Wychowanie do konsumpcji

Wychowanie do konsumpcji

Oferta specjalna -25%

Dziki ojciec. Jak wykorzystać moc inicjacji w wychowaniu

0 opinie
||
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Wszechpotężna reklama wszechobecnych towarów. Pokusy na każdym kroku. Przyciągające wzrok kolory, nęcące opakowania z jeszcze bardziej atrakcyjną zawartością. Jak w tym wszystkim nie zwariować samemu, a jako rodzic wychować dzieci tak, by umiały sensownie konsumować?

Proces wychowania powinien być świadomym, przemyślanym i zaplanowanym działaniem rodziców, a nie zbiorem przypadkowych czynności wykonywanych – a jakże – dla dobra dziecka. W trakcie mojej trwającej już wiele lat pracy z rodzicami bardzo często spotykam się z ich zdziwieniem, kiedy pytam, do jakich wartości chcą wychowywać swoje dzieci. Rzadko jest to poddane głębszej refleksji, ustawione w rzeczywistą hierarchię. Jeszcze rzadziej rodzice umieją wskazać źródła ewentualnych wartości.

Gdzie szukać złota?

Zdaje się, że wiele osób nie pamięta, iż wychowujemy nie tylko (i nie przede wszystkim) słowem, ale głównie przykładem, świadectwem swoich działań i wyborów, których dokonujemy na co dzień. Zatem, kiedy pytamy o to, jak wychowywać do używania rozmaitych dóbr materialnych, należałoby się zastanowić, co w tej kwestii „sprzedajemy” naszym dzieciom. Kogo one widzą, patrząc na nas? Łapczywych konsumentów wszystkich oferowanych przez współczesny świat towarów? Pożeraczy reklam dążących do natychmiastowej konsumpcji tego, co nowe, kolorowe, świecące? Snobów, którzy za wszelką cenę chcą się dostosować do aktualnych trendów? Osobników budujących poczucie własnej wartości na podstawie statusu materialnego? Zazdrośników, którym skacze ciśnienie na widok nowego samochodu sąsiada? Naiwnych klientów nachalnych sprzedawców, którzy dają sobie wciskać buble pod płaszczykiem promocji i wyjątkowej okazji? Spryciarzy, którzy „załatwiają” rozmaite dobra w sposób nie zawsze godziwy i legalny? Czy może świadomych ludzi, którzy zanim rzucą się do zdobywania jakiegoś produktu, najpierw zadają sobie pytanie „po co?” i „co dobrego ma z tego wyniknąć?”.

Czy w naszych domach rozmawiamy z dziećmi (i z sobą!) o znaczeniu przedmiotów, sensie reklam, prostych prawach ekonomii, czy choć trochę edukujemy się w tym zakresie, czy tylko potrafimy powiedzieć, że jakiś reklamowy spot był fajny lub mniej fajny, a „Balcerowicz i tak musi odejść”.

We współczesnym świecie, w którym można doświadczyć wszelkiej obfitości, mimo wielu rzeczywistych obszarów nędzy, do kształtowania właściwych postaw wobec dóbr konsumpcyjnych niezbędna jest choćby podstawowa wiedza o prawach rynku. I to jest jedno z zadań rodziców i nauczycieli – zdobywanie tej wiedzy i przekazywanie jej młodszemu pokoleniu. Zadanie, być może, najprostsze, bo wymagające jedynie przeczytania ze zrozumieniem paru dobrych lektur.

Inne zadania wymagają chyba większego wysiłku. Można powiedzieć (potwierdzali to moi rozmówcy – uczestnicy Szkoły dla Rodziców), że najłatwiej jest kupić dziecku jakiś przedmiot. Zabawka, gra, sprzęt sportowy, ubranie, słodycze – kolejne zakupy, kolejne okazje do potwierdzania, że jesteśmy dobrymi rodzicami, bo nasze dzieci mają przecież wszystko. I tylko czasem ogarnia nas irytacja, kiedy obdarowana pociecha nie dość się cieszy, nie dość szanuje to, co otrzymała (a zatem i nas), nie dość okazuje wdzięczność poprzez grzeczność i dobre oceny. Wiele dzieci (może wszystkie?) wolałoby dostać uwagę mamy zamiast batonika, wspólną zabawę zamiast błyszczącej zabawki, czas taty zamiast drogiej gry, której i tak nie wolno ruszać, bo może się zepsuć. Wiele dzieci uwielbia piec z mamą pierniki przed świętami, kleić łańcuchy i inne zabawki, a potem wspólnie z całą rodziną wieszać je na choince, zamiast uczestniczyć w wyprawach do hipermarketu po nowe pudełko bombek. Wiele wybrałoby rowerowe wycieczki z tatą zamiast nowego roweru co sezon.

Myślę, że zbliżamy się tu do banalnego, lecz ciągle aktualnego pytania „mieć czy być?”. Zadaniem rodziców i wychowawców jest pokazanie dzieciom, że są inne źródła szczęścia oprócz posiadania. Podstawowy warunek jest jednak taki, że dorośli najpierw sami muszą w to wierzyć. Czy wierzymy? Czy umiemy dostrzegać wartość w drobiazgach, w obecności bliskiej osoby, w rzeczach zwyczajnych i oczywistych? Czy potrafimy się nimi cieszyć? Czy podczas wspólnej drogi do przedszkola czy szkoły umiemy dostrzec złote liście na drzewach lub srebro oszronionych drzew, czy tylko złoto i srebro na wystawie u jubilera?

Trzy etapy

Warto pamiętać, że świadome konsumowanie dóbr powinno dzielić się na kilka etapów. Można by je nazwać następująco: zgłaszanie i formułowanie potrzeb, realizacja lub odmowa realizacji, używanie i korzystanie. Jakimi kryteriami kierujemy się, spełniając kaprysy dziecka (a najpierw swoje)? Czy umiemy odróżniać potrzeby od zachcianek? Czy to, że dziecko czegoś chce, a nas stać na to, żeby mu to dać, wystarcza, by wybrać się do sklepu? Mam czasem wrażenie, że dla wielu rodziców naczelną wartością dnia codziennego jest święty spokój. W jego imię ustępują dziecku tupiącemu pod sklepem ze słodyczami, płaczącemu przy wystawie z zabawkami, biegną po nowy samochodzik, kiedy dziecko złości się, bo stary się zepsuł. W imię tej samej wartości pozwalają nastolatkom ubierać się ponad stan lub biorą kredyt na nowy sprzęt elektroniczny, byle tylko nie oglądać nadąsanej miny i nie wysłuchiwać pretensji, że „przecież wszyscy to już mają, tylko ja nie”. Kupując „coś”, kupujemy sobie dobre samopoczucie. Za jaką cenę? Czy mamy świadomość, że ceną jest często rosnący egoizm naszych dzieci (na który sami narzekamy w rozmowach z innymi dorosłymi), ich skupienie na sobie i nieumiejętność odraczania realizacji prawdziwych lub tylko wyobrażonych potrzeb?

W ostatnich latach karierę robi sformułowanie „inteligencja emocjonalna”. Według Daniela Golemana autora słynnej książki o tym samym tytule, można ją zdefiniować jako zdolność rozpoznawania przez nas naszych własnych uczuć i uczuć innych, zdolność motywowania się i kierowania emocjami zarówno naszymi własnymi, jak i osób, z którymi łączą nas jakieś więzi. Ważnym elementem inteligencji emocjonalnej, której właściwy poziom decyduje o naszym powodzeniu w życiu, jest umiejętność samokontroli. Jeśli od urodzenia jesteśmy uczeni, że każda nasza zachcianka jest realizowana natychmiast i że całe otoczenie za punkt honoru stawia sobie zaspokajanie naszych oczekiwań, jakim cudem mielibyśmy się tej samokontroli nauczyć?

W tym miejscu zapewne wielu rodziców pomyśli, że tekst jest nie o nich i nie do nich, bo przecież potrafią czasem odmówić dziecku – np. kiedy są już zezłoszczeni jego jękiem czy krzykiem lub kiedy uparcie, po raz setny, tłumaczą mu, że nie mają pieniędzy. Tyle, że tego rodzaju odmowa jest dla dziecka raczej zachętą do kolejnych prób nacisku w bardziej sprzyjających okolicznościach, bo nie opiera się na rzeczowej informacji dotyczącej naszych preferencji czy wartości, o których wspomniałam wyżej.

Nie argument finansowy powinien być najważniejszy w rozmowach z dziećmi na takie tematy. Nie jest istotne, czy mamy pieniądze na kolejną zabawkę czy markowe buty. Ważne – czy i dlaczego chcemy to dziecku dać.

Priorytety

Kogo chcemy wychować – królewiczów i księżniczki sprawnych w wydawaniu poleceń światu czy empatycznych dorosłych umiejących dokonywać adekwatnych wyborów? Rodzic ma prawo (obowiązek?) mówić dziecku czasem, że nie decyduje się na obdarowanie go takim czy innym dobrem, bo nie uważa tego za słuszne ani pożyteczne. Powinien umieć to mówić z szacunkiem, stanowczo i spokojnie (krzyk i połajanki w stylu: „ty ciągle czegoś ode mnie chcesz, w głowie ci się przewraca” itd., raczej się nie sprawdzają), rzeczowo uzasadniając swoje racje. Oczywiście – najpierw trzeba te racje mieć, docierać do nich poprzez głębszą refleksję, dialog z sobą i z drugim rodzicem, uzgadnianie stanowisk. Nie ma tu prostych recept, bo różne są nasze sytuacje, style życia, potrzeby i cele. W jednej rodzinie kupuje się markowe (i drogie) buty, wychodząc z założenia, że ich jakość jest tego warta, w innej nie przywiązuje się wagi do ubrania, za to większość dochodów przeznacza się na podróże lub kino czy inne pasje, a w jeszcze innej trzeba po prostu z ołówkiem w ręku liczyć każdy wydatek, żeby starczyło do pierwszego. Dzieci powinny o tym wiedzieć, brać udział w rodzinnych rozmowach na ten temat, słyszeć o tym, czym się kierujemy, mieć świadomość sytuacji i źródeł wyborów. One nie mają być tylko konsumentami i klientami traktującymi rodziców jak skrzyżowanie bankomatu z kasą zapomogowopożyczkową. To my – dorośli – jesteśmy w dużej mierze odpowiedzialni za to, czy tak się stanie.

Korzystanie

Inna rzecz to umiejętne korzystanie z już nabytych dóbr. Nie wystarczy mieć. Ważne jest także to, w jaki sposób używamy tego, co mamy. Czy potrafimy szanować przedmioty, ubrania i inne rzeczy, korzystać z nich w sposób rozsądny, etyczny? No i – czy potrafimy się nimi dzielić? Dostrzegać, że dzielenie jest wartością i może być źródłem radości? Z niepokojem przyglądam się rodzicom, którzy wszystko co najlepsze z zasady oddają swoim dzieciom, zaniedbując przy tym własne potrzeby. Pytani, w imię czego to robią, odpowiadają różnie: bo sami nie mieli i chcieliby, żeby ich dzieci miały komfort, bo dziecko rośnie, a oni już niewiele potrzebują, bo presja kolegów… Żadna z tych odpowiedzi nie wydaje mi się słuszna, bo – mimo niewątpliwie dobrych intencji przyświecających tym rodzicom – pokazuje dziecku, że to ono jest centrum świata. Przyzwyczajone w domu, oczekuje takich samych zachowań od reszty otoczenia, a kiedy one nie następują, pojawia się złość lub żal. Równie niebezpieczne jest zakazywanie dzieciom pożyczania czegokolwiek innym czy też dziecięcej „wymiany dóbr” tak częstej w szkole czy na podwórku. Oczywiście – rodzice powinni mieć kontrolę nad tym, w jaki sposób dziecko używa tego, co ma, jednak nie oznacza to władzy całkowitej i bezwzględnej. Do wychowania świadomego człowieka niezbędna jest pewna doza (adekwatna do wieku, fazy rozwoju itd.) wolności i samostanowienia.

Wielkie emocje wywołuje np. u rodziców problem tzw. kieszonkowego. Często słyszę: „dostanie, jak się nauczy rozsądnie wydawać”. Ale – w jaki sposób ma się nauczyć, jeśli nie dostaje? Dziecko powinno znać zasady dotyczące terminu i wysokości wypłaty. Można też określić (mniej więcej), na co pieniądze mogą być przeznaczone. Można – zwłaszcza w początkowej fazie – wymagać rozliczeń z otrzymanej kwoty. Jednak to dziecko samo musi się uczyć (także na błędach) i – jeśli wyda pierwszego dnia całe kieszonkowe na cukierki – to powinno doświadczyć, że następna wypłata i następne cukierki są dopiero za tydzień lub miesiąc. Tylko w taki sposób, poprzez konsekwencję i zapewnienie przeżycia osobistych doświadczeń, możemy faktycznie wychować dziecko do racjonalnej gospodarki dobrami.

Rola oczekiwania

Ważnym aspektem poruszanego tematu wydaje mi się także ukazanie wartości oczekiwania i marzeń. Współczesny, wszechobecny marketing przyzwyczaja nas do myślenia, że to, czego pragniemy, powinniśmy otrzymywać natychmiast, bo nam się należy, bo trzeba dbać o siebie, bo – dlaczego nie? Myślę, że wielu czytelników ma we wspomnieniach takie chwile (tygodnie, miesiące…), kiedy czekało się na spełnienie jakiegoś marzenia. Często – z perspektywy czasu widać to jeszcze wyraźniej – okazywało się, że ten czas był przyjemniejszy od samego spełnienia. To oczekiwanie pozwalało konfrontować się z własnymi uczuciami, dawało okazję do refleksji dotyczących realizacji marzeń itp. Współczesne dzieci (i dorośli też) nie mają czasu marzyć ani cieszyć się oczekiwaniem. Chcesz? Masz. Pożyczka? Proszę bardzo – z dostawą do domu, bez żadnych warunków. Z jednej strony bardzo ułatwia to życie, z drugiej – chyba jednak odziera nas z czegoś ważnego. Natłok (często nadmiar) dóbr sprawia, że nie mamy czasu nawet ucieszyć się tym, co otrzymaliśmy, bo już chcemy czegoś następnego. Nowa zabawka? Super, ale przecież w sklepach właśnie pojawił się nowszy model, a tego jeszcze nie mam. Wpadamy w sidła konsumpcjonizmu. Nabywanie staje się sztuką samą w sobie i taki trening od pieluch fundujemy naszym dzieciom.

Kształtowanie woli

W kontekście Wielkiego Postu nie od rzeczy będzie wspomnieć też o ascezie i wyrzeczeniach. No i o woli. W wielu programach wychowawczych docenia się już wartość emocji, dawniej bardzo zaniedbywanych. Uczy się dzieci rozpoznawania i właściwego przeżywania uczuć. Nie spotkałam jednak wątków dotyczących kształtowania woli, czyli świadomego decydowania o sobie, w tym umiejętności odmawiania sobie lub odraczania uzyskanie różnych rzeczy. Nie mam tu na myśli ascezy rytualnej, wynikającej jedynie z poczucia obowiązku (nie jemy mięsa w piątek, bo Kościół nam zabrania). Chodzi mi raczej o wprowadzanie dzieci w świat autentycznych wartości i odniesień. O świadome przeżywanie z całą rodziną piątków i Środy Popielcowej, dzięki rzetelnej wiedzy i żywej wierze. O rozmowy na ten temat wzbogacane przykładami z literatury czy życia. O pokazywanie sensu wyrzeczeń, bez cierpiętnictwa i nadmuchanej szlachetności.

Warto pokazywać dzieciom świat taki, jaki jest naprawdę – także z jego niedostatkami. Można opowiadać o głodnych dzieciach w Kongo i zasugerować przekazanie części dochodów (w tym kieszonkowego dziecka) na pomoc im, ale można także zbliżyć się do potrzebujących sąsiadów i na co dzień dzielić się z nimi tym, co mamy. Warto analizować stan naszych zasobów, uczyć oddawania tego, co nie jest nam niezbędne, szanowania i niemarnowania różnych dóbr.

Wychowanie siebie

Uparcie będę twierdzić, że wychowując dzieci, także w tym aspekcie, permanentnie musimy wychowywać siebie. Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że oszczędnym rodzicom może trafić się rozrzutne dziecko i odwrotnie. Wierzę jednak, a wiara ta wynika z wielu doświadczeń, że rodzice świadomi konieczności pracy nad sobą i etycznej refleksji nad codziennością są w stanie przekazać dzieciom o wiele więcej od tych, którzy wychowanie sprowadzają jedynie do zestawu zakazów i poleceń bez ukazywania ich głębszego sensu. Może czas Wielkiego Postu jest dobrą okazją do ogólnorodzinnej debaty nad tym, jak to jest z naszym stosunkiem do świata rzeczy.

Wychowanie do konsumpcji
Małgorzata Mazur

(ur. 1959 r. – zm. 02 listopada 2020 r.) – pedagog, absolwentka teologii na UKSW w Warszawie, trenerka „Szkoły dla rodziców i wychowawców”, przełożona prowincjalna Fraterni Świeckich Zakonu Kaznodziejskiego. Mieszkała w Sz...