Pisane małą literą
fot. meritt thomas / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%
Wyczyść

Mała Zagłada, Anna Janko, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015, s. 262

Trudno oderwać od nich wzrok. Smutne dziecięce oczy. Są tu, ale jednocześnie gdzieś daleko, w przeszłości albo w przyszłości. Raczej w przeszłości, bo przyszłości nie mogą zobaczyć, przyszłości nie ma, skończyła się w jednej, nieprawdopodobnie krótkiej chwili. Ile to mogło trwać? Minutę, może kilka minut? Tato cofnął się do domu, żeby zabrać puszkę z pieniędzmi. Nie dlatego, że szkoda mu było tych pieniędzy. Cofnął się po nie, bo te pieniądze to był chleb, kasza, ziemniaki, to były dzieci, które musiał nakarmić. A może, kiedy po nie szedł, myślał o tym, że wykupi za nie swoją rodzinę z obozu, że przeżyją. Tak, te pieniądze to nie był luksus, to nie był zbytek, to nie było coś ponad. To było tylko tyle, ile trzeba, żeby przeżyć. Więc poszedł, po blaszaną puszkę z pieniędzmi… Potem już jest tylko niedowierzanie.

Niby wszystko wiemy o tej wojnie – o śmierci, okrucieństwie, obozach, komorach gazowych. Już o wszystkim czytaliśmy, wszystko oglądaliśmy w filmach, o wszystkim słyszeliśmy od tych, którzy przeżyli, od naszych dziadków, rodziców, ciotek. Czy na pewno wszystko?

Mała Zagłada Anny Janko uświadomiła mi, że „wszystko” jest mało pojemne, że się z niego wylewa. „Wszystko” nie mieści się człowiekowi w głowie. Mnie się nie mieści.

Smutne dziecięce oczy z okładki prowadzą przez kolejne strony. A nie powinny. Bo wojna nie jest dla dzieci. „Na czas wojny nie powinno być żadnych dzieci. Powinny siedzieć w jakimś całodobowym, całowojennym przedszkolu, za jakimś drutem kolorowym, za murem bajecznie grubym, a najlepiej na innej planecie. I czekać. Po wszystkim by się je stopniowo poodbierało… O ile lżejsza byłaby wojna bez strachu o dzieci”.

Byłaby. Tylko że nikt nie pomyślał o takim przedszkolu. Dlatego czytamy tę książkę.

Osiemdziesiąt osiem domów

Coś mnie podkusiło. Nigdy tak nie robię, nigdy nie zaglądam na ostatnie strony, nie czytam zakończenia. Nie lubię wiedzieć, co będzie na końcu, nim nie przeczytam początku. Lubię po kolei.

A jednak zerknęłam. To był błąd. „Dom pierwszy, Mielników – spalone wszystko, zginęli rodzice i dwie młodziutkie uciekinierki z Józefowa. Ocalał Zbyszek… Dom drugi, Obszyńskich, spalony, mężczyźni zabici, zostały kobiety i sześcioro małych dzieci, od roku do dwunastu lat. Dom szósty, Skrzypów – wszystko spalone, cała rodzina wymordowana, w tym dzieci. Dom jedenasty, Szwarów – rodzice zabici… Dom czterdziesty czwarty, Ziomków Józefowych – spalony, została wdowa z szóstką dzieci. Dom czterdziesty siódmy, Popowiczów – spalony, cała rodzina wybita razem z czwórką dzieci. Staś mały został…”. Dom pięćdziesiąty, sześćdziesiąty, siedemdziesiąty, osiemdziesiąty i osiemdziesiąty ósmy. Ostatni. „Wszystko spalone, ojciec, matka, troje dzieci – zabici. Ocalał jeden mały synek. Lencio”.

Po co tam zaglądałam… Może inaczej czytałabym tę książkę? Może czytana po kawałku nie bolałaby tak bardzo, może nie trzeba by płakać. Ale już wiedziałam, co będzie. I z tą wiedzą musiałam wrócić na początek. Osiemdziesiąt osiem domów. W Sochach. Na Zamojszczyźnie. To było 1 czerwca 1943 roku.

Z samego rana

Matki budziły swoje dzieci. Nerwowo i w pośpiechu. Pakowały szybko coś z dobytku, tyle ile można unieść. Wołały: Wstawajcie, wstawajcie, Niemcy są we wsi. Dzieci się ociągały, przewracały na drugi bok, naciągały kołdrę na głowę. Jakby przeczuwały, że to ostatni dzień w tym łóżku, w tym domu, pod tą kołdrą. Że potem nic już nie będzie takie samo. Bo w ciągu paru godzin Niemcy wymordują mieszkańców, spalą ich domy i wieś przestanie istnieć. Mała zagłada? Zagłada totalna. Dotykająca nie tylko tego, co przestało istnieć, ale także tego, co istnieć dalej musiało.

Renia Ferenc mieszkała w domu pięćdziesiątym siódmym. Z mamą Józefą, z tatą Władysławem, z młodszym bratem Jasiem i z siostrą Krysią, zwaną Kropką. Krysia była najmłodsza, miała trzy lata. Nic nie pamięta. Ale Renia miała dziewięć. Za dużo, żeby zapomnieć. Za mało, żeby żyć z tym, co zapamiętała. Ten jeden dzień, a raczej te kilkanaście minut, wsiąkło w jej skórę, wnętrze, oczy, głowę. Wszędzie. Najpierw widziała, jak tata upada przed domem, na ścieżce. Miała nadzieję, że żyje, że może się tylko położył. Tak wierzy dziecko. Nie myśli, że można zabić. Że Niemiec jest zły. Ten, który niósł Renię, gdy miała sześć lat, na pewno był dobry. To było wtedy, kiedy Renia wracała z mamą z kościoła, nogi ją bolały, więc marudziła, mama była w ciąży, nie miała siły nieść córeczki. Szli też Niemcy. I jeden z nich wziął Renię na ręce. I to był na pewno dobry Niemiec. Więc kiedy Renia patrzyła, jak tato leży na ścieżce, myślała, że się położył. Że zaraz wstanie, podejdzie do nich.

A ten, który mierzył chwilę później z karabinu do jej mamy, już nie był dobry. Mama trzymała na rękach dziecko. I nagle upadła.

„Kiedy dziecku zabijają na jego oczach rodziców, to jakby świat zabijali, razem ze słońcem, księżycem, drzewem, polem, zeszytem, lalką. Nawet jeżeli przeżyli dziadek, brat i siostra, to oni już będą całkiem inni, jakby przeszli zza końca czasu. I żadne rzeczy nie wrócą tam, gdzie były, nawet jeśli pozostaną w swoim kształcie. Ale nie pozostały, w Sochach kamień na kamieniu nie został. Tylko niebo i ziemia…”.

Strach odziedziczony

Renia Ferenc już nigdy nie chciała pojechać do Soch. Tę podróż odbyła za nią po latach dorosła córka. Anna Janko. Była jej oczami, uszami, pamięcią i głosem. Chciała zobaczyć to, czego jej matka nie była w stanie zapomnieć. Pamiętała wszystko tak bardzo, że karmiła tą złą pamięcią swoje dziecko. Każdego dnia, niechcący, niepostrzeżenie oddawała jej swój strach. „Strach jest rodzajem pamięci. Strach dziedziczny, przekazany w życiu prenatalnym, wyssany z mlekiem matki, strach, który ma uchronić młode przed niebezpieczeństwem. Pamiętam tamten koszmarny dzień, bo twoje koszmarne sny dostawały się do mojego krwiobiegu przez pępowinę, gdy jeszcze tkwiłam w twoim brzuchu. Ty przecież stale śniłaś to wszystko, bo w żaden inny sposób nie umiałaś się pozbyć owego potwornego nadmiaru wrażeń – obrazów krwi, łopotu ognia i ludzkiego krzyku – których się napiłaś oczami, uszami, gdy miałaś dziewięć lat i wzięłaś udział w apokalipsie (…). Historia twojego dzieciństwa stała się rdzeniem mojego. Dlatego pamiętam tamten dzień, jakbym sama go przeżyła”– czytamy w wirtualnym dialogu dwóch kobiet, matki i dorosłej córki.

Wojna dla Anny Janko to zakaźna choroba przenoszona na kolejne pokolenie. Które urodziło się po wojnie, ale tą wojną nasiąka, żyje, któremu każe się pamiętać, nie tylko jako datę w historii, nie jako czystą statystykę – tylu zginęło, tylu przeżyło. Może powinniśmy pamiętać więcej? Że nienawiści można się nauczyć. Że złym można się stać. I potem zabijać, mordować, znęcać się. Zło siedzi w nas. Bez względu na to, z której części świata jesteśmy, z takiego czy innego kraju.

Autorka wyrusza z Soch, w których jej mama przeżyła apokalipsę, w daleki świat. Tam, gdzie toczą i toczyły się wojny, tam, gdzie dzieciom zabija się rodziców, tam, gdzie rodzicom odbiera się dzieci. Tam, gdzie to, co nieprawdopodobne, staje się prawdziwe. Że można podrzucać niemowlęta w górę i strzelać do nich jak do kaczek? Nie wierzymy. A powinniśmy. Że można setce żydowskich dzieci z Białej Cerkwi na Ukrainie zamordować rodziców, a potem zamknąć je w szkole i zastanawiać się, co zrobić z takim kłopotem? Też nie wierzymy. Kłopotu trzeba się pozbyć. „Raz rozpoczętej operacji nie należy przerywać”. Więc dzieci zabito. Przestały płakać.

Po co

Anna Janko tropi zło. Bardzo uważnie. Wertuje kartki, czyta pamiętniki, odwiedza miejsca zbrodni, pyta, słucha. Czy Adolf Hitler był słodkim bobaskiem? Grzecznym chłopcem? A jeśli tak, to co takiego się stało, że słodki bobas i grzeczny chłopiec zamienił się w potwora? Może przez ojca. Który go bił i poniżał. Przed którym ze strachu sikał w majtki. Dlatego właśnie wyrósł na psychopatę? Niby proste. Za proste. Więc Janko tropi dalej.

Prowadzi nas przez najczarniejsze zakamarki ludzkiej duszy, jest konsekwentna, bezlitosna. Odsłania to, czego wolelibyśmy nie wiedzieć. Pisze to, czego wolelibyśmy nie przeczytać. Bo jeśli o czymś nie wiemy, to trochę tak, jakby nie istniało. A my przecież wolimy, żeby zła nie było. Chcemy wierzyć, że jesteśmy dobrzy. Że źli byli oni. Ci Niemcy. Dlaczego piszesz Niemcy dużą literą? – dziwi się dorosła Renia, gdy patrzy na zapiski swojej córki. – Po wojnie pisaliśmy niemcy z małej litery. O każdym z nas można napisać małą literą. O złych polakach, złych ukraińcach, złych rosjanach, złych białorusinach, złych żydach. O złych ludziach. Pisanych niestety małą literą.

Czy takie książki są potrzebne?

Wierzę, że tak. Że tylko znienawidzone zło może nas pchnąć ku dobru.

Pisane małą literą
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Katarzyna Kolska napisała dziesiątki reportaży i te...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze