Wyżebrać ludzi

Wyżebrać ludzi

Ordynariusza diecezji św. Józefa w Irkucku bp. Jerzego Mazura zatrzymano 19 kwietnia 2002 roku na moskiewskim lotnisku Szeriemietjewo-2, gdy wracał z Polski do Rosji. Biskupa poinformowano, że został uznany w Federacji Rosyjskiej za „persona non grata”, i anulowano jego ważną wizę pobytową. Następnie pierwszym kursowym samolotem biskupa odesłano do Polski.

Moja droga do objęcia biskupstwa w Irkucku zaczęła się od modlitwy o nawrócenie Rosji, o to, by zapanowała w niej wolność religijna. Zintensyfikowało ją poznanie tajemnic fatimskich przepowiadających nawrócenie Rosji. Była ona jednak naznaczona przekonaniem, że wolność przyjdzie dopiero po wielu latach. Tylko biskup Tokarczuk dwadzieścia dziewięć lat temu twierdził, że do początku III tysiąclecia upadnie komunizm i w Rosji będzie można głosić Ewangelię. Nigdy jednak nie myślałem, że będę to robił. W 1989 roku werbiści zorganizowali w Pieniężnie sympozjum na temat: „Chrześcijaństwo w byłym Związku Radzieckim”. Wtedy powstała myśl, by nasze zgromadzenie zastanowiło się, jaką rolę mamy do spełnienia w ewangelizacji Wschodu. Wkrótce odpowiadałem za komisję przygotowującą program działalności w byłym Związku Radzieckim. Obejmował on trzy etapy. Na pierwszym mieliśmy wrócić tam, gdzie byliśmy przed wojną, do Baranowicz. Drugim etapem miała być Rosja europejska, trzecim zaś: azjatycka część Związku Radzieckiego. Jako odpowiedzialny za program zostałem wyznaczony przez radę prowincjalną, by koordynować wprowadzanie w życie naszych zamierzeń. Miałem dużo ludzi chętnych do pomocy, ale trudno było znaleźć takich, którzy byli gotowi na stałe pracować na Wschodzie. W 1992 roku zdecydowałem, że sam wyjadę. Rozpocząłem pracę w Baranowiczach. Organizowaliśmy kolegium katechetyczne, następnie miesięcznik „Dialog”, działalność społeczną, jeden z braci architektów kierował odbudową starych oraz budową nowych obiektów sakralnych na Białorusi. Równolegle rozpoczęliśmy pracę w Moskwie. Według wypracowanego przez nas wcześniej programu, po 5–6 latach trzeba było rozpocząć prace w części azjatyckiej. W 1997 roku myśleliśmy o skierowaniu ludzi na Syberię. Rok później Ojciec Święty posłał mnie do Irkucka jako biskupa.

Trzeba formować świeckich

Pojechaliśmy we dwóch, bo udało mi się namówić na wyjazd na Syberię mojego kursowego kolegę o. Józefa Węcławika, który miał jechać do Afryki. W drodze do Irkucka odwiedzaliśmy parafie, żeby poznać wszystkich kapłanów pracujących w diecezji i zobaczyć, w jakim stanie jest kościół lokalny, dowiedzieć się, jacy ludzie go tworzą. W Nowosybirsku odwiedziliśmy biskupa Josepha Wertha, by przyjrzeć się, jak funkcjonuje kuria, i wzięliśmy dokumenty mojej administratury. Całe archiwum zmieściło się w walizce.

Miałem doświadczenie otwierania nowych placówek z Afryki, ale Syberia jest inna. Kapłanów było dwudziestu i jedenaście sióstr zakonnych pracujących w Irkucku, Jakucku, Aldanie, Władywostoku, Krasnojarsku, Aczyńsku, Chabrowsku i Magadanie. Wtedy powstał pomysł, żeby z tą grupką księży i sióstr oraz z kilkoma świeckimi wypracować program pastoralny. Wiedziałem, że mając tak mało duchownych, trzeba postawić na formację świeckich. Musiałem do tego przekonać księży i siostry zakonne. Tłumaczyłem im, że nie można takiego programu wypracować za biurkiem. On musi wyjść od ludzi, od dołu.

Skąd braliśmy chętnych? Zebraliśmy świeckich, którzy już działali przy parafiach. Tam, gdzie na placówkach pracowali Polacy czy Słowacy, zaangażowanych świeckich było mało, styl duszpasterstwa polskiego nie zakładał wielkiej współpracy z wiernymi. Tam, gdzie misjonarzami byli Amerykanie, było ich więcej. Wymusiły to m.in. trudności językowe.

Stworzyliśmy wizję pięcioletniego kursu: trzy lata ogólne, dwa lata specjalistyczne. Jednym kierunkiem był profil katechetyczno–liturgiczny przygotowujący katechechistów i zaangażowanych w liturgię. Drugi kierunek miał profil socjalno–rodzinny. Wiedzieliśmy, że rodzina jest największym problemem, na który Kościół musi odpowiedzieć. Na Syberii spotykamy często rodziny rozbite, bez ojca, niszczone przez alkohol, narkomanię, bezrobocie itd.

W październiku 1998 roku zorganizowałem pierwszy kurs dla — jak ich nazwałem — pomocników księży i sióstr, a przyszłych katechistów. Zaowocowało moje doświadczenie pracy z katechistami w Afryce i w Kolegium Katechetycznym w Baranowiczach. Zaprosiłem współpracowników, których znałem z Białorusi. Przyjechały dwie siostry: Fabiana i Zofia, żeby przeprowadzić kilkudniowy kurs w Irkucku. Centra formacyjne zorganizowaliśmy w Irkucku i Władywostoku, na Dalekim Wschodzie. W roku 1998 nasz generał zapytał, co jest najważniejsze. Odpowiedziałem, że widzę konieczność stworzenia programu pastoralnego. Obiecał, że pomoże mi finansowo.

Szukanie lokum

Dobrze, że Pan Bóg najpierw posłał mnie do Afryki, a potem na Białoruś. Już w 1989 roku znalazłem się niedaleko Lidy, by przeprowadzić rekolekcje przed odpustem Przemienienia Pańskiego. Znałem realia postkomuny i uczestniczyłem w początkach wolności religijnej.

Przed moim przybyciem w Irkucku pracował już proboszcz, ojciec Ignacy, salwatorianin. Na miejscu nie było ani katedry, ani domu. Proboszcz miał trzy pokoje. Koczowaliśmy u niego przez dwa tygodnie, szukając lokum, które stałoby się dla nas kurią i miejscem, gdzie moglibyśmy żyć. Wreszcie znaleźliśmy mieszkanie na piątym piętrze dziewięciopiętrowego domu, gdzie na pierwszym była melina. Sprzedawano w niej alkohol i narkotyki. Ludzie, którzy sprzedali nam lokal, zwlekali z wyprowadzką. W końcu się wynieśli, a my szybko wzięliśmy się za malowanie i tapetowanie. Wszystko robiliśmy sami, z pomocą młodzieży parafialnej. W tym czasie budynek kościoła w Irkucku zajmowała filharmonia. W dolnej części była maleńka kapliczka i zakrystia. Z góry mogliśmy korzystać jedynie w niedziele i święta. Katedra mieściła 270 osób, bo tyle było krzeseł, dodatkowo kilka osób mogło zająć miejsca stojące. Dolna kaplica, która stała się moją powszednią katedrą, była zawsze pełna, bo mogło się w niej pomieścić zaledwie 20 osób. Powiedziałem sobie: „Nie odpowiadaj na wszystkie problemy jednocześnie. Można je rozwiązać tylko po kolei”. Myślałem: „Jeśli Bóg mnie posyła, to nie zostawi mnie samego, pomoże mi pokonać trudności”.

Plac pod budowę

Wraz z nuncjuszem Johnem Bukovskym stwierdziliśmy, że katolicy potrzebują kościoła, a melomani miejsca, w którym będą słuchać muzyki organowej. Tłumaczyłem władzom, że kiedy oddadzą nam stary kościół, to muzyka organowa zawsze będzie, bo jest ona domeną liturgii katolickiej. Później doszedłem jednak do wniosku, że z pastoralnego punktu widzenia istnieje nie tylko konieczność budowy kościoła, ale też stworzenia ośrodka, który umożliwi nam działanie, w którym będą się zbierać ludzie. Napisałem list do mera, żeby miasto wydzieliło działkę pod budowę katedry i kurii. Zaczęły się poszukiwania. Zasugerowaliśmy miejsce w dzielnicy Studgoradok podpowiedziane nam przez architekta miasta, którego przodkowie byli Polakami. Znajduje się ono w miasteczku studenckim, przy pętli tramwajowej, naprzeciw politechniki. Pierwszy raz zobaczyłem ten teren 8 grudnia 1998 roku i wiedziałem, że to Matka Boża go sobie wybrała, bo wcześniej ustaliłem, iż katedra będzie pod wezwaniem Niepokalanego Serca Matki Bożej. Nawiązywałem w ten sposób do słów Maryi z Fatimy: „Moje niepokalane serce zatriumfuje”.

Trzeba było błyskawicznie przygotować plany, żeby wiosną zacząć budować. Przyszedł do nas wtedy ojciec Piotr Fidermak ze Słowacji, który miał w tym duże doświadczenie. W latach komunizmu wybudował w swoim kraju wiele kościołów, a także nadzorował końcowe prace w katedrze w Nowosybirsku. Ja też miałem niemałe doświadczenie w tym zakresie nabyte w Afryce i na Białorusi.

Zaczynam z pustą kieszenią

Rozpoczęliśmy. Byłem pewny, że się uda, ale wiedziałem także, że będą trudności. Powstał Komitet Jubileuszu 2000 w Irkutskiej Oblasti, którego byłem członkiem. Budowa i poświęcenie katedry znalazły się w spisie wydarzeń Jubileuszu. Zostało to zaakceptowane przez gubernatora. Gdy pojawiały się trudności, mówiłem: „Słuchajcie, ja wiem, że się nie da, ale tu musicie pomóc, bo gubernator ze swoją dumą zatwierdzili program Jubileuszu i my nie możemy go zawieść”. To był mój atut, który otwierał wszystkie drzwi.

Na początku były kłopoty papierkowe. Trzeba było sporządzić projekt, zatwierdzić go, zebrać od wszystkich władz 25 pieczęci raz, drugi, trzeci. Niektórzy nie chcieli oddać swojego dabra. Zaprosiłem architekta z Niemiec. Zrobił tradycyjny projekt, który się nie nadawał, bo nie uwzględniał tego, że w Irkucku występują trzęsienia ziemi. Zadzwoniłem do architekta z Białegostoku, Andrzeja Chwaliboga, z którym miałem kontakt na Białorusi i powiedziałem: — Panie Andrzeju, potrzebuję projekt. On się pyta: — Na kiedy? — Na wczoraj. Za parę dni zatelefonował: — Biskupie, nie spałem kilka nocy, ale mam. Potem szukaliśmy architektów, którzy kontynuowaliby ten projekt na miejscu, podpisali go. Czuliśmy, że Pan Bóg nas prowadzi, a Matka Boża we wszystkim pomaga.

Mając wytyczony jasno cel, zaczynałem z pustą kieszenią. Wiedziałem, że jeżeli jest to dzieło Boże, to się nie muszę przejmować. Rzeczywiście, udało się uzbierać kapitał, ale cały czas musieliśmy się spieszyć, świadomi tego, że siła nabywcza dolara będzie spadać i za rok będziemy mieć w ręku połowę albo nawet jedną trzecią pieniędzy.

Jeszcze przed rozpoczęciem budowy wybraliśmy datę poświęcenia. Chcieliśmy zrobić prezent na urodziny Matki Bożej, na 8 września Roku Jubileuszowego. Tak się stało.

Program podzielony na lata

Rok 1999 poświęciliśmy sprawie katechizacji. Podzieliliśmy dzieci i młodzież na grupy, przygotowaliśmy dla nich materiały i podręczniki. Rok Jubileuszowy miał swój program. Przez ostatnie dwa lata próbujemy stworzyć program apostołowania wśród rodzin. Służą temu konferencje ogólne oraz spotkania dekanalne. Wzorem dla nas jest Święta Rodzina. W zeszłym roku figura Matki Bożej Fatimskiej pielgrzymowała po wszystkich parafiach. Następnie każda z nich otrzymała mniejszą figurę, żeby pielgrzymowała po domach. Kapłani i siostry mogli dzięki temu odwiedzić każdą rodzinę, poznać ją, jej problemy, poświęcić mieszkanie i ukazywać Kościół katolicki. Każda rodzina otrzymała malutką figurkę Matki Bożej i różaniec — katechizm czasów łagrów i prześladowań. To właśnie przez modlitwę różańcową babcie przekazały wnukom wiarę. Równocześnie pracowaliśmy nad włączeniem w nasz program Caritasu. W większych parafiach istnieją już centra padierskij żenścin, czyli ochrony życia, pomocy kobietom. W tym roku wybraliśmy jako patrona świętego Józefa, patrona mężczyzn. Stał się on też patronem naszej diecezji.

Obecny rok poświęciliśmy organizowaniu centrów duszpasterskich. Podczas moich wyjazdów zauważyłem, że — prócz odzyskanych we Władywostoku i Wierszynie — nie mamy kościołów. Inne znajdowały się w domach prywatnych albo — jak w Irkucku czy Krasnojarsku — w salach koncertnych. Powstało wielkie wezwanie dla naszego kościoła lokalnego — budowa.

Katedra w Irkucku była pierwszym kościołem wybudowanym w naszej administraturze. Wierni gromadzą się w tymczasowych kaplicach albo w mieszkaniach. Jeżeli ludzie byli negatywnie nastawieni do Kościoła katolickiego i przekonani, że jest sektą, to zbierając się w prywatnych mieszkaniach, pogłębiamy to mniemanie. Kościół powinien mieć swój budynek, tak jak Cerkiew prawosławna.

Rosną kościoły

Rozpoczęliśmy budowę ośmiu nowych świątyń. Poświęciłem już kilka kaplic, teraz mam nadzieję na kościoły. W zeszłym roku poświęciłem jeden na Sachalinie, w tym roku planuję poświęcenie kościołów w Czycie i Magadanie. Pod następne sześć otrzymaliśmy ziemię i musimy zacząć budowę.

Istnieją już plany budowy kościoła św. Józefa w Angarsku jako wotum za powstanie diecezji. Projekt ten wykonał Krzysztof Chwalibog. Naszym marzeniem jest stworzenie sanktuarium św. Rafała Kalinowskiego, patrona Sybiraków w Usolu Sybirskim. Będą tam siostry karmelitanki. Otrzymały już oficjalne zaproszenie i wkrótce mają przyjechać, żeby rozpocząć tworzenie sanktuarium zesłańca. To miejsce ma promieniować ideą jedności chrześcijaństwa, bo święty karmelita, jeszcze jako świecki zesłaniec, potrafił wokół siebie jednoczyć bardzo różnych ludzi.

Na Syberii Kościół tworzą małe wspólnoty, które dzisiaj przeżywają kryzys ekonomiczny. Nie są w stanie same wybudować świątyni. Konieczna jest pomoc innych kościołów lokalnych. Dobrodziejów szukam po świecie, jestem takim żebrakiem ludzi, kapłanów i misjonarzy, oraz środków materialnych. Na Lednicy, w noc zesłania Ducha Świętego, przeżyłem piękny moment. Zgłosiło się dwóch kapłanów. To było znak od Pocieszyciela, że mój przyjazd tutaj, żeby się modlić z młodzieżą, był konieczny.

Obecnie w mojej diecezji pracuje tylko 47 kapłanów. Jest jeszcze wiele wspólnot, które nie mają duszpasterza. Zapraszam zakony, by ubogacały nasz lokalny Kościół swoim charyzmatem, robiąc to, co najlepiej potrafią. Zgromadzenia zakonne pracują w hospicjach, domach dziecka, z dziećmi ulicy, w więzieniach, przygotowują obiady dla bezdomnych, katechizują, ewangelizują.

Organizacja pomocy dla uzależnionych

Bardzo potrzebna jest pomoc dla narkomanów. Z uzależnionymi znakomicie radzi sobie misjonarka świecka z Polski. W zeszłym roku zaprosiłem współbrata o. Edwarda Konkola z Białegostoku, który od piętnastu lat pracuje z narkomanami. Przyjechał ze swoją grupą, aby podpowiedzieć, jak możemy takim ludziom pomóc. Na razie nie mamy personelu, aby otworzyć ośrodek dla narkomanów. Stać nas tylko na profilaktykę, czyli informację. Możemy wydrukować ulotki, foldery, żeby uświadamiać niebezpieczeństwo tym, którzy jeszcze nie są narkomanami. Wysłaliśmy z Irkucka do Warszawy i Białegostoku pięć osób na dwutygodniowe szkolenie, by zobaczyły, jakie są metody pracy z uzależnionymi. Nikt z tej piątki nie jest katolikiem. Jesteśmy gotowi współpracować ze wszystkimi, ale strona prawosławna nie jest jeszcze do tego przygotowana. Mam nadzieję, że w przyszłości będzie to możliwe. Powoli tworzymy grupy narkomanów czy Anonimowych Alkoholików. Nie pracujemy tylko wśród katolików, ale ze wszystkimi uzależnionymi. Staramy się ukazywać wartości. Jeden z dwunastu kroków AA mówi o konieczności wiary. W ludziach rodzi się pytanie, dlaczego księża, siostry i świeccy przychodzą i pomagają. Oczywiście jesteśmy silni siłą naszych dobrodziejów, którzy nas wspomagają finansowo, i dzięki temu możemy wspomagać biednych. To nie jest kupowanie, tylko okazywanie chrześcijańskiego miłosierdzia człowiekowi, który jest w potrzebie. W tym zawsze musi być element ewangelizacyjny. Ludziom trzeba przypominać, że noszą w sobie wymiar duchowy.

Drogi ewangelizacji

Wezwaniem jest oczywiście głoszenie Ewangelii, które zakłada inkulturację. Poznajemy kulturę i świadomość ludów i narodów żyjących na Syberii. Korzenie katolickie mają Polacy, Niemcy, Litwini, Ukraińcy, Białorusini, Łotysze, Koreańczycy. Przede wszystkim do nich wychodzimy, do tych, którzy byli ochrzczeni przez swoje babcie, którzy za czasów Związku Radzieckiego odwiedzali nieliczne kościoły na Białorusi czy na Ukrainie.

Cerkiew prawosławna jest najliczniejszym Kościołem i musimy szukać dialogu ekumenicznego. Zadaniem Kościoła jest dialogowanie. Od początku szukamy tego, co nas łączy. Wskazujemy na przykład męczenników, którzy w czasach komunizmu cierpieli i nawzajem sobie pomagali. Pragniemy, by ich krew stała się posiewem odradzającego się Kościoła, chrześcijaństwa i dialogu ekumenicznego. Płaszczyzną współpracy są dzieła miłosierdzia, one powinny także stać się drogą do jedności.

Na dalekiej Syberii istnieją również inne religie, stąd konieczność dialogu międzyreligijnego. Największą grupą są jednak ludzie nieochrzczeni, nieprzyznający się do żadnej religii. Chcemy im ukazywać wartości chrześcijańskie na różny sposób. Szukamy nowego zapału, nowego entuzjazmu, nowych metod. Jedną z nich jest modlitwa o jedność chrześcijan. W minionych latach w tygodniu ekumenicznym uczestniczyli katolicy i parę osób innych wyznań. W tym roku do katedry sprowadziliśmy organy i zorganizowałem koncerty modlitewne w duchu jedności — utwory muzyczne przeplatane były refleksją i modlitwą. Przyjechał z Krakowa organista Marek Stefański. Katedra każdego dnia była pełna. Jeden dzień był poświęcony Matce Bożej, drugi — wcieleniu, przyjściu Boga na świat. Motywem trzeciego dnia była pamięć męczenników. Wszyscy z zapalonymi świecami wyszli z katedry, by przy kaplicy pokoju i pojednania przedstawiającej zmartwychwstałego Chrystusa, przy urnach z ziemią z czternastu łagrów jako symbolicznym cmentarzu uczcić świadków wiary. W tłumie byli katolicy, prawosławni, protestanci, wyznawcy innych religii, wielu było niewierzących. W ostatni dzień, 24 stycznia, kiedy Ojciec Święty modlił się w Asyżu, w katedrze zebrało się ponad tysiąc osób. Takie modlitewne koncerty chcemy organizować raz w miesiącu, aby dać ludziom możliwość przeżycia czegoś, co może być początkiem ich wiary. Odbyły się również koncerty modlitewne dla dzieci.

Inną metodą nowej ewangelizacji jest możliwość głoszenia na uniwersytetach: prowadzenia wykładów z etyki czy religioznawstwa. Niestety, nie mamy ludzi, którzy by podjęli to zadanie. Organizujemy jednodniowe seminaria czy wieczory dla inteligencji. Czasem wykłady na uniwersytecie prowadzą profesorowie z Niemiec, którzy znają rosyjski. Moim marzeniem jest, żeby przynajmniej raz w miesiącu zapraszać kogoś na takie wieczory, bo zainteresowanych nie brakuje. To jest słowo, które głosimy, wierząc, że mocą Ducha Świętego z ucha zostanie ono przeniesione do serca. My musimy siać, a rolą Ducha Świętego jest dawać wzrost. Stąd wielka rola modlitwy. Gdy w pierwszych latach skierowaliśmy się ku rodzinom, zaczęliśmy od modlitwy. To jest jasny program: modlitwa za rodzinę, w rodzinie i z rodziną. Podobnie jest w każdej innej formie apostolstwa: modlitwa wyprasza dar wiary.

