Pozytywna epidemia

Pozytywna epidemia

Szwedzi oficjalnie są niewierzący, ale gdy przycisną ich trudności, po kryjomu biegną do kościołów i zapalają świeczki.

— W ubiegłym roku w czerwcu stanowiliśmy 70% tutejszych gości — mówią z dumą Lisa i Karl Anderssonowie ze Sztokholmu. Karl przez wiele lat pracował jako nauczyciel, obecnie studiuje teologię, zamierza zostać pastorem. — Taizé jest jak pozytywna epidemia — uśmiecha się Frederik Jersild z Uppsali. — Również padłem jej ofiarą. Ci, którzy tu przyjeżdżają, po powrocie zarażają Taizé swoich znajomych, następnie jadą tamci, a gdy wracają, zarażają kolejnych. „Choroba” ta jest niemal nieuleczalna, dlatego w efekcie przyjeżdżają wciąż i „weterani”, i nowicjusze.

Coraz częściej w zsekularyzowanej Skandynawii mówi się o renesansie chrześcijaństwa, gdy jednak odwiedza się Taizé, trudno oprzeć się wrażeniu, że odrodzenie to dotyczy w głównej mierze Szwecji. W ostatnich latach burgundzka wioska przeżywa prawdziwe szwedzkie najazdy. W ciągu roku docierają tu dziesiątki tysięcy Szwedów, w większości poniżej 30. roku życia.

— W XVI wieku król szwedzki tak się zachwycił poglądami Marcina Lutra, że zdecydował, iż cały kraj będzie odtąd luterański — wyjaśnia w telegraficznym skrócie Helena Ledvon, anglistka z Göteborga. — Następnie ogłosił samego siebie głową Kościoła w Szwecji. Przejście na luteranizm miało odciąć Szwedów od problemów i błędów, za które Luter krytykował katolików, tymczasem okazało się, że Kościół szwedzki nie uniknął własnych pomyłek. To miał być nowy, wspaniały, chrześcijański świat, a rezultat jest taki, że Szwecja postrzegana jest dziś jako kraj ateistyczny. Jeszcze 200 lat temu mieliśmy prawo, które skazywało na karę więzienia każdego, kto nie chodził do kościoła. W latach 50. ubiegłego wieku przelała się czara goryczy. Szwedzi masowo opuścili kościoły, odsunęli się od jakiegokolwiek życia religijnego. Dlaczego więc tu jestem? Wierzę w Boga, jestem protestantką. Człowiek nie jest samowystarczalny, nie jest wszechmocny. Potrzebuję Boga. Wielu moich znajomych to ateiści, twierdzą, że Bóg nie jest potrzebny człowiekowi, i jest to pogląd, który dominuje w Szwecji. Przyjechałam do Taizé po raz pierwszy w 1992 roku i byłam zauroczona. Jestem tu piąty raz. Nie mogę przyjeżdżać tak często, jak bym chciała, ale w moim salonie wiszą trzy kopie witraży z kościoła Pojednania, więc mogę powiedzieć, że myślą jestem w Taizé codziennie.

— Rzeczywiście, 50 lat temu Szwedzi odwrócili się od Kościoła — mówi Lars Nilsson, pastor z Söderhamn, który przyjechał do Taizé z grupą nastoletniej młodzieży. — Jednak po mniej więcej 30 latach problemy, które niosło życie, tak ich przytłoczyły, że sami zaczęli szukać Boga, tworzyć kościoły z siebie samych. To było wspaniałe. Nie powiedziałbym, że Szwecja jest ateistyczna, na pewno jest zsekularyzowana. Czy trudno być człowiekiem wierzącym w Szwecji? Myślę, że nie. 50 lat temu, owszem, wierzący byli postrzegani jako śmieszni, staroświeccy, zabobonni. Dziś są odbierani jako atrakcyjni, interesujący, bo nie są powierzchowni, płytcy. Zgłębiają swoją duchowość, szukają sensu życia. Można to zaobserwować również wśród młodzieży. Nasz premier jest człowiekiem wierzącym i otwarcie o tym mówi. Znajomi określają Larsa mianem weterana Taizé. — W 1994 roku mój przyjaciel, także pastor, poprosił mnie, bym razem z nim modlił się tutaj o uzdrowienie jego żony — wspomina. — Przyjechałem ze względu na niego, ale tak na mnie wpływała atmosfera tego miejsca, że się zakochałem. Nie potrafię znaleźć innego słowa, by określić, co się wtedy ze mną stało. To było i jest jak zakochanie — uśmiecha się. — Bóg przemawia tu do mnie silniej niż w jakimkolwiek innym miejscu. Żona mojego przyjaciela wyzdrowiała, a ja wciąż tu przyjeżdżam i przywożę ze sobą młodzież. Mam czworo dzieci, najstarsze z nich już się dopytują, kiedy będą mogły przyjechać ze mną. Chcę pokazywać Taizé młodym, oni dobrze się tu czują, mogą być sobą, nikt im nie mówi, jak powinni żyć, jacy powinni być. Pracują w ciągu dnia, chodzą na modlitwy, są urzeczeni kanonami i zaskoczeni, że modlitwa może tak wciągać, że nie jest nudna, że spotkania w kościele nie są przegadane. Atrakcją jest dla nich możliwość kontaktu z rówieśnikami z innych krajów i innych wyznań. Przywożę też młodych, którzy nie są wierzący, bo wielu z nich właśnie dzięki Taizé odnajduje drogę do Boga.

Marcus ma prawie 18 lat, jest z grupy Larsa. Tlenione włosy stawia na żel, nosi designerskie okulary słoneczne. — Lubię ludzi, kocham im pomagać, myślę poważnie o tym, by po ukończeniu szkoły zostać pastorem, bo będąc nim, będę mógł nieustannie pomagać innym — tłumaczy. — Jestem jedynym chrześcijaninem w mojej rodzinie. Któregoś dnia postanowiłem bliżej zainteresować się ideami chrześcijaństwa i wtedy olśniło mnie. „To jest droga, którą chcę iść”, powiedziałem.

Pytam Marcusa, czy trudno być chrześcijaninem w jego kraju. — Ani trudno, ani łatwo – odpowiada. — To zależy od ludzi.

Do rozmowy dołącza się Yvonne — eteryczna, błękitnooka blondynka, w Taizé jest trzeci raz. — Jedni cię akceptują, drudzy się śmieją. Człowiek potrzebuje pomocy Boga, nikt nie jest na tyle silny, by radzić sobie z przeciwnościami losu. Niektórzy z naszych znajomych przyjeżdżają tu, kiedy stają przed ważnymi decyzjami. Np. gdy zastanawiają się nad wyborem kierunku studiów, modlą się o światło Ducha Świętego. Wiem, że dostają to światło. Ja akurat wiem, co będę robić w przyszłości. Po szkole chcę pojechać do Stanów Zjednoczonych jako au–pair, a później studiować na kierunku związanym z kulturą.

Na niskich ławkach ustawionych wzdłuż głównej arterii Taizé spotykam kolejną grupę nastoletnich Szwedów.

 — Tak się składa, że akurat nikt z nas nie wierzy w Boga — mówi w imieniu przyjaciół Victor z Gävle. — Przyjechaliśmy tu, by spotkać ludzi z innych krajów, zobaczyć kawałek Francji, odpocząć. Owszem, chodzimy na modlitwy do kościoła, ale traktujemy je raczej jako rodzaj medytacji, które zawsze pozytywnie wpływają na człowieka. Słyszałem, że w Polsce 90% społeczeństwa wierzy w istnienie Boga. To bardzo zaskakujące. Jak to możliwe, że tyle milionów ludzi przyznaje się do tego? Skąd wiecie, że Bóg istnieje? Widzieliście Go? Odpowiedział na wasze modlitwy? Ty też wierzysz w Boga? — pyta. Potwierdzam. Wszyscy wybuchają śmiechem. — To jakiś absurd! — mówi Victor. — Słyszałaś kiedyś Jego głos? Jak brzmi?

Odpowiadam, że nie słyszałam, ale że Bóg odpowiada mi często przez fakty. Johan spogląda na mnie podejrzliwie. — Mnie nigdy nie odpowiedział, nawet przez fakty — stwierdza poważnie. — Prosiłeś Go o coś? — pytam. — Nie — przyznaje. — Spróbuj — sugeruję. Do rozmowy włącza się Jonna. — Nie wykluczam, że Bóg odpowiada czasem komuś na jego modlitwy, ale nie umiem też powiedzieć, że w Niego wierzę — twierdzi. — Sądzę, że istnieje we wszechświecie jakaś siła wyższa, ale czy to jest akurat Bóg? Zmieniam temat, pytam, co sądzą o braciach z Taizé. Ich twarze od razu pogodnieją. — Są świetni! Dowcipni, pomysłowi, mądrzy, nie nudzą! — wyliczają jeden przez drugiego. — Umieją kochać ludzi — podkreśla Michele — i potrafią zachęcać do tego innych. Kochać innych jest łatwo, gdy oni kochają też ciebie, ale gdy cię niszczą, to jest po prostu niemożliwe. A braciom całkiem nieźle wychodzi nawet to drugie — podkreśla. — Bracia wyglądają na szczęśliwych i spełnionych — wtrąca Jonna. — Widać, że są na swoim miejscu w życiu.

Pytam, czy wierzą w powołanie. — Zadajesz bardzo trudne pytania — śmieje się Michele i dodaje, że aby wierzyć w powołanie, trzeba wierzyć najpierw w Boga. Na pytanie, czy przyjadą tu znów, pada jednogłośne: tak. Loulou Nyman ma złocistobrązowe włosy i żywy, pogodny sposób bycia, jest liderką w grupie Larsa Nilssona. Studiuje teologię, chce zostać pastorem. — Dlaczego oni się tak boją przyznać, że wierzą w Boga? — dziwi się. — Szwedzi oficjalnie są niewierzący, ale gdy przycisną ich trudności, po kryjomu biegną do kościołów i zapalają świeczki — twierdzi. — O czym to świadczy? Że wiara tli się głęboko w ich sercach.

Pozytywna epidemia
Aleksandra Polewska

urodzona w 1974 r. – absolwentka Wydziału Prawa i podyplomowych Studiów Dziennikarskich UAM, pasją jej życia jest dziennikarstwo....