O wyższości postu nad karnawałem

O wyższości postu nad karnawałem

„Wszystko ma swój czas. Jest czas płaczu i czas śmiechu, czas zawodzenia i czas pląsów” – powiada mądry Kohelet. Można by dodać: jest czas karnawału i czas wielkiego postu. Przyznam, że nigdy mnie nie pociągały karnawałowe festyny z przebierańcami. Za to wielkopostna atmosfera z Gorzkimi żalami i Drogą krzyżową zawsze mnie fascynowała. Nie dlatego, żebym przedkładał smutek nad radość, ale dlatego, że niejednokrotnie czas powagi kryje w sobie więcej szczęścia niż fircykowate podskakiwanie. Z tego powodu bardziej żal mi zmarnowanego wielkiego postu niż zmarnowanego karnawału. Jednak najbardziej żal mi tego, że coraz trudniej bronić się przed miazgą popkultury, która każdy czas wchłania w swą zawsze taką samą bylejakość. W każdym wszak czasie supermarkety przekonują, że to, czego ponoć najbardziej mi potrzeba, mogę kupić po promocyjnej cenie. Różnica jest jedynie ta, że owa promocyjna cena dynda na choince albo na pisance.

Od kilku lat coraz bardziej zastanawia mnie niezwykła kariera środy popielcowej. Jest to dzień pracy i nie ma tego dnia obowiązku bycia na mszy świętej, a mimo to ludzie nadzwyczaj tłumnie odwiedzają kościoły, by z powagą dać sobie posypać głowy popiołem i usłyszeć słowa: „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”. Przyznam, że ryt posypania popiołem przejmuje mnie metafizycznym dreszczem, szczególnie gdy posypuję popiołem głowę dziecka. I nie chodzi tutaj wcale o fascynowanie się śmiercią, ale o cud życia, którego naturalnym elementem jest śmierć. Albo inaczej: chodzi o życie jako sztukę przeżywania umierania. Ostatnim aktem tej sztuki nie jest jednak grób, ale nadzieja zmartwychwstania.

Większość ludzkich nieszczęść i grzechów jest owocem ucieczek od nieuchronnego umierania. Neurotyczna pogoń za seksem, władzą i pieniędzmi to wynik odurzania lęku przed śmiercią. Kolejny partner w łóżku, poczucie, że jednym podpisem mogę komuś zrobić dobrze lub źle, radowanie się wyciągami z kont bankowych – to wszystko służy potwierdzaniu własnego życia i oszukiwaniu umierania. Nie ma nic bardziej żałosnego niż bogaty i skąpy starzec, który ugania się za młodymi panienkami. Piękny natomiast jest widok sytego lat człowieka, który pogodnie, ale i z powagą, przygotowuje się do własnej śmierci, czyli do spotkania z Bogiem po drugiej stronie życia.

Pokusom tego świata Kościół przeciwstawia jałmużnę, post i modlitwę. Moc i sens tych trzech praktyk najlepiej widać w ich połączeniu. Pamiętam mojego przyjaciela w Rzymie, który w każdy piątek wielkiego postu podczas przerwy w pracy przychodził do mnie do Kolegium Bellarmino. Zamiast iść z kolegami z banku na obiad, przez trzy kwadranse modlił się w zakonnej kaplicy, a zaoszczędzone na posiłku pieniądze wrzucał do puszki na biednych. Ten splot postu, modlitwy i jałmużny pozwalał mu inaczej, głębiej spojrzeć na różne sprawy w nim i wokół niego.

Smutne, że wielu szeregowych katolików męczy się z przykazaniami kościelnymi dotyczącymi postu, bo nie rozumie, jaki jest sens zamiany kotleta mielonego na dorsza, oprócz tej, że dorsz ponoć zdrowszy.

W sprawie jałmużny podoba mi się myśl, którą znalazłem u Cezarego z Arles, że jedną z form jałmużny jest przebaczenie. „Starajmy się wypełnić dwa rodzaje jałmużny – mówi Cezary – czyli nie tylko chleb rozdajmy głodnym, ale obrażającym nas dawajmy szybko przebaczenie”. Dodaje przy tym, że urazy chowane w sercu mogą stworzyć taki ciężar, iż następuje „zatopienie duszy”, a człowiek z zatopioną duszą to bardzo smutny widok. Wielki post jest zatem okazją, byśmy nauczyli się trwać wśród wielkich i małych fal dotykających nas niesprawiedliwości, nie dając się im pochłonąć. Krzywda pozostaje krzywdą, ale noszenie w sobie poczucia krzywdy i odrzucenie możliwości przebaczenia sprawia, że krzywda boli i niszczy ze zdwojoną siłą.

Pozostaje jeszcze sprawa wyrzeczenia wielkopostnego. Kiedy byłem mały, w wielkim poście odmawiałem sobie wszelakich słodyczy, odkładając je na kupkę w oczekiwaniu czasu wielkanocnego. Ach! Jakże potem te słodycze smakowały. Już wtedy zrozumiałem, że prawdziwa przyjemność idzie w parze z ascezą.

O wyższości postu nad karnawałem
Dariusz Kowalczyk SJ

urodzony w 1963 r. – jezuita, profesor teologii, wykładowca teologii dogmatycznej, profesor Wydziału Teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie. W latach 2003-2009 prowincjał Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego....