Jurodiwa Ksenia

Jurodiwa Ksenia

Chciała Bogu służyć i w żarliwej modlitwie prosiła Go o ukazanie drogi. Legenda głosi, że we śnie ujrzała świętą Marię Egipską, która przekazała jej wieść z Nieba: „Otrzymałaś Kseniu błogosławieństwo Najwyższego na najtrudniejszą z dróg. Będziesz głupia dla Chrystusa”.

Biedna, głupia Kseniu, głupia dla Boga, jurodiwa Kseniu…! Jurodiwa Patronko miasta świętego Piotra, powrócimy jeszcze do Ciebie, powrócimy z prośbą o modlitwę za Twój Sankt Petersburg, za nasze rodziny, za naszych drobnych i nie–drobnych pijaczków, powrócimy… Słowo jurodiwyj jest niezwykłe.

Jurodstwo to rodzaj świętości. Święci jurodiwi wybierali szczególną drogę — chrześcijanie to ludzie drogi — heroizmu, charakteryzującą się zewnętrznie nierozumnością. Tę nierozumność przyjmowali po to, by świat ich wykpił. To był ich wybór, nie zaś nieszczęście czy cierpienie, które jest wbrew woli człowieka. Jurodstwo w każdym przypadku było wyborem, wyborem drogi. Była to metoda radykalnego odrzucenia wszystkich ziemskich wartości i świadczenie o Chrystusie. Jurodstwo jako droga świętości realizuje przeciwstawność mądrości tego świata i wiary w Chrystusa, którą głosi święty Paweł: „Niechaj się nikt nie łudzi! Jeśli ktoś spośród was mniema, że jest mądry na tym świecie, niech się stanie głupim, by posiadł mądrość. Mądrość bowiem tego świata jest głupstwem u Boga. Zresztą jest napisane: On udaremnia zamysły przebiegłych lub także: Wie Pan, że próżne są zamysły mędrców” (1 Kor 3,18–19).

Jurodstwo, jako szczególny rodzaj ascezy, pojawiło się w środowisku wschodnich mnichów około V wieku. Paladiusz w Historia Lausiaca opowiada o mniszce w jednym z klasztorów egipskich, która swoją postawą sprawiała wrażenie, że jest głupia i opętana przez złe duchy; żyła w samotności, wykonywała wszystkie najbardziej brudne roboty i mniszki nazwały ją jurodiwą. Później wyjawiła się jej świętość. Paladiusz wskazuje na wypełnienie przez nią słów, które święty Paweł skierował do Koryntian, a które powyżej cytowałem.

W Bizancjum zjawisko jurodstwa było stosunkowo rzadkie. Nie było też przedmiotem szczególnego kultu czy powszechnego szacunku. Taki charakter przybrało dopiero na Rusi Moskiewskiej, a potem w Rosji, aż do wynaturzeń, które opisywał w swych opowiadaniach Mikołaj Leskow. Zjawiska jurodstwa jako formy ascezy nie zna ukraińskie prawosławie, nie zna również Kościół rzymski. Ale czy naprawdę tak daleko od jurodstwa odszedł syn bogatego kupca bławatnego z Asyżu…?

Pierwszym jurodiwym w ruskiej tradycji był zmarły około 1090 roku mnich Isaak Pieczorski. Wspomina go jeden z najstarszych dokumentów ruskiego prawosławia, tak zwany Kijewo–Pieczorskij Patierik. Potem następuje długa przerwa. Milczy tradycja, milczą dokumenty. Jednak począwszy od końca XIV aż do pierwszej połowy XVII wieku następuje prawdziwa eksplozja. Wzorem dla wszystkich stał się Andrzej, jurodiwyj z Carogrodu, którego hagiografia powstała w Bizancjum najprawdopodobniej jeszcze w X wieku i szybko została przetłumaczona na język Słowian. Miał żyć Andrzej w V wieku. Jednakże szereg sprzecznych informacji i anachronizmów zawartych w jego żywotach nakazuje sceptycyzm — nie ma dowodów, że ten Andrzej rzeczywiście istniał. Na pewno był obecny w micie żywym, pobudzającym, przynoszącym dobre owoce… Po nim przyszła cała plejada ruskich i rosyjskich świętych — jurodiwych. Święty Awraamij Smoleńskij, święty Prokopij Ustiużskij, błogosławiony Wasylij Moskiewski, Maksym Moskiewski, Nikołaj Pskowskij Salos, Michaił Kłopskij i wielu innych… Łączą ich te cechy, które miały charakteryzować i Andrzeja z Bizancjum: zewnętrzne szaleństwo–głupota, dar prorokowania, ogromne poczucie własnej grzeszności… Na Rusi Moskiewskiej jurodiwi otrzymują szczególny status społeczny i ogromne znaczenie, występują jako posłani od Boga krytycy niegodziwej władzy, jako głosiciele Bożej woli. Tam właśnie, wokół Moskwy, jurodstwo zostaje w pełni przyjęte i zaakceptowane jako pełnoprawna droga do świętości, a wielu jurodiwych zostaje uznanych za świętych jeszcze za życia.

Powróćmy do Kseni Petersburskiej… Na ołtarze wyniesiono Ksenię dopiero w 1988 roku. Był to pamiętny rok ruskiego milenium, rok Tysiąclecia Chrztu Rusi. Jeszcze w Związku Sowieckim, w warunkach oficjalnie panującej doktryny ateistycznej.

Petersburżanie i leningradczycy wcześniej wiedzieli, że ich Ksenia jest świętą. Wiedzieli to w najgorszym czasie prześladowań Kościoła, w czasie blokady, po prostu wiedzieli to od zawsze. Ksenia jest pierwszą kanonizowaną kobietą w Cerkwi rosyjskiej od 376 lat. Poprzedziła ją święta Zofia Słucka, która odeszła do Pana w wieku zaledwie 26 lat. W wieku 26 lat Ksenia Petersburska owdowiała. Wtedy właśnie rozpoczęła się jej szczególna droga do świętości.

Cofnijmy się jednak w czasie: Ksenia urodziła się pomiędzy 1719 a 1730 rokiem, nikt tego dokładnie nie zbadał. Nie znamy jej dzieciństwa i młodości. Wiemy natomiast, że dobrze wyszła za mąż… Jej mąż, Andriej Fiodorowicz śpiewał w chórze nadwornym, a że w rosyjskiej tradycji każdy, kto był w jakikolwiek sposób związany z dworem czy państwem musiał mieć wojskową rangę — tak jest zresztą po dziś dzień — był jeszcze pułkownikiem. Wiodło im się na tyle dobrze, że nawet przy koszmarnych wówczas — i znów dziś jest podobnie — petersburskich cenach nieruchomości, dorobili się własnego domu na Petersburskiej (dziś Piotrogradzkiej) stronie. Kiedy Ksenia miała 26 lat jej mąż nagle zmarł. Dwudziestosześcioletnie wdowy, gdy znów przychodzi miłość, wychodzą za mąż i bywają jeszcze bardziej szczęśliwe niż kiedyś. Tak mogło też być i z Ksenią, tyle, że ona tego nie chciała. Chciała Bogu służyć i w żarliwej modlitwie prosiła Go o ukazanie drogi. Legenda głosi, że we śnie ujrzała świętą Marię Egipską, która przekazała jej wieść z Nieba: „Otrzymałaś Kseniu błogosławieństwo Najwyższego na najtrudniejszą z dróg. Będziesz głupia dla Chrystusa”.

Ludzką i tylko ludzką mocą trudno dźwigać ciężar zwykłego, codziennego życia normalnych zjadaczy chleba, a cóż dopiero wybrać drogę jurodstwa. Heroizm świętych jest zawsze — tylko i aż — odpowiedzią na Łaskę.

Pochowała Ksenia męża, a na drugi dzień, po pogrzebie, zadziwieni sąsiedzi ujrzeli ją w jego kaftanie, spodniach, kamizelce… Jeszcze bardziej zadziwiły ich Kseni słowa: „Andriej Fiodorowicz nie umarł. To tylko jego dusza przemieściła się w ciało żony jego, Kseni Grigoriewny. To ona, Ksenia, dawno już nie żyje”.

I stanowczo nakazała wszystkim nazywać siebie Andriejem Fiodorowiczem. Dom oddała ubogiej sąsiadce.

— Tylko ty, Praskiewa, pamiętaj… Ubogim pozwolisz mieszkać w nim za darmo.
— A jak ty będziesz żyć, matuszka?
— Jak będę żyć? Pochowałem swoją biedną Kseniuszkę, czegóż mi więcej trzeba? Nasz Pan karmi ptaszęta niebieskie, przeciem od nich nie gorszy. Niech spełnia się Jego wola.

Po tej rozmowie rozdała wszystko i ruszyła swoją drogą — w przedziwnym odzieniu, w petersburskie słoty, w zimowy mróz — poszła drogą, która miała trwać długie lata. Kiedy ją lżono — spokojnie prosiła: „A cóż wam do umarłej Kseni? Przecież ona niczego złego, nikomu z was nie uczyniła”.

Nikt nie wiedział, gdzie sypia. Dopiero po latach okazało się, że Ksenia, bez względu na porę roku — a klimat tam wyjątkowo surowy — z wieczora wędrowała na podmiejskie pola i do wschodu słońca modliła się żarliwie. Z czasem petersburski lud zrozumiał, że to po prostu jeszcze jedna obłąkana… Nie potrafię zrozumieć jak ta kobieta przeżyła wiele lat w petersburskich deszczach, mrozach, śniegach. Bosa, kiepsko odziana, bo mężowski kaftan nie na długo wystarczył. W pamięci petersburżan na zawsze pozostała kobietą w czerwono–zielonych łachmanach i tak ją zna ikonografia. Ludzka pamięć — ten Boży dar — zachowała ją jako osobę wielkiej miłości dla bliźnich, nawet dla tych, których potrafiła zewnętrznie potraktować bardzo surowo. W tym była tak bardzo rosyjska: najsurowiej traktowała pijaków. Ta pokorna święta potrafiła na nich napadać z krzykiem, a potem modliła się za każdego z nich z jeszcze większą troską i macierzyńskim bólem, modliła się skutecznie. Boża Moc uzdrawiała ich. Jak bardzo tonąca w oceanie alkoholu Rosja potrzebuje jej pomocy. Jak bardzo jej pomocy potrzebują dziś budowniczowie zrujnowanych cerkwi i kościołów na ruskiej ziemi.

Budowniczowie świątyni, którą na cześć ikony Matki Bożej Smoleńskiej postawiono na cmentarzu Smoleńskim, po Piotrogradzkiej stronie, nie wiedzieli kto im nocą przygotowuje cegły do pracy. Raz kiedyś podejrzeli: to drobna i już nie młoda Ksenia dźwigała cegły, układała je w sztaple, a cerkiew rosła. Rósł także szacunek do Kseni… Niosła ze sobą dobro i miłość. Jej jurodiwska pielgrzymka przez życie trwała czterdzieści pięć lat, a kiedy umarła, pochowano ją na cmentarzu Smoleńskim, nieopodal świątyni Matki Bożej Smoleńskiej, którą wraz z jej budowniczymi wznosiła. Jej mogiła szybko stała się miejscem pielgrzymek. Najpierw przychodzili tam petersburżanie, potem ludzie z wszystkich zakątków Rosji. Batiuszkowie nieustannie śpiewali tam panichidę i tylko ziemi wciąż na mogile ubywało. Każdy, kto tam przyjeżdżał chciał zabrać choć garstkę jej ze sobą. Taki był ruski lud. Wtedy jej czciciele postanowili postawić na mogile kamienną płytę nagrobną. Tę rozbili na kamyczki, które rozniesiono po domach. Położono nową płytę — spotkał ją los poprzedniczki. Wreszcie nad mogiłą wzniesiono kaplicę, a na samej mogile postawiono nadgrobie uwieńczone płytą z następującym napisem: „W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. W tym miejscu złożono ciało Bożej niewolnicy Kseni Grigoriewny, żony śpiewaka nadwornego w randze pułkownika, Andrieja Fiodorowicza. Została bez męża w wieku 26 lat, pielgrzymowała 45 lat, całe jej życie trwało 71 lat, nazywała siebie «Andriejem Fiodorowiczem». Kto mnie znał, wspomni moją duszę, dla zbawienia swojej duszy. Amen”.

Wciąż rosła liczba pielgrzymów. Przychodzili — tak jak ona — modlili się żarliwie, jednali się z Panem w sakramentach, otrzymywali łaski, otrzymywali Miłość i Nadzieję. Powiadają, że kiedy w młodości zachorował na tyfus następca tronu, późniejszy car — Aleksander III — przyszła tam jego młoda żona, caryca Maria Fiodorowna. I od tej pory, tak długo jak trwała Rosja, Maria Fiodorowna, żona i matka carów, tam przychodziła. W 1902 roku nad mogiłą Kseni zbudowano nową kaplicę z marmurowym ikonostasem, nad wejściem do kaplicy umieszczono prosty napis: Raba Bożija Ksenia — Boża Niewolnica Ksenia. Od wczesnego rana do późnej nocy drzwi kaplicy nie zamykały się. Tak jest do dziś. Kaplica cudem ocalała z bolszewickich pogromów i w 1986 roku, po odrestaurowaniu, zwrócono ją wiernym.

W 1988 roku, po oficjalnym wyniesieniu Kseni Błażennej — Błogosławionej Kseni na ołtarze, miasto nad Newą zyskało niebieską Patronkę, co krew z jego krwi i kość z jego kości, trzy i pół roku później przywrócono mu historyczną nazwę: Sankt Petersburg.

W marcu 1994 roku na mogiłę Kseni przybyła maleńka grupka Polaków, byłem w niej i ja — wtedy polski konsul w mieście świętego Piotra. Przyprowadził nas tam franciszkański zakonnik z nadmorskiego Darłowa, ojciec Janusz Jędryszek. On to poprowadził pierwsze od z górą siedemdziesięciu lat rekolekcje wielkopostne dla petersburskich Polaków. Jakież było ich zdziwienie i jeszcze większa radość, kiedy dowiedzieli się, że daleko, w Darłowie, we franciszkańskiej parafii katolickiej, ludzie modlą się do Boga za przyczyną ich Błażennej Kseni.

Dziś światło rozpromienia gród świętego Piotra, bowiem mnogość smucących się otrzymuje dar Bożego Pokoju, czerpiąc nadzieję w Twoich modlitwach, Kseniu Błogosławiona, tyś bowiem chwała i oparcie dla swojego miasta.
(Kondak 3 do Błogosławionej Kseni)

Jurodiwa Ksenia
Zdzisław Nowicki

(ur. 17 grudnia 1951 r. w Pile – zm. 6 czerwca 2006 r.) – polski dyplomata, ekonomista, senator I kadencji, ambasador RP, w latach 1992-1998 oraz 2000-2004 przebywał na placówkach dyplomatycznych w Sankt Petersburgu, Charkowie i Astanie, publikował po polsku, rosyjsku, ukrai...