Pytanie Boga
Chemia, reżyseria: Bartosz Prokopowicz, występują: Agnieszka Żulewska, Tomasz Schuchardt, Eryk Lubos, Danuta Stenka, Anita Jancia, Robert Wabich, Polska 2015, dystrybucja: Vue Movie Distribution
Istnieją takie ekstremalne ludzkie doświadczenia, które – jeśli nas nie zabiją – potrafią przeorać nasze życie, naznaczając je nieodwracalnym piętnem. Jednym z nich jest zmaganie się z rakiem. Dotyczy to nie tylko samych chorujących, ale też ich najbliższych. Wielką sztuką jest takie przepracowanie osobistego dramatu, by w jakiś sposób mogli z niego skorzystać inni, czegoś się nauczyć lub na coś przygotować. Jeszcze większym wyzwaniem jest przekucie bolesnego doświadczenia w dzieło artystyczne, w którym odnajdą się zarówno chorujący, jak ich małżonkowie, dzieci, inni członkowie rodziny oraz postronni obserwatorzy. „Chemię” Bartka Prokopowicza można uznać za udaną próbę podjęcia takiego właśnie wyzwania.
Filmowa opowieść o Lenie (Agnieszka Żulewska) i Benku (Tomasz Schuchardt) w luźny sposób została oparta na prawdziwych wydarzeniach z życia reżysera oraz jego zmarłej w 2012 roku żony Magdaleny. Artysta – którego polski kinoman zna jako autora zdjęć między innymi do „Długu”, „Przedwiośnia” czy „Komornika” – postanowił tym razem zostawić kamerę młodszemu bratu Jeremiemu, a sam zadebiutował w roli reżysera fabuły. Gdy zapytałem go o to, co chciałby powiedzieć czytelnikom, by przygotować ich do odbioru tej niezwykle poruszającej historii, odpowiedział tak: Ten film trzeba odbierać sercem, nie głową. To jest swego rodzaju emocjonalny patchwork, na który składają się zdarzenia, słowa, gesty, muzyka, taniec i inne elementy.
Słowo „patchwork” szczególnie dobrze oddaje charakter pierwszej części filmu. Na ekranie oglądamy barwną, dość szybko poprowadzoną sekwencję scen z życia bohaterów. To zamierzony efekt dający wrażenie pewnej „teledyskowości”, zbieżnej z charakterami postaci, początkowo traktującymi swoje życie lekko i niezobowiązująco. – Zdecydowaliśmy się opowiadać trudną historię zmagania się z chorobą w sposób kolorowy. Dlaczego nie? Ładunek emocjonalny i tak jest ogromny. Po co więc widza dodatkowo razić przykładowo brudnymi lamperiami. Przesłanie jest tu inne. Życie mamy takie, jakie mamy. I ono jest jedno. Więc kochajmy, krzyczmy, nienawidźmy, ale żyjmy w zgodzie z sobą – mówi Bartek Prokopowicz.
Jest inne wyjście
Owo wezwanie do życia w zgodzie z sobą to oczywiście owoc przepracowania własnego losu. – Coś, co nam się przydarzyło, to jest nasze dziedzictwo, moje i mojego syna – tłumaczy reżyser.
Zapamiętuję od razu to zdanie, bo kojarzy mi się z przypowieścią o talentach. Gdy czytamy lub słyszymy w kościele tę perykopę, wyobrażamy sobie najczęściej, że biblijne talenty to jakieś umiejętności, specyficzne cechy charakteru, dary, ewentualnie dobra materialne, które chrześcijanie mają pomnażać i się nimi dzielić. A tu z konkretnych życiowych wydarzeń, których owocem jest „Chemia”, wynika wprost, że talentem może być także doświadczenie bolesne, cierpienie, a nawet śmierć ukochanej osoby. To jeden z walorów filmu. Znając jego treść oraz kontekst, w jakim powstawał, ktoś ma szansę znaleźć odpowiedź na pytanie o celowość cierpienia. Reżyser nie mówi tego wprost. Ale nie ukrywa, że swym fabularnym debiutem chce powiedzieć coś bardzo konkretnego.
Druga część obrazu nie jest już taka kolorowa. Gdy Lena zmaga się z rakiem i potem, gdy niespodziewanie zachodzi w ciążę, przybywa szarości oraz chłodnych odcieni niebieskiego. Bo trzeba walczyć, bo trzeba podejmować najważniejsze w życiu decyzje, bo zaczyna brakować pieniędzy, bo Benek nie sprostał wyzwaniu, bo pojawiają się kłótnie, bo osoba chorująca nie zawsze zauważa, że rani bliskich…
Tu pojawia się też motyw, który warto wyeksponować. Otóż dość powszechne jest przeświadczenie, że matki noszące w swym łonie potomstwo i jednocześnie zmagające się z nowotworem skazane są na dramatyczny wybór: albo będą leczyć siebie, narażając zdrowie dziecka, albo zrezygnują z leczenia, by chronić dziecko, lecz same narażą się wtedy na postęp choroby, być może nieodwracalny. Niektórzy lekarze w takich sytuacjach wręcz zalecają aborcję, by skupić się wyłącznie na pacjentce. „Chemia” ukazuje ten problem w nowym świetle. – Funkcja społeczna tego filmu jest taka, by pokazać jasno, że kobiety chore na raka i będące w ciąży mogą być poddawane chemioterapii. Wcale niekoniecznie te dzieci trzeba usuwać. Jest inne wyjście – przekonuje Bartek Prokopowicz podczas naszej rozmowy.
Pytam go potem o to, jak sobie radził na planie. Przecież, choć ta autorska produkcja luźno oparta jest na faktach z jego życia, to i tak nie dało się oddzielić rzemiosła artysty od emocji dotyczących opowiadanej historii. W jakimś sensie stał po obu stronach kamery, był filmującym i filmowanym jednocześnie. – Jak tonący chwytający się brzytwy trzymałem się scenariusza napisanego przez Kasię Sarnowską – odpowiada reżyser. – W jego obrębie starałem się budować charakter postaci. Żeby nie zwariować, żeby na tyle, na ile się da, nabrać dystansu. Żeby tym filmem nie załatwiać nic osobistego, nikogo nie osądzać, nie skazywać, nie wybielać, nie burzyć pomników lub ich nie budować. To mnie uratowało. Ale muszę przyznać, że pod względem emocjonalnym nie był to spacerek. Oczywiście, że strasznie to przeżywałem. Chociażby scenę, gdy Benek goli głowę Leny. Nagle, ni stąd ni zowąd, podczas zdjęć dostałem 40-stopniowej gorączki, co naturalnie ścięło mnie z nóg.
Śpiewający anioł
Filmy dość często oceniamy po tym, co z nich pozostaje w naszej pamięci. Jeśli nic, uznajemy, że były mało wartościowe. W przypadku „Chemii” z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że wielu widzów zapamięta niezwykle nowatorski i efektowny zabieg z wprowadzeniem do wybranych scen śpiewającej artystki, która nie ma nic wspólnego z fabułą. Oto nagle pojawia się piękna dziewczyna (Natalia Grosiak z zespołu Mikromusic) i śpiewa. Zjawia się jak anioł pochodzący z zupełnie innej rzeczywistości. Aktorzy jej nie widzą ani nie słyszą. My – owszem. Reżyser tłumaczy, że chciał w ten sposób do silnie emocjonalnej narracji wprowadzić odrobinę oddechu dla widzów. Poza tym piosenkarkę obsadził w roli podobnej do antycznego chóru z greckich dramatów. Wykonywane przez nią utwory wprost odnoszą się do tego, co widzimy na ekranie: dośpiewują, dopowiadają, komentują. Efekt jest bardzo ciekawy.
Charakterystyczna jest również postać księdza, starszego brata Benka (Eryk Lubos). Rola zagrana popisowo, która ze względu na niekonwencjonalne potraktowanie bohatera – duchownego może wzbudzić zachwyt i kontrowersje jednocześnie. Niezależnie od tego, jak ją odbierzemy, warto zwrócić na nią uwagę. To brat ksiądz kreuje tu postać, do której przychodzi się po poradę. I duchową, i tę zwykłą, ludzką. A przecież coraz częściej w takiej sytuacji znajduje się wielu wierzących. Jeśli nawet sami poważnie nie zachorowaliśmy, jeśli może nie chorowali też nasi najbliżsi, to do nas właśnie przychodzą i będą przychodzić ludzie, którzy tego osobiście doświadczają. Którzy zmagając się z cierpieniem oraz niebezpieczeństwem śmierci, stają wobec pytań ostatecznych. Czy jesteśmy na to przygotowani? Jak wiele dalibyśmy radę zrobić i poświęcić dla osoby, którą kochamy lub darzymy przyjaźnią? Czy potrafilibyśmy dać świadectwo chrześcijańskiej wiary i ludzkiej przyzwoitości w takiej próbie? Te wszystkie pytania będą w nas ożywały przy oglądaniu kreacji oryginalnego duchownego.
Twórcom „Chemii” udała się rzecz trudna. Zrobili film o śmiertelnej chorobie, o dramatycznych wyborach oraz koszmarze życia w cieniu raka. Jednocześnie jest w tym obrazie odrobina światła, które pociąga i woła, by się nie zatrzymywać. Wbrew pozorom jest to film motywujący do świadomej i intensywnej egzystencji. – Życie jest zbyt krótkie, aby przeżywać je na pół gwizdka – przekonuje reżyser.
Oceń