Niemożliwe
fot. pat whelen / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Jana

0 votes
Wyczyść

Spotkamy się w Honolulu, Jerzy Sosnowski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, s. 344

Można spróbować wymyślić algorytm na istnienie bądź nieistnienie Boga. Można stworzyć specjalny wzór na obliczenie przebiegu miłosnego procesu, zachodzącego między dwojgiem ludzi. Ale czasem zdarza się coś, czego nie da się dopasować do żadnego schematu, bo wymyka się wszelkim regułom.

Cudaczne zauroczenie

Po raz pierwszy Piotr spotkał się z Romą w klinice, do której przyprowadził swoją (od wielu lat wybierającą się na tamten świat) matkę. Na korytarzu zaczepiła go niespodziewanie mocno starsza pani, której trudno było odmówić klasy. Miała na sobie długi, zielony płaszcz z futrzanym kołnierzem, usta pociągnięte jaskrawoczerwoną pomadką, krótkie włosy pofarbowane na czarno. Matowym głosem, nieco rozbawiona, poprosiła mężczyznę o pomoc w rozszyfrowaniu dziwacznej nazwy kliniki: Vitalong Cliniq Sensuelle, w której zamierzała poddać się operacji oka. Wniosek z tego spotkania Piotr wysnuł taki, że „była to niewątpliwie najsympatyczniejsza staruszka, z jaką od dawna miał do czynienia”.

Kilka dni później znowu przypadkowo (?) wpadli na siebie – tym razem w galerii handlowej. I tym razem spotkanie przedłużyło się o wspólną kawę wypitą u Romy w domu. Późniejsze szacunki Piotra kazały mu przypuszczać, że jest między nimi niemal trzydzieści lat różnicy. Jednak ten dość dla obojga szokujący fakt nie był w stanie zatrzymać stopniowo ogarniającego ich „cudacznego zauroczenia”.

Jerzy Sosnowski w swojej najnowszej powieści Spotkamy się w Honolulu stawia głównych bohaterów w obliczu miłości niemożliwej, wymykającej się wszelkim ustalonym i przyjętym normom; miłości w pewien sposób jałowej, absurdalnej, bo niby co mogłoby być jej zwieńczeniem? Autor ustami książkowych postaci zadaje pytanie, czy taka relacja wiedzie nieuchronnie do „najczarniejszej rozpaczy”, czy może jednak do niczym już nieskrępowanej wolności, „bo kiedy nie ma reguł, nic nie jest dziwne i zarazem wszystko staje się możliwe”?

Dwie wieże

Jakimś rozwiązaniem może być wymyślenie własnych norm i zorganizowanie według nich swojego małego, w miarę bezpiecznego świata, w którym schowamy się przed nieprzewidywalnym i groźnym uniwersum. Podczas jednej z rozmów Roma zdradza Piotrowi swój sekret: „Zyskałam łaskę życia w teraźniejszości”. Nie chce się zastanawiać nad przyszłością, bo nie wiadomo, ile jej jeszcze będzie, a przeszłość, no cóż, „przeszłość jej się wymknęła”. Roma z teraźniejszości buduje swoją wieżę obronną, która ma jej pomóc stawić czoło popełnionym błędom, niepozałatwianym sprawom sprzed lat czy nieuchronnemu upływowi czasu, odciskającemu na jej ciele coraz większe piętno.

W Wieży, ale już nie metaforycznej, mieszka także Piotr. Dziewiętnastowieczną budowlę we wsi Popielarnia (pół godziny jazdy ze stolicy) nabył jego przyjaciel Marek, spełniając w ten sposób marzenie z dzieciństwa. Nie dałby jednak rady utrzymać tego nietypowego mieszkania z własnych środków, więc zaproponował Piotrowi (któremu właśnie posypało się małżeństwo) współudział. Dwóch mężczyzn pod jednym dachem – wiadomo, jak to wygląda. Jednak mimo powszechnych podejrzeń, udało im się stworzyć model wspólnego życia niemal idealny, dokładnie zresztą opisany w stworzonym przez nich regulaminie. Wiadomo było, w jakich częściach Wieży można rozmawiać, a w jakich bezwzględnie obowiązuje cisza; do której przegródki kładzie się widelce, a do której noże; kto kiedy gotuje; na jakich zasadach i na jak długo wolno przyjmować gości etc.

Marek wymyślił nawet, że gdyby udało im się wykopać w piwnicy własną studnię i zrobić odpowiedni zapas konserw, Wieża byłaby w stanie uchronić ich przed jakąś katastrofą. „Wszystko na miejscu. Praca, jedzenie, spanie. […] Pełna izolacja. Pełne skupienie. […] pełne bezpieczeństwo”.

Albo tylko jego pozór? Bo przecież w te poukładane małe światy Romy, Piotra, Marka, a także Belli czy Stefana (niewspomnianych dotąd bohaterów powieści Jerzego Sosnowskiego) w każdej chwili może wtargnąć niespodziewane, które niesie ze sobą potencjał błogosławieństwa lub przekleństwa. Bądź jednego i drugiego po trosze.

Chwila wytchnienia

Jednak są też i takie momenty w powieści, w których niepewność na chwilę znika, potencjalne zagrożenia oddalają się, a czas jakby spowalniał. Wszystko – wprawdzie na krótko, ale jednak – wskakuje na odpowiednie miejsce, jest spójne, a autor pozwala swoim bohaterom wytchnąć, doświadczyć harmonii, ładu, może nawet szczęścia. Nierzadko dzieje się to przy dźwiękach muzyki – w sopockim kultowym klubie Non Stop (bo Jerzy Sosnowski, snując historię Romy i Piotra, oprowadza nas jednocześnie po czasach młodości kobiety, przypadających na lata 60.), w filharmonii na koncercie czterdziestoosobowego chóru z Coventry, w czasie weselnej domówki, kiedy Stefan, który nigdy wcześniej tego nie robił, ostentacyjnie zrzuciwszy marynarkę, zaczyna wywijać ze swoją żoną twista, czy w końcu na tarasie Wieży, gdy Roma, siedząc w towarzystwie Piotra i Marka, zaczyna nucić trzecią zwrotkę Modlitwy Bułata Okudżawy.

Trudno nie dostrzec w tych opisach wrażliwości i doznań samego Jerzego Sosnowskiego. Pisarz na łamach „W drodze”, w rozmowie „Przebłysk i przeczucie”, przyznał kiedyś, że poczucie szczęścia zdarza mu się dość rzadko, ale jeśli już, to najczęściej wywołuje je właśnie muzyka. Dzięki niej – mówił – „W tej pogruchotanej mozaice świata, w którym […] właściwie wszystko jest nie tak, nie wtedy, nie tutaj, co robi wrażenie rozsypanych puzzli, przez chwilę nagle wszystko wskakuje we właściwe miejsce”.

Czułość

„Nie tak, nie wtedy, nie tutaj…” – to doświadczenie nie tylko głównych bohaterów powieści Jerzego Sosnowskiego, ale i wielu z nas. Sosnowski nie oszczędza swoim bohaterom cierpień, rozterek, wątpliwości, mniejszych bądź większych dramatów. Nie ugładza ich losów, żeby zafundować czytelnikowi miłą, relaksującą lekturę. Każe im analizować sytuacje, w których się znaleźli, odkrywać najskrytsze pragnienia, lęki i motywacje. Niekiedy też własną śmieszność.

A jednocześnie autor obchodzi się z nimi z jakąś niezwykłą czułością i empatią, wyzierającą z każdej niemal karty tej książki. Widok Romy, wklepującej przed spotkaniem z Piotrem w zwiotczałe ciało kolejną porcję kremu – jednocześnie rozbawionej tą sytuacją i złej na samą siebie, że zachowuje się jak idiotka; pedanteria Marka, który gotując jakąś potrawę, układa najpierw na kuchennym blacie bezbłędnie odmierzone składniki w kolejności ich dodawania; chwilowa panika Piotra, gdy włosy ukochanej okazują się o wiele rzadsze i bardziej kruche niż te wyobrażone. Te wszystkie obrazy z jednej strony poruszają czytelnika, a z drugiej zmuszają, by dostrzegł w bohaterach, pełnych uroku i trochę żałosnych jednocześnie – samego siebie.

Nigdy nie uda nam się do końca wyrwać z naszych własnych ograniczeń. Nie uciekniemy od przeszłości, nawet jeśli uprzemy się, że tylko teraźniejszość się liczy. Nie cofniemy czasu. Ani go nie przyspieszymy. Nie stworzymy na marginesie świata swojego własnego światka, który zapewniłby nam absolutne bezpieczeństwo i spokój. Nie przejdziemy przez życie bezbłędnie. Nie będziemy mogli korzystać z wolności bez granic. Jednak, jak pokazuje powieść Spotkamy się w Honolulu, to właśnie w tej pogmatwanej sieci różnych powiązań i zależności rodzi się prawdziwa miłość, która ma przecież niejedno oblicze.

Niemożliwe
Anna Sosnowska

urodzona w 1979 r. – absolwentka studiów dziennikarsko-teologicznych na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie Współpracowała z kanałem Religia.tv, gdzie prowadziła programy „Kulturoskop” oraz „Motywacja...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze