Parada Równości, Parada Normalności

Parada Równości, Parada Normalności

Demokracja pozbawiona odniesień moralnych, tzn. zbudowana bez zakotwiczenia w konkretnym systemie przekonań etycznych, skazana jest na katastrofę.

Ostatnimi czasy polska przestrzeń społeczno–polityczna wzbogaciła się o kolejny cyklicznie powracający punkt programu, a mianowicie wybuchający z coraz większą zaciekłością spór o prawo do ulicznych parad środowisk homoseksualnych, czyli o równouprawnienie mniejszości, w tym konkretnym przypadku mniejszości seksualnych. Każda debata publiczna na temat Love Parade, Parady Równości, Parady Normalności itp. jest okazją do zbijania kapitału politycznego, demonstrowania wzajemnych niechęci, arogancji czy wręcz wulgaryzmu. Równocześnie jednak prowadzi do odpowiedzenia sobie na bardzo ważne pytania o to, czym jest ludzka seksualność (jak się kształtuje, jakie ma znaczenie moralne i społeczne), o naturę demokracji oraz o zależność między prawem stanowionym a moralnością. Aby przeprowadzić klarowną analizę, trzeba od razu oddzielić dwie sprawy: pierwsza, to dyskusja na temat tego, czym jest homoseksualizm i jaka jest jego wartość etyczna; druga to debata o prawie do publicznego manifestowania danej preferencji i o prawnym zrównaniu konkretnych zachowań seksualnych. Łączenie tych dwóch zagadnień prowadzi przeważnie do tego, że dyskutujący popadają w nacechowane ideologicznie i prowadzące donikąd pyskówki, dlatego też na razie skupię się na drugiej kwestii, a konkretnie na tym, czy homoseksualiści mogą się pojawić w przestrzeni publicznej, w demokratycznym kraju takim jak Polska.

Konsekwencja polityczna

Polska, za przykładem krajów wysoko rozwiniętych, stara się wprowadzać w życie model demokracji pluralistycznej o silnym zabarwieniu liberalnym. Jest to taki model ustrojowy, w którym dochodzi do absolutyzacji wolności jako głównej wartości społecznej, przy jednoczesnym marginalizowaniu innych odniesień etycznych. Taki model społeczny opiera się jedynie na dwóch kolumnach: pierwsza to wolność osobista (indywidualizm) pojmowana prawie w sensie absolutnym, a druga to pluralizm światopoglądowy. Pluralizm w praktyce oznacza relatywizm moralny, tzn. prowadzi do sytuacji, w której nikt nie ma prawa mówić, jak inni mają postępować, a państwo nie może promować jakiegokolwiek modelu moralnego, bo moralność uważana jest za sprawę ściśle indywidualną czy wręcz subiektywną — właściwie wybory moralne są uznawane za wynik osobistych preferencji (emotywizm).

Jeśli rządzący najpierw godzą się na to, że Polska ma podążać w kierunku demokracji liberalnej, a następnie ta sama władza zabrania wolności wypowiedzi z pobudek ideologicznych, to popada w sprzeczność. Jeśli bowiem ma się najpierw odwagę powiedzieć „A” (tzn., że głównymi wartościami naszej demokracji są wolność i pluralizm), to trzeba konsekwentnie powiedzieć „B” (każdy, kto nie łamie prawa, ma prawo do wolności wypowiedzi i własnego stylu życia).

Wybiórczość współczesnej demokracji

 Chciałbym wreszcie dotknąć sedna sprawy i przedstawić argument, który do tej pory nie padł w debacie publicznej, choć uczestniczy w niej wiele społecznych autorytetów. Otóż kraje demokratyczne, w tym Polska, dopóty nie uwolnią się od niekończących się sporów na temat trudnych kwestii etycznych (homoseksualizm, aborcja, eutanazja, klonowanie itp.), dopóki nie będą budowane od samego początku na podstawie wewnętrznie spójnego i ogólnie zaakceptowanego modelu światopoglądowego (nieważne w tej chwili, jaki on by był).

Problem współczesnych demokratów polega na tym, że w większości przypadków posługują się społecznie chwytliwą (ale jednak!) karykaturą tradycyjnej demokracji, a właściwie propagują liberalizm wciśnięty na siłę w ramki demokratycznej retoryki. Dzisiejszy świat demokratyczny — amerykański, europejski i polski — to rzeczywistości wysoce eklektyczne. Współcześni demokraci bowiem wyłowili z bogatej tradycji demokracji tylko niektóre pojęcia, a mianowicie wolność i równość obywateli, dodali szczyptę braterstwa, a wszystko posypali obficie liberalizmem, który z klasycznej ekonomii został przeszczepiony do polityki. Jednocześnie skazali na zapomnienie to, co było sednem antycznej demokracji: troskę o moralność, cnotliwe życie i pokój społeczny.

Jeśli chcemy być naprawdę wierni idei demokracji, to nie możemy przeoczyć faktu, że demokracja ateńska nie była ani liberalna, ani pluralistyczna. Wręcz przeciwnie, była zbudowana na fundamencie ściśle określonego porządku moralnego (Arystoteles: Etyka Nikomachejska, Polityka; A. McIntyre: After Virtue). Pierwotnie u podstaw demokracji był zestaw ściśle zdefiniowanych poglądów na temat tego, na czym polega szczęśliwe życie, dobro obywateli, sprawiedliwość społeczna, dobre obyczaje itd. W starożytnej Grecji moralność nie stała w opozycji do polityki czy prawodawstwa. Etyka była rzeczywistością metapolityczną, tzn. zbiorem prawd pierwszych, pryncypiów, na których podstawie można było dopiero formułować legislację i organizować życie społeczne. W tym systemie wolność była jedynie cegiełką większej całości, a nie, jak to jest w demokracji współczesnej, kamieniem węgielnym.

Co więcej, w klasycznym rozumieniu wolność funkcjonuje zawsze łącznie z prawdą i odpowiedzialnością, a nigdy bez nich. Nie ma bowiem wolności bez odpowiedzialności. Współcześni demokraci natomiast wykluczyli prawdę, zastępując ją pluralizmem, oraz doprowadzili do gloryfikacji i absolutyzacji wolności, ale zapomnieli o odpowiedzialności.

W ten oto sposób wszyscy staliśmy się ofiarami rewolucji francuskiej, która, uderzając w Kościół, w konsekwencji doprowadziła do przeciwstawienia sobie porządku prawnego i moralnego. Moralność straciła jakiekolwiek znaczenie społeczne, a jedynym punktem odniesienia stało się prawo zbudowane na zasadzie wolności, równości i braterstwa.

Konsekwencją takiego postawienia sprawy jest między innymi to, że coraz częściej organa administracyjne czy też poszczególni członkowie życia publicznego chowają się właśnie za parawan formalizmu prawnego, który według nich ma być gwarantem poprawności postępowania. Mimo licznych przykładów antypatycznego, wręcz warcholskiego funkcjonowania aparatu władzy, bezduszności urzędników i dwulicowości polityków, okazuje się, że nazywanie tych patologii niesprawiedliwością czy niemoralnością nie ma żadnego sensu, bo przecież wszystko odbywa się zgodnie z literą prawa. Prawo w oderwaniu od etyki prowadzi jednak do bezdusznego pozytywizmu prawnego, tzn. do sytuacji, w której zanika zdrowy rozsądek, poczucie przyzwoitości i społeczna solidarność, a tryumfuje prawne pustosłowie, głupota, cynizm, nieprzejednanie i strukturalna, antyobywatelska arogancja.

Demokracja pozbawiona odniesień moralnych, tzn. zbudowana bez zakotwiczenia w konkretnym systemie przekonań etycznych, skazana jest na katastrofę. Nie można ani efektywnie rządzić, ani stanowić prawa, jeśli najpierw obywatele nie uzgodnią wspólnych definicji osoby ludzkiej, życia, szczęścia społecznego, dobrobytu, sprawiedliwości itd. Pomijam tu już fakt, że takie definicje nie mogą być przedmiotem umowy społecznej, lecz powinny odzwierciedlać ontologiczną i antropologiczną prawdę o osobie ludzkiej, jej godności i prawdziwym szczęściu. Dopuszczam tu jednak takie niedopowiedzenie tylko po to, by pokazać, że pluralizm i liberalizm nie pomagają demokracji, ale jej szkodzą, bo tworzą paradoksalną sytuację wiecznie trwającego przeciągania liny. Ostatecznie zwycięża nie prawda, ale ta strona, po której w danej chwili stoi większość. Demokracja liberalnego pluralizmu to klasyczny przykład węża zjadającego własny ogon, gdyż społeczeństwo budowane na podstawie indywidualizmu, relatywizmu czy subiektywizmu skazane jest na błędne koło dyktatur większościowych zmieniające się w rytm cyklu wyborczego w stylu: „zima wasza, wiosna nasza”!

Wynika z tego, że prawo nie powinno być odzwierciedleniem umowy społecznej (kontraktualizm), czyli swoistego paktu na temat tego, co dla nas ważne, godziwe i prawe, ale powinno opierać się na prawdzie. Umowa społeczna jest zazwyczaj subiektywna, bo jest osiągniętym kompromisem, jest to pewne minimum, co do którego w danym momencie możemy się zgodzić, a które, co gorsza, nie jest nigdy wiążące, bo każda ze stron takiej umowy rości sobie prawo do jej renegocjacji, jeśli uzna, że zmieniły się jej interesy. Prawo powstające na fundamencie prawdy jest zaś stabilne, tak jak i podstawowe prawa antropologiczne i moralne.

Zresztą absurd zatwardziałego liberalizmu jest widoczny gołym okiem. Czyż bowiem ten, kto twierdzi, że nikt nie może narzucać innym tego, co jest dobre lub złe, oraz ten, kto twierdzi, że moralność nie ma nic do czynienia z obowiązującym prawem, nie powinien odrzucić przepisów ruchu drogowego, jeśli krępowałyby jego wolny sposób bycia? Inny przykład: czy naturyści w wolnym kraju mogą nago chodzić do pracy, sklepu lub kina? Czy powinni przejmować się obyczajowością? Czy państwo ma prawo krępować ich sposób bycia? Liberalizm więc jest niekonsekwentny. Będzie opowiadał się za równouprawnieniem osób hetero– i homoseksualnych, i w tej kwestii nie będzie się przejmował utartą obyczajowością czy troską o nienaruszanie tkanki społecznej, ale w sprawie piratów drogowych czy naturystów nie wykazałby już pewnie równej pobłażliwości. Jaka jest więc dopuszczalna granica tolerancji społecznej? Do jakiego stopnia powinniśmy się troszczyć o dobre obyczaje? Jaką miarą mierzyć wolność? Czy liberalizm mierzy się jakąś miarą, np. prawdą, czy jest miarą wszystkiego, a sam nie podlega osądowi?

Być może jedynym rozwiązaniem na przyszłość jest komunitaryzm, czyli tzw. demokracja kwalifikowana, w której w obrębie jednego organizmu państwowego istnieją jednocześnie poszczególne wspólnoty o właściwych sobie systemach etycznych i prawnych. To już jednak oddzielny temat.

Wolnośćpojęcie analogiczne

Gorąca debata na temat środowisk homoseksualnych pokazuje również, że jej bohaterzy posługują się terminem „wolność”, nie zwróciwszy uwagi, że jest to pojęcie analogiczne. Trzeba bowiem odróżnić wolność polityczną od wolności ekonomicznej i wolności w sensie moralnym.

Ta pierwsza jest na pewno najbliższa ideom „Solidarności” i rewolucji 1989 roku. Być wolnym politycznie to żyć w kraju, który ma prawo do samostanowienia, który w niezależny sposób wybiera swoje władze, stanowi prawo, prowadzi autonomiczną politykę wewnętrzną i zagraniczną na podstawie określonej racji stanu.

Czym innym jest wolność ekonomiczna, choć niewątpliwie łączy się z tą pierwszą. Jest logiczne, że w wolnym, a szczególnie w demokratycznym kraju, obywatele egzekwują prawo do prywatnej własności i niezależnej przedsiębiorczości.

Jest wreszcie wolność moralna. Istnieje ona ponad wolnościami polityczną i ekonomiczną, bo dotyczy spraw sumienia. Wbrew ogólnym stereotypom, być moralnie wolny nie oznacza „robić to, na co mam ochotę”. Być moralnie wolny oznacza, że każdy człowiek ma wolną wolę i robi z niej użytek za każdym razem, gdy stanowi o czymś zgodnie z własnym sumieniem lub wbrew niemu. Być wolny oznacza więc być zdolny do dobra, ale też do zła moralnego. Gdy postępuję zgodnie z prawymi nakazami sumienia, to stoję po stronie prawdy i dobra. W przeciwnym razie wybieram fałsz i zło. W każdym przypadku muszę być świadom odpowiedzialności, tj. konsekwencji. Nie ma wolności bez odpowiedzialności.

Te trzy wolności wcale nie muszą sobie przeczyć czy się wykluczać. Przeciwnie, mogą wspaniale współdziałać dla większego dobra publicznego. Jako przykład mogą tu posłużyć tak bogate kraje, jak Wielka Brytania czy Japonia. Anglia, na przykład, jest kolebką swobód obywatelskich, równouprawnienia i liberalizmu. Jest też potęgą kapitalistyczną zbudowaną na fundamencie swobody gospodarczej. Rozwiązywanie kwestii moralnych w sferze publicznej dalekie jest tam jednak od liberalizmu. Jednym z podstawowych pojęć dyskursu politycznego na Wyspach jest pojęcie social cohesion, czyli spójności społecznej. Brytyjski organizm polityczny nie obawia się śmiałych ingerencji w kwestie moralne, tj. tego, jak żyją obywatele. Dowodem na to może być choćby ostatnia gorąca debata na temat tego, co uczniowie jedzą, a co powinni jeść na obiad w szkolnych stołówkach. Podobnie angielski rząd nie obawia się angażować w kampanie dotyczące otyłości, palenia, ilości spożywanego alkoholu, dyskotek otwartych do białego rana, sposobu ubierania młodzieży itp. Taka jest właśnie specyfika krajów tradycyjnie protestanckich, w których moralność i prawo się przenikają dla większego dobra obywateli. Podobnie jest w Japonii. Bardzo szczegółowy i co ważne, powszechnie akceptowany kodeks społecznej etykiety jest nieodzownym elementem, który bezpardonowo wkracza w kręgi biznesu i polityki. Nic więc dziwnego, że etyka biznesu czy deontologia zawodowa (np. polityczna), są w tamtych krajach traktowane bardzo serio, podczas gdy u nas, niestety, nie.

Nawarzyliśmy sobie piwa, to teraz je pijmy!

Polemika na temat parady środowisk homoseksualnych jest tylko preludium do licznych podobnych sporów, które czekają nas już niedługo. Wcześniej czy później będziemy się musieli zmierzyć z kwestią legalizacji eutanazji, sztucznego zapłodnienia, eksperymentów na embrionach, związków homoseksualnych, macierzyństwa na życzenie itp. Wszystkie te tematy zawierają w sobie fundamentalne filozoficzne pytania o zależność między prawem a moralnością, o stopień ingerencji państwa w życie moralne obywateli, o sens i kształt rodziny, o to, jak pojmujemy dobrobyt i szczęście. Smutne jest, niestety, to, że czekające nas debaty, oprócz podgrzania atmosfery, do niczego dobrego nie doprowadzą, bo jak uczy doświadczenie, zarówno dyskusja o paradzie gejów, jak i wszystkie następne pewnie okażą się jedynie szansą do obrzucania się błotem. Śmiem twierdzić, że wszystkie te debaty są i tak mało twórcze, bo demokracja liberalna z natury rzeczy hołduje relatywizmowi moralnemu, odrzucając a priori możliwość dojścia do jednej, obiektywnej prawdy. Będziemy więc toczyć te nasze spory, a w prawie i tak zostanie zapisane to, co przeforsuje w danej kadencji większość parlamentarna.

Liberalny perfekcjonizm

Jeśli chodzi o zależność między prawem a moralnością, to stoję na stanowisku określanym jako liberalny perfekcjonizm (liberal perfectionism 1). Uważam, że jest to dziś najlepsze, bo najbardziej spójne rozwiązanie. Zgadzam się z P. George’em 2, który mówi, że prawo nie może uczynić człowieka etycznie poprawnym. Może to uczynić tylko sam człowiek poprzez wolne wybory między dobrem a złem. Prawo może wymusić zewnętrzne poddanie się prawdzie moralnej, ale ma się to nijak do wewnętrznych aktów rozumu i woli. Siła prawa polega jednak na tym, że w przypadku, gdy wyraźnie stoi ono na straży danych prawd moralnych, to w konsekwencji może uchronić obywateli przed autodestrukcją moralną (self–corruption) czy złym wpływem innych osób. W takim przypadku pozwala ono również utrzymać ekologię moralną, tak niezbędną w szkolnictwie i wychowaniu, jak również poucza obywateli o tym, co dobre lub złe. Tym samym unika się ryzyka popadnięcia w schizofrenię obyczajową, gdy obywatele żyją zawieszeni między dwoma porządkami: prawem i moralnością.

Prawo stanowione nie może wchłonąć całej moralności, bo wtedy stałoby się kazuistyką — porządkiem nadmiernie restrykcyjnym i uciążliwym, w którym tzw. codzienne życie rozmijałoby się z literą prawa, co z pewnością doprowadziłoby do hipokryzji moralnej. Z drugiej jednak strony prawo zapisane potrzebuje normy moralnej jako swego fundamentu, tj. ostatecznego punktu odniesienia. Prawo stanowione nie może być uzasadnieniem siebie samego, bo byłoby to nielogiczne oraz nosiłoby przesłanki dyktatury legislacyjnej.

Liberalny perfekcjonizm zakłada, że mądrzy i cnotliwi rządzący wybiorą takie koncepcje, które traktują ludzką indywidualność oraz wolność jako esencjalne elementy dobrego życia. To jednak nie prowadzi ich do uprawiania polityki neutralnej i amoralnej, tzn. wolnej od odniesień etycznych. Wręcz przeciwnie, rząd powinien wspierać obywateli w podejmowaniu moralnie cennych decyzji i zniechęcać ich do podejmowania złych. Troska o osobistą autonomię nie powinna prowadzić do wykluczenia etycznych ideałów z życia politycznego. Autonomia — wolność osobista — jest podstawową prawdą moralną, a także wartością samą w sobie, której nikt nie neguje. Rozpoznanie wolności jako dobra, czyli jej afirmacja moralna, nie równa się jednak prawu do publicznej akceptacji niemoralności popełnianej w imię idei wolności jako takiej.

Liberalny perfekcjonizm w świetle pluralizmu uznaje, że istnieje wiele wartościowych sposobów przeżycia własnego życia (bycie księdzem, żołnierzem, lekarzem, nauczycielem, maklerem itp.). Ten swoisty moralny pluralizm co do wyboru własnej drogi życiowej nie przeradza się jednak w relatywizm moralny. Liberalny perfekcjonizm mówi, że istnieje wiele sposobów wcielania zasad moralnych w życie, zasady natomiast pozostają bez zmian, bo są odzwierciedleniem metafizycznej i antropologicznej prawdy o człowieku i jego szczęściu. Stoimy więc tu na gruncie realizmu moralnego, a nie subiektywizmu.

Kontrowersyjna preferencja

Demokracja liberalna połączona z pluralizmem światopoglądowym jest jedynie złudną chimerą. Jest to kontrowersyjna preferencja na rzecz pewnego sposobu pojmowania wolności (o silnym zabarwieniu antyperfekcjonistycznym). Chodzi tu o pojmowanie mocno zubożałe i dostosowane do realizacji partykularnych interesów. Liberalizm może doprowadzić na przykład do tego, że w imię obrony praw konsumentów pornografii ograniczy się wolność tych, którzy chcieliby wychowywać swoje dzieci w przestrzeni społecznej wolnej od takich treści. Chodzi o to, że wolność, czy lepiej, swobody obywatelskie muszą być zakorzenione w prawdziwych ludzkich wartościach. Tylko takie rozwiązanie pozwoli nam odróżnić rzeczywiście cenne swobody od tych, których wartość moralna jest znikoma lub żadna. Te ostatnie powinny być prawnie zakazane.


1
 Głównymi przedstawicielami tego ujęcia są: Joseph Ratz, William Galston, Vinit Haksar, Carlos Nino.
2 P. George, Making Men Moral: Civil Liberties and Public Morality, Clarendon Press, Oxford University 2000

Parada Równości, Parada Normalności
Maciej Bazela

urodzony w 1981 r. – absolwent filozofii i podyplomowych studiów z bioetyki na Ateneo Pontificio Regina Apostolorum w Rzymie.Interesują go: sprawiedliwość społeczna, etyka techniki, etyka rozwoju cywilizacyjnego, globaliz...