Europa muzułmańska, a może buddyjska…

Europa muzułmańska, a może buddyjska…

Pierwszą połowę lipca spędziłem w Bad Schönbrunn, niedaleko Zurychu, gdzie gościnni szwajcarscy jezuici prowadzą pięknie położony dom rekolekcyjny Lassalle–Haus. Najpierw w gronie prowincjałów z różnych krajów europejskich dyskutowaliśmy o tym i owym, a potem odprawiliśmy ignacjańskie 8–dniowe rekolekcje. Wśród tego i owego znalazł się temat przyszłości zakonów we współczesnej sekularyzującej się Europie.

Pesymiści twierdzą – powołując się na wyniki obiektywnych badań – że za kilkanaście lat w takich krajach, jak Niemcy, Austria, Szwajcaria, Holandia, Belgia, nie będzie zakonów. Wymrą, a to, co z życia zakonnego zostanie, nie będzie miało prawie żadnego znaczenia w przestrzeni publicznej. Optymiści przestrzegają przed spojrzeniem ograniczonym do socjologii i statystyki i przypominają, że przecież istnieje Pan Bóg, który może – jeśli zechce – działać cuda. Ale czy zechce?! Inni jeszcze zauważają, że nie wiadomo, jak będzie, ale nawet jeśli niektóre Kościoły lokalne w Europie umrą, to nie ma co płakać, tylko trzeba kierować wzrok w stronę krajów, w których Kościół się rozwija. Ktoś wyliczył, że w 2050 roku będzie na świecie 6 krajów, w których liczba chrześcijan przekroczy 100 milionów. Chodzi o: Stany Zjednoczone, Meksyk, Brazylię, Nigerię, Kongo, Filipiny. Kto wie, może wówczas Europa – dzięki mającym awersję do chrześcijaństwa politykom – stanie się muzułmańska i prezydent Francji będzie regularnie odwiedzał meczet, nie zważając na laickość państwa oraz ideały rewolucji francuskiej.

Pan Jezus obiecał, że założony przez Niego Kościół przetrwa wszelkie burze dziejowe aż do końca czasów, ale to nie znaczy, że Kościoły lokalne nie mogą umierać. Na przykład, za czasów św. Augustyna kwitł Kościół w Afryce Północnej, ale dziś stosunkowo niewiele z niego zostało. Panuje tam islam, który – jak twierdzą nasi rodzimi islamolodzy – od zawsze miłuje pokojowe współistnienie i zapewne dlatego chrześcijan uważa za obywateli drugiej kategorii, a o zasadzie wzajemności (tutaj budujemy meczet, a tam świątynię chrześcijańską) nie chce słyszeć. Pewien wykształcony, mieszkający w Paryżu muzułmanin zapytany, dlaczego tak właśnie jest, odpowiedział z rozbrajającą szczerością: „Islam jest prawdziwą religią i wy macie obowiązek nam pomagać, a chrześcijaństwo jest religią fałszywą i my nie możemy wam pomagać”. Proste? Proste jak budowa cepa!

Po pobycie w Bad Schönbrunn myślę, że przynajmniej niektóre regiony Europy mogą stać się buddyjskie. Otóż dom rekolekcyjny Lassalle–Haus ma dwie części: w jednej odbywają się medytacje zen, a w drugiej rekolekcje zainspirowane bardziej wiarą w Pana Jezusa. W domu przeważają obrazy, napisy i przedmioty nawiązujące do buddyzmu zen. To zrozumiałe, gdyż zdaje się, że więcej jest chętnych do praktykowania buddyzmu niż chrześcijaństwa. Zamiast sygnaturki wołającej na mszę można usłyszeć charakterystyczny buddyjski gong. Nie mam nic przeciwko medytacji zen, choć przypomina mi się pewien jezuita amerykański, który po 9 dniach patrzenia w mur w ramach medytacji odprawianych w pewnym buddyjskim klasztorze w Japonii, powiedział: „Coś w tym doprawdy jest, ale wolę jednak Pana Jezusa, który mocą swojej łaski w jednym momencie może zmienić prostytutkę z dworca Termini (dworzec kolejowy w Rzymie) w świętą”. Wiadomo, że pewne techniki zen można z powodzeniem wykorzystywać w medytacji chrześcijańskiej. Zastanawiam się tylko, czy rzeczywiście już tak jest, że w zsekularyzowanej Europie ci, którzy szukają duchowości, chętniej kierują wzrok na tajemniczy punkt w ścianie niż na krucyfiks.

W każdym razie to chyba rozmodlona na wszelakie sposoby atmosfera Lassalle–Haus sprawia, że ryby w stawie, który mieliśmy pod oknami, w ogóle nie boją się ludzi, a gdy się je skusi jakimś kąskiem, to prawie wychodzą na brzeg i jedzą z ręki. Można było poczuć się świętym Franciszkiem z Asyżu. Ta franciszkańsko–buddyjska atmosfera w żadnej mierze nie przeszkodziła (a może nawet pomogła) prowincjałom jezuitom przeżyć należycie rekolekcje ignacjańskie, które prowadził biblista z Rzymu ojciec Klemens Stock. Umiejętnie wprowadził nas w Ewangelię Marka, tak że mogliśmy poczuć się jak uczniowie, którzy idą za Jezusem, ale niewiele z tego wszystkiego rozumieją i wciąż się kłócą, który z nich jest najważniejszy. A Jezus wciąż nas kocha i wszystko cierpliwie tłumaczy, aż po krzyż i zmartwychwstanie. Okazało się, że fragment, w którym Piotr wyrzuca Jezusowi, iż ten głupio gada, zapowiadając, że ma cierpieć i zostać zabity (Mk 8,31–33), został w jednym miejscu bez wątpienia źle przetłumaczony. Otóż Jezus – słysząc zarzuty Piotra – nie powiedział mu: „Zejdź Mi z oczu, szatanie”, ale „Idź za Mną, szatanie”. Jezus nie odrzuca nas (nawet jeśli przeważa w nas szatańska mentalność), tylko przypomina, że to my mamy iść za Nim, a nie On za nami. Czyż sekularyzacja nie polega właśnie na ustawianiu Jezusa za nami?

Europa muzułmańska, a może buddyjska…
Dariusz Kowalczyk SJ

urodzony w 1963 r. – jezuita, profesor teologii, wykładowca teologii dogmatycznej, profesor Wydziału Teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie. W latach 2003-2009 prowincjał Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego....