mu się głos naczelnego.

— Jedno słowo. Masz?
— Nie.
— Nie żartuj, ty jeszcze nigdy nie nawaliłeś. Czy już na nikogo, k…, nie można liczyć? Czytelnicy czekają na twój głos w sprawie. Zapowiedzieliśmy cię. Wiesz, że tą sprawą żyje cały kraj.
— Mój głos leży w koszu na śmieci.
— Co!?
— Podarłem maszynopis i wrzuciłem do kosza na śmieci.
— Kichać na maszynopis, chyba nie zmazałeś tesktu w komputerze?
— Ważniejsze, że nacisnąłem delete w głowie. Przepraszam cię, Tadziu, że nawaliłem, nie mogę wbrew sobie.

Po paru zdaniach mniej lub bardziej kokietująco–obraźliwych typu, że gdyby musiał zarabiać na rodzinę, to by nie robił takich szmirowatych gestów, Wacław odłożył słuchawkę. „Boże, chcę wraz z Tobą wschodzić nad dobrym i złym. Nie wiem, który jest który. Pomóż mi, by nie zatrzasnęły się we mnie drzwi przed żadnym człowiekiem”.

Słowo zasiane
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...