Nie zachwieję się na wieki

Nie zachwieję się na wieki

Księga Tobiasza jest opowieścią o zmianach, które dokonują się w życiu, gdy Bóg staje się w nim żywy. To historia o starości, samotności, umieraniu, ale również o nadziei i miłości.

Obraz twój, niepewny i męczący
W gęstej mgle umykał dotykowi
„Boże!”— powiedziałem, lecz niechcący
Nie myślałem wcale, że to powiem.

Osip Mandelsztam
Obraz twój, niepewny i męczący

Miłość zmienia nasze życie, pełne osamotnienia, cierpienia, zobojętnienia, w satysfakcjonujące poznawanie piękna świata. Wiara jest drogą do prawdy, do samego siebie, do szczęścia, do miłości. Daje nam wolność, wyprowadzając z różnych niewoli — dla mnie były to narkotyki. Księga Tobiasza jest pochwałą życia na przekór trudnościom, życia pełnego nadziei i Boga.

 Tobiasz jest człowiekiem wiernym Bogu i nakazom wiary. Może więc dziwić los, który staje się jego udziałem. Tobiasz traci wzrok. Dlaczego? Żyje przecież w bojaźni Bożej, nie grzeszy, przestrzega reguł prawa. Ślepota powoduje zgorzknienie i nieufność. Skupiając się na swoim nieszczęściu, Tobiasz zaczyna myśleć tylko o sobie i staje się ciężarem dla innych. Utrzymuje go rodzina, jednak nie usłyszy od niego słów podziękowania, a jedynie zrzędzenie i narzekania. W chwili, gdy żona za ciężką pracę dostaje podarunek, on podejrzewa ją o kradzież. Mimo zapewnień o uczciwości nie potrafi uwierzyć: „Ja nie wierzyłem jej (…) i wstydziłem się z tego powodu za nią”. Tobiasz nie widzi „światła Bożego”, nie widzi perspektyw. Nie potrafi odnaleźć Boga w codzienności, zatraca świadomość dobra i piękna świata. Obojętny na drugiego, nie odnajduje sensu istnienia. Żyjąc przeszłością, karmi się urazami. Tobiasz wątpi!

W ciemnej izbie

Na obrazie Rembrandta Tobiasz i Anna z koźlęciem widzimy dwoje starych ludzi w ciemnej izbie. Z lewej strony pomieszczenia uchylone okno, przez które wpada blade, rozproszone światło. Wydobywa ono zarys pustego pokoju, szarość i monotonię wokół pary staruszków. Na środku pomieszczenia gasnący ogień. Przy nim kobieta, cała w czerni, zgarbiona i cicha. Z boku: starzec grzejący się w cieple dogasającego ognia, coś peroruje z podniesioną ręką, może poucza lub pomstuje, wygłasza kazanie lub karci. Wszystko zamarło, zastygło w bezruchu, tylko koza, którą trzyma kobieta, zapiera się, jakby chciała uciec z tego ponurego świata. Głęboki cień pod oknem podkreśla nastrój smutku i beznadziei. Nie wiadomo, czy jakaś siła zamknie uchylone okno i pomieszczenie pogrąży się w mroku, czy może wiatr otworzy je bardziej na świat. Praca utrzymana w tonacji zgaszonych brązów, wywołuje wrażenie ciszy, wyobcowania. Ten maleńki obrazek świetnie oddaje dramat starości, niezrozumienia, wzajemnej obojętności. Dwoje starszych ludzi żyje swoimi wspomnieniami, urazami, swoim umieraniem. Patrząc na te postacie, czuję ciche zrozumienie dla ich nieudanego życia i wybrzmiałego uczucia. Wyczuwam klimat zwątpienia, który towarzyszył Tobiaszowi, gdy myślał o śmierci. Z nastrojem obrazu kojarzy mi się fragment wiersza Mandelsztama zatytułowanego Liśćmi mgliście dyszącymi…:

Cicho walczy w moim sercu,
Konającym, pieszczotliwym,
Zmierzch, co szybciej ożyć pragnie,
Z światem prawie już nieżywym.

Dla Tobiasza życie stało się ciężarem, a rozwiązaniem ucieczka. Jego postawa jest symbolem pobożności z przyzwyczajenia, która nie daje radości. Tobiasz w swojej bezsilności woła do Boga: „śmierć jest lepsza dla mnie niż życie, (…) Panie, rozkaż, niech będę uwolniony od tej niedoli!”.

Mężowie jej pomarli

W tym samym czasie swoją prośbę do Boga zanosi druga bohaterka Księgi Tobiasza, Sara. Jest jedynym dzieckiem w rodzinie. Pochodzi z bogatego rodu, dobrze wychowana, wypieszczona, nie zaznała niedostatku. Otoczona miłością rodziców i zawsze gotową do pomocy służbą. Na skutek doznanych nieszczęść traci wiarę w sens życia. Nie może stworzyć rodziny, a każdy z jej siedmiu mężów umiera zaraz po ślubie, nie dając spełnienia, nazwiska i szczęścia. Powoli zaczyna wypełniać ją zgorzknienie; staje się złośliwa, uszczypliwa, zatruwa życie domowników i służby. Winą za swoje niepowodzenia obarcza cały świat. Skrzywdzona służąca wyrzuca jej w złości: „To ty zabijasz swoich mężów. Oto już za siedmiu byłaś wydana i od żadnego nie otrzymałaś imienia”. Sara się załamuje. Nie znajdując w sobie sił, aby wyjść z matni, myśli o samobójstwie. Nie zrozumie swojego losu. Skąd to fatum, skąd samotność i ból? W modlitwie wyznaje: „Nie splamiłam mojego imienia ani imienia mojego ojca w kraju mojej niewoli”.

Sara przypomina mi moją znajomą, która zdecydowała się rozstać ze swoim chłopakiem, gdy ten po raz kolejny wrócił do brania narkotyków. Wieloletnie próby obronienia miłości i utrzymania związku nie powiodły się. Siedem razy zaczynała od nowa, siedem razy próbowała, siedem razy znajdowała w sobie wiarę i nadzieję, by znowu ponieść porażkę. W końcu zgorzkniała, zdziwaczała, a nie potrafiła zmienić swojej wizji szczęścia. Samotność, którą wybrała, okazała się nie do uniesienia i sama zaczęła brać narkotyki. Chłopak już nie żyje, a ona znowu próbuje; próbuje zacząć wszystko od nowa, bez narkotyków i bez niego.

Zastanawiam się, czego nam brakuje, że mimo religijności, wykształcenia, dostatku, jesteśmy zniechęceni? Dlaczego życie traci sens, smak i powab, stając się udręką, obowiązkiem, karą?

Droga do zagubionej nadziei

„I tej godziny modlitwa obojga została wysłuchana” — Bóg posyła anioła, aby uleczyć obydwoje i nadać sens ich życiu. „Tego dnia Tobiasz przypomniał sobie o pieniądzach, które złożył u Gabaela w Raga (…). (Przecież ja prosiłem o śmierć. Dlaczego nie mam zawołać mego syna i nie powiedzieć mu o tych pieniądzach, zanim umrę?)”. Tobiasz zobaczył rozwiązanie, przejrzał, otworzył się na Boże działanie. To pozwoliło mu dostrzec drugiego człowieka. „Nie odwracaj twarzy od żadnego biedaka, a nie odwróci się od ciebie oblicze Boga”. On dbał o biednych, dlatego Bóg zatroszczył się również o niego, „(…) jałmużna wybawia od śmierci i nie pozwala wejść do ciemności. (…) Jałmużna jest wspaniałym darem dla tych, którzy dają”.

Tobiasz wysyła syna w drogę; w drogę do dorosłości, do własnego szczęścia, do ludzi i Boga. Daje przy tym synowi wiele rad i przestróg: „nie bierz żony obcej”; weź kogoś bliskiego, weź bratnią duszę, kogoś z twojej rodziny. Tobiasz zaczął dzielić się własnym doświadczeniem, wiedzą i życiem. Z kwękającego, niedołężnego starca, który pozostawał na utrzymaniu rodziny, staje się ojcem, nauczycielem, mędrcem. W tej chwili nastawienie Tobiasza do życia ulega zasadniczej zmianie. Moim zdaniem, przywołanie postaci syna noszącego to samo imię, co ojciec, jest symbolem odnalezienia zagubionej nadziei i wiary.

Pieniądze, o których sobie przypomniał, to skarb, którego nie zauważamy, o którym zapominamy, który już dawno stracił dla nas znaczenie. W młodości ufał ludziom, nie obawiał się powierzyć im swojego majątku, swojej przyszłości, teraz nadszedł czas, by podjąć drogę do zaufania, akceptacji rzeczywistości i młodzieńczego optymizmu. To droga wiary, którą należy podążać, aby odnaleźć Boga tu na ziemi, a następnie, idąc z Bogiem, zbawić samego siebie.

