Jeszcze mniej niż nic

Jeszcze mniej niż nic

Oferta specjalna -25%

Po co światu mnich?

0 opinie
||
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Wynocha na ulicę! – krzyknął jakiś mężczyzna i z całej siły trzasnął drzwiami. – Mogłam te słowa odebrać jako bardzo raniące. Ale w pewnej chwili uświadomiłam sobie, że ten człowiek ma rację: moje miejsce jest na ulicy. Potraktowałam to jak proroctwo.

Ulica może być gdziekolwiek na świecie: we Francji albo w Hiszpanii, w Europie albo w Ameryce Południowej. Czasami jest to ulica w zamożnej dzielnicy Włoch, a czasami w bardzo biednej części Chile. Jest też ulica w Polsce – bardziej serdeczna, gościnna, przyjazna.

Z ulicy trzeba wejść do bloku, domku albo kamienicy, trzeba iść z piętra na piętro i dzwonić do drzwi. Są takie drzwi, zza których pachnie smacznym obiadem albo pieczonym ciastem. Ale bywa, że słychać kłótnie, krzyki, głośną muzykę, płacz dziecka. Chwila zastanowienia, palec na dzwonku. Szybkie kroki albo powolne człapanie. Zaskoczenie, zdziwienie, zażenowanie, złość. Dlaczego do mnie? Dlaczego do mnie! Spotkanie twarzą w twarz. I rozmowa. Krótka, rzeczowa. Jak ta przy studni, gdy Jezus spotkał się z Samarytanką. „Daj Mi się napić” – powiedział do niej.

Przy tych drzwiach we Francji, Hiszpanii, w Austrii czy w Polsce jest podobnie. Najpierw jest prośba: „Daj mi coś do zjedzenia”. A potem….?

Potem jest bardzo różnie. Drzwi zamykają się z trzaskiem albo otwierają na oścież. Niektóre przymykają się, by nawet wzrok przybysza nie mógł się rozgościć. Po chwili gospodarz wraca z tym, czym może albo chce się podzielić: kawałkiem chleba, serem, masłem, puszką pasztetu czy torebką cukru.

Niektórzy zapraszają do środka. Robią herbatę, szykują kanapki albo stawiają na stole talerz z zupą. – Siedzimy cicho i nigdy pierwsze nie zaczynamy rozmowy. Nie chcemy, by ktoś nas potraktował jak domokrążców, którzy przychodzą, by wcisnąć swój towar – mówi mała siostra Rafaela. – Jeśli chcą rozmawiać, rozmawiamy. Jeśli nie – potrafimy zjeść cały obiad, nie odzywając się ani jednym słowem – zapewnia.

Czasami już od drzwi pada groźne ostrzeżenie: Dam wam jeść, ale nie chcę słyszeć ani słowa o Bogu! – Szanujemy to i nigdy nikogo na siłę nie nawracamy. Ufamy, że Bóg nas posyła tam, gdzie chce, byśmy dotarły. Może sama nasza obecność da komuś więcej niż długa rozmowa – mówią sobie.

Drzwi domów, do których pukają, przyrównują do ludzkich serc. – Niektóre drzwi pozostają zamknięte. I wtedy pytamy same siebie: czy drzwi naszego serca są otwarte?

Wyrzut sumienia

Gdzie jest początek tej drogi ulicami miasta? Drogi, która zawsze ma być okazją do rozmowy o Bogu, Jego miłości, miłosierdziu, zbawieniu? Co takiego się stało, że bezpieczny klasztor zamieniły na życie skromne ponad miarę, na nieposiadanie, niegromadzenie, nieprzywiązywanie się? Na niewygody, niepewność, zależność od innych – na ich łaskę i niełaskę. Na zaufanie. Że Pan Bóg ich nie opuści, że da wszystko, co jest potrzebne. Że nie pozwoli, by były głodne.

Swój dobytek są w stanie spakować do jednego niedużego kartonu. Albo jeszcze lepiej do plecaka. Bo niewiele mają: śpiwór, prześcieradło, ciepłą pelerynę, stare podniszczone buty, trochę osobistej bielizny. Książki, zapiski. Biblię. W jednej chwili mogą wszystko zabrać i iść.

– Jestem w zakonie żebraczym i dobrze znam jego tradycję, ale będąc we wspólnocie w Saint Pierre, zdziwiłem się, że można żyć w tak prostych i ubogich warunkach, traktując to jako świadomy wybór – mówi dominikanin o. Paweł Kozacki, który dwa lata temu odwiedził fraternię Małych Sióstr Baranka we Francji. – Wyrosłem w przekonaniu, że w dzisiejszych czasach ubóstwo, do którego wzywał nas kilka wieków temu św. Dominik, ma już zupełnie inny wymiar, że nie da się głosić słowa Bożego, w zamian prosząc o chleb. W Saint Pierre na własne oczy zobaczyłem, że to jest możliwe. Radykalizm sióstr i braci jest dla mnie jak wyrzut sumienia i jak wyzwanie – dzieli się swoimi wrażeniami o. Paweł.

Fraternia to zazwyczaj kilka lub kilkanaście małych, bardzo skromnych domków. Wybudowane – w zależności od klimatu – z cegły, kamienia albo drewna nie mają żadnych wygód. Proste, niskie, maleńkie cele. Niewielkie okna przysłonięte kawałkiem płóciennego materiału. Na dwóch skrzyniach cienki materac, śpiwór, prześcieradło. Biurko, szafka i taboret – wszystko własnoręcznie zrobione przez siostry. Łazienka wspólna. Zamiast prysznica dzbanek – najczęściej tylko z zimną wodą.

Posiłki przygotowane z tego, czym podzielą się ludzie. – Chcemy żyć tak, jak apostołowie, których Jezus posłał, by głosili Dobrą Nowinę. Powiedział im, by nie zabierali ze sobą ani laski, ani torby podróżnej, ani chleba, ani pieniędzy. Traktujemy te słowa bardzo poważnie – tłumaczy mała siostra Martine.

To nie przypadek

Siedzimy w prostym i skromnym refektarzu we fraterni w Choroniu koło Częstochowy. Przechodząc przez drzwi, trzeba uważać, by nie uderzyć głową o framugę, bez większego wysiłku ręką można dotknąć sufitu.

Mała siostra Martine, z pochodzenia Francuzka, krząta się koło kaflowego, brązowego pieca. Wymiata popiół, dorzuca kawałki drewna. Energiczna, uśmiechnięta, przyjazna. Jest jedną z pierwszych, które przyłączyły się do wspólnoty Małych Sióstr Baranka oficjalnie zatwierdzonej w lutym 1983 roku. Założyło ją pięć sióstr dominikanek, które kilkanaście lat wcześniej podczas rekolekcji głoszonych przez franciszkanina, ojca Jean–Claude’a usłyszały wezwanie do jeszcze głębszej modlitwy i jeszcze większego ubóstwa. Kilka z nich poczuło, jakby te słowa skierowane były właśnie do nich. Poprosiły swoją przełożoną, by mogły przez jakiś czas przeżywać doświadczenie głębi modlitwy i prawdziwego ubóstwa. Zasmakowały w tym, odnalazły własną drogę. Wezwanie św. Dominika nie było już tylko zdaniem przeczytanym w książce. Stawało się realne.

Na to, co działo się w kolejnych latach, wielu mogło popatrzeć jak na szczęśliwy zbieg okoliczności czy przypadek. Siostry patrzyły na to oczami wiary. Każdego dnia doświadczały, że Pan Bóg takiego właśnie wyrzeczenia od nich oczekuje i że pozwala na to, by rodziło się coś nowego. Nowa wspólnota w Kościele.

Nie mając nic, zaczęły budować pierwsze fraternie we Francji: w Perpignan, Nimes, Tuluzie, Marsylii, Lyonie, Gosnay. Kolejne w Hiszpanii, we Włoszech, w Austrii, Argentynie i Chile. Najmłodsza powstała osiem lat temu w Polsce. Do wspólnoty należy dziś 130 sióstr z całego świata. Kilka lat temu powstał męski odłam zgromadzenia, który liczy już 30 braci. – Kryzys powołań? – dziwi się siostra Martine. – Nie, my takiego kryzysu nie doświadczamy.

Najważniejsza dla nich jest modlitwa. Od wczesnego rana. Wspólna, indywidualna. Godziny rozmyślań, medytacje, adoracja. W centrum każdego dnia jest Eucharystia i Ewangelia przeznaczona na dany dzień. Siostry przepisują jej treść na małą kartkę i noszą przy sobie. Podczas zajęć w domu wyciągają, czytają, rozmyślają, uczą się tych słów na pamięć.

Gdy przypada jakieś święto, przez całą noc czuwają w kaplicy. Czas między modlitwami wypełniają pracą i nauką. Gdy wyruszają na misję, chodzą po domach, spotykają się z młodzieżą, latem organizują dla nich rekolekcje i obozy. Razem z młodymi ruszają wtedy do ludzi i proszą o jedzenie. I zarażają swoją autentycznością, szczerością, prostotą.

– Czternaście lat próbowałam wymknąć się Panu Bogu. Skończyłam studia, wyjechałam za granicę, pracowałam. Poznałam siostry. Chciałam sobie jednak urządzić życie po swojemu. I byłam trochę rozżalona na Pana Boga, że nie wszystko jest tak, jak sobie wymarzyłam. W końcu dotarło do mnie, że z Nim nie wygram i że nie mogę już dłużej uciekać – opowiada mała siostra Dominika.

Każda z nich ma swoją historię. Jedna studiowała romanistykę, inna kształciła się na KULu, są absolwentki resocjalizacji, filologii hiszpańskiej, są lekarki. Każda mogłaby opowiadać, jak została pochwycona, jak zostawiła absolutnie wszystko, jak uczyła się, że nic nie ma, że nic nie posiada, że wszystko musi wyprosić wyżebrać, wymodlić. – Tu zrealizowałam swoje najskrytsze marzenia o ubóstwie i ewangelizowaniu – przyznaje mała siostra Martine, która nim została małą siostrą Baranka, była w innej wspólnocie zakonnej.

Super, Panie Jezu, po prostu super!

Nigdy w drogę nie wyruszają same – zawsze we trzy. Często jeżdżą autostopem, ale gdy jest taka potrzeba, korzystają z innych środków lokomocji. Taka podróż to też forma żebrania o ludzką dobroć, życzliwość, o Bożą opiekę. – Nieraz się zdarzało, że stałyśmy na drodze i nikt nie chciał się zatrzymać. I wtedy mówiłyśmy: Panie Boże, skoro nas posyłasz tam, gdzie jedziemy, to nie zostawiaj nas tutaj samych na tej drodze, tylko przyślij jakiś szybki samochód – wspomina mała siostra Martine i opowiada historię podróży do Francji. – Miałyśmy tylko pięć dni, by dotrzeć na śluby wieczyste naszych sióstr. I zawsze, kiedy wydawało nam się, że zostaniemy na noc bez dachu nad głową, nagle pojawiało się eleganckie BMW, które pędząc 250 kilometrów na godzinę, wiozło nas do celu. A ja z radości po cichu sobie powtarzałam: Super, Panie Jezu, po prostu super!

W podróży jest różnie: niektórzy kierowcy zagadują, pytają o cel wyprawy, o życie zakonne, o ubóstwo. – Czasami te rozmowy są bardzo głębokie, stajemy się dla ludzi świadectwem, że Pan Bóg jest, że się nami opiekuje, troszczy się o nas. Że nawet ten samochód, którym teraz jedziemy, to Jego dar dla nas – mówi mała siostra Rafaela.

Historii z podróży mają całe mnóstwo: godzinami mogłyby opowiadać o ludziach, którzy im pomogli, przyjęli na nocleg, nakarmili. O kierowcach, którzy nadkładali drogi, by dowieźć je na miejsce. O tym, jak dzwonili, by się upewnić, że bezpiecznie dotarły. O przypadkach, zbiegach okoliczności, o szczęściu.

– Stoimy pewnego razu przez dwie godziny na mało uczęszczanej drodze. Nie ma samochodów, nie ma się kto zatrzymać. Zaczęłyśmy mówić różaniec. Kończyłyśmy właśnie pierwszą dziesiątkę, gdy przed nosem przemknęło nam pierwsze od dłuższego czasu auto. Wstąpiła w nas nadzieja, ale niestety kierowca nie zwrócił na nas uwagi i pomknął dalej. Trudno. Zaczęłyśmy z ufnością odmawiać kolejną dziesiątkę. I po chwili, nie wierząc własnym oczom, zobaczyłyśmy, że ten sam kierowca wraca po nas. – Pan Bóg by mi nie wybaczył, gdybym sióstr nie zabrał, dlatego zawróciłem – tłumaczył się chwilę później.

Jestem żebraczką

Zima 2006 rok. Na dworze straszny mróz – 25 stopni Celsjusza. Siostry dostały trochę jedzenia, teraz muszą przygotować posiłek. Zazwyczaj siadają na ławce – w parku albo na ulicy. Szykują kanapki. Czasami się podzielą z innym biednym, ale tego dnia nie mają gdzie przysiąść, są zmarznięte, muszą się ogrzać. – Chodziłyśmy po ulicy, szukając jakiegoś ciepłego miejsca, na przykład baru – nic nie było w pobliżu. Wreszcie wypatrzyłyśmy pizzerię – przypomina sobie małą siostra Rafaela. Zajrzały do środka. Właściciel ze zdziwieniem popatrzył na niecodziennych gości w habitach. Zgodził się, by usiadły przy stole, zaproponował herbatę. Gdy zabrały się do szykowania kanapek, zaprotestował. – Niech siostry sobie nie żartują, my wam zaraz damy jeść – i kilkanaście minut później na stole pojawiła się ogromna gorąca pizza. – Ale najważniejsze było to, że ten mężczyzna usiadł z nami przy stole i zaczął rozmawiać o swoim zranieniu, nieudanym małżeństwie, o księdzu, który go upokorzył w dzieciństwie – wspominają.

– Robimy tak jak św. Dominik: prosimy o jedzenie i głosimy słowo Boże – tłumaczą.

Rafaela: – Mogłabym zadzwonić do znajomych i powiedzieć: „Przyślijcie mi to i to”, ale nie o to chodzi w naszym życiu. My jesteśmy zakonem żebraczym. Zechce nas ktoś obdarować – będziemy miały. Nie zechce – trudno. Nic nam się nie należy.

Być ubogim w świecie, gdy tylu jest ubogich – tak widzą swoje powołanie. Nie mieć nic. Dzielić się tym, co dostaną. Kiedy chorują, chcą leczyć się w szpitalach dla najbiedniejszych. Czasami jedzą razem z bezdomnymi w jadłodajni. – Doświadczamy wtedy tego, że jesteśmy takie same jak oni: ani lepsze, ani gorsze. Jednakowo ubogie – mówi mała siostra Rafaela. I dodaje: – To Bóg nas do nich posyła, byśmy mogły im powiedzieć: jesteście naszymi braćmi.

Zdarzyło się, że biedak zaczepił je na ulicy i poprosił o pieniądze. – Nie mamy pieniędzy, same jesteśmy biedne i prosimy innych o chleb. Gdy to usłyszał, wysupłał z kieszeni swoje drobniaki i chciał nam je dać – przypominają sobie.

Rafaela nigdy nie zapomni swojej pierwszej misji w Polsce. Zostały zaproszone do Krakowa. Spały na plebanii w Nowej Hucie. W południe poszły do pobliskich bloków. – Do tej pory mieszkałam w naszych domach za granicą i prosiłam o jedzenie po francusku albo po włosku. Teraz miałam te same słowa powiedzieć po polsku. I jakoś nie chciały mi przejść przez gardło. Chyba pierwszy raz dotarło do mnie, że ja nic nie mam, że jestem żebraczką.

Słowo żebrak to problem, ale nie dla nich, bo jak św. Dominik, idą za Jezusem żebrzącym o miłość człowieka. Problem mają ich rodziny. Niektórzy rodzice nie mogą pogodzić się z wyborem córki, potrzebują bardzo dużo czasu, by oswoić się z tym słowem.

Żebranie nie jest łatwe. Nabiera sensu tylko w Jezusie, który posyła swoich uczniów „bez złota i srebra”. Trzeba się poniżyć, trzeba prosić o czyjąś łaskę. Trzeba się przyznać: nie mam nic. Kiedy przed laty szukały materiału na habity, wysłały list do jednej z firm we Francji. Napisały, że z własnego wyboru są ubogimi misjonarkami i nie mają za co kupić tego materiału, więc proszą o dar. Dostały.

Nim zamieszkały we fraterniach, korzystały z ludzkiej gościny, ale przyszedł moment, że zdecydowały, by w każdym kraju było jedno stałe miejsce wspólnoty. Nie miały pieniędzy na wznoszenie nawet najskromniejszych domów, więc znów prosiły: o deski, cegły, cement, glinę. O farbę. O klamki, okna. – Wielu ludzi się z nami zaprzyjaźnia, pomaga nam, przesyła dary, czasem pieniądze. To są takie prezenty od Pana Boga – mówi mała siostra Martine.

Mogłyby mnożyć historie o spotkaniach z ludźmi, o długich rozmowach – trudnych, bolesnych, czasem radosnych, bo każde takie spotkanie – choćby najkrótsze – to jakaś historia. Lubią opowiadać o ubogiej rodzinie z Argentyny, do której trafili mali bracia. Poprosili o jedzenie. Ale rodzina nic nie miała. Matka wysłała jednak dzieci do sklepu, by zrobiły zakupy na „krechę”. Po kilku latach, zupełnie przypadkiem bracia trafili w to samo miejsce. Jedna z córek poznała ich i zaprowadziła do rodziców. – Krótko po waszej wizycie wszystko się u nas się zmieniło. Mąż znalazł pracę, mamy z czego żyć – usłyszeli.

Martine pamięta dobrze, jak przed laty zapukała do jednego z domów. Poprosiła o chleb. Podenerwowany mężczyzna zaczął strasznie krzyczeć. – Wynocha na ulicę! – wrzasnął i z całej siły zamknął jej przed nosem drzwi. – Mogłam te słowa odebrać jak bardzo raniące. Ale w pewnej chwili uświadomiłam sobie, że ten człowiek ma rację: moje miejsce jest na ulicy. Potraktowałam to jak proroctwo. Moją misją jest ulica, by iść na spotkanie z ludźmi.

* * *

– Z głównej drogi pojedzie szanowna pani w lewo, pod górę i już będzie widać takie małe chatki, jak dla krasnoludków – kieruje mnie rowerzysta, który pod sklepem rozgrzewa się buteleczką piwa. – Siostry to jak dar z nieba dla nas – mówi chętny do pogawędki. Odstawia rower, opiera się o mój samochód, chcąc najwyraźniej kontynuować rozmowę. – Widzi pani, my tu różnie żyjemy. Jedni mają więcej, drudzy mniej. Jedni budują duży dom i wielkie ogrodzenie, innych stać tylko na małą chałupę. A siostry nie mają nic. I wie pani co? One są chyba najszczęśliwsze.

Jeszcze mniej niż nic
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Napisała dziesiątki reportaży i tekstów publicystyc...