Siła Tradycji, ciężar tradycjonalizmu

Siła Tradycji, ciężar tradycjonalizmu

Jarosław Makowski: Celebruje Ksiądz mszę św. w języku łacińskim?

Wiesław Dawidowski OSA: Bardzo rzadko. Najczęściej w Rzymie, kiedy eucharystia jest sprawowana w gronie kapłanów z różnych części świata — chociaż i tam codzienny język Kościoła to włoski. Łacinę w liturgii traktuję jako narzędzie komunikacji. Trzeba ją też znać, chociażby dla naukowej ogłady. Do rozmowy z Panem Bogiem nie jest jednak potrzebna. Można z Nim rozmawiać i spierać się w każdym języku.

Na pierwszy rzut oka msza celebrowana w klasycznym rycie i języku łacińskim stanowi namacalny znak kościelnej tradycji.

Trzeba najpierw ustalić, o której tradycji mówimy. Teologia zna tradycję boską, apostolską, kościelną, lokalną, łacińską, grecką, wschodnią, zachodnią… Każda z nich wnosi do Kościoła coś innego. Msza po łacinie wcale nie będzie widocznym znakiem tradycji.

Jeśli natomiast tradycję będziemy pojmować jako zjawisko charakterystyczne dla szeroko rozumianej kultury, to będzie ona dla Kościoła tym, czym jest dla kultury: interaktywnym przekazywaniem z pokolenia na pokolenie rozmaitych doświadczeń, rytuałów i nawyków społecznych. W takim kontekście msza po łacinie może, ale nie musi, być znakiem tradycji kościelnej.

Nie mam na myśli rytuału, ale raczej teologię, która przecież stoi za każdą liturgią. Tradycjonaliści mówią, że dokonywanie modyfikacji w liturgii jest bluźnierstwem, co zaowocowało tym, że abp Marcel Lefebvre miał kłopoty z przyjęciem rozstrzygnięć II soboru watykańskiego. Nie wspominając już, że dostawał gęsiej skórki, kiedy czytał np. „Deklarację o wolności religijnej”.

Tradycja jest zjawiskiem antropologicznym i kulturowym. I już samo jej przekazywanie kolejnym pokoleniom nie odbywa się bez konfliktów. Przytomni teologowie wiedzą, że tradycja stwarza możliwość rozwoju osobowości tego, kto ją przyjmuje. Jednocześnie ci sami myśliciele mają świadomość, że tradycja może tak dalece determinować przyjmującą ją osobę lub grupę ludzi, iż rozwój działań, myśli i rozumienia doktryny zostanie spętany. Dla tradycji ważny jest nie tylko jej przedmiot oraz ten, kto ją przekazuje, ale i odbiorca oraz kontekst kulturowy, w którym on żyje i ją przyjmuje.

Narzędziem przekazywania tradycji jest język…

…a „język to więcej niż krew”, jak trafnie mówił Franz Rosenzweig.

Zgoda. Niemniej i język ma swoją dynamikę. Podlega rozwojowi, a wraz z nim rozwija się i tradycja. Język teologiczny wyraża prawdy wiary. Zarazem jest uwarunkowany kontekstem historycznym, w którym owe prawdy są artykułowane, rodzajem literackim, zasadami i trendami filozoficznymi panującymi w danej epoce i nauce.

Podobny mechanizm dostrzegamy w tradycji. Jeszcze nie tak dawno trudno było sobie wyobrazić, by kobieta mogła być teologiem. Dzisiaj jest to czymś zupełnie naturalnym. Oczywiście niejedne uszy drażni jeszcze określenie „teolożka”, ale za kilkanaście lat będzie to całkowicie naturalne.

Nie oznacza to osłabiania i relatywizacji tradycji. Dla takich religii, jak judaizm, islam czy chrześcijaństwo tradycja jest jedną z fundamentalnych kategorii doktrynalnych. Obok Pisma Świętego i Urzędu Nauczycielskiego Kościoła stanowi ona dla teologii katolickiej źródło poznania objawienia. Ale jest to już inna tradycja: pisana przez duże „T”.

Czym się różni tradycja pisana przez duże „T”, od tej pisanej przez małe „t”?

Przedmiotem, a następnie zasięgiem. Może to dziwne, ale w Piśmie Świętym znajdziemy podobnie brzmiące terminy greckie na określenie przekazania objawienia i Ewangelii, wydania Jezusa w ręce grzeszników czy nakazu sprawowania eucharystii — paradidonai.

Dlatego mówimy, że w teologii katolickiej przedmiotem Tradycji przez duże „T” jest najpierw sam Bóg Ojciec, od którego bierze początek objawienie. To On dał swojego Syna, a Syn przekazał nam Dobrą Nowinę o zbawieniu. Przedmiotem tej Tradycji jest także Duch Święty, Duch Chrystusa, który tworzy Kościół. I wreszcie sam Kościół, który zachowuje żywą pamięć o śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa, oczekując ponownego przyjścia Pana w chwale.

Tak rozumiana Tradycja jest źródłem poznania dogmatów. One z definicji należą do Tradycji, która jest nośnikiem objawienia. Zanim jakikolwiek dogmat został uznany przez Kościół, najpierw był obecny w Tradycji. Zasięg tak rozumianej Tradycji jest uniwersalny i obejmuje nie tylko Kościół katolicki. Na przykład, chrzest w imię Trójcy Świętej oraz towarzyszące mu trynitarne wyznanie wiary są wspólne zarówno katolikom, protestantom, jak i prawosławnym. W chrzcie dokonuje się akt przekazania wiary Kościoła. Podobnie jest z eucharystią: chociaż niektóre nurty protestantyzmu rozumieją ją inaczej niż katolicy i prawosławni albo odrzuciły ją całkowicie.

Tradycja przez małe „t” wyraża sposób wyznawania wiary Kościoła, w której konkretny człowiek otrzymuje tę pierwszą Tradycję. Te wyznaniowe formy są uświęcone poprzez czas, kulturę, język, kontekst historyczny, w którym powstały. Innymi słowy: są to ramy, w których przekazuje się wiarę.

Widać, że nie wszystkie Kościoły chrześcijańskie przywiązują taką samą wagę do tradycji. Dla Kościoła katolickiego jest ona dużo ważniejsza niż dla Kościołów poreformacyjnych. Co w ten sposób Kościół katolicki chce pokazać — ciągłość, wierność, niezmienność?

Zachowanie ciągłości i spójności w kwestii doktryny to tylko jeden z elementów mozaiki. Podstawowa wartość Tradycji wynika z niecodziennego roszczenia, które zgłasza Kościół katolicki: wolą Bożą było, aby nauka o zbawieniu człowieka została ogłoszona wszystkim ludziom bezpośrednio ze źródła objawienia, którym jest Jezus Chrystus.

Ten roszczeniowy charakter jest najbardziej zapalnym punktem dyskusji nad Tradycją i tradycją. Chcę zwrócić uwagę na to, co owo roszczenie za sobą pociąga. Otóż nikt z nas nie ma bezpośredniego doświadczenia Jezusa w takim stopniu, w jakim było ono udziałem apostołów. Jednak dzięki Tradycji także i w XXI wieku doświadczamy tego samego Chrystusa: nawet jeżeli w swojej formie zewnętrznej jest to zgoła inne doświadczenie niż Marka, Augustyna, Tomasza z Akwinu czy kardynała Newmana, to zawsze związane jest z wiarą Szymona Piotra. Choć on sam — jak i inni apostołowie — wielu dogmatów nigdy nie sformułował.

To prawda, że nieżyjącym można już wszystko wmówić! Judaizm na przykład nie ma dogmatów! I żydowska doktryna nie cierpi z tego powodu na relatywizm czy brak spójności. Kościół katolicki zaś wciąż uszczegóławia swoje nauczanie tak, jakby wiara człowieka miała zależeć od tego, co napisze jedna czy druga kongregacja.

Takie wrażenie się rodzi na pierwszy rzut oka. To, że w judaizmie nie znajdujemy dogmatów rozumianych tak, jak w katolicyzmie, nie znaczy, że w judaizmie nie ma w ogóle twierdzeń doktrynalnych określanych jako pewne. Czymże jest wiara, że jest jeden Bóg? Wiara, że nie wolno czynić wizerunków bóstwa? Historia przejścia przez Morze Czerwone, które z kilkunastu plemion uczyniło jeden naród?

Te historie z dziejów ludu Izraela to dogmaty w najczystszej postaci, chociaż nikt ich tak nie nazwie! Podobnie jest z tradycją w judaizmie. Biblijne wyznanie wiary: „Słuchaj, Izraelu” nakazuje trwanie przy wierze, wyznawanie jej i przekazywanie następnym pokoleniom. To jest tradycja w ścisłym tego słowa znaczeniu.

Jednak to, co Ksiądz mówi, tylko potwierdza moją tezę, że Kościół doskonale obszedłby się zarówno bez uroczystego ogłaszania dogmatów — jak i tysięcy stronic rozmaitych encyklik, deklaracji, listów. Dziś zamiast odwoływać się do Biblii jako źródła objawienia i wiary, odwołujemy się do Katechizmu Kościoła. To przecież nie jest doświadczenie żywego słowa Boga, ale formuły, która po większości z czytających spływa, jak woda po kaczce.

Otóż chyba by się nie obszedł, na co wskazuje choćby historia tzw. soboru jerozolimskiego zapisana w Dziejach Apostolskich. Co by się stało, gdyby kolegium apostołów uchwaliło, że obrzezanie jest wymogiem do przyjęcia Ewangelii i chrztu? Być może chrześcijanie pozostaliby małą sektą w obrębie judaizmu. Nie wiemy. Podobne przykłady można mnożyć.

Jeśli zaś chodzi o Katechizm: nie jest on nawet teologiczną encyklopedią, a jedynie kompendium naszej wiedzy o wierze i moralności chrześcijańskiej. Studia nad tradycją i historią dogmatów są właśnie dlatego ważne, abyśmy mieli pewność, czy to, w co wierzymy dzisiaj, należy do depozytu wiary chrześcijańskiej, czyli wiary apostołów. Pamiętajmy, że zarzut traktowania doktryny chrześcijańskiej jako dzielenia przysłowiowego włosa na czworo sformułowany został najpierw przez reformację, a później przez oświecenie.

Oczywiście istnieje pytanie, jak pogodzić szczegółowe dogmaty z wolnością chrześcijańskiego sumienia. Czy nie stało się tak, że autorytet ludzki zastępuje autorytet Chrystusa? Czy chrześcijaństwo nie zhellenizowało się do tego stopnia, że prawdy wiary stały się tworem intelektualnego dyskursu oderwanego od życia? Jeśli tak, to nie może ustać praca nad wciąż ponawianym czytaniem chrześcijańskiej doktryny tak, aby była ona przyswajalna w zmieniającej się kulturze. Tutaj jest jednak ryzyko, że dokumenty różnych kongregacji mogą być niedopracowane bądź nietrafione. To jednak nie zmienia faktu, że jakiekolwiek by były, muszą respektować zasadę ciągłości, spójności i logikę objawienia.

Tradycja katolicka głosiła również, że „nie ma zbawienia poza Kościołem” (św. Cyprian), że kobieta jest „komnatą diabła” (Tertulian). Oczywiście dziś wydają się to myśli absurdalne — niemniej kiedyś funkcjonowały jako oficjalna wykładnia. Czy badając naszą tradycję, musimy także odsiewać ziarna od plew? I czy to oznacza, że nie wszystko, co należy do katolickiej tradycji, powinniśmy respektować?

Historia Kościoła zna przykłady nauczania o wiele drastyczniejsze niż przytoczone. Nie jest tak, że opinia jakiegoś teologa, choćby był świętym biskupem, musi natychmiast wiązać wszystkie następne pokolenia. Tutaj chyba najostrzej widać to, co powiedziałem o napięciu i konfliktach w przejmowaniu tradycji, dlatego zadaniem teologii jest odsiewanie ziarna od plew.

Jakie przyjąć kryterium oceny, co jest ziarnem, a co plewami, czyli co należy do objawienia Bożego i stanowi czystą jak źródło naukę Kościoła, a co jest tej nauce przeciwne?

Potrzebna jest komplementarna znajomość źródeł objawienia: nie ma Tradycji bez Pisma Świętego i Kościoła. Nie istnieje Pismo Święte bez Tradycji. Nie istnieją Papież i biskupi bez Pisma Świętego i Tradycji.

Protestanci czy prawosławni już tak nie myślą — a przecież powołują się na to samo doświadczenie wiary w Jezusa Chrystusa, na które katolicy.

W perspektywie ekumenicznej problem tradycji nabiera szczególnego znaczenia i nie dotyczy tylko autorytetu papieży. W prawosławiu wielu wiernych nie widziało na oczy Pisma Świętego, a jedynie ikonostas. Co więcej, prawosławni wierzą, że ikona jest teoforyczna: objawia Boga. Dla protestantów to czyste bluźnierstwo!

Inny przykład: co oznacza luterańskie sola scriptura? Bruce Metzger w swojej książce The Canon of the New Testament udowadnia, że dla Lutra wcale nie oznaczało to 72 ksiąg Pisma, ale istotę chrześcijaństwa: śmierć i zmartwychwstanie Jezusa. Tradycja luterańska zaś przyjęła sola scriptura w znaczeniu konkretnych ksiąg pisma. I tak jeden autorytet zastąpiono innym. Zdaniem Metzgera, autorytet osoby i ducha zastąpiono autorytetem papieru i pióra.

Mówię o tych przykładach, aby uzmysłowić, że mentalność polemiczna prowadzi do zawężania poglądów, a czasami nawet do aberracji. Kiedyś Pius IX powiedział: „Tradycja to ja”. Czy to zdanie było wiernym odbiciem doktryny Kościoła? W świetle wspomnianej wyżej komplementarności absolutnie nie!

Dodajmy, że było to stwierdzenie papieża na odważny gest greckokatolickiego patriarchy Grzegorza II Youssefa, który głosił, że Kościół nie jest monarchią absolutną i dodawał, że przygotowany dogmat o nieomylności jest niezgodny z Tradycją. Kiedy po zakończeniu soboru watykańskiego patriarcha pochylił się, by pocałować trzewik papieża, ten brutalnie oparł mu nogę na karku, mówiąc: „Twarda głowa!”.

Taki był Pius IX i chociaż jego stwierdzenie weszło do historii teologii Kościoła, to nawet raczkujący teolog wie, że nie jest ono wykładnią doktryny katolickiej. Przeciwnie, nadużywane może prowadzić do karykatury dogmatu o nieomylności ogłoszonego na I soborze watykańskim.

Także powoływanie się dziś na tradycję często w ustach apologetów ma służyć jako argument rozstrzygający w dyskusji na rzecz tradycjonalistów, ale jak zauważył kard. Avery Dulles: „żadna doktrynalna decyzja z przeszłości bezpośrednio nie odpowiada na pytanie, które nie było postawione w tamtym czasie”. Czy tradycja to miejsce, w którym dobrze czuje się historyk czy może raczej teolog, który chce odkrywać sens objawienia hic et nunc?

Dulles ma rację, ustawiając problem tradycji w perspektywie metodologicznej. Domaganie się od przeszłości odpowiedzi na pytania teraźniejszości nazywamy anachronizmem. Jednak wyciąganie na tej podstawie wniosku, że tradycja jest dobrym miejscem tylko dla historyka doktryny, a nie dla teologa badającego nowe horyzonty wiary, jest uproszczeniem.

Teolog nie konserwuje tradycji, ale ją odczytuje w nowych ramach kulturowych. Jest jak ów uczony w Piśmie z przypowieści Jezusa, który ze skarbca doktryny wydobywa rzeczy stare i nowe, dlatego dziś mówimy o rozwoju doktryny chrześcijańskiej i rozwoju naszej wiedzy. I w końcu rozróżniamy: Tradycję i tradycję. Nie jest to wiedza antykwaryczna, a raczej wiedza, która doktrynie i teologii Kościoła nadaje nową jakość. Wiele dogmatów, w tym dogmat o Trójcy Świętej albo tzw. dogmaty maryjne są wynikiem nowego, klarowniejszego odczytania Tradycji.

I znów widać, że tego zmysłu „klarowniejszego odczytywania Tradycji” nie mają protestanci. Może wprost należy stwierdzić, że Kościół katolicki tak bardzo ufa Tradycji, gdyż w ten sposób ma silnego sprzymierzeńca w konserwowaniu swego nauczania. Zawsze można przecież powiedzieć, kiedy pojawią się nowe rozwiązania teologiczne: „to jest niezgodne z Tradycją”, a kiedy wydaje się dokumenty watykańskie, które mają coś potwierdzić, na przykład zakaz stosowania prezerwatywy, mówi się: „tak głosi Tradycja”.

Protestanci nie wykluczają jednak znaczenia Tradycji dla teologii. Anglikański teolog R. P. C. Hanson w latach 60. opublikował książkę Tradition in the Early Church, w której zajmuje się najuboższym z istniejących pojęć tradycji. Mianowicie tradycją ustną.

Przykładem całościowego podejścia do tradycji jest praca amerykańskiej teolożki z Kościoła metodystów Pauli Fredriksen. Jej książka From Jesus to Christ jest znakomitym studium poświęconym Tradycji wczesnochrześcijańskiej i jej wpływowi na kształtowanie się chrystologii. Paula Fredriksen docenia wartość Tradycji dla rozwoju wiary pierwszych wyznawców Jezusa Chrystusa, Syna Bożego i Zbawiciela świata. I nie może zrobić inaczej, wiedząc, że zanim powstało jakiekolwiek słowo pisane, istniało słowo mówione: Jezusa, Pawła, Piotra i innych apostołów.

Kościół musi ufać tradycji, gdyż w wielu kwestiach nie ma danych z Pisma Świętego, a arbitralny sąd biskupów lub papieża może okazać się błędny. Skąd wiemy, że 72 księgi, które znamy pod nazwą Pismo Święte, są tekstem natchnionym przez Ducha Świętego? Z tradycji. Skąd wiemy, że właśnie ta tradycja jest wiarygodna? Z powszechnej obecności tych ksiąg w Kościołach świata starożytnego, ustaleń starożytnych synodów i soboru trydenckiego. Takie postawienie problemu podobne jest do pytania, co było pierwsze: jajko czy kura? Dlatego teologia katolicka mówi o równouprawnieniu tych dwóch źródeł poznania objawienia.

W Biblii nie ma wprost mowy o celibacie księży, a Kościół naucza, że wykładnia na temat celibatu jest ściśle związana z Tradycją Kościoła.

To dobry przykład pokazujący dynamikę tradycji w Kościele rozumianej jako obyczaj. Istnieją w Piśmie Świętym pośrednie wzmianki o celibacie, jak chociażby nauczanie Jezusa o tych, którzy stali się bezżenni dla królestwa Bożego. Nie są one jednak postawione jako warunki kapłaństwa czy biskupstwa, ale jako wyższa droga doskonałości. Dopiero gdy trzeba było zapanować nad rozpasaniem księży, symonią i nepotyzmem, wprowadzono normę dyscyplinarną — celibat. Powoli ta norma stała się tradycją Kościoła katolickiego. Oczywiście świat chrześcijański się nie zawali, jeśli kolejny sobór czy papież zniesie celibat. Podobnie jeżeli zezwoli na święcenia żonatych mężczyzn.

Teolog studiuje tradycję, choć nie znajdzie w niej odpowiedzi na pytania, które dziś nas nurtują. Klonować ludzi czy nie? Badać komórki macierzyste? Co więcej, czasami tradycja może być swego rodzaju garbem, gdyż teolog katolicki musi odwoływać się do tego, co w przeszłości na dany temat — na przykład roli kobiety w społeczeństwie — mówili Ojcowie Kościoła i głosił sam Kościół.

Tak, jak powiedziałem wcześniej, dla teologa katolickiego tradycja jest źródłem poznania objawienia, chociaż niektórzy teologowie powiedzą, że jest ona źródłem objawienia. Kładzie się na niej cień sporów z reformacją. Polemiczna mentalność tamtego okresu pojmowała tradycję jako zbiór pewnych prawd mechanicznie przekazanych w formie depozytu wiary. A to wielki błąd.

Dziś, głównie za sprawą dominikanina Yves Congara, mechaniczne i kontrowersyjne podejście do tradycji się zmieniło. Congar określił tradycję jako „trwanie przeszłości w teraźniejszości, w której sercu przygotowywana jest przyszłość”. Obrazowo opisywał ją jako rzekę doktryny Kościoła płynącą ze źródła, którym jest Biblia. Pragnął w ten sposób uwydatnić dynamikę wrodzoną temu pojęciu.

Nie da się uprawiać teologii bez znajomości przeszłości. Leszek Kołakowski w jednym z esejów wskazuje na paradoks: jeżeli nowe pokolenia nie będą buntować się przeciw tradycji, to nadal będziemy żyli w jaskiniach, ale jeżeli rewolta przeciw tradycji stanie się powszechna, to powrócimy do jaskiń. Tradycja zatem jest jednocześnie przeznaczeniem i wyzwaniem.

Tradycja była kluczowym tematem II soboru watykańskiego — przede wszystkim konstytucji „Dei Verbum”. Był to dokument, który jawił się jako kość niezgody. Na ile sobór zredefiniował znaczenie pojęcia tradycja?

Dei Verbum to niezwykły dokument. Jego historia jest świadectwem przewrotu kopernikańskiego w teologii obalającego ekskluzywne i pojęciowe podejście do objawienia i zastępującego je spojrzeniem historycznym, personalistycznym i chrystocentrycznym.

Dokument ten powstał w ogniu polemik konserwatystów (Ottaviani, Tromp), ze skrzydłem otwartym na zmiany (Bea, Rahner, Congar). Dla ścisłości: nie chodziło tylko o tradycję, ale o koncepcje objawienia. Czym jest? Jak jest przekazywane? Co jest regułą wiary Kościoła? Dość powiedzieć, że dopiero szósta wersja dokumentu, nad którą pracowało grono wybitnych teologów, poczynając od Grillemeirea i Congara, a na Ratzingerze kończąc, została zaaprobowana. Dodajmy, że w dużym pośpiechu zakończono prace 18 listopada 1965 roku, a na 8 grudnia przewidziano zamknięcie soboru. Notabene data zamknięcia soboru nie była przypadkowa. W Kościele katolickim jest to święto Niepokalanego Poczęcia NMP. Czcimy wtedy prawdę wiary, której trudno by szukać w Piśmie Świętym.

Chyba równie pośpiesznie robiono tłumaczenie tego dokumentu na język polski, bo nie daje się go czytać.

Przez wiele lat byliśmy w posiadaniu pospiesznie tłumaczonych dokumentów soboru watykańskiego II, pełnego błędów i koszmarków językowych. Teraz ta sytuacja nieco się zmienia. Paradoksalnie w Polsce, a nie na Zachodzie. Od trzech lat dysponujemy nowym tłumaczeniem pozbawionym pierwotnej drewnianej stylistyki. Niestety, przyzwyczajenia pozostają i nadal posługujemy się starym tłumaczeniem. Ale to osobna historia.

Powracając do tradycji: sobór nie podał precyzyjnej definicji, czym jest Tradycja, ani tego, czym są tradycje dla doktryny Kościoła i teologii. Powiedział tyle: „Tradycja jest wszystkim tym, w co Kościół wierzy i czym Kościół jest”.

Na pierwszy rzut oka widać, jak bardzo ogólna jest to definicja. Paradoksalnie jednak w tej słabości tkwi siła. Sobór odrzucił w ten sposób konfrontacyjny styl teologii i pozostawił furtkę do dalszego rozwoju nauki o Tradycji i tradycjach. Protestancki teolog Oscar Cullmann mówił: „Nie doznaliśmy rozczarowania, gdyż nie zatrzaśnięto furtek dla żadnego z punktów. Wszędzie jest otwarte pole do dyskusji”.

Mieć szacunek do tradycji nie oznacza, jak chcą tradycjonaliści rozmaitych maści, przyjmować tylko tego, co było powiedziane lub napisane na przestrzeni dziejów Kościoła. Tradycja musi być poddawana nieustannej interpretacji.

Pierwsza droga prowadzi do większych nadużyć niż druga. Tworzy ona z Kościoła antykwariat. Jeżeli zaś druga droga ulegnie prometejskiej pokusie kradzieży ognia bogom i rozpalenia własnego ogniska, niezależnego od pierwotnego, to też skazana jest na porażkę.

Tradycji nie można sprowadzić do określonej liczby prawd wiary. To całość objawienia, które dokonało się w Chrystusie i które jest przez nas odkrywane w historii. Tradycja w Kościele to duch Jezusa obiecującego apostołom objawienie innych, nowych rzeczy, których nie mogli jeszcze zrozumieć w czasie ostatniej wieczerzy. Te nowe rzeczy są integralnie powiązane z przeszłością i z niej wypływają. Jak powiada wspomniany kardynał Dulles, tradycja nie jest tylko potwierdzeniem przeszłości, ale też odnową życia Kościoła. Innowacje wzmacniają wiarę, jeśli wypływają z dobrego doświadczenia przeszłości.

Hans Urs von Balthasar zauważył, że przyczyną wszelkich schizm w Kościele byli tradycjonaliści. Ostatnim takim aktem była schizma abpa Lefebvre’a. Czy zatem istnieje zły i dobry tradycjonalizm?

Schizma Lefebvre’a nie dotyczy odprawiania mszy świętej po łacinie, ale nieposłuszeństwa biskupa względem Kościoła, odmowy akceptacji II soboru watykańskiego oraz wyświęcenia bez zgody papieża biskupów dla bractwa Piusa X. Lefebvre uznał, że sobór skapitulował wobec heglizmu i modernizmu, i przyjmując koncepcję rozwoju doktryny chrześcijańskiej, de facto uznał ewolucjonizm i progresywizm za doktrynę Kościoła.

Abp Lefebvre nie zrozumiał, że tradycja nie jest niewolniczym powtarzaniem jakiejś formuły wziętej z przeszłości, ale że dzięki działaniu Ducha Świętego jest ona żywą rzeczywistością. II sobór watykański i kolejni papieże nie odrzucili tradycji. Wprowadzili jedynie zasadę modus novum, res non nova. Czyli nowy sposób komunikacji objawienia, ale ta sama rzeczywistość objawienia.

Co to znaczy w praktyce? Podam przykład powolnego w Polsce propagowania zwyczaju przyjmowania komunii na rękę. Niektórzy zachwycają się świeżością tej formy liturgicznej, inni są krytyczni. Jest to przecież forma jak najbardziej starożytna. I teraz, jeśli za dekretem biskupa nie pójdzie szeroka katecheza, nauczanie szacunku dla tego, co święte, to rzeczywiście można uznać, że jest to otwarcie drogi do deprecjacji Eucharystii. Jeżeli księża na parafiach wysilą się trochę i nauczą wiernych, jak przyjmować poprawnie komunię na rękę, to cóż złego w starej, ale odnowionej tradycji? „Ze swoich rąk czynię tron dla Króla świata”, mówił biskup i teolog św. Cyryl Jerozolimski.

Jaka jest dziś rola tradycji w Kościele i we współczesnych badaniach teologicznych? W badaniach teologicznych każde odważniejsze zdanie teologiczne trzeba konfrontować z tym, co już na ten temat powiedziano w Kościele. Czyż nie jest to hamulec?

Z tradycją mamy do czynienia wszędzie — w teologii, w filozofii i w naukach ścisłych. Podlega też krytyce. Filozof Alfred Whitehead zauważył, że kiedy w religii jakaś prawda wiary zostaje uznana za błędną, postrzega się to jako zatrzymanie postępu religijnego. Kiedy jednak w nauce obala się jakieś twierdzenie, natychmiast ogłasza się światu przełom i triumf nauki. Otóż, gdyby pójść tym tropem, należałoby uznać, że tradycja w religii ma znaczenie wyłącznie metodologiczne, a nie substancjalne. W konsekwencji przeszkadza religii i teologii bardziej, niż jej pomaga. Dla katolików tradycja będzie jednak zawsze procesem zarówno adaptacji tego, co stare, jak i odkrycia tego, co nowe. Religia nie czerpie swojego źródła z metody, ale z objawienia, teologia zaś metodycznie bada objawienie.

Z niepokojem dostrzegam albo brak zainteresowania tradycją, albo konfrontacyjne podejście do tego zagadnienia. Bierze się to może stąd, że sama teologia uległa poważnej fragmentaryzacji. Wielu teologów unika filozofii, zajmuje się zagadnieniami szczątkowymi, unika konfrontacyjnych problemów. Uprawiają albo historycyzm, albo dostosowują teologię do doraźnych potrzeb. Jest to poniekąd zrozumiałe, ponieważ świat zmienia się jak w kalejdoskopie, z minuty na minutę, i to, co wczoraj brzmiało świeżo, jutro może się okazać passé. Tradycja przypomina nam, że w wierze nie ma tymczasowej mody, ale jest spotkanie z Bogiem, który wychodzi ku człowiekowi, i jest spotkanie z człowiekiem, który szuka Boga. Wczoraj, dziś i jutro.

Siła Tradycji, ciężar tradycjonalizmu
Wiesław Dawidowski OSA

urodzony 14 marca 1964 r. w Gdyni – polski duchowny rzymskokatolicki, augustianin, doktor teologii, duszpasterz, publicysta prasy katolickiej. W latach 2007-2012 prezenter telewizji Religia.tv, w latach 2009-2013 chrześci...

Siła Tradycji, ciężar tradycjonalizmu
Jarosław Makowski

urodzony 22 kwietnia 1973 r. w Kutnie – polski historyk filozofii, teolog, dziennikarz i publicysta, dyrektor Instytutu Obywatelskiego. Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”...