Sami do nas przychodzą

Trzeba pamiętać, że mówimy o 5% ludzi. 95% społeczeństwa pozostaje poza naszym zasięgiem. Apostolstwu sprzyja każda forma zaznaczania naszej obecności. Nawet sprzeciw Cerkwi wobec utworzenia diecezji sprawił, że do kościoła zaczęło przychodzić więcej ludzi. Przypomnieli sobie swoje katolickie korzenie, uświadomili sobie, że istnieje Kościół na Syberii. Dzięki moim kłopotom wielu ludzi usłyszało o Kościele katolickim i zaczęło się zastanawiać nad swoją tożsamością. Przyszli nawet niewierzący. Kapłani relacjonują mi, że pojawiają się osoby, które mówią: „Po tym, co się zdarzyło, czuję, że muszę się dowiedzieć czegoś więcej o Kościele katolickim”. Prześladowanie przysporzyło jeśli nie wiernych, to na pewno zainteresowanych. Katedra jest wciąż otwarta. Przychodzą różni ludzie. Najtrudniej im przejść od schodów do drzwi. Wielu przychodzi po kilka razy pod katedrę. Dopiero za którymś razem to rozstajanie, ten dystans zostaje pokonany. W katedrze zawsze ktoś jest, daje to ludziom możliwość porozmawiania. Ważne jest piękno. Sybiracy są na nie wyczuleni. Uderza ich uroda wnętrza kościoła, jego jasność. Naszą rolą jest czekanie na tych ludzi, ale łaska Boża musi ich przyprowadzić. Naszym zadaniem jest wychodzenie do ludzi wierzących i niewierzących, do przedstawicieli innych kultur, narodowości. Ukazujemy im Chrystusa, który powiedział „idźcie i głoście Ewangelię”. My głosimy, a człowiek sam wybiera.

Stawia się nam zarzut prozelityzmu. Przychodzą do nas co prawda ludzie ochrzczeni w Kościele prawosławnym, ale trzeba wiedzieć, że w Cerkwi możliwy jest chrzest bez żadnego przygotowania. Teraz ci ludzie szukają duchowości. Często są zdziwieni, gdy dowiadują się, że wymagane jest roczne przygotowanie, że nie staną się od razu katolikami. Księża często doradzają: — Jesteś ochrzczony w Cerkwi prawosławnej, idź tam. Pada odpowiedź: — Już byłem, chcę tu spróbować. Informujemy wtedy takie osoby, że w trakcie rocznego przygotowania będą mogły się jeszcze zastanowić, a jeżeli nadal będą uważały, że Pan Bóg powołuje je do Kościoła katolickiego, to proszę bardzo. To jest grupa, która poza chrztem, nie miała nic wspólnego z prawosławiem.

Drugi krąg to grono, które wiele przeszło, ludzie szukający. Często mają za sobą przynależność do kilku sekt. Bywa, że Kościół katolicki jest jednym z etapów.

Nie mogę im odmówić, mogę ukazywać Cerkiew prawosławną w pozytywnym świetle, ale jeżeli on czy ona chcą przystąpić do nas, to jest wolność religijna, oni wybierają.

Istnieje taki fenomen, że dzięki babciom przychodzą wnuki, które przyprowadzają swoich rodziców. W niektórych parafiach przychodziły dzieci i młodzież. Te dzieci przyprowadzają swoich kolegów i koleżanki. Takie zjawisko występuje szczególnie w Irkucku. Później przychodzą babcie, rodzice. Nie jest to żadna droga prozelityzmu. To łaska Boża ich przyprowadza. Ja do niczego nie zmuszam. Sami muszą pokonać dystans od niewiary do drzwi kościoła. Zrobią dwa kroki i cofają się. Wiem, jaki to trud, dlatego nie możemy ich odrzucać.

Co to za ekspansja?

W każdym większym mieście jest ponad sto narodowości. Syberia zawsze była tolerancyjna i ludzie nie mogą zrozumieć, dlaczego spotkało mnie prześladowanie. Jest co prawda grupka nacjonalistów, ale teren Bajkału odznaczał się wielką tolerancją narodowościową i religijną. Podkreślał to gubernator i świta irkucka. Znam rodzinę, w której Polka wyszła za Rosjanina, a dzisiaj w rodzinie, w której są już wnuki i prawnuki, jest siedem narodowości. To wielki fenomen tolerancji. Sybirak zawsze pomagał Sybirakowi. Sybirak zawsze pomagał drugiemu człowiekowi, bo wiedział, że jeżeli zostanie bez pomocy, to zginie. To jest ich piękna cecha i na tym można budować. Teraz pojawiły się nowe migracje: Chińczyków i innych Azjatów, ale zgoda wciąż istnieje.

Wśród tylu narodów obowiązuje język rosyjski. Tylko w Jakucji lansuje się język jakucki. Jest on używany w tamtejszych mediach i szkołach, dlatego mamy już przetłumaczony na ten język katechizm dla dzieci pierwszokomunijnych.

Zarzuty o polskiej ekspansji są nieprawdziwe. Wśród księży oprócz Polaków mamy już dwóch Rosjan, są Amerykanie, Słowacy, Koreańczycy, jest też ksiądz z Indii i z Białorusi. Wśród sióstr zakonnych jest jeszcze większa różnorodność narodowości: Rosjanki, Koreanki, Japonki, Hiszpanki, Kanadyjki, Hinduski i Polki. To jest międzynarodowa wspólnota kapłanów i sióstr. Oczywiście najliczniejsza jest grupa z Polski, ale gdyby to była ekspansja, to jako biskup walczyłbym, żeby broń Boże, nie przyjeżdżali inni misjonarze, jak tylko Polacy. Tymczasem szukam wszędzie, rozmawiam z każdym biskupem, z każdym prowincjałem, generałem zgromadzenia.

Widzę wielkie potrzeby i każdy jest mile widziany. Istnieją wielkie miasta, dwustu–, trzystutysięczne, są w nich wspólnoty katolickie, a ja nie mam dla nich kapłana. Jeżeli byłaby ekspansja, to bym tam ich miał dziesięciu. Jeżeli w mieście siedemsettysięcznym jest jeden kapłan, a w prawie milionowym dwóch, którzy obsługują jeszcze parafie filialne, to co to za ekspansja? Co może zrobić jeden kapłan? Terytorium mojej diecezji jest trzydzieści razy większe niż Polska, a dzisiaj jest tam tylko 47 kapłanów. Dlatego, gdy słyszę o ekspansji, to myślę, że takie opinie są nie tyle szkodliwe, ile obraźliwe. Jadący tam kapłani i siostry zakonne czynią to z wielkim poświęceniem. Zostawiają dobrobyt, decydują się na życie w trudnych syberyjskich warunkach. Zaczynają wszystko od początku. Spotykają się z wielkimi trudnościami. Jest to pomoc w odradzaniu się Kościoła lokalnego. Gdy pojawią się już księża miejscowi, katechiści, siostry, wtedy ta pomoc nie będzie potrzebna. Mam nadzieję, że kiedyś Kościół syberyjski będzie w stanie pomagać innym Kościołom. Staram się, by był to Kościół otwarty, misjonarski. Nie może być innego Kościoła. Może w przyszłości poślemy misjonarzy do innych krajów.

Nie wiem, dlaczego Cerkiew prawosławna, w której według statystyk ochrzczonych jest 40% ludzi, boi się jednoprocentowej mniejszości katolickiej w Rosji. Myślę, że to są reakcje historyczne. W minionych wiekach istniały antagonizmy, trwały walki, do których dziś się wraca. Po drugie, odradzający się Kościół katolicki jest obecnie atrakcyjniejszy, ma inne doświadczenie. Mieliśmy II Sobór Watykański, mamy rozwiniętą naukę społeczną i tym doświadczeniem chcemy się dzielić. Sądzę, że druga strona jest nieprzygotowana na spotkanie, które powinno dokonywać się na drodze dialogu. Możemy się wzajemnie ubogacić swoimi skarbami. Tu nie chodzi o wyrywanie sobie wiernych, ale wzajemne obdarowywanie. Obawy mogą wynikać stąd, że prowadzimy katechizację, mamy podręczniki, działalność socjalną. Cerkiew prawosławna nie ma takich metod apostolskich, ale możemy się z nią tym doświadczeniem podzielić. Warto siąść do okrągłego stołu w duchu dialogu. Wtedy znikną wszelkie uprzedzenia. Brakuje na razie pierwszego kroku, żeby podzielić się informacją. Możemy otwarcie powiedzieć, jakie mamy plany, co chcemy robić jako Kościół katolicki. Możemy przecież sobie pomagać, zachowując swoją niezależność i tożsamość.

Twarde życie

Przekonuję kapłanów, że nie możemy tracić energii na małe problemy. Musimy w każdej sytuacji znaleźć drogę wyjścia. Dobrze opisuje to taki obraz: jak wjedziemy w błoto, to są dwie możliwości — siedzieć w nim i czekać, aż wyschnie, albo szukać sposobu, żeby natychmiast wyjechać. Kapłani, którzy przyjeżdżają na Syberię, mają w sobie wielki entuzjazm. Należy tylko go dobrze ukierunkować na głoszenie Ewangelii. Organizując życie diecezji, korzystam z mojego doświadczenia misjonarskiego. Jest miejsce pracy — parafia i miejsce na odpoczynek i modlitwę. Mamy nad Bajkałem Centrum Duchowości, Dom Jana Pawła II „Jednoczenie”, gdzie przyjeżdżają kapłani i siostry na dni skupienia i rekolekcje. Nie wysyłam nigdy ludzi pojedynczo, tylko po dwóch. Chyba że w danym miejscu są siostry zakonne, wtedy może być jeden ksiądz. Dotychczas nie miałem większych trudności z kapłanami. Może to dopiero początek, ale chciałbym, żeby nigdy ich nie było. Nasze kłopoty to trudności twardego życia, które każą skupiać całą energię na ich pokonaniu, zmuszają do głębszej duchowości, do modlitwy. Chciałoby się życzyć, żeby taka atmosfera panowała zawsze. Istnieje zasada, że proboszczowi w jego kościele nigdy nie jest zimno, tylko wikarzy czasami marzną. Wynika to z faktu, że proboszcz jest odpowiedzialny za swoją parafię, on się stara, szuka nowych dróg, nowych metod. U nas bardziej szczęśliwymi kapłanów czyni to, że każdy ma swoją działkę odpowiedzialności. Z kolei zgromadzenia zakonne mogą swobodnie ubogacać Kościół lokalny swoim charyzmatem.

Pomagam kapłanom finansowo, bo wiem, jakie są trudności materialne. Staram się, żeby każdemu kapłanowi zabezpieczyć minimum, żeby nie musiał się martwić o swoją egzystencję, żeby spalał się w ewangelizacji. Dotychczas dzięki wielu dobrodziejom czy organizacjom udawało mi się to. Mam nadzieję, że będę mógł tę pomoc kontynuować.

Zdaję sobie sprawę, że życie na Syberii, gdy dzielą nas tysiące kilometrów, stwarza dla księdza trudności. Dlatego szukam księży, żeby te dystanse zmniejszyć. Im będzie więcej kapłanów, tym będzie nam bliżej do siebie. Jeżeli przybywają do nas zgromadzenia zakonne, to staram się, by było nawet trzech, czterech ludzi, tak jak jest w Krasnojarsku. Najgorsza wspólnota jest lepsza niż najlepsza samotność.

Żyję nadzieją

Żyję nadzieją, że wrócę do Irkucka, na Syberię, że będę mógł dalej wypełniać to posłannictwo, do którego mnie Bóg posłał. Póki nie jestem z niego zwolniony, póty pragnę je wypełniać, odpowiedzieć na wszystkie wezwania, o których mówiłem, razem z kapłanami, siostrami, świeckimi. Mam nadzieję, że wrócę. To jest moje marzenie na dziś. Dzisiejsza uroczystość zesłania Ducha Świętego jest dla mnie bardzo ważnym dniem. Moje zawołanie biskupie brzmi: „Przyjdź Duchu Święty”, dlatego modlę się: „Przyjdź Duchu Święty, odnów człowieka, odnów oblicze syberyjskiej ziemi”. W zesłanie Ducha Świętego przypada też rocznica moich święceń biskupich. Miałem takie postanowienie, by w tym dniu zrobić wszystko, żeby być w katedrze irkuckiej, łączyć się ze wszystkimi diecezjanami i prosić o Pocieszyciela. Jestem mocno przekonany o roli Ducha Świętego w ewangelizacji, w całym naszym dziele. Jesteśmy narzędziami, a On sprawia, że możemy wspólnie wołać: „Przyjdź Duchu Święty, odnów oblicze tej ziemi”. To jest największe marzenie, żeby Duch Święty odnowił oblicze syberyjskiej ziemi i człowieka, który tam żyje, żebyśmy wypełnili naszą posługę zgodnie z wolą Tego, który nas posyła. Nasza misja nie jest naszą wolą, ale wolą Boga. To On powiedział: „Idźcie i głoście, Ja jestem z wami aż do skończenia świata”. On nas bez przerwy o tym zapewnia.

Poznań, w uroczystość zesłania Ducha Świętego 2002 roku

Wyżebrać ludzi
Jerzy Mazur SVD

urodzony 6 sierpnia 1953 r. w Hawłowicach – polski duchowny rzymskokatolicki, werbista, biskup diecezji św. Józefa w Irkucku w (2002-2003), biskup diecezjalny ełcki od 2003 r. Święcenia kapłańskie przyjął w 1979 roku. Stud...