To nie wiedza, a wiara pozwala nam zmienić siebie, a gdy to się staje, okazuje się, że świat wygląda inaczej. Przez całe swoje życie chciałem zmieniać ludzi i wszystko wkoło, tylko nie samego siebie, teraz nadzieję na przeobrażenia pokładam w Bogu, a to dla mnie zmiana podstawowa. Moim drogowskazem są słowa Maryi z Ewangelii św. Jana: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”.

I przyszedł anioł

Tobiasz konstatuje: „Jestem człowiekiem pozbawionym wzroku i nie widzę światła nieba, ale siedzę w ciemnościach jak umarli, którzy już nie oglądają światła. Żyjąc, przebywam wśród umarłych, słyszę głosy ludzi, ale żadnego nie widzę”. Podobnie jest w uzależnieniu. Żyję i nie widzę świata, nie widzę ludzi, nie widzę Boga — to wszystko nie ma większego znaczenia. Widzę jedynie moje pragnienie, moje potrzeby i mam wrażenie, że to jedyna prawdziwa rzeczywistość. Wykonuję mechanicznie rutynowe czynności zapewniające dalsze branie narkotyków. I co z tego, że nie biegnę za grzechem. Czy można być niewinnym dzięki bierności?

Zastanawiając się nad swoim losem, wracając pamięcią do czasów, gdy brałem narkotyki, napotykam trudność w określeniu mojej tożsamości. Wówczas nie wiedziałem, kim jestem: czy spokojnym optymistą, jak w momencie ich działania, czy roztrzęsionym wrakiem i umierającym strzępem, gdy mi ich brakowało. Moje działanie było kompulsywne, takie jak zaprogramowało mnie uzależnienie.

Prawda, że żył, jak umarły wśród żywych, dotarła do świadomości Tobiasza podczas rozmowy z aniołem. Do mnie zaś wtedy, gdy zjawił się mój anioł; on jednak okazał się jednocześnie aniołem śmierci.

Tobiasz rozmawia z aniołem, który ma towarzyszyć synowi w wyprawie po skarby z przeszłości: „(…) z jakiej rodziny ty jesteś i z którego pokolenia, powiedz mi to, bracie? (…) Na co ci jest potrzebne pokolenie? (…) Chcę poznać, naprawdę, czyim synem jesteś, bracie, i jakie twoje imię”. Myślę o tym dialogu i staram się odnieść go do siebie. Rysują mi się pytania, które postawiłbym aniołowi. Opowiedz mi swoją historię, powiedz mi, co jest Ci bliskie? Co jest dla Ciebie wartością? Pytań tak wiele, ale chcę Ciebie poznać, zanim powierzę Ci mój skarb, moją przyszłość, siebie. Daj mi szansę, bym był spokojny, to przecież takie ciężkie czasy niewoli, a ja jestem tak gorzko doświadczony. I tylko Ty możesz oswoić mój strach. Dlatego codziennie czytam Biblię i staram się zrozumieć każde Jego słowo.

„A potem zawołał syna swego, i rzekł do niego: Dziecko, przygotuj się do drogi i idź razem z bratem twoim, a Bóg, który jest w niebie, niech was ma w swojej opiece”. To moment inicjacji dorosłego życia powtarzający się w historii Abrahama, Izaaka, Jakuba, Józefa. To zerwanie pępowiny, powierzenie Bogu „źrenicy mojego oka”, mojej jedynej nadziei, mojego jedynego umiłowanego syna. Dla mnie to chwila, w której zdecydowałem się podjąć karkołomną podróż do trzeźwości. Tobiasz decyduje się wysłać w nieznane swojego jedynaka; zaufać Bogu i człowiekowi. Ja zacząłem Go szukać w mrokach nocy, cicho krzycząc: — Proszę Cię, proszę pomóż mi, bo chcę, żebyś zmienił moje życie, gdyż tak dalej żyć nie mogę. Bliżsi są mi zmarli niż ludzie, bo wiele krzywd doznałem, ale jestem gotowy Tobie powierzyć „światło moich oczu”.

W chwili, gdy u Tobiasza pod postacią anioła zjawił się Bóg, okazało się, że Tobiasz jest bogaczem, posiada olbrzymie skarby, z których nie zdawał sobie sprawy. Te bogactwa to rodzina, doświadczenie, ufność, odwaga, nadzieja, wiara, miłość, a przecież jeszcze niedawno prosił o śmierć.

Moja wielka ryba

Żona Tobiasza Anna jest niespokojna: „Po coś ty właściwie wysłał moje dziecko? (…). Co dane nam jest przez Pana do życia, to nam przecież wystarczy”. Takie są nasze odwieczne niepokoje. Dlaczego mamy ryzykować utratę tego, co kochamy? Dlaczego nie możemy żyć tak, jak żyliśmy do tej pory? Po co ta niepewność, po co ten ból? Tobiasz umiał ją tylko zapewnić: „Cicho, nie martw się, siostro, on jest zdrów”. I chociaż sam był zatroskany, umiał się podzielić swoją głęboką wiarą i zaufaniem. Przypomina mi się moje ulubione zapewnienie z Psalmów:

Czemu rozpaczasz, duszo moja,
I czemu drżysz we mnie?
Ufaj Bogu, gdyż jeszcze chwalił go będę:
On jest zbawieniem moim i Bogiem moim!
Dusza moja smuci się we mnie.

Ja tak często potrzebuję takiego zapewnienia. Tobiasz nie potrafił wyjaśnić żonie, dlaczego posłał w świat jedynaka. Wierzył jednak, że każdy musi znaleźć swoją własną drogę do Boga, własną tożsamość, swoich przyjaciół, swoje miejsce. Rozumiał, że kochamy tylko wtedy, gdy szanujemy czyjąś wolność. Może dlatego, żeby każdy z nas mógł złapać swoją, „własną rybę”.

„I poszedł chłopiec, a razem z nim anioł, a także i pies (…). A anioł rzekł chłopcu: »Uchwyć ją i nie puszczaj tej ryby«. (…) I uchwycił chłopiec mocno rybę i wyciągnął ją na ląd. Wtedy powiedział mu znowu anioł: »Rozpłataj tę rybę i wyjmij z niej żółć, serce i wątrobę, i zostaw je przy sobie, a wnętrzności odrzuć! Żółć bowiem, serce i wątroba jej są pożytecznym lekarstwem«”. Może musimy pokonać strach, żeby uchwycić swoją „wielką rybę”, z której zachowamy serce, wątrobę, a której żółć pomoże nam i naszym bliskim zobaczyć piękno tego świata. Żółć symbolizuje trudne doświadczenia wiary, które zdejmą nam bielmo z oczu i pozwalają przejrzeć. Serce i wątroba pomagają zdobyć miłość i odnaleźć sens. Tajemnicza „wielka ryba” jest w stanie wypełnić palącą otchłań naszego niepokoju, aby życie stało się pełne. Myślę, że ta „ryba” to nasza wiara, która jest łaską, ale również naszą decyzją, naszą wolnością i zbawieniem.

Od kilku lat prawie każdego dnia z Biblią w ręku łowię „moją rybę”, chociaż tak dużo we mnie zwątpienia i poczucia przygnębiającej samotności. Może mnie pisany jest ślepy los starego Tobiasza? Los unikania grzechu ze strachu i przyzwyczajenia.

Czekają na syna

„Tymczasem Tobiasz z dnia na dzień liczył, w ile dni zajdzie syn (…) i powróci. A kiedy dni te przeminęły, a syn jego nie wracał, (…) zaczął się martwić. A żona jego Anna rzekła: »Dziecko moje zginęło i już go nie ma między żywymi«. I zaczęła płakać i lamentować”.

Istnieje obraz Rembrandta zatytułowany Tobiasz i Anna czekają na syna, niemalże bliźniaczy z opisywaną przeze mnie wcześniej pracą Tobiasz i Anna z koźlęciem. To samo pomieszczenie, ci sami staruszkowie, to samo okno. Teraz jednak jest to okno, za którym widzimy świetliste niebo, ciepłą, igrającą słońcem zieleń i zarysy miasta. Obraz ten jest bardziej dramatyczny, a kontrasty podkreślają tragizm. Ciepłe brązy zamieniły się w głębokie czernie odmalowujące grozę i niepewność. Złowrogie ciemności ogarnęły samotną, siedzącą nad resztkami żarzącego się ogniska postać starca. Światło zatrzymało się na zewnątrz. Postacie Tobiasza i Anny oddalone od siebie, skulone i ciche, zamknięte; Tobiasz w sobie, Anna w pracy. Tylko Annę siedzącą i przędącą w pobliżu okna oświetlają promienie słońca. Jaśnieje biel nakrycia jej głowy na tle ciemnej plamy sukni. Sylwetka Tobiasza ledwie odcina się od pięknej, oranżowochropowatej faktury muru, stając się niemal jego najciemniejszą częścią. Oboje nie widzą piękna i kolorów świata za oknem, zamknięci w mrocznym dramacie niepewności domu. Strach nie pozwala im tam spojrzeć, nie pozwala skonfrontować się z rzeczywistością, nie pozwala być razem, zamarli w oczekiwaniu, a złowieszcza czerń wypełniła przestrzeń. Teraz musi się coś wydarzyć, gdyż tak dalej być nie może, bo czerń jest zbyt czarna, pustka zbyt pusta, a kolor zbyt kolorowy.

Jak skamieniały mężczyzna

Syn podąża swoją drogą. Odnajduje szczęście, korzystając z pomocy „wielkiej ryby” i „anielskiej” przyjaźni. Mając wiarę i przyjaźń, znajdujemy miłość. Poznajemy siebie, identyfikując się z tym, co w nas najlepsze, najpiękniejsze, wieczne. Zaczynamy myśleć o innych i w ich szczęściu widzimy siebie. Teraz możemy już wrócić do naszych rodziców, do korzeni, gdyż mamy tożsamość i miłość. W tej drodze nie brakuje miejsca i wdzięczności dla tych, którzy nas zrodzili. Zaczynamy rozumieć innych i budujemy na nowych zasadach relacje z otaczającym nas światem, odnajdując w nich działanie Boga.

Daleki jeszcze jestem od uzdrowienia relacji z moimi rodzicami, a mój „oślepły” ojciec takiż umarł. Jak więc znaleźć miłość, gdy nie złowiłem jeszcze „wielkiej ryby”? Tłucze mi się w głowie urywek z wiersza Mandelsztama, zatytułowanego Muszla:

Może ci jestem niepotrzebny
Nocy z chaosu powszechnego,
Jak muszla, w której nie ma perły,
Ciśnięty, leżę na twym brzegu.

Tak często w mojej samotności miewam nastroje nostalgii, wyobcowania, które dobrze ilustruje obraz Matisse’a Rozmowa. Przedstawia on dwie postaci: z lewej — stojący nieruchomo mężczyzna, z prawej — siedząca kobieta. Między nimi okno z widokiem ogrodu lub parku z zielenią i kwiatami. On z rękoma w kieszeniach piżamy przypomina kamienną kolumnę dorycką. Strój zdobią białe paski, nadając postaci monumentalny charakter. Wygląda jak skamieniały, zamknięty w sobie, obojętny, chociaż z twarzą zwróconą w kierunku pięknej kobiety. Wydaje się, że towarzyszy mu cichy smutek, rezygnacja, bezradność.

Po przeciwnej stronie okna ona. Ma na sobie czarny, aksamitny szlafrok. Siedzi wyprostowana i sztywna, a jej ciemne, długie włosy swobodnie spływają na ramiona. Grube, czarne brwi, ciemna oprawa oczu nadają jej siły, wyniosłości i pewności siebie. Lekko odchylając do tyłu głowę, spogląda prosto w twarz mężczyzny. Jest wyzywająca i obojętna.

Między nimi okno, które ich łączy i dzieli. Wygląda jak duży, bajkowy, magiczny obraz malowany odważną świetlistą plamą, wydaje się kolorową tęsknotą, która stanęła między nimi. Oni umieszczeni na płaskim, niebieskoatramentowym tle. Zimny, wściekły błękit pokoju nadaje obrazowi nastrój chłodu i bolesnego niezrozumienia. Kolor i kompozycja mocno i bezpośrednio oddziałują na zmysły. Nie wiadomo, czy to wieczór, czy poranek, czy początek, czy koniec dnia, wydaje się jednak pewne, że to codzienność.

Często w kontakcie z kobietami czuję się tak, jak ten mężczyzna. Stoję jak zamurowany, bezradny, zagubiony. Nie potrafię znaleźć radości w piciu herbaty, w kontaktach z ludźmi. Nie cieszą ciche modlitwy, długie, samotne spacery, odgłos uderzeń deszczu o blaszany parapet za moim oknem. Właśnie w takich chwilach warto sięgnąć po Księgę Tobiasza, która daje nadzieję i rozbrzmiewa optymizmem.

Światło oczu moich

Obraz Rembrandta zatytułowany Tobiasz uzdrawia oślepłego ojca oddaje scenę radości, która tchnie z biblijnej opowieści. Praca przedstawia znaną już nam izbę i okno, przez które sączy się delikatne światło, jednak wydaje się, że w izbie jest go teraz znacznie więcej. Pomieszczenie staje się lepiej widoczne — rozróżniamy wiele przedmiotów — a niewielki pokój wypełnia się ludźmi. Tworzą grupę wzajemnie potrzebnych sobie osób. Inni pogrążeni w mroku, przyglądają się im z ciekawością. Tobiasz pochylony nad siedzącym ojcem zagląda mu w oko. Matka z miłością trzyma rękę męża, delikatnie gładząc, dodaje mu siły.

Ponad nimi anioł w bieli, z rozpostartymi jakby do lotu skrzydłami, które w świetle delikatnie lśnią migoczącą złocistością. Można odnieść wrażenie, że chce wszystkich nimi otoczyć, osłonić przed złem, zjednoczyć w miłości. Obraz ożył pod wpływem ruchu i napięcia, które pojawiło się w cichej przestrzeni. Niezidentyfikowane światło powołuje do życia nowy świat, świat miłości, wzajemnych powiązań, świat delikatnego dotyku, pieszczoty rąk, ciekawości spojrzenia, niewidzialny świat zrozumienia i współczucia. Jeszcze mamy trudności z ich określeniem i nazwaniem, jednak niewątpliwie zaraz będziemy mogli zobaczyć wszystko na nowo, wszystko inaczej.

Rafał rzekł do Tobiasza, „Wiem, że otworzą mu się oczy”. I gdy próbuję odgadnąć tajemnicę tej sceny, to przychodzi mi na myśl urywek wiersza ks. Twardowskiego zatytułowanego Śpieszmy się:

 
Nie bądź pewny że czas masz bo pewność niepewna
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście
(…)
żeby widzieć naprawdę zamykają oczy
chociaż większym ryzykiem rodzić się niż umrzeć
kochamy wciąż za mało i stale za późno.   

Oni zdążyli. Przytoczę słowa ojca: „Ujrzałem cię dziecko, światło oczu moich”. I tu zaczyna się hymn pochwalny na cześć Boga. Ja nie dałem mojemu ojcu możliwości zobaczenia szczęścia, umarł chory, sparaliżowany, nie odzyskawszy przytomności. Gdy ostatni

raz próbował coś powiedzieć mamie, zdołał tylko z trudem wypowiedzieć: „ratuj Zenka!”. To były jego ostatnie zrozumiałe słowa.

Demon Sary, mój demon

Chciałbym jeszcze wrócić do wątku Sary, zobaczyć, jak potoczyły się jej dalsze losy. Również ją Bóg wysłuchał i pomógł zmienić życie. Zamysł Boga jest prosty: Tobiasz uzdrowi Sarę, żeniąc się z nią. Już w drodze anioł zwraca uwagę Tobiasza na jego przeznaczenie: „Tę noc musimy przepędzić u Raguela. Człowiek ten jest z twojego rodu i ma córkę imieniem Sara. (…) ona należy się tobie i cały majątek jej ojca. (…) Jest to dziewczę rozsądne, mężne i bardzo piękne, a i ojca ma dobrego. (…) Prawnie ci się należy wziąć ją (…), ja chcę tej nocy pomówić z ojcem o córce, abyśmy ją dostali dla ciebie jako narzeczoną”.

To naprawdę dobry anioł i właściwie Tobiaszowi nic nie zostało do zrobienia, wszystko stało się wiadome. Jednak chłopak mocno oponuje: „Słyszałem, że ona była wydana już za siedmiu mężów i że oni zmarli w swych komnatach małżeńskich tej nocy, kiedy zbliżali się do niej. Słyszałem także (…), że zabija ich demon. Teraz to i ja się boję, ponieważ jej samej nie dzieje się krzywda”. Do Tobiasza dotarła plotka, złe słowo, które zniechęca go do podjęcia wyzwania. Tobiasz zastanawia się i wątpi, wątpi i boi się. Jest coś, co nas pcha do ludzi, do przyjaźni, do miłości i jest siła, która nas blokuje, mnoży obawy, trudności. Bywa, że nie jesteśmy w stanie podjąć decyzji, nie znajdujemy w sobie energii, żeby odnaleźć swoje szczęście. Bardzo dobrze ten moment charakteryzuje urywek wiersza Mandelsztama zatytułowany Ach, nienawidzę światła:

Czy, czas zużywszy i drogę,
Powrócę znów pod swój dach?
Tam — pokochać nie mogłem,
Tutaj — kochać mi strach.

Sytuacja Sary jest nie do pozazdroszczenia. Jest w niej coś takiego, co nie pozwala zbliżyć się do ludzi, co zabija jej szczęście i zabiera życie innym. Nikt z otoczenia nie zna sposobu na uwolnienie jej od złego ducha.

