Dwie Ukrainy

Dwie Ukrainy to nie dwa obszary geograficzne. To dwie różne mentalności, dwa sposoby myślenia, zachowania, dwie wizje narodu.

Jarosław Kawiec OP: Podczas pielgrzymki na Ukrainę w 2001 roku Jan Paweł II kilkakrotnie mówił o poszanowaniu godności ludzkiej jako podstawie w budowaniu współczesnego, tolerancyjnego, otwartego i solidarnego społeczeństwa. Jak Pan postrzega stan współczesnego społeczeństwa ukraińskiego?

Mykoła Riabczuk: Apel Papieża ma znaczenie ogólnoludzkie, ale w państwach postkomunistycznych i posttotalitarnych jest szczególnie aktualny. Tutejsze społeczeństwo przez ponad 70 lat wyznawało tak zwaną moralność komunistyczną. Posługiwała się ona niby tymi samymi wartościami, co moralność chrześcijańska, lecz tak naprawdę je fałszowała. Zasady moralne istniały w sowieckim państwie tylko dlatego, że były przydatne panującej ideologii i reżimowi. To nie była moralność ludzka, tylko specyficznie komunistyczna, była raczej antymoralnością. Państwa postkomunistyczne jeszcze do końca nie przezwyciężyły tego bardzo trudnego dziedzictwa.

Postradziecka schizofrenia

Na Ukrainie ukształtował się specyficzny typ człowieka, który możemy określić mianem homo sovieticus. Tacy ludzie w dużej mierze komplikują wszystkie obecne przemiany. Ukraina już od kilkunastu lat znajduje się na swoistym rozdrożu: między Wschodem i Zachodem, między przyszłością i przeszłością, między Rosją i Europą. Ukraina pozostaje nieokreślona w dużej mierze właśnie dlatego, że nieokreślona pozostaje każda jednostka. Napisałem o tym książkę Dwie Ukrainy. Dwie Ukrainy to nie dwa obszary geograficzne. To dwie różne mentalności, dwa sposoby myślenia, zachowania, dwie wizje narodu. Pierwszy to projekt Ukrainy środkowoeuropejskiej, która podąża drogą krajów bałtyckich i Europy Środkowowschodniej; drugi jest projektem Ukrainy euroazjatyckiej realizującej sowiecki model państwa, podobny do rosyjskiego czy białoruskiego. Walka między obydwiema jeszcze się nie skończyła. Nie toczy się ona między wschodnią a zachodnią częścią Ukrainy, jak to piszą niektórzy zagraniczni dziennikarze, lecz tak naprawdę jest to walka, która dokonuje się we wnętrzu każdego człowieka. Każdy człowiek nosi w sobie pozostałości sowieckiej ideologii. Każdy musi więc wygnać z siebie niewolnika.

W czym przejawia się ten podział na „dwie Ukrainy”?

Homo sovieticus nie jest w stanie podjąć inicjatywy, która jest tak bardzo potrzebna w okresie transformacji. Taki człowiek jest niezdolny do odpowiedzialności i życia w wolności, dlatego że wolność to również odpowiedzialność. Usiłuje zachować status quo, nic nie chce zmieniać. Nie myśli o tym, że można żyć lepiej, zgadza się na bylejakość. Przyzwyczaił się do ciągłego pogarszania się warunków życia, ograniczenia przestrzeni wolności, dlatego jest gotów zaakceptować każdą niesprawiedliwość, każde obniżenie poziomu swojego życia — jak to kiedyś mówiono pół żartem, pół serio w Związku Radzieckim — „żeby tylko nie było wojny”. Taki dualizm przejawia się wszędzie. Ambiwalentny człowiek chciałby żyć tak, jak na Zachodzie, jednocześnie niczego nie zmieniając w swoim życiu. Pragnie, aby Ukraina była niepodległa, ale jednocześnie chce sojuszu z Rosją i Białorusią. Zależy mu na integracji Ukrainy z Unią Europejską przy jednoczesnym Sojuszu Euroazjatyckim z Rosją.

Bardzo często homo sovieticus odpowiada na pytanie w zależności od tego, jak jest ono sformułowane. Jeżeli spytać takie osoby o ich stosunek do NATO, to zazwyczaj odpowiadają: „Nie lubimy NATO, dlatego że to jest agresywny imperialistyczny blok militarny”. Tak ich uczono w Związku Radzieckim. Natomiast jeżeli zapytać o stosunek do Północnoatlantyckiego Sojuszu Obronnego, to oni po zastanowieniu się powiedzą: „No tak, nie jest to takie złe, okej, nie mamy nic przeciwko Północnoatlantyckiemu Sojuszowi Obronnemu”. Nie zastanawiają się wcale nad tym, że oba pytania dotyczyły tego samego. Jest to jeden z przykładów owej ambiwalencji, którą „The Economist” trafnie nazwa „postradziecką schizofrenią”.

Społeczna ambiwalencja to psychologiczna reakcja człowieka na gwałtowną zmianę warunków zewnętrznych. Takie zjawisko, ogólnie rzecz biorąc, jest prawidłowe i nieuniknione, lecz jego ukraińska specyfika polega na tym, że elita postkomunistyczna nauczyła się wykorzystywać je do realizowania własnych interesów. Nauczyła się je konserwować i tak manipulować świadomością społeczeństwa, by utrzymywać władzę.

W książce „Od Małorosji do Ukrainy” powołuje się Pan na badania socjologiczne, z których wynika, że tylko 1/3 mieszkańców Ukrainy ma wyraźną świadomość narodową i utożsamia się z narodem ukraińskim. Reszta społeczności to ani „Rosjanie”, ani „Ukraińcy”, tylko „tutejsi”, „miejscowi”. Jakie płyną z tego wnioski?

Chciałbym uściślić, że nie ma aż tak radykalnego podziału. Kiedy mówimy o dwóch Ukrainach, to wskazujemy na dwa bieguny, które w czystej postaci nie istnieją. Ukraińska mentalność zawiera spektrum różnych sposobów myślenia. Istnieje grupa nowoczesnych ukraińskich „nacjonalistów”, z wyraźną świadomością narodową, która w dużej mierze jest europejska, lecz niekoniecznie ukraińskojęzyczna. Według badań socjologicznych grupa ta obejmuje od jednej czwartej do jednej trzeciej mieszkańców kraju. Tacy ludzie stanowią podstawę elektoratu ukraińskich partii narodowo–demokratycznych, w szczególności partii Nasza Ukraina (partia byłego premiera Wiktora Juszczenki, obecnie jednego z poważniejszych kandydatów na prezydenta Ukrainy — przyp. tłum.). Warto zaznaczyć, że mówienie po ukraińsku nie jest jedyną istotną cechą decydującą o tożsamości narodowej. Można nie mówić po ukraińsku, a być ukraińskim patriotą i świadomym Ukraińcem. I odwrotnie, ktoś może mówić po ukraińsku, lecz odnosić się nieprzychylnie do języka ukraińskiego.

Z drugiej strony są ludzie, których określiliśmy mianem homo sovieticus. Stanowią oni od jednej czwartej do jednej trzeciej mieszkańców Ukrainy. W swoich wyborach politycznych przeważnie popierają komunistów, nawet nie z miłości do nich, ale z sympatii do „sowieckości”. Między tymi dwiema grupami istnieje jeszcze jedna — to ci nieokreśleni, niestali, ambiwalentni. Właśnie o tych ludzi toczy się walka na Ukrainie, ponieważ rządzący nie mają większego wpływu ani na świadomych narodowo Ukraińców, ani na „lewą” część ludności, tylko na tę ogromną masę pośrodku, która jest całkowicie zdezorientowana i poddaje się wszelkiego rodzaju manipulacjom. Stąd obecnej władzy zależy na utrzymaniu tej grupy ludności i podporządkowaniu jej sobie.

Chrześcijaństwo otwarte ku dialogowi

Jaka jest rola Kościoła w wychowywaniu ludzi do demokracji, do budowy dojrzałego społeczeństwa obywatelskiego?

Przezwyciężyć dziedzictwo posttotalitarne jest rzeczywiście bardzo trudno. Muszą nad tym pracować: państwo, społeczeństwo obywatelskie i Kościół. Niestety, obecna władza niszczy społeczeństwo demokratyczne, dlatego w tym kontekście rola Kościoła może okazać się znacząca. Wnosi on wartości konieczne do kształtowania społeczeństwa obywatelskiego. Przede wszystkim poczucie solidarności, którego brakuje na Ukrainie. Ludzie nikomu nie ufają, wszystkie instytucje traktują podejrzliwie. Sondaże opinii publicznej pokazują, że największym zaufaniem w tym społeczeństwie cieszy się Kościół. Ogromnie jednak szkoda, że jest bardzo mocno podzielony. Zjawisko to ma tylko jeden aspekt pozytywny: władzy nie jest łatwo wykorzystać Kościół do realizacji własnych celów politycznych.

Podczas wizyty na Ukrainie Papież mówił o „duchowej samoświadomości” Ukrainy, wskazując na początki Rusi Kijowskiej jako na miejsce, skąd rozszerzało się chrześcijaństwo. Przywołał również postać metropolity Piotra Mohyły i jego wkład w rozwój nauki oraz kultury humanistycznej. Czym jest dla Pana owa duchowość?

Ukraina wciąż jeszcze do końca nie ustaliła swojej duchowej, politycznej ani jakiejkolwiek innej tożsamości. Jednocześnie nie chciałbym absolutyzować wartości Rusi Kijowskiej. Dzisiaj jest to bardzo modny temat i wielu ukraińskich patriotów robi to w dobrej wierze. Gdy zaczynają gloryfikować ustrój Rusi Kijowskiej, dochodzą do tego, że obwołują ją poprzedniczką nowoczesnej demokracji. Może zabrzmi to trochę bezczelnie, ale uważam, że książę Włodzimierz dokonał nie najlepszego wyboru, przejmując chrześcijaństwo z Bizancjum, a nie z Rzymu. Wolałbym, aby nasze państwo przynależało do obrządku łacińskiego. Oczywiście, kiedy w X wieku książę Włodzimierz przejął chrześcijaństwo z Bizancjum, to właśnie tam było centrum cywilizacji o wiele bardziej okazałej, bogatej i rozwiniętej niż Rzym. Możliwie, że ten wybór wówczas był słuszny. W każdym razie historycznie jest to w jakiejś mierze dla nas fatalne, dlatego że spuścizna bizantyjska, zwłaszcza jej moskiewski wariant, przyjęła kształt cezaropapizmu.

Na Wschodzie ominęło nas to, co stało się na Zachodzie, mianowicie rozdzielenie władzy od Kościoła, dlatego też utrudnione jest kształtowanie społeczeństwa demokratycznego. Ukraina na szczęście została na pograniczu. Nigdy nie była całkowicie w strefie ani bizantyjskiego, ani moskiewskiego wpływu. Zawsze miała bezpośrednie kontakty z katolicką Europą, czyli z Europą Zachodnią, przede wszystkim z Polską. Sytuacja dialogu sprzyjała ubogaceniu kultury. Formalnie Ukraina była prawosławna przez wiele stuleci. Specjaliści twierdzą, że prawosławie ukraińskie różni się istotnie od rosyjskiego. Nigdy nie było tak ortodoksyjne, konserwatywne, lecz zawsze otwarte na dialog. Wydaje się, że Papież, który powołał się na doświadczenie Piotra Mohyły czy Hryhoryja Skoworody, bardzo dobrze zna i rozumie ukraiński charakter drogi do chrześcijaństwa. Polega ona właśnie na stałych kontaktach ze światem katolickim. Ukraińcy, zwłaszcza Piotr Mohyła, bardzo ostro spierali się z katolikami, lecz jednocześnie przejmowali katolicki model oświaty, studiowali przedmioty, które się studiuje na zachodnich uniwersytetach. Uczono się choćby łaciny, której nigdy nie studiowano w Moskwie. Sądzę, że było to chrześcijaństwo otwarte na dialog, i można tylko żałować, że doszło do pewnych historycznych nieporozumień i niemądrych kroków z obu stron. Aczkolwiek mamy dzisiaj pewien ciekawy produkt tych procesów, mianowicie Kościół greckokatolicki, który jest niezwykle interesującym i obiecującym zjawiskiem ekumenicznym, próbą połączenia dwóch różnych odłamów chrześcijaństwa.

Stara władza

Jednym z najbardziej palących problemów współczesnej Ukrainy jest słabość rządzących elit. Słabość to dość łagodne słowo. Niektórzy — jak Wiktor Juszczenko w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” — mówią o ogromnej korupcji wśród sprawujących władzę, braku wolności słowa, istnieniu cenzury, monopolu kilku klanów na środki masowego przekazu, czarnorynkowych operacjach gospodarczych. Jaką diagnozę postawiłby Pan dzisiejszej sytuacji politycznej na Ukrainie?

Zgadzam się całkowicie z tym, co mówi Wiktor Juszczenko, lecz nie nazywałbym tych elit słabymi. One są bardzo silne, gdy chodzi o własne interesy. Dość dobrze nauczyły się manipulować społeczeństwem i wykorzystywać aparat przemocy odziedziczony po Związku Radzieckim. Ci ludzie stworzyli także dosyć skutecznie działające państwo, opierając się na szantażu. Ten sofistyczny system polega na tym, że państwo, czyli jego stara nomenklatura, przekształciła się w oligarchię. Stworzyła pewien rodzaj symbiozy ze światem przestępczym. Ma swojego prezydenta i utrzymuje władzę za pomocą starego aparatu wyszukiwania informacji o wszystkich obywatelach zaangażowanych w politykę lub gospodarkę.

Jestem przekonany, że główny problem elit politycznych na Ukrainie polega na tym, że nie są one narodowościowe, lecz terytorialne. Ukraina w Związku Radzieckim była wyłącznie pewnym regionem. Miała swoje quasi–państwowe instytucje: quasi–rząd, quasi–parlament, quasi–partię komunistyczną. Narodowość w Związku Radzieckim nie była istotna, zwłaszcza gdy chodziło o narody wschodniosłowiańskie. Istotna była językowo–kulturowa orientacja, a nie narodowa czy etniczna przynależność, często formalna. Te elity, które tu były przeważnie niby–ukraińskiej narodowości, tak naprawdę były sowieckie w tym sensie, że ludzie ci korzystali z języka rosyjskiego i kultury rosyjskiej. Wszyscy, którzy mieli stanowiska w administracji, przedsiębiorstwach państwowych, którzy byli u władzy, skorzystali z owoców pierestrojki i niepodległości. To były elity, które nie miały wygórowanych sentymentów narodowych. Ci ludzie po prostu pragmatycznie przejęli władzę, która spadła im z nieba.

Owe elity, w większości cyniczne, są pozbawione jakichkolwiek zasad moralnych i niestety, nie mają żadnej wizji przyszłości. Myślą tylko o jednym — jak utrzymać władzę i zgromadzić majątek. Jednocześnie byłoby wielkim uproszczeniem malować je jednym kolorem. Oczywiście są tam różni ludzie i nie wszyscy zostali łajdakami. Wiadomo, że system sprzyjał degradacji moralnej, lecz ta degradacja w końcu miała granice, nie pojawiłby się bowiem wśród elit Chruszczow, który złamał system stalinowski. Nie pojawiłby się Gorbaczow, który przełamał system sowiecki, nie pojawiłby się Krawczuk, który mimo całego swego skorumpowania i wątpliwego zachowania, zwrócił się w stronę niepodległości.

Czy istnieje zatem szansa, aby te elity zaczęły myśleć kategoriami dobra wspólnego?

Nadszedł już czas, aby zmienić reguły gry. Ukraina zbliżyła się do takiego momentu swojej historii, w którym należy uczynić przejrzystą ekonomię i politykę. Kiedy to się stanie, nie wiem, dlatego że toczy się walka między starą i nową elitą. Stara elita jest oczywiście komunistyczno–radziecka, nie chce żadnych zmian, dąży do utrzymania status quo i pasożytowania na tym nieobywatelskim społeczeństwie. Jej przeciwstawiają się już nowe siły, które nie są może aż tak potężne, lecz mają perspektywę, poparcie społeczeństwa i Zachodu.

Ukraina godna uwagi

Czy istnieją wśród Ukraińców stereotypy odnoszące się do Polaków?

Większość mieszkańców wschodniej i centralnej Ukrainy nie widzi istotnej różnicy między Polakami a Słowakami, Czechami czy Węgrami. W publikowanych niedawno badaniach opinii publicznej Polacy są na bardzo wysokim, trzecim miejscu — po Rosjanach i Białorusinach, ale przed Żydami i Amerykanami — pod względem sympatii, którą mieszkańcy Ukrainy darzą obcokrajowców. Ukraińcy w Polsce są wyraźnie bardziej nielubiani. Oczywiście wiedzą oni, że była kiedyś wojna polsko–ukraińska, ale dla większości z nich było to bardzo dawno. Natomiast jeśli chodzi o obecne konflikty, które są ostre, budzą nieprzyjaźń i podsycają stereotypy w polskiej świadomości, to wydarzenia te są prawie nieznane większej części Ukrainy. Chodzi tu między innymi o wojnę o Lwów, wydarzenia wołyńskie. Natomiast na zachodzie Ukrainy problemy te są obecne w podobnej skali, co w Polsce, dlatego też i w tym wymiarze możemy mówić o dwóch różnych Ukrainach i dwóch różnych pamięciach. Na zachodzie Ukrainy tego typu stereotypy są naprawdę ostre i negatywne. Stopień ich intensywności zależy w dużej mierze, podobnie jak w Polsce, od edukacji. Im bardziej wykształceni ludzie, tym mniej podatni są na stereotypowe myślenie. Wiek także nie jest bez znaczenia — młodsi mniej ulegają tej stereotypowej pamięci.

Jakie są sposoby rozwiązywania tego typu napięć wynikających z trudnych wydarzeń naszej wspólnej historii?

W przeciwieństwie do Polski na Ukrainie do tej pory nikt się tym nie zajmował. Przez długie lata nie było prawdziwej historii, a archiwa do dziś są zamknięte. Historycy dopiero zaczynają badać te trudne karty wspólnej polsko–ukraińskiej historii. Jeżeli chodzi o kwestię wołyńską, to zgadzam się z tym, co powiedział Grzegorz Motyka. Otóż z jednej strony mamy winę polską wynikającą z przedwojennej polskiej polityki, która była błędna i opierała się na kolonizacji tych terenów, ignorowaniu kwestii ukraińskiej, poniżaniu Ukraińców. Jednocześnie wina ukraińska polegała na poddaniu się wpływom nacjonalizmu integralnego. Reakcja Ukraińców na kolonizację polską nie była adekwatna, a w pewnych wypadkach po prostu zbrodnicza. Żadna kolonizacja, żaden ucisk nie usprawiedliwiają mordowania niewinnych kobiet i dzieci. Oczywiście jako Ukrainiec mogę mówić o winie ukraińskiej. Ukraińcy powinni przeprosić za zabójstwo cywilnej ludności polskiej na Wołyniu — niezależnie od tego, czy Polacy zechcą przeprosić za podobne działania przeciwko Ukraińcom.

Jakie jest miejsce Ukrainy w Europie, zwłaszcza teraz, kiedy zbliżają się do niej granice Unii Europejskiej?

Zbliżenie Unii Europejskiej do granic Ukrainy wielu ukraińskich prozachodnich intelektualistów odebrało w kategoriach apokaliptycznych. Jednak z drugiej strony dla większości społeczeństwa jest to wydarzenie marginalne. Ludzie żyją w innym świecie, innymi problemami. Trzeba pamiętać, że mimo otwartych granic tylko 15% Ukraińców przekraczało kiedykolwiek zachodnią granicę państwa. To bardzo mało. Dla większości ludzi Zachód pozostaje niezrozumiały, nieznany i bardzo często wyobrażenia o nim są stereotypowe. Jednak dla tych, którzy tam byli, oraz dla tych, którzy są zainteresowani zbliżeniem Ukrainy z zachodnim światem, niewątpliwie przeniesienie granicy Unii nad Bug jest wydarzeniem dość dramatycznym. W wielu Ukraińcach perspektywa zamkniętych granic i surowych wiz budzi spore obawy.

Nie dramatyzuję owego przeniesienia granic Unii Europejskiej na granice Ukrainy, a nawet nie dramatyzuję pewnego ich zamknięcia. Niewątpliwie wizy pojawią się i będą to wizy schengeńskie (Traktat z Schengen podpisany w 1985 roku mówi o zniesieniu kontroli na granicach, jednolitej polityce wizowej i azylowej — przyp. tłum.). Jest to niezbyt przyjemne, ale uważam, że ma to też swoje pozytywne strony. Ukraińcy będą dostawać wizy i jeździć po całej Europie. Przystąpienie Polski, Węgier oraz innych państw do Unii Europejskiej stopniowo — bo oczywiście nie od razu — będzie sprzyjać podniesieniu poziomu życia w tych krajach. Dla Ukraińców będzie to dobry przykład. Poza tym uważam, że szczególnie ważne jest członkostwo w Unii właśnie Polski, która jest bodajże jedynym krajem Europy mającym przemyślaną politykę ukraińską. W każdym razie lepiej niż ktokolwiek inny w Europie rozumie, że Ukraina jest krajem szczególnym i godnym uwagi.

przeł. Piotr Balog OP

Dwie Ukrainy
Mykoła Riabczuk

urodzony 27 września 1953 r. w Łucku, Ukraina – Mykoła Jurijowycz Riabczuk, ukr. Микола Юрійович Рябчук, ukraiński krytyk literacki, eseista i publicysta, poeta, tłumacz, członek redakcji wpływowego, opiniotwórczego miesięcznika „Krytyka”....

Dwie Ukrainy
Jarosław Krawiec OP

urodzony w 1978 r. – dominikanin, duszpasterz grupy Charytatywni Freta, wieloletni dyrektor Sekretariatu Misyjnego, od września 2020 r. wikariusz Wikariatu Ukrainy....