„Save the whales, kill the babies”

„Save the whales, kill the babies”

Hasło „save the whales” lub „save the planet” to częsty slogan rozmaitych rozhisteryzowanych grup ekologicznych. Tak się składa, że (to jest chyba uwarunkowane genetycznie) aktywiści ruchów ekologicznych w USA prawie zawsze wyznają poglądy skrajnie lewicowe i głosują na demokratów oraz polityków opowiadających się za legalnością aborcji. To z kolej doprowadziło do pojawienia się ironicznej parodii: „Save the whales, kill the babies” (Uratować wieloryby, zabić dzieci).

Dawno temu, jeszcze za komuny, część krajobrazu krakowskiego Rynku stanowiła kapela cygańskich muzykantów. Było to w czasach poprzedzających „najazd” Cyganów rumuńskich, którzy obecnie zajmują się żebraniną. Tamci Cyganie mieszkali w Krakowie od lat, nie żebrali, nie–Cyganom nie wchodzili w drogę, ale i nie utrzymywali z nimi stosunków. Swoje dzieci posyłali do państwowych szkół muzycznych, w których pobierały naukę dopóki nie opanowały sztuki gry na gitarze, skrzypcach czy akordeonie w stopniu wystarczającym do tego, aby grać na ulicach — po czym kończyły edukację i „posyłali je do pracy”.

Muzykowanie na Rynku stanowiło ich źródło utrzymania. Trzeba przyznać, że czynili to bardzo dobrze.

Przez długie lata pierwszym skrzypkiem w tej rodzinnej kapeli był stary Cygan* — inwalida. Nie wiem jak się nazywał. Na skutek jakiejś choroby lub być może wady wrodzonej był niewidomy, zaś jego ręce i nogi były powykręcane i zdeformowane. Zdaje się, że mówić też nie potrafił — z innymi Cyganami porozumiewał się przy pomocy jakichś bełkotliwych dźwięków, które tylko oni rozumieli.

Grał na skrzypcach — ale inaczej niż zwykli skrzypkowie. Jego zdeformowane ręce sprawiały, że nie mógł prawidłowo trzymać instrumentu „gryfem od siebie”, z pudłem przy policzku. Zamiast tego trzymał go pionowo, niczym kontrabas, koniec gryfu opierając na ramieniu, koło ucha.

Grał po mistrzowsku. Właściwie to on stanowił orkiestrę — pozostali Cyganie w kapeli z ich gitarami i akordeonami stanowili tylko akompaniament. Na przestrzeni wielu lat skład zespołu ulegał zmianom — niektórzy grajkowie odchodzili, inni przychodzili na ich miejsce. Tylko on trwał latami — nie ogolony, z tajemniczym uśmiechem na twarzy. Jego towarzysze przynosili go rano pod Sukiennice — sadzali na polowym krześle, a potem grali do wieczora.

Był częścią krajobrazu Krakowa do tego stopnia, że jego fotografia pojawiła się kiedyś w albumie zdjęć Adama Bujaka poświęconym temu miastu.

Od paru lat go nie widziałem. Nie wiem, co się z nim stało — czy rodzina przeniosła się na Zachód, czy też po prostu zmarł.

Dopóki jednak grał — mimo że był niewidomy, nie mówił, nie był w stanie chodzić ani nawet ubrać się samodzielnie — przez wiele lat zapewniał utrzymanie swojej rodzinie.

Stephen Hawking cierpi na nieuleczalną chorobę. Jest przykuty do wózka inwalidzkiego i nie posiada władzy w nogach oraz (prawie) w rękach. Nie mówi — dawniej był co prawda w stanie wydawać z siebie jakiś rodzaj bełkotu, który bliscy rozumieli i służyli mu za tłumaczy, dzięki którym mógł się komunikować z otoczeniem, ale później utracił mowę całkowicie. Na szczęście z pomocą przyszła mu technika — w jego wózku zainstalowano komputer z syntetyzatorem mowy, którym może sterować, naciskając ręką przycisk w poręczy wózka. Dzięki temu jest w stanie wypowiadać słowa — około 20 na minutę — a także dyktować artykuły, wygłaszać wykłady, odbierać telefony, jak również manewrować urządzeniami elektrycznymi w swoim domu. Syntetyzator mowy to jego jedyny łącznik ze światem — dzięki niemu potrafi powiedzieć opiekunom ile kostek cukru chce do herbaty oraz poprosić o przeniesienie go w inną część pokoju. Jak sam stwierdził — gdyby nie to urządzenie, ludzie traktowaliby go jak rzecz lub mebel. Żartobliwie narzeka, że syntetyzator mowy posiada amerykański akcent, co dla niego jako Brytyjczyka jest dość upokarzające. (Na szczęście firma, która skonstruowała to urządzenie obiecała przerobić oprogramowania tak, aby dać mu akcent porządny, oksfordzki).

Stephen Hawking jest jednym z największych żyjących fizyków–teoretyków. Do tej pory opublikował ponad 170 prac naukowych na temat kosmologii — czyli działu fizyki zajmującego się pochodzeniem oraz budową wszechświata.

W wolnych chwilach pisze książki popularnonaukowe. Jego Krótka historia czasu stała się światowym bestsellerem, przetłumaczonym na dziesiątki języków. „Nie do wiary — skomentował, odbierając od wydawcy czek z honorarium — sprzedałem więcej książek na temat fizyki, aniżeli Madonna na temat seksu!”

Od czasu, gdy rozpoczęła się walka na temat legalizacji (lub — w zależności od kraju — delegalizacji) aborcji, zwolennicy jej zakazu używali argumentu: „Jeżeli dzisiaj pozwolimy na zabijanie dzieci przed urodzeniem, to jutro pojawią się żądania legalizacji zabijania dzieci po urodzeniu”.

Na taki argument przeciwnicy zakazu reagowali: „To jest demagogia. Nie możecie porównywać legalności aborcji do hitleryzmu. My wcale nie domagamy się zabijania żywych dzieci — i dobrze o tym wiecie. A poza tym — dziecko przed narodzeniem, to jeszcze nie takie całkiem dziecko”.

Mijały lata — i aborcja została mniej lub bardziej zalegalizowana w większości krajów Europy oraz w USA. W Ameryce próby jej zakazania na drodze prawnej spełzają na niczym — za jej legalnością wypowiedział się kiedyś Sąd Najwyższy w precedensowej sprawie Roe vs. Wade. Od wyroków Sądu Najwyższego nie ma apelacji — tylko Sąd Najwyższy może zmienić swoją wcześniejszą opinię. W przeszłości zresztą zmieniał — na przykład w sprawie legalności niewolnictwa.

Aby Sąd Najwyższy zdelegalizował aborcję, jej przeciwnicy muszą w nim uzyskać większość. Procedura mianowania nowych sędziów Sądu Najwyższego jest powolna i skomplikowana — wyznacza ich Prezydent, a następnie nominacje zatwierdza Senat.

Obecnie zwolennicy i przeciwnicy aborcji mają w Sądzie mniej więcej po równo głosów. Ponieważ jednak w ciągu kadencji następnego Prezydenta obecny prezes Sądu Najwyższego przejdzie na emeryturę, oznacza to, że od tego, kto mianuje nowych sędziów, zależeć będzie amerykańskie prawodawstwo przez najbliższe kilkanaście–kilkadziesiąt lat.

W Senacie dzisiaj mają większość (na ogół przeciwni aborcji) republikanie. Zaś następnym Prezydentem będzie — prawdopodobnie — George W. Bush (nie mylić z George Bushem), też raczej aborcji przeciwny, więc w dalszej perspektywie oznacza to, że w Sądzie będzie zasiadać coraz więcej sędziów przeciwnych aborcji. A to oznacza, że decyzja Roe vs. Wade zostanie — wcześniej czy później (choć raczej później) — zmieniona.

Tymczasem amerykańscy przeciwnicy aborcji nie próżnują. „Skoro nie można jej zdelegalizować od razu — więc przynajmniej doprowadźmy do zakazania niektórych bardziej drastycznych procedur”. I w ostatnich latach rozpoczęli kampanię mającą na celu delegalizację tzw. partial birth abortion, czyli — chyba tak najlepiej to przetłumaczyć — „aborcji przez urodzenie”.

Jest to procedura polegająca na tym, że już po rozpoczęciu porodu, w chwili ukazania się główki dziecka, lekarz zgniata ją, a następnie wydobywa resztę tułowia. Ponieważ w operacji tej — jeżeli wolno użyć obrazowego porównania, które już kiedyś na łamach „W drodze” padło — „tylko centymetry dzielą ją od prawnej definicji dzieciobójstwa”, przeto hasło delegalizacji tej procedury wydaje się znajdować szerokie poparcie. Ostatecznie, jeżeli kobieta zdecydowała się ciążę donosić aż do momentu rozpoczęcia porodu, to powinna już poczekać kilka dodatkowych minut i pozwolić dziecku się urodzić. Chętnych do adopcji natychmiast po urodzeniu znajdzie się dziesiątki.

Stosowny zakaz został przez Kongres uchwalony, lecz prezydent Clinton go zawetował. Wobec braku wystarczającej liczby głosów dla odrzucenia prezydenckiego weta, przeciwnicy „aborcji przez urodzenie” postanowili ją zdelegalizować w poszczególnych stanach Unii. Do tej pory odnieśli szereg sukcesów, choć trafiały się również porażki. Ostatnio partial birth abortion została zakazana w Wisconsin. Sąd federalny przychylił się do zdania biegłych, że operacja ta nie ma żadnego usprawiedliwienia z medycznego punktu widzenia i utrzymał legalność prawa zabraniającego jej stosowania. Tym samym Wisconsin stał się kolejnym stanem, w którym jest to procedura nielegalna. Ponieważ w innych stanach sądy obaliły zakazy, więc kwestia „aborcji przez urodzenie” wcześniej czy później trafi pod obrady Sądu Najwyższego. Nie sposób przewidzieć, jaki będzie jego werdykt.

W polemice wokół dopuszczalności partial birth abortion powtórzył się poprzedni argument przeciwników legalności aborcji — „jeżeli wolno zabić dziecko na minutę przed urodzeniem, to wkrótce będzie też wolno je zabić minutę po urodzeniu”.

I jak poprzednio zwolennicy legalności aborcji odpowiedzieli: „To jest demagogia”.

Nie uważam się za kogoś powołanego do głoszenia umoralniających kazań. Jeżeli zdecydowałem się zabrać głos w debacie aborcyjnej to dlatego, że na naszych oczach sprawdza się ponura przepowiednia ostrzegająca, że za legalizacją aborcji wcześniej czy później pójdą postulaty legalizacji dzieciobójstwa.

Oto bowiem prestiżowy uniwersytet Princeton zaoferował stanowisko profesora bioetyki niejakiemu Peterowi Singerowi, Australijczykowi, który zdobył sobie ponurą sławę jako działacz domagający się przyznania matce prawa do zabicia dziecka do 28 dnia po urodzeniu. Swoje poglądy uzasadnia tym, że takie prawo pozwoli matkom na zabijanie dzieci upośledzonych, co zaoszczędzi cierpienia zarówno dzieciom, jak i matkom. Zdaniem Singera dziecko mające mniej niż 28 dni nie zdaje sobie sprawy z tego, że żyje, więc zabicie go nie jest czymś karygodnym.

Ponadto, jak argumentuje, dzieci niedorozwinięte lub obarczone innymi wadami czy to genetycznymi, czy fizycznymi stają się w ostatecznym rozrachunku ciężarem dla społeczeństwa, więc powinno ono dopuszczać możliwość ich zabijania.

Decyzja uniwersytetu w Princeton wywołała demonstracje przed siedzibą władz uczelni. Rozpoczęto kampanię mającą na celu zmuszenie uniwersytetu do zmiany decyzji i wycofania nominacji profesorskiej Singera. Wśród osób zaangażowanych w polemikę znalazł się również Steve Forbes, republikański miliarder, w przeszłości bezskutecznie usiłujący zdobyć nominację prezydencką. Ponieważ jest on dużym donatorem pieniędzy i darów dla uniwersytetu, więc przeciwnicy Singera wiele obiecują sobie po jego interwencji u prezydenta Princeton. Czy istotnie uda mu się odwieść go od zamiaru zatrudnienia kontrowersyjnego profesora — nie wiadomo (a przynajmniej nie było jeszcze wiadomo, gdy pisałem te słowa).

Jeżeli Princeton nie wycofa swojej oferty wówczas, poczynając od lipca 1999 roku, Singer obejmie na tym uniwersytecie dożywotnią profesurę.

Wśród demonstrantów oburzonych nominacją dla Singera, było wielu inwalidów na wózkach.

Żyjemy w czasach nieprawdopodobnego postępu medycyny — na dobre i złe. Nie należy mieć złudzeń — zawsze co jakiś czas rodzić się będą dzieci kalekie. Co jednak nie zmienia faktu, że to, co mogło być ciężkim kalectwem dawniej — może być uleczalne jutro. A jeżeli nie uleczalne — to przynajmniej może okazać się możliwe do częściowego chociaż naprawienia. Gdyby wspomniany wcześniej Hawking utracił mowę kilka lat wcześniej — stałby się sparaliżowanym, niezdolnym do kontaktu z otoczeniem cieniem człowieka oczekującym na śmierć. Ale żyjemy w epoce komputerów i to dzięki nim możliwe okazało się skonstruowanie wbudowanego w wózek inwalidzki syntetyzatora mowy. I Hawking może dalej prowadzić wykłady oraz dyktować sekretarce artykuły.

Przeczytałem niedawno w prasie przygnębiający reportaż o chłopczyku, który urodził się bez rąk i nóg. Rodzice, ludzie niezbyt bogaci, prosili o pomoc — trzeba było przebudować mieszkanie oraz zainstalować windę, którą można jego wózek inwalidzki wciągać do mieszkania. Dzięki pomocy czytelników gazety udało się chłopcu zapewnić jako takie warunki życia. Uczy się, rośnie, umie obsługiwać komputer, naciskając klawisze ołówkiem trzymanym w zębach.

Nie chcę być kimś, kto budzi nadzieje niemożliwe do spełnienia, ale…

Pozwolę sobie zwrócić uwagę, że całkiem niedawno dokonano pierwszego udanego przeszczepu ręki. Również kilka tygodni temu prasa doniosła, że opanowano technologię produkcji sztucznych mięśni. Konstruowanie urządzeń sterowanych impulsami odczytywanymi przez elektronikę z końcówek ludzkich nerwów jest technicznie możliwe już dzisiaj. Ten chłopczyk zaś ma przed sobą jeszcze mniej więcej 60 lat życia. Nie podejmuję się oceniać, czego może dokonać medycyna w ciągu tego czasu, ale nie jest do końca wykluczone, że doczeka się on jeszcze kompletu sztucznych kończyn, może nie tak dobrych jak naturalne, ale na tyle sprawnych, że pozwolą mu na normalne życie. Proszę pamiętać, że operacje, dzisiaj uważane za rutynowe, 60 lat temu kwalifikowałyby się do kategorii cudów.

Jeszcze niedawno ludzie z niewydolnymi nerkami mieli przed sobą co najwyżej kilka dni życia. Dzisiaj, dzięki medycynie — mogą żyć. Oczywiście, nie jest to życie do końca normalne — co kilka dni muszą być poddawani dializie — tym niemniej mogą praktycznie dowolnie długo oczekiwać na moment, gdy pojawi się możliwość przeszczepu. A przeszczepy nerek to dzisiaj operacje w miarę częste.

A za kilka–kilkanaście lat może się nawet okazać, że przeszczepy nie są konieczne, gdyż uda się sztuczną nerkę zminiaturyzować do takiego stopnia, że będzie się ją pacjentowi na stałe wszczepiać do organizmu, co uczyni dializę zbędną… To dzisiaj fantazja, ale za kilkanaście lat? Kto wie…

A dlaczego granica wieku, poniżej której wolno zabić dziecko, ma wynosić 28 dni? Mało kto z nas pamięta czasy, gdy miał dwa lata. Czy wiek dwu lat nie byłby lepszą granicą, poniżej której dzieciobójstwo jest dozwolone?

Czy wolno odbierać matkom prawo wyboru? Czy mamy prawo dekretować moralność?

Jak sam Peter Singer twierdzi, dzieci kalekie będą ciężarem dla społeczeństwa i dlatego powinno ono dopuszczać ich zabijanie.

A co będzie, jeżeli zacofana matka nie wyrazi zgody na zabicie swojego niemowlęcia? Czy społeczeństwo nie powinno mieć prawa zmuszenia jej do wyrażenia zgody na „uśpienie” jej dziecka? Ostatecznie skoro społeczeństwo płaci za jego utrzymanie, to i powinno mieć prawo do decydowania o tym, czy to dziecko jest potrzebne czy nie. Przymusowe aborcje w Chinach motywowane są „interesem społecznym” i „przeludnieniem”. Tak się już przyjęły, że mało kto przeciwko nim protestuje, a ludzie uważają je za coś naturalnego. Wbrew pozorom, protesty przeciwko Singerowi wcale nie ściągnęły gigantycznych tłumów, zaś w środowisku akademickim znaleźli się ludzie broniący jego tez jako nadzwyczaj cennych i wartościowych. Skoro się powiedziało „A”…

Wobec ataków, skierowanych przeciwko sobie, Singer złożył deklarację, wysłaną do „Catholic Spirit”, czasopisma diecezji New Jersey: „W Princeton […] mam nadzieję stawiać studentów wobec wyzwań i prowokować ich do samodzielnego formułowania wniosków. W moich studentach będę cenił najbardziej umiejętność samodzielnego myślenia”.

Jeszcze nie tak dawno pomysł zabijania narodzonych dzieci zostałby bez dyskusji uznany za hitlerowski. Dzisiaj jest to propozycja mająca studentów „prowokować do samodzielnego myślenia i wyciągania wniosków”.

Peter Singer jest działaczem–założycielem Ruchu Obrony Zwierząt. Jego książki stanowią biblie rozmaitych grup ekologicznych. Jest wegetarianinem, gdyż jak twierdzi, zabijanie zwierząt dla zdobycia pokarmu jest niemoralne.

Ostatnio rozpoczął kolejną krucjatę, tym razem pod hasłem Great Ape Project. Jej celem jest doprowadzenie do prawnego uznania małp za „osoby”, którym przysługują takie prawa jak ludziom.

Jak dotąd nie pojawiły się jeszcze hasła nadania szympansom praw wyborczych, ale dzięki takim ludziom jak Singer ludzkość wcześniej czy później zacznie podobne projekty rozważać.

* [przyp. red.] Stefan Dymiter, pseudonim „Cororo” (5 maja 1938 r. w Płonnej – 26 października 2002 r. w Krakowie) – cygański skrzypek-wirtuoz, samouk. Póki Stefan gra na skrzypcach, póty będę miał nadzieję – utwór Miasto Kraków, „Homo Twist”, album Cały ten seks, 1993.

„Save the whales, kill the babies”
Tomasz Włodek

urodzony w 1965 r. – pracownik naukowy, przebywa w USA, publikował w miesięczniku „W drodze” oraz w polskiej prasie wydawanej poza granicami kraju. Autor cyklu felietonów pt....