Kiedy jesteśmy młodzi, mamy w sobie wiele demonów, które nie pozwalają nam być blisko z ludźmi. Ja skutecznie wyganiałem moje demony za pomocą mojego „przyjaciela” — alkoholu. Myślę czasami o moich koleżankach z klasy, które nie potrafiły się do nikogo odezwać, gdy jeszcze wszyscy byliśmy rozkrzyczani. Wówczas przypomina mi się obraz Muncha zatytułowany Dojrzewanie.

To naturalistyczne studium dziewczynki, może jedenasto–, dwunastoletniej. Siedzi wyprostowana, przestraszona, zawstydzona, nierozumiejąca, co się dzieje, czego od niej chcemy. Blade, jeszcze dziecięce delikatne ciało, dopiero pojawiają się pączki piersi. Ręce, jakby innej osoby, duże, opalone, zdają się zaprawione w pracy; tu niepewne, ruchliwe, nerwowe. Szczelnie złączone nogi sugerują, że nie nawykła do obnażania.

Dziewczynka siedzi na łóżku lub skrzyni. Nic więcej nie ma w tej pustej przestrzeni. Jest natomiast olbrzymi cień połączony z dziewczynką i znacznie ją przerastający. Zdominował całe pomieszczenie. Trudno od niego oderwać wzrok; ciemny, brudny, niepokojący. Przykuwa również moją uwagę, powodując, że odczuwam chłód i delikatny, cichy lęk. Mocno porusza moją wyobraźnię i moje uczucia; zastanawia, zmusza do refleksji. Obraz zakłóca i burzy spokojny i piękny świat dziecięcej radości. W momencie, gdy odrywam wzrok od cienia, niezmiennie zaczynam patrzeć w duże, przestraszone, zwrócone prosto na mnie oczy dziewczynki. Po chwili czuję smutek i z niechęcią myślę o przyszłości.

Co może zmienić los Sary? Ten los wydaje się już przesądzony i nie dziwię się, że kobieta miała ochotę odebrać sobie życie. Chwilami, gdy myślę o moim demonie, który odebrał wszystko, co było dla mnie ważne — rodzinę, przyjaciół, bliskich, pracę, talent — to nie mam siły dalej żyć. Mam wrażenie, że wszystko mnie przerasta i chciałbym przestać istnieć. Sara — młoda, piękna, beznadziejnie samotna, bojąca się zrobić jakikolwiek ruch, żeby nie skrzywdzić siebie i bliskich — znalazła się w matni. Ile razy można próbować? Ile razy podnosić się, znajdując wiarę? Co zrobić, gdy siódmy raz poczujemy gorycz porażki? Jak żyć, gdy wydaje się nam, że jesteśmy przyczyną śmierci innych, bliskich nam osób? Czym wypełnić bolesną pustkę i niemożliwość spełnienia? Taka sytuacja, nawet w wyobrażeniach, napawa mnie lękiem.

Jego strach zniknął

Anioł pokazuje Tobiaszowi możliwość uzdrowienia Sary. To jego wiara, jego „wielka ryba”, może zmienić jej życie, spowodować, że zły duch ją opuści. Anioł mówi do Tobiasza: „Nie bój się, ponieważ od wieków jest ona przeznaczona dla ciebie”, musisz tylko pozwolić prowadzić się Bogu i poddać się Jego woli, tylko zaufaj. Dzięki twojej wierze i miłości możesz zmienić życie swoje i innych. I anioł radzi Tobiaszowi: „A kiedy będziesz wstępował do komnaty małżeńskiej, zabierz część wątroby ryby i serce i połóż to na rozżarzone do kadzenia węgle”. Serce ryby to miłość. Wątroba, która w organizmie odpowiedzialna jest za przemianę materii, tu symbolizuje siły życia, możliwości odradzania się, cud przemienienia.

Podszepty anioła spowodowały zmianę w uczuciach Tobiasza; zniknął strach, „zapłonął ku niej wielką miłością i serce jego przylgnęło do niej”. Teraz ma się rozegrać dramat: zbliża się noc poślubna, a więc sprawdzian zaufania i wiary. Ojciec Sary każe pachołkom kopać grób. A matka: „wprowadziła tam Sarę i zaczęła płakać nad nią. Potem otarła łzy i rzekła do niej: Ufaj, córko, Pan nieba obdarzy cię radością, w miejsce twego smutku. Ufaj, córko!”. Gdy Tobiasz złożył „wątrobę i serce ryby na rozżarzonych węglach do kadzenia”, demon uciekł do Górnego Egiptu. Tobiasz zaś powiedział: „Wstań, siostro, módlmy się i błagajmy Pana naszego, aby okazał nam miłosierdzie i ocalił nas”. Sara została uwolniona od demona jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Jest w Przypowieściach Salomona takie powiedzenie, które w pełni oddaje istotę wiary i całej Księgi Tobiasza: „Kto zważa na Słowo, znajduje szczęście, a kto ufa Panu, jest szczęśliwy”. To przecież takie proste: „ufaj, córko, ufaj”. Jednak dla mnie czasami niemożliwe. Tak trudno mi uwierzyć, że będzie dobrze, gdy jestem samotny, gdy tęsknię za moimi córkami, gdy zwolnili mnie z pracy, gdy nie wiem, co dalej robić.

Są jeszcze dwie prace Muncha, które mogą posłużyć za ilustracje nastroju i uczuć, które mi towarzyszą, gdy myślę o rozwoju sytuacji w życiu Sary, a także w moim. Jest to obraz olejny Madonna i litografia pod tym samym tytułem. Właściwie niewiele się od siebie różnią; przedstawiają rozebraną, młodą dziewczynę na tle falistej, nieodgadnionej przestrzeni.

Litografia jest niemal czarna, dramatyczna, a w lewym dolnym rogu pojawia się coś brzydkiego, niepokojącego, szkaradnego jak grzech lub wyrzut sumienia. To coś przypomina człowieka, dziecko, straszydło, które niepokoi, zastanawia; wkoło brązowa, prosta, niedokończona rama. Nad głową kobiety widnieje coś na kształt aureoli. Tytuł Madonna powoduje, że czuję zgrzyt, a praca staje się jeszcze bardziej niepokojąca i zagadkowa. Mocno oddziałuje na moje uczucia. Mam wrażenie mirażu, nocnej zmory, która drażni i nachodzi mnie wbrew moim chęciom.

W obrazie przedstawiającym tę samą kobietę w identycznej pozie znika to coś brzydkiego — to wspomnienie człowieka z pustymi oczodołami. Dominującą czerń zastępują delikatne błękity i fiolety, a przestrzeń wypełnia się subtelnym kolorem. Obraz nabiera mistycznego piękna, postać staje się bardziej realna, ciało bardziej naturalistyczne, aureola nad głową bardziej widoczna, wręcz narzucająca się swoją czerwienią. Praca ma kształt pięknej wizji wywołującej uczucie uniesienia, błogości; to jakby wyłaniający się z kolorowej mgły rysunek Madonny.

W opowieści wszystko kończy się dobrze, a nastrój zmienia się diametralnie. Jest jeszcze jeden obraz Rembrandta ilustrujący tę księgę: Anioł opuszcza Tobiasza. Malarz przedstawił szczęśliwe zakończenie historii bohaterów Księgi Tobiasza. Obraz, w którym złocą się pięknie żółcienie, a świetlisty blask, który bije od anioła delikatnym ciepłem, ogarnia skupioną w ciszy, pokornie dziękującą Bogu, rodzinę. Anioł zostawia ich razem, wdzięcznych, ufnych, bliskich sobie.

Ta księga jest dla mnie piękną i mądrą przypowieścią, pobudzającą moją nadzieję; dodaje otuchy. Streszczenie i podsumowanie całej Księgi Tobiasza może stanowić fragment Psalmu 30:

A ja pewny siebie, powiedziałem: Nie zachwieję się na wieki.
Panie! W życzliwości swojej postawiłeś mnie na potężnej górze,
A gdy zakryłeś oblicze swoje zatrwożyłem się.
Do Ciebie, Panie, wołałem
I Pana błagałem o zmiłowanie.
Jakiż zysk z krwi mojej,
Z mojego zejścia do grobu?
Czy proch może cię wysławić?
Czy może zwiastować wierność twoją?
Wysłuchaj, Panie, i zmiłuj się nade mną!
Panie, bądź moim wspomożycielem!
Zmieniłeś skargę moją w taniec,
Rozwiązałeś mój wór pokutny i przepasałeś mnie radością,
Aby dusza moja śpiewała Ci i nie zamilkła:
Panie, Boże mój, będę Cię wiecznie wysławiał.

Nie zachwieję się na wieki
Zenon Nienartowicz

(ur. 1953 r. – zm. 11 grudnia 2015 r.) – absolwent ASP w Poznaniu, pracował w Ośrodku Rehabilitacji Narkomanów i Fundacji „Daj Szansę” w Toruniu, prowadził zajęcia indywidualne z dziećmi niepełnosprawnymi, uprawiał grafikę komputerową, rzeźbę, rysunek, pisał o uzależnieniu i...